Dodaj do ulubionych

co dalej...?

IP: *.tarniny.pl 01.01.12, 22:05
Jestem młodą kobietą, od kilku lat żyję w związku, który aktualnie przechodzi dość poważny kryzys. Właściwie jesteśmy na etapie rozważań, czy dalsze wspólne życie ma sens. Pewnie gdybyśmy nie mieli dziecka to odpowiedź byłaby oczywista, a tak właściwie to wszystko przeciągamy..
Wiele razy myślałam, żeby zakończyć ten związek i ułożyć sobie życie na nowo. Ale jakoś nie potrafię tego zrobić..
Wczoraj wybraliśmy się razem na Sylwestra - do jego znajomych z pracy. Poznałam kolegę, który przyszedł na imprezę sam (jego kobieta była w pracy). Od razu wpadł mi w oko, z wzajemnością.. Dobrze się razem bawiliśmy, a gdy zostawaliśmy na osobności otwarcie mnie adorował, gładził po włosach, szeptał do ucha, łapał za dłonie.. Z początku odrzucałam jego zaloty, a w końcu poddałam się.. Jego komplementy i czułość imponowały mi. Tym bardziej, że przed wyjściem na imprezę posprzeczałam się ze swoim partnerem i usłyszałam od niego parę przykrych słów odnośnie mojego wyglądu.
Czułam się wyjątkowo, jednocześnie mając świadomość, że to tylko zabawa, niewinny flirt, który zakończy się razem z imprezą. Zaczął mi się zwierzać z jego problemów z partnerką, jednocześnie informując o tym, że wie co dzieje się w moim związku. Pojawiły się propozycje z jego strony - ze to najlepszy moment na zmiany w naszym życiu, że zakochał się we mnie i że jest gotów, aby zając się mną i moim dzieckiem. Nie wzięłam jego słów na poważnie, ale rano powtarzał to samo. Wydzwania do mnie cały dzień, aby się umówić.
Sama nie wiem co o tym myśleć.. Na prawdę nie brałam na poważnie jego słów, ale on nie odpuszcza. Poza tym na prawdę mi się spodobał, ale nie chcę się wdawać w romans. Wczoraj było dość blisko, aby to wszystko zaszło za daleko - ale na szczęście zdrowy rozsadek wziął górę. Mam ogromne wyrzuty sumienia wobec mojego partnera, bo przecież byliśmy tam razem.. Teraz czuję, ze nie mogłabym go tak po prostu zostawić i budować szczęścia na nieszczęściu innych osób. Bo jakby nie było przyczyniłabym się do rozpadu 2 związków..

Nie oczekuję tutaj odpowiedzi co powinnam zrobić, a raczej opisu Waszych podobnych przeżyć, spojrzenia na to wszystko z perspektywy osoby trzeciej, podpowiedzi bardziej doświadczonych osób, może kopniaka, który pozwoli mi w końcu podjąć decyzje co dalej...
Obserwuj wątek
    • od.czasu.do.czasu Re: co dalej...? 01.01.12, 22:27
      Ja bym zaryzykowała, nawet dziś. Ale najpierw rozstała się z tym panem aktualnym.
      Spróbowała z tym nowym, nawet jak Ci nie wyjdzie to nabierzesz sił na dalsze życie.
    • Gość: KaKa Re: co dalej...? IP: *.warszawa.vectranet.pl 01.01.12, 22:36
      Ze strony tego kolegi to wszystko dzieje się podejrzanie zbyt szybko...
      Pierwsze spotkanie i już takie deklaracje? Że byłby w stanie zająć się Tobą, dzieckiem itd?
      Ale oczywiście chciałby zacząć od łóżka i to już na pierwszym spotkaniu, czemu przytomnie zapobiegłaś...

      Oj!

      Jeżeli możesz gdziekolwiek i jakkolwiek zasięgnąć języka, to sprawdź jaką ten Pan ma reputacje "na mieście". Bo jeżeli intuicja mnie nie myli, to na pewno nie jesteś jego jedynym celem.

      Natomiast zwróć uwagę, jak Ty sama jesteś "wygłodzona" męskiej adoracji, uwagi, podziwu.

      Naprawdę, powinniście z mężem poważnie zabrać się do roboty nad Waszym związkiem.

      Jeżeli Twój partner nie chce, podejmij samodzielną terapię.
      Nie żałuj na to pieniędzy, ani czasu.
      Zobacz, jak bardzo potrzebujesz, aby przed kimś się wygadać - że aż czyni Cię to łatwym celem dla tego typu "kolegów".
    • Gość: poprostu Re: co dalej...? IP: *.dynamic.gprs.plus.pl 02.01.12, 00:18
      nie martw się, delikwent za duzo wypil i wlaczylo mu sie love, albo kiecke ladna zalozylas, albo stuknie cie i zostawi.
      taaak,zakochal sie w tobie po 1 nocy i i teraz bedzie biegal z Twoim pantofelkiem i zakladal go kopciuszkom z ulicy.
      dziewczyno!!! to ze twoj facet przestal cie adorowac nie znaczy ze masz sie rzucac jak pies na pierwsza lepsza kielbase. bo ta to zdecydowanie podrabiana.
    • mama_myszkina Re: co dalej...? 02.01.12, 04:58
      Facet chciał sobie bzyknąc na boku i wykorzystać sytuację, a Ty się ekscytujesz jak nastolatka? Dorośnij - jak nie dla siebie to ze względu na dziecko!
    • walhala Re: co dalej...? 02.01.12, 05:27
      ja pierdziele no nie ,facio byl sam ,nawciskal bajerow bo chcial cie ruchnac,wyczol cie ze jestes latwa,pocisnol bajery na temat zwiazku swojego dokladjac tez twoj w temacie i masz prefekt powod do opuszczenia swojego partnera,jak wie jaka jest twoja sytuacja i jesli jest prawda ze jego tez nie jest lepsza to czemu nie probowal wczesniej uderzac do ciebie?tylko po drinku pokryjomu ?zastanow sie i to mocno,bo cosmi wyglada ze swoj zwiazek rozwalisz,tamten cie pusci za jakies kilka mcy i zostaniesz sama na sylwestra 2012/2013 !!bedzie gorzej jak bedziesz w ciazy z drugim,masz nad czym myslec.
    • Gość: Amado Re: co dalej...? IP: *.180.64.252.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl 02.01.12, 06:11
      Ludzka glupota nie zna granic.Jezeli Ty zamiast sie bawic poszlas tam szukac przygody ,to jestes zalosna.Od dawna wiadomo ze takie imprezy z alkoholem sa przyczyna rozpadu zwiazkow.Tam sie nie mysli o konsekwencjach tego co bedzie pozniej.Kolega koledze przyprawia rogi.Kobiety zamroczone alkoholem staja sie latwym lupem.Zasady moralne wtedy nie obowiazuja! Baw sie dalej!
      • Gość: wkropce Re: co dalej...? IP: *.tarniny.pl 02.01.12, 10:47
        Dzięki za odzew, nawet za krytykę, bo chodziło mi o trzeźwa ocenę tej sytuacji.

