23.04.10, 14:15
Jako wprowadzenie do niniejszego scenariusza proponuję najpierw
przeczytać artykuł pt.: Dla Putina dodatkowa nawigacja, dla
Kaczyńskiego – nie?

www.tvn24.pl/-1,1652272,0,1,dla-putina-dodatkowa-nawigacja–dla-kaczynskiego-_-nie,wiadomosc.html

bo właśnie ten artykuł spowodował, że wpadłem na pomysł poniższego
scenariusza.



Z tą "dodatkową nawigacją" mogło być tak:

7-go kwietnia przylatuje do Smoleńska jakiś ważniak więc jest
pretekst żeby pojawiły się w Smoleńsku dwie

samojezdne/mobilne/przenośne radiolatarnie (patrz: link do zdjęcia* -
na samym dole), które niby są teraz bardzo potrzebne,

bo wiadomo: ważniak to ważniak. Możliwe jest również to, że ktoś
zaczął pytać o ten dziwny samochód z dziwną anteną więc trzeba było
podać takie wyjaśnienie żeby go uspokoić. Po ich "wykorzystaniu"
mobilne radiolatarnie znikają z lotniska, ale nie tak znowu
zupełnie, bo jedna z nich ląduje w pobliskim lesie lub zagajniku. Od
7-go do 10-go mamy więc 3 dni na takie ich ustawienie i
skalibrowanie w pobliżu lotniska (krzaki-zagajnik-las) żeby po
wyłączeniu bliższej radiolatarni (tej stacjonarnej) i włączeniu tej
samojezdnej, nowy-wirtualny pas do lądowania, był przesunięty 70
metrów w lewo i około 1000 metrów "do przodu" co akurat wspaniale
się składa : bo wówczas początek płyty wirtualnego lotniska znajduje
się kilkanaście metrów poniżej wierzchołka zalesionego wzniesienia,
bezpośrednio nad pustą doliną. Dolina ma głębokość 60 m i rozpiętość
około kilometra. Ciche i ustronne miejsce. Wprost wymarzone na taką
inscenizację: polski samolot jak nic - uderzy prosto w trawiate
zbocze (tuż poniżej wierzchołka lub prosto w sam czubek
wzniesienia). W najgorszym razie, jak pilot okaże się asem, to i tak
walnie w drzewa, które rosną na górze. (patrz: opracowanie
trajektorii lotu wg Siergieja Amielina* - tylko to prawdziwe - bo w
sieci jest już masa imitacji - cenzura ma różne oblicza).



Parę słów o radiolatarniach: są dwie: tzw. bliższa i dalsza. Bliższa
kilometr przed lotniskiem, dalsza kilometr za

lotniskiem. Radiolatarnia to nic innego jak zwykły nadajnik radiowy
o mocy 100W, wysyłający sygnał w odstępach co 2-3

sekundy. Radiolatarnie wyznaczają dwie rzeczy: potrzebny kierunek
lotu oraz umiejscowienie początku i końca lotniska w

przestrzeni. Pilot na monitorze widzi dwa pulsujące punkty. Tak
ustawia kurs, żeby lecieć prosto na te dwa punkty - tak żeby

były w osi samolotu. W miarę zbliżania się do lotniska te punkty
przesuwają się w dół ekranu monitora i jeżeli samolot mija

bliższą radiolatarnię (przelatuje tuż nad nią) to punkt znika z
ekranu (wychodzi poza ekran) jest to sygnał dla pilota że do

lotniska jest już tylko kilometr i trzeba mocno obniżyć lot otworzyć
klapy wysunąć podwozie i zacząć iść ostro w dół -

ilustruje to jeden z rysunków w załączniku. Najprawdopodobniej
bliższa radiolatarnia - ta na kołach - została postawiona po

drugiej stronie doliny na wzgórzu. Dolina ma mniej więcej kilometr
szerokości więc idealnie pasuje do scenariusza.



10-go kwietnia, gdy polska załoga melduje, że zbliża się do
lotniska, kontroler lotów podaje im odpowiednio „skorygowane”

ciśnienie atmosferyczne zmierzone na poziomie płyty lotniska. Tak
skorygowane, żeby wskazania barometrycznego

wysokościomierza TU-154 w połączeniu z obrazem wirtualnego lotniska,
spowodowały przyziemienie samolotu prosto w nachylone

zbocze.Jednocześnie wieża informuje, że zalecane jest lądowanie w
Moskwie żeby pilot nie miał wątpliwości co do gęstości mgły

(o mgle będzie za chwilę) oraz był od razu nastawiony na kierowanie
samolotem, tylko i wyłącznie na podstawie sygnałów z

radiolatarni i wskazań oszukanego wysokościomierza.



Wszystko poszłoby zgodnie z planem gdyby nie jeden drobiazg :
czynnik ludzki - pilot był fachowcem wyższej klasy niż

zakładali organizatorzy. W ostatniej chwili zorientował się w
sytuacji i gwałtownie poderwał samolot. Udało mu się nawet

przelecieć nad całym zalesionym wzgórzem ścinając jedynie gałęzie
wierzchołków drzew. Niestety TU-154 to maszyna, która nie

jest zprojektowana do tego typu manewrów w czasie podchodzenia do
lądowania (z opuszczonym podwoziem i otwartymi klapami). Po

paruset metrach "lotu koszącego" samolot opada nieznacznie w dół
silnie uderzając lewym skrzydłem w duże drzewo.



Uderzenie w lewe skrzydło zmieniło trajektorię lotu oraz uruchomiło
zapalniki specjalnych bomb zainstalowanych w samolocie.

