ignorant11
09.07.04, 03:25
Sława!
Załatwione odmownie - Mała Rosja nad Sekwaną
Tygodnik "Wprost", Nr 1128 (11 lipca 2004)
http://www.wprost.pl/ar/?O=62786
Liberalizm gospodarczy Francuzi interpretują jako przyzwolenie dla
państwowego interwencjonizmu
Jan Winiecki
W ostatnim czasie Rosja nie ma najlepszej prasy w Europie i to mimo wsparcia
udzielanego jej przez prezydenta Chiraca. Chirac zawsze gotowy do poparcia
jakiejś brzydko pachnącej dyktatury, pół- albo pełnej (jeśli Francja mogłaby
cokolwiek na tym zyskać!), nie tak dawno domagał się "większego szacunku" dla
wysiłków Rosji w przywracaniu "temu wielkiemu krajowi" należnego mu miejsca w
świecie. Niewielu jest chętnych do przyklaskiwania temu wysiłkowi, zwłaszcza
w naszej części Europy. Ciężka ręka rosyjskiego autorytaryzmu w sferze
gospodarki już spowodowała uwiąd bezpośrednich inwestycji zagranicznych w
Rosji. Zresztą nigdy nie były one wielkie. Poza inwestycjami w wydobycie
surowców (tam gdzie one się znajdują) pozostałe stanowią mniej niż jedną
trzecią tego, co zostało zainwestowane w Polsce. Ci zaś, którzy zainwestowali
na rosyjskiej giełdzie, są skłonni wyjść z niej, byle tylko z niezbyt
wielkimi stratami. Mało kto lubi funkcjonować na rynku, na którym pogłoska,
że właśnie aresztowano głównego właściciela Norilsk Nickel, powoduje lawinową
przecenę akcji o 25 proc. Pogłoska (tym razem!) okazała się nieprawdziwa, ale
brzmiała - jak wszyscy wiemy - niezwykle realistycznie. Tego samego dnia
załamał się zresztą kurs akcji innej firmy - UES - a to z powodu innej
pogłoski, że rząd chce przejąć kontrolę nad należącą do niej elektrownią
wodną. Pogłoski, dodajmy, również wielce prawdopodobnej, jako że prywatne
przedsiębiorstwa w putinowskiej Rosji są prywatne tylko tymczasowo. Do
ewentualnego wydania odmiennej decyzji władzy odnośnie praw własności.
Francja à la Russe
Francja to nie Rosja. Z pewnością. Na przykład Francja - jak to w Europie
wypada - dba o formy. Oczywiście, tylko wówczas, gdy może sobie na to
pozwolić bez narażenia swoich interesów (a jeśli nie może, to zachowuje się
podobnie jak prezydent Francji, który każe nowym krajom członkowskim
unii "siedzieć cicho", a nie wtrącać się do polityki zagranicznej możnych
tego świata). Natomiast co do treści, filozofii ekonomicznej, polityki
gospodarczej czy śmiałych interpretacji własnych posunięć - jakich nie
powstydziłyby się "Prawda" czy "Izwiestia" - różnice między Rosją a Francją
są już znacznie mniejsze.
I nie jest to bynajmniej presja zaawansowanej eurosklerozy, bowiem tak było
zawsze. Moje osobiste zderzenie z francuską nowomową nastąpiło wkrótce po
objęciu stanowiska w EBOiR wiosną 1991 r. Otóż zarząd i rada nadzorcza, w
której byłem urzędującym dyrektorem, jako jedną z pierwszych transakcji
przegłosowały kapitałowe wsparcie częściowej prywatyzacji czeskich linii
lotniczych CSA. Kupno udziałów w jednej państwowej firmie (CSA) przez drugą
państwową firmę (Air France) prezes banku, Francuz, i francuski członek rady
nadzorczej - pełni zachwytu nad tą transakcją - zachwalali jako prywatyzację!
My zresztą bierzemy udział w takiej "prywatyzacji" - z oczywistymi skutkami.
Gdybyśmy bowiem przeprowadzili prawdziwą prywatyzację TP SA, być może nie
mielibyśmy monopolu i tandety jednocześnie.
Szczególne interpretacje prywatyzacji bledną jednak przy niedawnej wypowiedzi
nowego ministra finansów Francji Sarkozy'ego. Na konferencji prasowej
stwierdził on, że ekonomiczna liberalizacja to "pozwalanie firmom, aby
stawały się narodowymi czempionami, a nie zgoda na to, aby przestawały
istnieć". Orwell miałby niemałą uciechę z francuskiej interpretacji
liberalizmu gospodarczego!
Pozdrowienia od Madame Tussaud!