        Nie uważam się za głupią czy niedojrzałą, zdrady zdarzają się różnym ludziom bez względu na wiek czy status. Wiem, że takie imprezy sprzyjają sytuacji - dodam tylko, że żadne z nas nie piło alkoholu - ja jestem abstynentką, a on był kierowcą. Wszystko działo się na trzeźwo, dlatego mam trochę wyrzuty sumienia..
        Część z was pominęła chyba pierwszą część mojego postu - mój związek praktycznie nie istnieje. Jedyne co nas łączy to wspólne mieszkanie i wychowywanie dziecka. Nie ma uczucia, od dawna nie sypiamy ze sobą, a wymiana zdań ma miejsce jedynie podczas kłótni..
        Dlatego zgadzam się z opinią, że jestem wygłodniała męskiej adoracji i bliskości fizycznej. Nie ekscytuję się faktem, że facet chciał mnie bzyknąć, ale raczej samą myślą o potencjalnym seksie, którego od dawna mi brakuje.
        Ewentualną zdradą mogłabym zniszczyć jedynie jego związek, mój właściwie już dawno nie ma racji bytu, a to byłby jedynie powód do rozstania. Ale chyba nie taka kolejność powinna obowiązywać - tylko, że tak Ciężko podjąć mi decyzję o odejściu..
        Mam świadomość, że gdybym zaangażowała się w związek z nowo poznanym panem, mogłoby nic mógłby poważniejszego z tego nie wyniknąć. Ale z drugiej strony ponoć bardziej żałuje się tego, czego się nie zrobiło..
        • Gość: moniapoz Re: co dalej...? IP: *.icpnet.pl 02.01.12, 15:05
          ale czy nie uważasz, że to dzieje się zbyt szybko ?
          facet powiedział Ci kilka miłych słów a Ty już rozważasz jakieś scenariusze ...
          moim zdaniem jeżeli obecny związek nie jest OK to albo go zakończ albo postaraj się o poprawę
          jeżeli wybierzesz pierwszą opcję to wtedy nie rzucaj się na pierwszego faceta który Ci powie coś miłego, bo nic z tego raczej nie będzie.
        • Gość: KaKa Re: co dalej...? IP: *.warszawa.vectranet.pl 02.01.12, 23:25
          Moim zdaniem pełen proces wygląda tak:

          1. nazywasz potrzeby, których Twoje małżeństwo w obecnym kształcie nie zaspokaja i podejmujesz PIERWSZĄ swoją (i najważniejszą) decyzję, że te braki są wystarczające, abyś straciła zainteresowanie trwaniem tego związku w tej postaci (jeżeli tak nie jest, nie ma o czym mówić: akceptujesz istniejącą sytuację i przestajesz się skarżyć)

          2. uświadamiasz Małżonka o swoich potrzebach i swoim postrzeganiu związku. Wyraźnie dajesz do zrozumienia, że jeżeli nic się nie zmieni, to tracisz zainteresowanie tym związkiem. Niech rozumie, jaka jest stawka.
          (Ja bym punkt 1. i 2. zrobił na piśmie, w postaci listu. Sam proces pisania takiego listu ma swoją moc)

          3. szczerze zapraszasz Małżonka do pracy nad naprawą związku i angażujesz się w tę naprawę

          4. wyznaczasz konkretny czas, ani za długi, ani za krótki (moim zdaniem powinno to trwać ok. roku) do kiedy oczekujesz jego pełnego zaangażowania w ten proces i pierwszych pozytywnych efektów tej pracy. Ważne, aby był to precyzyjnie określony moment w czasie, np. koniec 2012 roku. Mąż może o tym terminie wiedzieć, ale nie musi. Do Twojego wyboru.

          5. Gdy i jeżeli będzie to już możliwe, razem uzgadniacie plan działania (Terapia? a jeżeli tak, to gdzie i kiedy? A może coś innego, co konkretnie? I jeżeli już terapia, to jakie konkretne kroki z niej wynikają?). I to jest (tym razem wspólna) DRUGA decyzja do podjęcia. Uwaga: Być może na ten krok będzie trzeba poczekać (nie poganiaj męża), być może nigdy się nie doczekasz. Miej świadomość, że ten konkretny krok w całym tym procesie nie zależy od Ciebie.

