witomir
12.02.04, 00:28
Globalizm to trend cywilizacyjny, którego celem jest utworzenie na Ziemi
(na naszym globie) jednego społeczeństwa sterowanego przez jeden rząd.
Wprawdzie w każdej wielkiej cywilizacji władcy aspirowali do panowania nad
(znanym sobie) światem, niemniej jednak dopiero w XX wieku projekty te stały
się realne.
W średniowieczu i w czasach nowożytnych podstawowymi strukturami
politycznymi były monarchie. Rozpoczęty pod koniec XVIII w. demontaż
monarchii utorował drogę do budowania suwerennych państw narodowych (jako
państw obywatelskich). Między państwami tymi toczyła się w wielu dziedzinach
rywalizacja, nie zawsze też udawało się utrzymać równowagę sił, co prowadziło
do licznych wojen, których kulminacją były dwie wojny światowe w wieku XX.
Kolejna, ale już tzw. zimna wojna, oparta była na konfrontacji dwóch
supermocarstw, USA i ZSRS, przy współudziale mniej lub bardziej podległych im
państw. Upadek komunizmu pozostawił na arenie politycznej jedno
supermocarstwo. Wówczas ostro ruszyła kampania pro-globalistyczna (lata 90.)
Przy istotnym wpływie Stanów Zjednoczonych globalizm nie jest w
sposób formalny związany z jakimś określonym państwem czy narodem, jawi się
raczej jako twór ponadpaństwowy i ponadnarodowy. Pewne jest natomiast, że
globalizm w sposób zasadniczy wpływa na politykę, ekonomię, media, edukację
etc. wkraczając w sposób mniej lub bardziej jawny w dziedziny, które do tej
pory stanowiły atrybuty niepodległych państw. Ostatnim aktem suwerennych
państw jest zgoda na ograniczenie lub wręcz rezygnację z własnej
suwerenności; przypomina to do złudzenia legalizację rozbiorów przez polski
sejm. W "oczach świata" wszystko wygląda w porządku (wszystko dzieje się
zgodnie z prawem), w oczach narodu nic nie budzi podejrzeń, legalizacja
dokonuje się za sprawą demokratycznie wybranych parlamentarzystów. To są
jednak tylko pozory.
Wśród wielu dziedzin dotkniętych wpływem globalizmu znajdują się
kultury narodowe. Wpływ ten nie jest odczuwany zbyt boleśnie, a tym bardziej
niewiele osób tak naprawdę zdaje sobie sprawę, że proces taki ma miejsce.
Masy przyzwyczajone do uznawania za rzeczy ważne (a wręcz istniejące!) tylko
tego, co jest odpowiednio nagłośnione przez media, nie dostrzegają problemu
utraty własnej kultury narodowej; o tym masowe media nie mówią, a więc tego
nie ma. Aby dostrzegać ten proces, trzeba mieć też jakąś skalę porównawczą,
należny brak jest rozpoznawalny przez porównanie z całością bez braków.
Obcując wyłącznie z rzeczami wybrakowanymi możemy sądzić, że taka jest ich
natura, a więc że braków nie posiadają. Kto widzi tylko psy bez ogonów, ten
będzie przekonany, że pies z natury nie ma ogona, że pies z ogonem, to jakieś
dziwadło; kto zna klasykę polską tylko z wersji filmowej, ten ma zdeformowany
obraz polskiej kultury, ale w skali masowej to ten zdeformowany obraz jest
uznawany za "normalny", oryginał zaś staje się dziwadłem, rzadko znanym. A
wreszcie kultura narodowa nigdy nie była w pełni zasymilowana przez cały
naród czy wszystkich obywateli danego państwa. Kultura narodowa jest raczej
kulturą elitarną, choćby z tego tytułu, że wymaga zdobycia odpowiedniego
poziomu kultury i to w wielu różnych dziedzinach aby można było z nią obcować
i nią żyć. Stąd też stosunkowo niewielki procent narodu zdaje sobie w pełni
sprawę z tego, co naród jako całość traci. Ale ponieważ na polityce, na
medycynie i na kulturze zna się każdy, więc publiczna dyskusja nad potrzebą i
wagą kultury narodowej łatwo stać się może jałowa.
Dlaczego globalizm z całą premedytacją niweluje wpływ kultur
narodowych na poszczególne społeczeństwa? W wymiarze społeczno-politycznym
kultura narodowa umacnia dane społeczeństwo wewnętrznie, czyni je bardziej
zwartym, silnym, a więc i odpornym na zakusy obcych. Parafrazując znaną
klasyczną sentencję możemy powiedzieć, że miastem bez murów jest
społeczeństwo bez własnej kultury. Jeżeli więc globaliści dążą do utworzenia
jednego światowego społeczeństwa, to muszą obalić mury kultur narodowych. W
wymiarze politycznym skruszenie murów kultury narodowej otwiera swobodną
drogę do realizowania wizji nowego społeczeństwa, które już nie będzie
narodem, a kto wie, czy będą to jeszcze ludzie.