Proponowałbym jednak nie delektować się formą, lecz nieco poważniej zająć się
treścią. Pan Sarkozy - jak na polityka tego szczebla - jest młodym
człowiekiem i być może nie bardzo pamięta, że Francja i inne kraje Europy
Zachodniej przerabiały tę lekcję już parę dziesiątek lat temu. Francja
odkryła wówczas (któreś tam) "wyzwanie amerykańskie" w postaci wielkich,
wysoce konkurencyjnych korporacji amerykańskich, operujących na niedawno
utworzonym rynku EWG (poprzedniczki Unii Europejskiej).
Zgodnie z duchem owych czasów - czasów natchnionego "majsterkowiczostwa" -
Francja zaczęła promować w latach 60. i 70. strategię tworzenia narodowych
czempionów. Oznaczało to wywieranie presji na prywatne firmy, by łączyły się,
tworząc wielkie jednostki gospodarcze, zdolne do zmierzenia się z
Amerykanami. Po marksistowsku uważano bowiem wówczas, że siła amerykańskich
korporacji bierze się z ich wielkości. Po latach - i miliardach wydanych
franków i innych walut - zachodni Europejczycy odkryli, że narodowi czempioni
najczęściej nie są w stanie skutecznie konkurować z firmami amerykańskimi. To
nie skala działalności (według hasła: "im większe, tym lepsze"), ale
istnienie na amerykańskim rynku wielu ostro konkurujących producentów było
źródłem siły firm z USA na mniej konkurencyjnych rynkach europejskich.
Pojedyncze firmy europejskie, nie mające takich konkurentów na swoim rynku,
były zmuszone podpierać się pomocą państwa. Ostatecznie ta strategia została
zarzucona przez rządy krajów EWG pod koniec lat 70.
Tak więc pomysł ministra Sarkozy'ego jest otrzepanym z kurzu modelem wziętym
z gabinetu figur woskowych. Jest w nim bowiem tyle samo życia. I jak tu nie
wracać do przedstawianej wielokrotnie tezy o Francji i Niemczech jako
hamulcowych gospodarczego przyspieszenia, skoro odgrzewa się tam stare,
zdyskredytowane pomysły jako receptę na wyjście z eurosklerotycznej
stagnacji? Samo życie przypomina nam o tym, kto jest przeszkodą na drodze do
dynamicznej, szybko rozwijającej się Europy.
Subtelne różnice
Co oczywiste, Francja, przepychając swoje majsterkowiczowskie pomysły sprzed
prawie pół wieku, ma w nosie inne kraje członkowskie i ich interesy. Komisja
Europejska, badająca sprawy ratowania kolejnych francuskich molochów - Crédit
Lyonnais, France Télécom czy ostatnio Alstomu - bezsilnie protestuje
przeciwko skali francuskiej pomocy dla jej ledwo dyszących czempionów.
Podobnie bowiem jak w komunizmie, gdzie wszyscy byli równi, ale Sowieci
byli "równiejsi", tak w UE wszyscy są równi, ale Francja jest
zdecydowanie "równiejsza". Dlatego kolejna szykowana dawka pieniędzy
francuskich podatników dla Alstomu została już przełknięta przez Mario
Montiego, unijnego komisarza ds. konkurencji. Skoro minister Sarkozy
powiedział, że "uratowanie Alstomu to nie sprawa wyboru, ale obowiązek", to
znaczy, że unia nie ma tu już nic do gadania (przy okazji, jak tu się nie
śmiać z infantylnego internacjonalizmu Klausa Bachmanna w "Rzeczpospolitej",
przekonującego Polaków, że nowa konstytucja UE to koniec walki państw o
narodowe interesy!).
We Francji oczywiście nie zamyka się w areszcie nieposłusznych szefów
prywatnych firm (tak jak w Rosji), ale też nie zostawia się ich w spokoju,
aby radzili sobie na rynku. Kolejne interwencje francuskich polityków w
sprawę przejęcia przez Sanofi-Synthelabo francusko-niemieckiego koncernu
Aventis, odstraszanie ewentualnego konkurenta Francuzów (szwajcarskiej firmy
Novartis) - wszystko to żywcem przypomina rosyjskie w treści, choć francuskie
w formie obyczaje w centralnie sterowanej gospodarce.
Minister Sarkozy w pełnym orwellowskich akcentów wystąpieniu powiedział ze
swadą, że "Francja nie jest skazana na uwiąd. Nie ma żadnego powodu, byśmy
się mieli godzić na marny wzrost gospodarczy". Otóż, przeciwnie, nie ma
żadnego powodu, by wierzyć, że może być inaczej. Odgrzewanie starych
interwencjonistycznych kotletów jest bowiem drogą donikąd.
Byłoby mi najzupełniej obojętne, że taki będzie efekt kolejnego ataku
aktywistycznej gorączki. Francuzom należy się smak kolejnej porażki i to
taki, który pozostałby w ustach na dłużej. Być może miałby znaczenie
te