          6. Dopiero po tym czasie i jeżeli minimalne kryteria nie zostaną spełnione - podejmujesz swoją TRZECIĄ decyzję o zakończeniu związku (nie musi to być wcale jednoczesne ani z wyprowadzką z domu, ani ze złożeniem papierów w sądzie, ani nawet z poinformowaniem partnera o tego typu decyzji. Ważna jest sama decyzja).

          I dopiero ta trzecia decyzja pozwala - moim zdaniem - w sposób uczciwy wchodzić w relacje romantyczno-erotyczne poza związkiem. Strzelam, ale na mój gust dzieli Cię od tego punktu jakiś rok/ półtora (o ile zaczniesz w najbliższych dniach).

          Zauważ, że na żadnym etapie w powyższym procesie nie oceniasz męża. Mówisz o swoich potrzebach i o swoich planowanych posunięciach zależnych od sytuacji (a nie o tym jaki on jest, albo powinien być i co powinien robić, albo i nie robić). Wychodzisz z roli ofiary. Mając taki plan, przejmujesz kontrolę i to ty rozdajesz karty.

          Oczywiście powyższe 6 punktów to tylko zarys. Jeżeli mąż na wstępie zignoruje Twój list, to może nie ma sensu czekać 12 miesięcy wierząc, że może jednak się zastanowi. Również jeżeli zadeklaruje chęć terapii (bo poczuje się przymuszony), ale potem spostrzeżesz, że w zasadzie nie angażuje się i/lub bojkotuje podejmowanie lub realizację zobowiązań- to też nie ma się co oszukiwać jakoś szczególnie długo. Chodzi o pokazanie Ci pewnej postawy, sposobu rozumowania i procesu stopniowego dochodzenia do ostatecznej decyzji.

          A teraz druga strona medalu (załóżmy, że podjęłaś świadomą decyzję o rozstaniu).

          Czy można szukać wśród zamężnych facetów?
          Niby, kto Ci może tego zakazać, ale moim zdaniem jest to proszenie się o kłopoty.
          Nie chodzi o to, że mu rozbijasz związek, bo to przede wszystkim jego odpowiedzialność, a nie Twoja, aby dbać o jego własny związek.
          Bardziej chodzi o to, że liczba komplikacji z tego typu facetami jest wykładniczo większa niż w przypadku regularnych singli (i to na każdym etapie, nawet gdy już odejdzie od żony i zamieszkacie razem). Do tej nowej relacji nie zapraszasz tylko jego, ale cały tłum osób na dokładkę: jego żonę, dzieci, teściową, teścia, a na końcu jeszcze tłumek wścibskich sąsiadek i tą panią z warzywniaka, nie wspominając o terapeutce jego żony i jej koleżanek z pracy i piaskownicy... Ja się w ogóle dziwię, że takie rzeczy się udają, ale fakt, od czasu do czasu tak jest.
          Facet musi być naprawdę wyjątkowy, aby chcieć się w coś takiego angażować.

          A o tym swoim napisałaś, że w ogóle go nie znasz...
          • Gość: wkropce Re: co dalej...? IP: *.tarniny.pl 03.01.12, 00:18
            Lepiej tego ująć nie można - dziękuję Ci za Twój post, KaKa.

            Analizując ten plan mogę stwierdzić, że już wiele razy przerabiałam te punkty w podanej kolejności - prawie 3 lata walczyłam o ten związek. Kilka razy doszłam do punktu 6 i podejmowałam ostateczną decyzję o rozstaniu i dopiero wtedy mój partner podejmował działanie. Ciągle ulegałam, bo miałam nadzieję, że w końcu wyjdziemy na prostą, ale mijał jakiś czas i znowu było "po staremu"..

            A mi zwyczajnie brakuje mężczyzny - bliskości, czułości, seksu..
            • Gość: KaKa Re: co dalej...? IP: *.warszawa.vectranet.pl 03.01.12, 18:56
              Kropko,

              Staram się wskazać drogę, która w moim mniemaniu prowadzi do tego, czego pragniesz i potrzebujesz.

              Na pewno wolniej niżbyś chciała. Wiesz, można pędzić przez miasto do celu 300km/h i w wielu przypadkach się to powiedzie, nie będzie żadnego przypadku. Ale czy jesteś gotowa tak robić?
              Sam znam małżeństwo, trwałe i udane, które poznało się nad ranem po jakiejś imprezie zaraz po przebudzeniu we wspólnym łóżku. Trochę się zdziwili, ale ostatecznie pokochali i trwałości ich związku można tylko pozazdrościć. Tylko na co to jest przykład? Co najwyżej na istnienie wyjątków od reguł.
              Z faktu, że co tydzień ktoś wygrywa miliony w totka nie wynika, że można zastąpić regularną pracę grą w totka.

              Piszesz, że wielokrotnie przechodziłaś przez opisane 6 punktów.
              To ja się zapytam: co się stało po przejściu ostatniego punktu z tą PIERWSZĄ decyzją, którą nie bez kozery nazwałem najważniejszą w tym całym procesie? Może i za pierwszą iteracją mogłaś uwierzyć i dać się "zawrócić" z p. 6, no ale teraz sama piszesz, że nie wydarzyło się, co się miało wydarzyć. Czyżbyś miała jakieś wątpliwości, co do wyniku tego procesu, jako całości?

              No właśnie najwyraźniej masz.

              I słusznie - ufaj swoim uczuciom, ale właściwie je interpretuj - bo to znaczy, tylko jedno: nie we wszystkich punktach praca domowa została wykonana wystarczająco solidnie.

              W tym procesie nie chodzi tylko, aby przejść przez poszczególne kroki, ale dużo zależy od tego JAK się je wykona. Bo można gorzej lub lepiej. To nie jest wcale takie proste.

