Od trzech lat mieszkam w tzw. blokach(dodam ze roznych). Przewaznie trafialam
na sympatycznych lokatorow, czasem to byly "wscibskie" babcie, ale zawsze
mijajac sie na schodach nie bylo klopotliwego milczenia.
Od dwoch lat mieszkam na Kabatach, ale rok temu zmienilismy mieszkanie.
Poniewaz w koncu "bylismy na swoim" postanowilismy przedstawic sie lokatorom z
naszego pietra. Mimo usilnych prob udalo nam sie nawiazac kontakt tylko z
jednym z nich (reszta to jakies widma ani ich nie slychac ani nie widac

Niestety nasi sympatyczni sasiedzi sie wyprowadzili i na ich miejsce przyszla
mloda para (my starzy tez nie jestesmy). Problem w tym ze ani ani be ani me
anie kukuryku. Na nasze dzien dobry w windzie mrucza cos lub udaja ze to nie
do nich. Nie raz w tym samym momencie wychodzilismy do pracy (badz wrcalismy)
i nastepowalo to uciazliwe milczenie bo im sie wydaje tak jak malym dzieciom -
jak zamkna oczy to nik ich nie widzi.
Wiem ze ludzie maja wieksze problemy niz brak oglady sasiadow (np. seks
sasiadów), ale mnie ich zachowanie zaczyna powoli wkurzac. Prosze napiszcie co
sadzicie. Moze to ja nie mam racji, ale czy nie milej by nam sie zylo gdybysmy
znali wlasnych sasiadów?