malazielen
02.12.01, 13:52
Mój problem jest z pewnością typowy i rozwiązanie jest banalne, ale
dlatego, że bezpośrednio mnie dotyczy, nie umiem stanąć z boku, ocenić
chłodno sytuację i znaleźć rozwiązania.
Jestem z chłopakiem od 3,5 roku. Mamy obydwoje po 22 lata. Od roku jesteśmy
zaręczeni. Jestem z nim bardzo mocno związana uczuciowo, mamy plany na
przyszłość. Od ponad dwóch lat ze sobą współżyjemy.
Nasz pierwszy raz był inicjacją zarówno dla mnie, jak i dla niego. Nie jest
to miłe wspomnienie. Nie umieliśmy sobie poradzić ze szczegółami
technicznymi, byliśmy bardzo zdenerwowani. Najgorszy błąd jaki wtedy
popełniliśmy, to taki, że on tego samego wieczoru wyjechał. Zostałam sama,
próbując sobie wmówić, że mi to nie przeszkadza. Ale nie tylko to powoduje,
że nie wspominam tego dobrze. Otóż... to był mój pomysł, a co gorsza,
musiałam go do tego namawiać. Zostałam wychowana w przeświadczeniu, że
kobieta nie może podejmować inicjatywy. Dlatego czułam się z tym tak, jakbym
się narzucała.
Potem przez jakiś czas było ok. Współżycie nie dawało mi fizycznej
satysfakcji, ale wiedziałam, że jako kobieta musze się po prostu nauczyć
swojego ciała i dlatego czerpałam ze zbliżeń ogromną satysfakcje psychiczną.
Coś zaczęło się psuć. Mój chłopak odmawiał współżycia, a ja prosząc o nie
czułam się jak ostatnia szmata, narzucająca się nimfomanka. Taka sytuacja
trwała dość długo, co najmniej 6 miesięcy. Po tym czasie były okresy
chwilowej poprawy, przeplatane powrotem do sytuacji.
Pytałam się wiele razy, co sprawia, że on nie ma ochoty, ale on utrzymuje,
że sam nie zna odpowiedzi na to pytanie.
Przez tę sytuację, bardzo często wybuchają między nami bardzo ostre kłótnie.
Straciłam pewność siebie, czuję się brzydką, nieatrakcyjną, odpychającą i
nie pociągająca kobietą. Kiedyś bardzo lubiłam seks. Chociaż nie potrafię
dojść do orgazmu, dawał mi on bardzo dużo satysfakcji. Teraz nadal mam na
niego ochotę, ale jak już dochodzi do zbliżenia, nie podoba mi się tak jak
dawniej, a czasami wręcz nic nie czuję.
Tu jest coś czego nie rozumiem najbardziej - nie lubię już seksu, mimo to
nadal mam na niego ochotę. Możliwe, że dlatego, że ciągle mam nadzieję, że
będzie tak jak dawniej.
Dolaniem oliwy do ognia było, gdy po jakimś czasie on przyznał mi się, że nie
lubi gier. Dlaczego to takie straszne? Bo wcześniej bawiliśmy się w różne
rzeczy, a ja byłam święcie przekonana, że on bawi się tak dobrze, jak ja.
Sytuacja staje się coraz gorsza. Nienawidzę innych par. Po prostu nie mogę
patrzeć na całującą się parę, chociaż kiedyś uważałam to za urocze - mój
wybranek nie całuje mnie nigdy poza momentami zbliżenia.
Nie słyszę od niego komplementów, nie mówi mi, że mnie pożąda, że mu się
podobam. Wiele razy mówiłam mu, że taki stan rzeczy mi nie odpowiada, że
wydaje mi się, że mu się nie podobam. on po prostu mówił, że to nie prawda,
ale nie zmieniał swojego zachowania.
Próbowałam o tym pisać na listę dyskusyjną. Jedyne rady jakie dostałam to
"rzuć go". Nikt nie pomyślał o tym, że to nie wchodzi w rachubę, bo go
kocham.
Wiem, że może to być "klasyczne niedopasowanie temperamentów" (jemu
wystarcza seks raz na miesiąc, 2-3 tygodnie, ja chciałabym 2-3 razy w
tygodniu), ale rady w stylu "należy zrozumieć partnera" nie wystarczają.
Mam nadzieję, że będzie Pan umiał mi pomóc, że znajdzie Pan coś , czego ja
nie widzę. Z pewnością napisano mnóstwo poradników dotyczących tego
problemu, ale to nic nie daje. Próbowałam już naprawdę wielu rzeczy -
rozmowa, tłumienie w sobie ochoty, by "lepiej się dopasować", wygalanie
włosów łonowych - podobno to wzmacnia zainteresowanie, bo jest czymś nowym,
trwała ondulacja (on lubi loczki) itp. Bez żadnego rezultatu.