              Dlatego być może najlepsze, co możesz zrobić, to poprosić jakiegoś dobrego terapeute o pomoc w wykaraskaniu się z tego piekiełka i o pomoc w zbudowaniu solidnego planu działania, oraz wsparcie w jego realizacji. On nie będzie w stanie podjąć za Ciebie decyzji, ale będzie mógł wskazać Ci ewentualne luki w rozumowaniu, ocenić Twój plan, coś podpowiedzieć, być z tobą na każdym etapie jego realizacji. Taka "druga para oczu", profesjonalna i życzliwa (mimo, że płatna) mogłaby bardzo pomóc.



              • Gość: wkropce Re: co dalej...? IP: *.tarniny.pl 03.01.12, 22:28
                Wiesz, wydaje mi się, że dobrze mnie rozumiesz.. Chyba masz rację, że potrzebna będzie pomoc terapeuty. Wiele razy o tym myślałam, ale mój partner nawet nie chce o tym słyszeć. A wydaje mi się, że jednostronna pomoc na niewiele się przyda. My przede wszystkim powinniśmy w naszym związku na nowo nawiązać dialog, bo w tym widzę największą trudność.. Nie wiem, czy sama będę w stanie coś osiągnąć.

                Co do wątpliwości - masz rację, mam ich wiele.. Z jednej strony czuję, że coś mnie w życiu omija, że pozostając w tym związku nigdy nie będę szczęśliwa, że zasługuję na miłość i chcę ją komuś dawać. Z drugiej strony boję się zaczynać wszystko od początku, bo być może znowu się rozczaruję..

                Jeśli chodzi o realizację planu to mam wrażenie, że daję z siebie więcej niż mój partner.. Tak jak napisałam wcześniej - dopiero informacja o moim potencjalnym odejściu jest dla niego motorem do działania. Za jakiś czas znowu oddala się ode mnie - nie ma ochoty na wspólne spędzanie czasu, odrzuca zachęty do seksu, przestaje ze mną rozmawiać. A ja za każdym razem żałuję, że robiłam sobie złudne nadzieje i cierpię, że znowu niepotrzebnie się zaangażowałam..

                • Gość: wkropce Re: co dalej...? IP: *.tarniny.pl 03.01.12, 23:34
                  No i ta sytuacja z Sylwestra.. Nie potrafię przestać myśleć o nowo poznanym chłopaku. On nadal nie odpuszcza, choć powoli odnoszę wrażenie, że jednak chodzi mu tylko o seks. Ale właściwie ja tez nie liczę na nic więcej, po prostu niesamowicie mi się spodobał i chciałabym przeżyć coś fascynującego.
                  Słyszałam, ze takie przygodne znajomości mogą wbrew pozorom scalić związek - skłaniają do głębszej refleksji, pozwalają spojrzeć z innej perspektywy i uświadamiają, co tak na prawdę jest ważne.
                  Nie wiem, czy warto aż tak zaryzykować..Choć moje myśli są teraz zdecydowanie bliższe spędzeniu upojnej nocy z tym chłopakiem niż ratowaniu dotychczasowego związku.
                  • Gość: KaKa Re: co dalej...? IP: *.warszawa.vectranet.pl 04.01.12, 20:35
                    To co przeżywasz obecnie: pociąg seksualny do osoby, nie będącej Twoim stałym partner jest dla mnie zjawiskiem znanym.
                    Jestem mężczyzną. Potrafię oddzielać seks od miłości. Niestety.

                    I nie potrzebuję do tego żadnego kryzysu w małżeństwie. Po prostu tak jest.

                    Kulturowo i duchowo jestem monogamiczny
                    Ale fizycznie i emocjonalnie jestem jak najbardziej poligamiczny

                    I mimo tego pozostaje wierny swojej żonie. Nie zdradziłem jej do tej pory ani razu.

                    To nie jest tak, że aż tak zupełnie panuję nad tą swoją zwierzęcą naturą. Na szczęście, w sytuacjach, kiedy ona miała szansę zwyciężyć - nie było okazji do zdrady. A wysiłek i czas potrzebny, aby tego typu okazję wykreować, jest również wystarczający, aby wziąć siebie w karby.

                    Natomiast wiem jedno: seks pozamałżeński jest błędem i tylko w takich kategoriach można o nim mówić.

                    Jeżeli postrzegasz w nim jakiejkolwiek szansę, albo starasz się dostrzec w nim pozytywne strony - to ich nie ma.
                    Albo jest mniej więcej tyle ile w kubku czekolady, które wypija osoba starająca się odchudzić, albo w butelce wódki, którą wypija ktoś mający problem alkoholowy. W chwili spożywania, i może krótko po - to może być nawet ekscytujące. A przed to myśl o tym, to w ogóle odlot. I to wszystko.

                    Wiem, że nawet jeżeli kiedyś ulegnę pokusie, będę chciał to widzieć jako moją słabość i błąd. Odchorować, odpokutować. To jest znacznie lepsze niż trwale wypaczać sobie percepcję rzeczywistości w celu usprawiedliwienia siebie i obrony swojego ego. Wykonanie "połamańca myślowego" w wyniku którego doszedłbym do wniosku, że w zasadzie nic się nie stało, albo, że to było potrzebne groziłoby powtórką z rozrywki.

                    To jest jedna strona medalu.

                    Bo jest i druga.

                    Umowa małżeńska jest szerszą umową niż tylko obietnica wierności. W jej zakresie jest również troska i dbanie o potrzeby drugiej strony. Jaką troskę wykazuje Twój mąż o twoje potrzeby natury seksualnej?

                    Jest coś mocno nie fair w stawianiu partnera w sytuacji:
                    - masz być mi wierny/ wierna
                    - ale ja nie muszę się przejmować Twoimi potrzebami
                    Osoba, która tak myśli/ mówi sama de facto sprzeniewierza się umowie małżeńskiej. Sama nie jest wierna, choć w inny sposób i w innej sprawie.