Detonacja nastąpiła w powietrzu, dlatego na zdjęciu satelitarnym
(patrz: zdjęcie z 12-04-2010 1px=50cm*) katastrofa nie

wygląda przekonująco: samolot rozsypał się po okolicy jakby ktoś
rzucił garść klocków lego na dywan. Miało być inaczej :

ładunki miały odpalić mniej-więcej pół sekundy po zetknięciu z
ziemią. Wówczas ew. świadkowie opowiadaliby: samolot leciał

nad doliną, pilot nie zauważył wzniesienia bo była mgła, uderzył
prosto w zbocze/wierzchołek/drzewa a potem nastąpił wybuch.

Dokładnie tak jak to robią samoloty na filmach amerykańskich gdy się
zderzają z jakąś górą.



Taki scenariusz tłumaczy wiele innych dziwnych zjawisk:



1. krwawą jatkę i zmasakrowane zwłoki zamiast trupów i rannych;



2. śmiertelność 100% - przy zaplanowanej operacji świadkowie są
niemile widziani (przy prawdziwych wypadkach jest odwrotnie);



3. dziwny manewr następnego samolotu, który podchodził do lądowania -
wieża podała mu już prawidłowe ciśnienie więc wysokość

miał ok ale nie zdążyli jeszcze przełączyć radiolatarni z tych
lewych-mobilnych na prawidłowe-stacjonarne;



4. cztery strzały na amatorskim filmie nakręconym parę minut po
katastrofie (patrz: filmik zrobiony komórką 1min 24sek*) - po

co te strzały? - rannych pasażerów/członków załogi, którzy cudem
ocaleli, trzeba było.. niestety.. dobić;



5. informację o tym, że 3 osoby przeżyły katastrofę - ta informacja
szybko została odwołana, jak się pojawiła? np. tak: dwóch

pracowników lotniska albo przypadkowych świadków przybiegło na
miejsce zdarzenia jeden z nich wyjął telefon z kieszeni i

zadzwonił na numer alarmowy 112 żeby wezwać pomoc, może potem zdążył
zrobić jeszcze jeden telefon np. do znajomego

dziennikarza ? - informacja wydostała się na zewnątrz i potem trzeba
było ją odkręcać;



6. informację o dwóch nadliczbowych i niezidentyfikowanych ciałach,
do których nie pasuje żaden kod DNA z listy ofiar

tragedii, jak to możliwe? a może było tak: tych dwóch przypadkowych
świadków (patrz:punkt nr 5) trzeba było natychmiast

zlikwidować, warunki nie pozwalały na inne rozwiązanie niż zabicie
ich, zmasakrowanie zwłok i wymieszanie ze szczątkami

pasażerów;



7. zeznanie montarzysty tvp - mówił, że polski samolot krążył 2
godziny nad lotniskiem zanim wylądował - to nie był polski

samolot lecz jakiś inny, no dobrze ale po co tak długo krążył? -
produkował mgłę a dokładnie: niską chmurę deszczową

(patrz:wikipedia i dwa hasła: jodek srebra, zasiewanie chmur);



8. natychmiastowe aresztowanie kontrolera lotów - bardzo dziwne
posunięcie, skoro od razu było wiadomo, że wypadek to wina

pilota i złej pogody; wszystko wskazuje na to, że to nie było żadne
aresztowanie tylko np.: usunięcie "kontrolera" ze strefy

publicznej, po to żeby go nikt nie nękał pytaniami;



9. sugerowanie, że pilot słabo znał j.rosyjski a już zupełnie "nie
kumał" rosyjskich cyferek - po co to było ? a no po to,

żeby przygotować grunt na wypadek odkrycia przez polskich techników
lotniczych/prokuratorów, że wysokościomierz w samolocie

miał źle wprowadzoną wartość ciśnienia atmosferycznego;



10. przedziwna informacj
Obserwuj wątek
    • ae911truthorg Re: A co z wybuchem ? 23.04.10, 14:26
      Abstrahując od prawdziwości wywodu, pojawia się wniosek.
      Następna faza dezinformacji to obarczenie kontrolera winą za katastrofę, cwane.
      Tylko co z tym wybuchem po zatrzymaniu się samolotu,który
      nastąpił
      , co widać na zdjęciu satelitarnym.
    • zlopacz.kawy Zgrabna historyjka 23.04.10, 14:39
      Poza tym "zasiewaniem chmur", które chmury właśnie likwiduje, a nie
      tworzy, wszystko układało by się w całość.

      Tylko.. czy zadawaliby sobie tyle trudu, żeby wzmocnić PiS, skoro
      Kaczyński nie miał szans na reelekcję za 6 miesięcy? I to za cenę
      nagłośnienia na cały świat poprzez bezprecedensową katastrofę?
      Zabijając polityków wszystkich ważnych partii w Polsce, dowódców
      wszystkich rodzajów wojsk, duchownych różnych wyznań?

      Gdyby taka teoria była prawdziwa, to by oznaczało, że Rosjanie
      koniecznie chcieli recydywy IV RP, co więcej - woleli Jarosława niż
      Lecha na stanowisku prezydenta.

      Fakty polityczne temu przeczą. Rosja od kilku lat zabiega o
      zbliżenie z UE, a Kaczyńscy w tym zbliżeniu skutecznie
      przeszkadzali, choćby blokując rozmowy Unia-Rosja czy protestując
      przeciw Nordstreamowi.
      Zwracam uwagę, że wtedy największą retorsją ze strony Rosji było
      embargo na polskie mięso. A teraz mieliby zabijać z zemsty
      prezydenta i kilkudziesięciu innych polityków? Z zemsty, bo przecież
      żadnego innego powodu nie mieli. Za pół roku problem sam by się
      rozwiązał.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka