ballestrem
27.04.04, 18:46
Kłopotliwy bohater
Oskara Schindlera znają wszyscy. Henryk Sławik jest kompletnie zapomniany.
Nie tylko nie potrafiliśmy go sprzedać Hollywood, ale nawet atrakcyjnie
pokazać w książkach.
Pod koniec lat 80. izraelski dyplomata Henryk Zvi Zimmermann przyjechał do
Polski, by odszukać ślady Henryka Sławika, któremu zawdzięczał ocalenie
podczas wojny. Nie dowiedział się niczego, ale fiasko swojej misji w
pierwszej chwili uznał za dobry znak. Przypuszczał, że Sławik żyje, bo o
śmierci takiego bohatera Polacy musieliby wiedzieć. Ale pomylił się: Sławik
nie przeżył wojny. W dodatku 40 lat po jej zakończeniu nikt w Polsce o nim
nie pamiętał. I właściwie tak pozostało do dziś. W ostatnich dniach, po 60
latach milczenia, ukazały się równocześnie dwie książki mu poświęcone.
Czy "Polski Wallenberg" Grzegorza Łubczyka i "Czerwony ołówek" Elżbiety
Isakiewicz odświeżą pamięć o jednej z najpiękniejszych polskich postaci czasu
wojny?
W skrócie fakty są następujące. Henryk Sławik urodził się w 1894 r. w
Szerokiej pod Pszczyną. Brał udział w powstaniach śląskich. W okresie
międzywojennym był lokalnym działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej i, co
ważne, jej prawicowej frakcji, która wykluczała współpracę z komunistami, ale
zarazem - zwłaszcza po zamachu majowym - była krytyczna wobec Piłsudskiego.
Redagował związaną z PPS "Gazetę Robotniczą". Po niemieckiej agresji 1939 r.
był dla hitlerowców - jako sztandarowy patriota - jednym z pierwszych "do
odstrzału" Polaków na Śląsku. Przedostał się na Węgry i trafił do obozu
polskich uchodźców.
Węgry okresu wojny były miejscem szczególnym. Formalnie kraj był sojusznikiem
hitlerowskich Niemiec z silnym ruchem faszystowskim (tzw. strzałokrzyżowcy).
Jednak znaczna część węgierskich elit podchodziła do tego sojuszu z dystansem
czy wręcz z niechęcią. I elitom tym, zwłaszcza w pierwszym okresie wojny,
udawało się zachować wpływ na życie polityczne, forsować taktykę lawirowania
i wykrętnego oporu wobec niemieckich nacisków. Jednym z przejawów tego oporu
był - motywowany nie tylko przyjaźnią - stosunek do Polaków. Według różnych
rachunków przez wojenne Węgry przewinęło się od 60 do przeszło 100 tysięcy
Polaków. Dla części z nich był to kraj tranzytu, droga do tworzonego na
Zachodzie polskiego wojska (co oczywiście było Niemcom bardzo nie w smak).
Pozostali szukali tu schronienia przed hitlerowską okupacją. Z ramienia
węgierskich władz za ich los był odpowiedzialny urzędnik ministerstwa spraw
wewnętrznych Jozsef Antall, zwany "ojczulkiem Polaków", skądinąd ojciec
pierwszego premiera Węgier po obaleniu tam komunizmu.
To właśnie Antall "wynalazł" Henryka Sławika. Zwrócił na niego uwagę,
wizytując jeden z obozów dla polskich uchodźców. Podczas gdy inni narzekali
na przydziały mydła i wyżywienie, Sławik mówił o braku perspektyw. Niewidzący
ich Polacy zaczynali pogrążać się w pijatykach i swarach; Sławik przekonywał,
że od mydła i smalcu z papryką ważniejsze jest stworzenie im szans na
zbudowanie na Węgrzech choćby namiastki normalnej egzystencji.
Antall zabrał Sławika do Budapesztu. Namówił go, by stanął na czele Komitetu
Obywatelskiego - organizacji uchodźców, która w porozumieniu z emigracyjnym
rządem gen. Władysława Sikorskiego reprezentowała interesy Polaków wobec
władz węgierskich.
Tworzenie miejsc pracy, możliwości edukacji, pomoc socjalna, zakładanie
polskich sierocińców, szkół i ośrodków kulturalnych. Tym przede wszystkim
zajmował się Sławik we współpracy z Antallem i innymi węgierskimi partnerami.
A w tle trwał nieustanny przerzut ochotników do polskiej armii - nielegalny,
ale dokonywany za cichym przyzwoleniem części węgierskich polityków.
Wśród szukających schronienia na Węgrzech byli również Polacy pochodzenia
żydowskiego. Początkowo nieliczni, głównie oficerowie naszej armii. Liczba
żydowskich uchodźców zaczęła gwałtownie rosnąć mniej więcej od 1941 r., gdy
było coraz bardziej jasne, że na polskich terenach, okupowanych przez
hitlerowców, zaczyna się "ostateczne rozwiązanie" kwestii żydowskiej.
Na Węgrzech polscy Żydzi mieli więcej szans na przeżycie, ale nie mogli czuć
się bezpiecznie. Tropili ich węgierscy faszyści i agenci niemieckiego
wywiadu. Nieustannie groziła im deportacja do Generalnej Guberni, co w
praktyce oznaczało wyrok śmierci. Tak jak nieco wcześniej Sławik do Antalla,
tak teraz do Sławika zgłosił się w tej sprawie Henryk Zvi Zimmermann,
krakowski adwokat o wyglądzie - co wtedy było szczególnie ważne -
angielskiego barona, działacz żydowskiego ruchu oporu. A Sławik zagrał va
banque. Zatrudnił Zimmermanna w swym biurze i upoważnił do dysponowania
własną pieczątką. Odtąd wszyscy polscy Żydzi, zgłaszający się do Komitetu
Obywatelskiego, mogli liczyć na dokumenty potwierdzające ich katolickie
pochodzenie. Dzięki temu uratowało się od 4 do 5 tysięcy osób!