                    A może uważa tego typu potrzeby za nieistotne/ pomniejsze? To może i zdradę będzie uważał za nieistotną? W końcu to tylko metoda zaspokajania tych "nieistotnych" potrzeb...

                    Tak więc jeżeli Twój mąż całkowicie odmawia seksu małżeńskiego - masz podstawy uważać, że się nie wywiązuje ze swojej obietnicy małżeńskiej.

                    I teraz pytanie: czy on o tym wie?
                    I czy ma świadomość, że nie wywiązywanie się z umowy przez jedną stronę grozi, że druga strona też traci motywację i chęć do wywiązywania się po swojej stronie? Może jest mu to ktoś w stanie wytłumaczyć?

                    Temu Panu z imprezy radzę podziękować.

                    Natomiast sugeruję bardziej zdecydowanie domagać się o swoje w małżeństwie.
                    Powiem szczerze: żenada związana z administracyjnym wyznaczeniem grafiku na seks małżeński "Proszę Pana, w każdą środę i sobotę chcę Cię widzieć w gotowości bojowej w mojej sypialni i lepiej się postaraj" dla mnie jest zdecydowanie mniejsza od żenady związanej ze zdradą. Każda metoda jest dobra, która prowadzi do celu.

                    • Gość: wkropce Re: co dalej...? IP: *.tarniny.pl 05.01.12, 11:59
                      Może przypomnę, że nie jesteśmy małżeństwem.. nigdy nawet nie padła taka propozycja z jego ust. Teoretycznie żadnej umowy nie ma, ale mimo to uważam, że wspólne życie do czegoś zobowiązuje. Wydaje mi się, że w umowie małżeńskiej zawarte są podstawowe zasady funkcjonowania każdego związku i powinny one obowiązywać bez względu na to, czy związek jest zatwierdzony formalnie, czy też nie..

                      Tak więc mam prawo mieć oczekiwania wobec mojego partnera, a on moim zdaniem powinien mieć świadomość konsekwencji niezaspokajania moich podstawowych potrzeb, m.in. seksu. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że "mężczyzna to tylko mężczyzna" (bez urazy), który może mieć problem z interpretacją implikatur, dlatego staram się jasno i konkretnie komunikować swoje potrzeby, a także informować o potencjalnych następstwach braku ich zaspokajania. Przy czym nie stosuję szantażu czy gróźb, bo sama nie czuję się zmotywowana do działania, gdy "czuję nóż na gardle"..

                      Jeśli chodzi o grafik.. Sama nie jestem przekonana o skuteczności tej metody. Prowadzę dość nieregularny tryb życia, każdy dzień wygląda inaczej, nie mam możliwości planowania. Poza tym mamy małe dziecko, które niekoniecznie może chcieć się dostosować do tego grafiku. Być może próbuję się teraz usprawiedliwiać, zamiast najpierw spróbować..? Pamiętam, ze jak domagałam się regularnego seksu (chociaż) 2-3 razy w tygodniu, to partner zarzucał mi robienie statystyk i postanowił "nie wchodzić w tę grę"..

                      Co do "Pana" z imprezy.. podziękowałam. Być może coś mnie ominie, ale przynajmniej będę miała czyste sumienie. Poza tym nadal pozostaję w związku - udanym czy nie - moje wewnętrzne zasady nie pozwalają mi działać "na dwa fronty". Fascynacja nadal jest silna, ale rozsądek tym razem zwyciężył nad emocjami. Wiem, że jako kobieta, prędzej czy później zaangażowałabym się w tę znajomość, a wtedy całkiem przekreśliłabym możliwość odbudowania relacji z dotychczasowym parterem..

                      Przeczytałam gdzieś, że niewierność kobiet ma podłoże emocjonalne, a skłonność do zdrad najczęściej występuje przy okazji kryzysu w związku. Zgadzam się z tym, dlatego postanowiłam podjąć kolejną próbę walki o mój związek. Tym razem muszę się solidniej do tego przygotować, opracować dokładniej każdy szczegół planu i szczerze uwierzyć w powodzenie tego działania. Myślę o pomocy ze strony terapeuty..


                      Kaka, jestem Ci bardzo wdzięczna za zaangażowanie w moją sprawę i poświęcenie mi swojego czasu. Twoje rady uważam za bardzo cenne. Pozwoliłeś mi spojrzeć na to wszystko z innej perspektywy, w trudnym momencie mojego życia podjąć (mam nadzieję) właściwe decyzje. Twoja żona musi być szczęśliwą kobietą.. :)
                      • Gość: KaKa Re: co dalej...? IP: *.warszawa.vectranet.pl 06.01.12, 08:24

                        Hmmm... nie jestem pewien, czy możesz się od partnera domagać seksu 3 razy w tygodniu i że to jest dobrze sformułowane oczekiwanie. Może między wami istnieć realna różnica w temperamentach. I tak samo, jak ty niewiele poradzisz na to, że potrzebujesz 3 razy w tygodniu, on nie za wiele poradzi, że mu wystarczy raz na dwa tygodnie. Tobie ciężko zrezygnować, jemu ciężko się przymuszać.

                        Natomiast zdecydowanie możesz i powinnaś się domagać tego, aby brał współodpowiedzialność za to, co się dzieje w waszym związku.
                        Teraz ewidentnie nie chce tego zrobić. Powiedzenie: "Nie wchodzę w tę grę" i pozostawienie tego bez jakiejkolwiek kontrpropozycji nie znaczy nic innego ponad to, że zostawił cię zupełnie samą z waszym wspólnym problemem. Pewnie nie ma pomysłu i ta odzywka świadczy tylko o jego bezradności, ale być może na tym etapie zadanie polega, aby szukać pomysłu i być może z czymś poeksperymentować.