Ponieważ przekaz kultury narodowej przez wieki opierał się na
tradycji obejmującej krąg domu, szkoły, państwa,społ.lokalnej więc niszczenie
kultur narodowych musi polegać na opanowywaniu tych właśnie newralgicznych
instytucji. Najpierw więc podważa się wartość samej tradycji jako nośnika
kultury, tradycję ukazuje się w najgorszym świetle jako coś zacofanego,
anachronicznego, pozbawionego wartości. Liczy się tylko przyszłość i postęp,
to, co nowe. Następnie trzeba wkroczyć do domów. Dziś jest to nad wyraz
łatwe. Globaliści nie muszą kolbami wyważać drzwi ani wkradać się przez okno.
Praktycznie w każdym domu stoi jeden lub kilka telewizorów, który niczym
czołg otoczony piechotą kolorowych pism dyktuje rytm dnia, opinie, nastroje,
oceny. Dom dzięki masowym mediom jest już zdobyty. A co ze szkołą?
Programy szkolne opracowywane są i finansowane przez
zachodnich "specjalistów" i zachodnie instytucje takie jak OECD czy Unia
Europejska. W związku z tym bardzo precyzyjnie usuwa się z treści nauczania,
choć stopniowo, materiał, który rozbudza poczucie narodowe. Eliminuje się
autorów klasycznych (wieszczów narodowych) bądź w całości, bądź przez
pozostawienie najmniej narodowych utworów bądź poprzez rekomendację
obejrzenia wersji filmowej. Młodzież angielska nie czyta Szekspira, młodzież
grecka nie czyta Platona, młodzież polska... ogląda Trylogię i Pana Tadeusza
w telewizji, w tekście, którego nawet poprawnie i pięknie nie przeczyta,
połowy słów już nie rozumie. Szkoła ukierunkowuje uczniów na zdobycie
umiejętności praktycznych, bez rozwijania zdolności do refleksji i mądrości.
Wzorem jest umysł ścisły, czyli wąski (skoro ściśnięty), ale za to
zarozumiały, bo wierzy w potęgę techniki. Kultura narodowa jako dobro
niewymierne traktowana jest jak sprawa pozbawiona wartości (bo nie-
mierzalna).
Instytucje państwowe zachowują z kulturą narodową związek
symboliczny, zewnętrzny. Gdzieniegdzie flaga, skromny orzeł, rzadko hymn
narodowy i to też tylko pierwsza zwrotka. Instytucje państwowe są urzędami,
które urzędują, ale nie reprezentują majestatu sukcesji władzy 1000-letniego
państwa. Kultura urzędu nie jest kulturą narodową, jest wyrazem kultury
biurokratycznej różnicowanej poziomem techniki i mentalności (socjalistyczna,
sowiecka, azjatycka, zachodnia). Jakże często wchodząc do urzędu nie czujemy,
aby to był urząd naszego kraju, urząd, który nam służy, który chce nam pomóc,
który broni naszych praw. W polskich urzędach Polacy czują się petentami,
odgrodzonymi od władzy labiryntem korytarzy, pokoi, urzędników, sztucznych
sekretarek.... Przepaść ta powiększa się za granicą, gdzie w wielu wypadkach
placówki dyplomatyczne postrzegane są nie jako instytucje służące Polakom, co
raczej zorientowane na penetrowanie Polonii dla bliżej nie znanych celów.
Kurczy się też mecenat państwa nad dziedzictwem narodowym, które, z
małymi wyjątkami, albo przechodzi w ręce obce, albo też ulega likwidacji.
Państwo w sensie instytucjonalnym przestaje być zainteresowane podtrzymaniem
wielowiekowego dziedzictwa narodowego. W grę wchodzi brak równomiernego
rozlokowania placówek kulturalnych na terenie całego kraju, tak aby mogły być
żywym odniesieniem całości narodu i państwa dla dzieci, młodzieży i tych,
którzy z kulturą polską chcą obcować. Jakże nieliczne i jak rzadko rozsiane
są muzea, teatry, sale koncertowe, biblioteki. Instytucji tych było nieco
więcej okresie PRL-u ze względu na rolę propagandową, której nie mogły
jeszcze spełniać masowe media; propaganda jednak nie zasłaniała wszystkiego,
co narodowe