                        Sytuacja tylko pozornie wygląda beznadziejnie. Jeżeli sobie uzmysłowić, że nawet raz na dwa tygodnie to w porównaniu z tym, co się jest dziś to jest radykalnie więcej, to przestrzeń do poprawy jest.
                        Druga rzecz, to taka, że oprócz ilości, jest jeszcze jakość.
                        Można przecież spróbować z umową typu: "Ok, niech będzie raz na dwa tygodnie, ale niech ten raz ma szczególną oprawę. Nie jakaś bylejaka 5-minutówka w przerwie na reklamę, ale chcę abyś tego dnia traktował mnie jak królową, a seks ma być ukoronowaniem twoich całodziennych starań. Ok? A ja Ci obiecuję, że pomiędzy tymi razami nie pojawi się z mojej strony nawet najmniejsza sugestia seksu". Odmowę na tak postawioną propozycję nie można już uzasadnić różnicą w temperamentach. A jakby wypaliło, to może się okazać, że i ty sama taki jeden raz od 6 szybkich-bylejakich.

                        On może odbierać twoje oczekiwanie dot. ilości za dużą presję, która go blokuje. Warto taką presję zdjąć. Bo to może blokować go również w waszych relacjach, o których w ogóle nie chodzi o seks (wystarczy, że będzie się obawiał, że jakakolwiek próba rozmowy z Tobą będzie się się kończyła oczekiwaniem seksu)

                        Oczywiście, spekuluję, bo wcale nie wiem, co leży u podstaw zachowania Twojego partnera. Ponownie, proszę, uznaj to nie jako konkretną radę, ale jako pewien sposób rozumowania (który możesz przyjąć, zmodyfikować, odrzucić).

                        Tak poza tym, na zakończenie, dziękuję za miłe słowa.

                        Jeżeli zadasz sobie pytanie, skąd u faceta na tym forum tyle refleksji na tego typu tematy, to łatwo pewnie się domyślisz, że ... samo nie przyszło ...

                        Życie nie szczędzi nikomu trosk, moja żona ma swoje. Pewnie inne.

                        Zupełnie od cierpienia uciec w życiu się nie da. Ale cierpienie cierpieniu nierówne. Na szczęście rzadko kiedy życie stawia nas w sytuacji zupełnie bez wyboru. A mając wybór, zawsze można wybrać tę szlachetniejszą formę cierpienia. (Przykład: Człowiek na diecie może cierpieć z powodu tego, że nie może jeść słodyczy, albo cierpieć z tego powodu, że nie udało mu się utrzymać diety tego dnia. Każda z tych sytuacji jest realna i każda jest formą cierpienia.)

                        Jeżeli, to co tu pisałem pomogło Ci w jakikolwiek sposób wydobyć się z kropki, bardzo się ciesze i trzymam za was kciuki.
                        • Gość: wkropce Re: co dalej...? IP: *.tarniny.pl 06.01.12, 11:36
                          To wszystko o czym piszesz właściwie już przerabiałam.. Rzeczywiście, mam duży temperament i duże potrzeby. Z tym, że kiedyś mój partner nie miał problemu z ich realizacją.. Właściwie odnosiłam wrażenie, że w tej kwestii idealnie się dopasowaliśmy i wzajemnie uzupełnialiśmy. Teraz czuję się zwyczajnie oszukana - to wszystko zmieniło się dość nagle, a momentem przełomowym okazało się wspólne zamieszkanie.

                          I moim zdaniem wcale nie chodzi o to, że byliśmy dla siebie dostępni 24h/na dobę i dlatego seks mniej ekscytujący niż dawniej. Wbrew pozorom mieliśmy dla siebie zdecydowanie mniej czasu, bo kładąc się codziennie wieczorem do wspólnego łóżka, nie musieliśmy już organizować spotkań.. Poza tym to zazwyczaj ja jestem stroną przejmująca inicjatywę, więc dbałam o to, aby do naszej sypialni nie wkradała się rutyna.

                          Mając nadzieję, ze wspólne zamieszkanie równa się możliwości nacieszenia się sobą do woli, nie mogłam zrozumieć odmów mojego partnera.. Wtedy rzeczywiście naciskałam, ale gdy zauważyłam, że czuje się przymuszany i seks nam obojgu przestawał sprawiać przyjemność, odpuściłam. Inicjowanie seksu przyjął wyłącznie na siebie, a ja się zgodziłam. I bardzo szybko pożałowałam, bo często czekałam po kilka tygodni na jego zachętę. Czułam się sfrustrowana, próbowałam siebie obarczać całą winą za tę sytuację..

                          Niepodziewana ciąża (przy rzadkich stosunkach i moich kłopotach hormonalnych to jak wygrać w totka) była powodem całkowitej abstynencji seksualnej. Był to dla mnie niesamowicie ciężki okres, bo mimo, ze czułam się rewelacyjnie, wyglądałam świetnie i miałam przeogromna ochotę na seks, mój partner całkowicie z niego zrezygnował.. Czułam się całkowicie odrzucona, beznadziejna i bezwartościowa.

                          Po urodzeniu dziecka wszystko miało się zmienić, ale na obietnicach się skończyło.. Wtedy odkryłam jego uzależnienie od pornografii, a jednocześnie wyniósł się ze wspólnego łóżka - to było dla mnie bardzo upokarzające. Po pół roku rozmów, próśb i gróźb, które nie przynosiły efektów wyprowadziłam się. Kilka razy sytuacja się powtarzała, ale w tej kwestii w końcu wygrałam.

                          Było nawet lepiej, bo nieoczekiwanie powrócił seks.. Rzadki, bo rzadki, ale był. Jednak po jakimś czasie mój partner znowu zaczął mnie unikać w sypialni. Seks zdarza się raz na miesiąc, dwa, a nawet i trzy.. Do tego jest bardzo pospieszny, bez odpowiedniej oprawy, nie mający nic wspólnego z czułością czy namiętnością - po prostu mechaniczny stosunek mający na celu rozładowanie wewnętrznego napięcia.

                          Nie wiem, co począć dalej.. Myślałam, ze może dobrze byłoby wybrać się po radę do seksuologa, ale mój partner nawet nie chce o tym słyszeć. Uważa, że jeśli ktoś ma problem, to ja, bo jestem niezadowolona. Jemu taka częstotliwość wystarcza i na tym kończy rozmowę..
                          • Gość: KaKa Re: co dalej...? IP: *.warszawa.vectranet.pl 06.01.12, 22:29
                            No a Twoje niezadowolenie powinno być jego problemem. Bo jeżeli nie, to co Was łączy?

                            Opisałem już wcześniej, jak bym do tego podszedł (6 punktów). Punkt wyjścia to określenie Twojej własnej determinacji - czy jesteś w stanie zaryzykować (a więc potencjalnie stracić) relację, którą zbudowałaś z tym konkretnym mężczyzną, aby zawalczyć o to, czego potrzebujesz? Dopóki nie jesteś na to gotowa, możesz tylko prosić, a odmowa grozi Twojemu partnerowi co najwyżej fochem z Twojej strony, tzn. czymś, czym się zupełnie nie przejmuje.

                            Trzymam kciuki za Was. Podejmij walkę. Wcale nie jesteś ani bezbronna, ani na straconych pozycjach.
                    • rubarom Re: co dalej...? 08.01.12, 21:57
                      KaKa napisał(a):
                      > To co przeżywasz obecnie: pociąg seksualny do osoby, nie będącej Twoim stałym p
                      > artner jest dla mnie zjawiskiem znanym.
                      > Jestem mężczyzną. Potrafię oddzielać seks od miłości. Niestety.
                      (...)
                      > Kulturowo i duchowo jestem monogamiczny
                      > Ale fizycznie i emocjonalnie jestem jak najbardziej poligamiczny

                      Jesteś mądrym facetem, i po niejednym Twoim wpisie to widać.
                      Natomiast w tle tej wypowiedzi wyraźnie przewija się myśl "w odróżnieniu od kobiet" - czy dobrze to interpretuję? -To znaczy, czy dobrze rozumiem, że Ty uważasz, iż kobiety z zasady mają w tej materii inne podejście?
                      Jeśli tak, to skąd bierze się Twoja pewność? Bo zapewniam Cię, że absolutnie nie masz racji.
                      • Gość: KaKa Re: co dalej...? IP: *.warszawa.vectranet.pl 10.01.12, 01:28
                        Rubarom,

                        Zauważ, że gdyby skompresować mój wpis do jednego zdania, to byłoby do zdanie zaadresowane do kobiety: "odczuwam to samo co ty".
                        Trudno do tego dokleić: "w odróżnieniu od kobiet"...

                        Czy to coś zmienia w Twoim odbiorze mojego wpisu?

                        Moim zdaniem najważniejsze, co odróżnia kobietę i mężczyznę w podejściu do seksu, to poczucie bezpieczeństwa związanego z jego uprawianiem (na wszystkich możliwych poziomach: ciąża, choroby, odbiór otoczenia). Jeżeli zapewnisz kobiecie bezpieczeństwo (albo sama nauczy się o nie dbać), różnice (statystycznie) niwelują się. Albo może nawet przechylają na stronę kobiet (jako istot z gruntu bardziej zmysłowych od mężczyzn). Nie wiem tego na pewno, żadnych studiów socjologicznych na ten temat nie robiłem. Czysta spekulacja i intuicja.

                        Dziękuję za opinię na temat mojej osoby i moich wpisów. Zawsze miło jest coś takiego usłyszeć.

                        Tak, przy okazji. Czy rozmawiam z kobietą, czy mężczyzną?
                        • rubarom Do KaKa 12.01.12, 10:24
                          KaKa napisał(a):

                          > Rubarom,
                          >
                          > Zauważ, że gdyby skompresować mój wpis do jednego zdania, to byłoby do zdanie z
                          > aadresowane do kobiety: "odczuwam to samo co ty".

                          Moje odczucie było inne - i uważam, że trochę uzasadnione, po takim zdaniu (cytuję Cię):
                          "Jestem mężczyzną. Potrafię oddzielać seks od miłości. Niestety" - ale oczywiście przyjmuję do wiadomości, że nie wyznajesz opinii, której dotyczyła nasza wymiana zdań.

                          Natomiast niestety tę opinię (że kobiety nie umieją oddzielić seksu od miłości) większość mężczyzn rozpowszechnia z pełnym przekonaniem - jest ona tak silne, że zaczynam mocno podejrzewać, że odpowiedzialny jest za to jakiś mechanizm obronny :) :) :)
                          PS. Jestem kobietą. :)
                          • Gość: KaKa Re: Do KaKa IP: *.warszawa.vectranet.pl 13.01.12, 00:50
                            Rubarom,

                            Myślę, że w naszej wymianie zdań Ty jesteś ekspertem od Kobiet, a ja mogę co najwyżej pretendować do bycia ekspertem od Mężczyzn.

                            Tak na pewno to wiem tylko tyle, że ja potrafię odróżniać seks od miłości. I to jest jedyna pewna (z mojego punktu widzenia) informacja. Reszta to jest co najwyżej przeniesienie przez analogię. Skoro ja, to pewnie i inni mężczyżni też tak mają. I następne: skoro ja, to pewnie i inni ludzie (mężczyźni i kobiety) też tak mają.
                            Tyle filozofii.

                            Pewnie odmienia się to przez przypadki. Nie chcę teraz odwracać kota ogonem, bo rzeczywiścię myślę, że statystycznie więcej mężczyzn potrafi uprawiać seks bez zaangażowania emocjonalnego niż kobiet.
                            Różnica w zachowaniu kobiet i mężczyzn buduje taki obraz. Kobiety np. nie komentują mężczyzny w kontekście bycia li tylko obiektem seksualnym (a przynajmniej nie w moim towarzystwie), jak to się facetom całkiem powszechnie zdarza.
                            Może to tylko pozór, ale skutecznie działa.
                            • rubarom Re: Do KaKa 15.01.12, 10:10
                              Gość portalu: KaKa napisał(a):
                              (...)
                              > Różnica w zachowaniu kobiet i mężczyzn buduje taki obraz. Kobiety np. nie komen
                              > tują mężczyzny w kontekście bycia li tylko obiektem seksualnym (a przynajmniej
                              > nie w moim towarzystwie), jak to się facetom całkiem powszechnie zdarza.

                              To, co napisałeś, dotyka sedna sprawy. A ma ona według mnie różne aspekty.
                              Po pierwsze bardzo mało prawdopodobne jest, żeby kobiety przy mężczyźnie / mężczyznach robiły pewne komentarze; natomiast niejednego całkowicie zaskoczyłoby, oględnie mówiąc, jak kobiety potrafią rozmawiać o facetach między sobą (zresztą to dotyczy też mężczyzn: w obecności kobiet też raczej nie prowadzą rozmów o kobietach jako obiektach seksualnych).Inaczej: Nie słyszysz = powstaje wrażenie, że czegoś nie ma.

                              Po drugie - i jest to według mnie dużo głębszy aspekt - współczesna kultura (mimo swobody seksualnej, głoszonego równouprawnienia itp.) narzuca nam pewne zachowania - czy tego chcemy, czy nie - uzależniając je od płci. Sprowadza się to do tego, że na niektóre zachowania daje jednej płci przyzwolenie (lub wręcz je preferuje) albo też pozwala na większą tolerancję wobec nich. Mówienie (mężczyzny) o kobiecie jako o obiekcie seksualnym jest zachowaniem "preferowanym", mówienie (kobiety) o mężczyźnie jako obiekcie seksualnym już nie - ale nie znaczy to wcale, że kobiety o mężczyznach tak nie myślą i że ich tak w konkretnych sytuacjach nie traktują ani też że istnieje tu jakaś statystyczna różnica między płciami.
    • Gość: max Re: co dalej...? IP: *.adsl.inetia.pl 02.01.12, 14:29
      Gość portalu: wkropce napisał(a):

      Zaczął mi się zwierzać z jego pro
      > blemów z partnerką,

      Hmm
      Interesujące.
      Zapytaj jego partnerkę, czy też to widzi w podobny sposób, bo wielce prawdopodobne, że to tylko chimera Pana na tę jedną noc, a z nastaniem świtu i opadem promili może wcale nie byłaś aż tak atrakcyjna?
      • Gość: wkropce Re: co dalej...? IP: *.tarniny.pl 02.01.12, 19:51
        Jasne, jak dla mnie to zdecydowanie za szybko. Dlatego skończyło się jedynie na flircie. W ogóle nie znam tego człowieka i nie wiem jak na prawdę wygląda jego życie.. Ale jak już wspomniałam w naszym przypadku nie było promili, a deklaracje powtarzały się na drugi dzień.

        I nie chodzi o to, że zwykłe słowa zrobiły na mnie aż takie wrażenie, abym zmieniała dla tego Pana całe swoje życie. Po prostu spodobał mi się, a komplementy świadczą chyba o tym, ze ja jemu również.

        • Gość: morte Re: co dalej...? IP: *.adsl.inetia.pl 02.01.12, 20:11
          Nie wierzycie w miłość od pierwszego spojrzenia. Ja wierze.
          • lilyrush Re: co dalej...? 03.01.12, 14:21
            alez wierzymy. Trwa zazwyczaj tyle ile trwało dojście do tego objawienia... wyjątki sa nieliczne
            • Gość: wkropce Re: co dalej...? IP: *.tarniny.pl 03.01.12, 22:35
              Mój związek właśnie tak się narodził.. i szkoda, że był wyjątkowy tylko przez pierwsze 5 lat..
    • eatingglass Re: co dalej...? 06.01.12, 12:00
      Kazdego rodzaju imprezy są jakimś zagrożeniem dla związku, w którym niekoniecznie jest uczucie, a u Was chyba już go nie ma albo jest bardzo mało.
      Trzeba sobie zdawać sobie sprawę z tego na czym się stoi teraz. Przecież nie zawsze chyba było kryzysowo jak teraz. Było chyba trochę uczucia, skoro związek się zawiązał i przyszło dziecko na świat?
      Kryzysy w związkach to normalka. Kwestią najważniejszą jest aby je przezwyciężyć.
      Ten adorator z sylwestrowej nocy, to moim zdaniem krótkoczasowy ochotnik na intymną zabawę. Jest takich pełno na imprezach zarówno ze strony kobiet jak i mężczyzn.
      Należy zdać sobie sprawę, że porzucenie obecnego partnera i poszukiwanie następnego, albo wybór tego z sylwestra, to jest wielka niewiadoma. Nie musi być wcale lepiej z innym, a wręcz gorzej. Nie ma na to reguły. Trzeba raczej spróbować reaktywować stan obecny na kilka wariantów, a jeśli to nie przywróci "ustawień fabrycznych", to wtedy szukać alternatywnego partnerstwa.



      www.sm-toys.pl
    • czarownik79 Re: co dalej...? 08.01.12, 12:17
      A czymże jest jeden wieczór, kilka telefonów i smsów wobec trudów szarej codzienności. Radzę zrobić poważny bilans zysków i strat bo zauroczenie może przeminąć a życie toczy się dalej.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka