bolko_turan
31.10.04, 13:48
Kontratak białej rasy
Tygodnik "Wprost", Nr 1144 (31 października 2004)
Nie bomba geriatryczna czeka zamożne społeczeństwa Zachodu, lecz kolejny baby
boom
Na Zachodzie tyka bomba geriatryczna. Wkrótce trzy czwarte ludzkości będzie
należało do ras innych niż biała, bo inne się mnożą, a biała wymiera. Jeszcze
dwa lat temu straszono takimi prognozami. Demografowie, ekonomiści,
socjologowie i tzw. ekolodzy, którzy wieścili klęskę białej rasy, nie
docenili dwóch fundamentalnych czynników rozwoju: zdolności natury do
samoregulacji i mądrości społeczeństw.
Fikcja Malthusa
Już w 1972 r. intelektualiści zebrani w Klubie Rzymskim opracowali raport,
według którego ludzkość siedzi na bombie demograficznej. Po 2020 r. na ziemi
miało dojść do katastrofalnego przeludnienia - liczba ludności miała wzrosnąć
do 15 mld. Straszono niedoborami żywności na wielką skalę: nie tylko z powodu
przeludnienia, ale też zniszczenia środowiska naturalnego. Lekarstwem na tę
hekatombę miało być drastyczne ograniczenie przyrostu naturalnego - najlepiej
do zera.
Pseudomędrcy z Klubu Rzymskiego (praktycznie nie sprawdziła się żadna z ich
prognoz) popełnili ten sam błąd, co 200 lat temu Thomas Malthus. Ten
anglikański pastor stwierdził, że skoro żywności przybywa w postępie
arytmetycznym, a ludzi w postępie geometrycznym, przeludnienie jest
nieuchronne. Samozwańczy prorocy na szczęście się mylili: według najnowszych
prognoz liczba ludności świata nie powinna przekroczyć 8-9 mld, a potem
zacznie spadać. Pozytywnym skutkiem nietrafnych prognoz jest ograniczenie
publicznych funduszy na walkę z plagami przyszłości wymyślanymi przez różnych
guru, jak ci spod znaku Klubu Rzymskiego. Społeczeństwom krajów wysoko
rozwiniętych nie grozi wymarcie - wynika z najnowszych prognoz
długoterminowych . Amerykańskie Population Reference Bureau, jedna z
najbardziej renomowanych placówek badań demograficznych na świecie,
przewiduje, że za 30 lat dzietność (liczba dzieci na kobietę) w krajach
Trzeciego Świata niemal zrówna się z dzietnością na bogatym Zachodzie. W
krajach słabiej rozwiniętych będzie wynosić 2,1, podczas gdy w państwach
wysoko rozwiniętych - 1,9. Symptomy tej tendencji można już obserwować: w
kilku krajach europejskich mamy do czynienia z baby boomem. Dotyczy to też
Rosji, gdzie w ostatniej dekadzie ubyło najwięcej ludności (prawie 6 mln), i
gdzie od kilku lat jest ujemny przyrost naturalny (-0,3 proc.), a dzietność
zmalała do 1,3.
Skandynawski baby boom
Następca tronu książę Haakon, jego żona Mette-Marit i ich dzieci - takie
zdjęcia ostatnio najczęściej pokazywano w norweskich mediach. Wbrew pozorom
ma to wiele wspólnego z demografią. Norwegia, podobnie jak pozostałe kraje
skandynawskie, do niedawna zajmowała jedno z ostatnich miejsc w Europie pod
względem wielkości przyrostu naturalnego (ujemny od -0,1 do -0,7) i wskaźnika
dzietności (1,0). Obecnie współczynnik dzietności wzrósł w Norwegii do 1,8
(jest wyższy niż w Polsce - 1,28). Co najważniejsze, nie jest to zasługą
imigrantów, lecz rdzennych mieszkańców Skandynawii (baby boom obserwujemy
także w Danii, Szwecji oraz Finlandii - wszędzie tam wskaźniki dzietności
zbliżają się do 2).
Jedną z przyczyn skandynawskiego baby boomu jest najbardziej rozbudowany na
świecie system zabezpieczeń socjalnych dla rodziców. W Skandynawii można żyć
z tego, że się ma dzieci, zwłaszcza jeśli jest ich więcej niż dwoje.
Oferowane są tam bezzwrotne pożyczki, wysokie zasiłki, długie i dobrze płatne
urlopy macierzyńskie. Badania dowodzą (m.in. Królewskiego Instytutu
Demografii w Sztokholmie), że te bodźce działały niemal wyłącznie na
imigrantów z Południa. Kanadyjscy demografowie (m.in. Gauthier) dowiedli, że
25-proc. wzrost świadczeń rodzinnych zwiększa współczynnik dzietności o 0,6 w
krótkim okresie i o 0,4 w dłuższym.
W Skandynawii na wzrost dzietności Szwedek czy Norweżek wpłynęły przede
wszystkim czynniki socjopolityczne i kulturowe. Wielu Skandynawów,
szczególnie z klasy średniej, przestraszyła wizja społeczeństwa zdominowanego
przez imigrantów. Poza tym zrozumieli oni znaczenie wielodzietnej rodziny,
jako najważniejszego podmiotu na rynku. Jak dowodzi Gary Becker, ekonomista z
Chicago, laureat Nagrody Nobla za badania związane z rozwojem rodziny, w
rodzinie powstaje najwięcej bogactwa - kapitał ludzki. Becker wykazał, że aż
80 proc. zasobów bogatych krajów stanowi kapitał ludzki, na resztę składają
się zasoby materialne, bogactwa naturalne i urządzenia. W "Traktacie o
rodzinie" Becker twierdzi, że tylko w rodzinie kształtują się cechy
decydujące o żywotności i funkcjonalności społeczeństwa: solidarność,
współpraca, poszanowanie dla drugiego człowieka, zdolność do poświęceń,
zamiłowanie do porządku czy punktualność. W Skandynawii uznano te argumenty
za przekonujące.
Marketing macierzyński
Do wzrostu dzietności przyczynia się coś, co można nazwać marketingiem
macierzyństwa. Zamożne i wykształcone Norweżki uznały, że macierzyństwo jest
trendy, skoro reklamuje je rodzina królewska. Zmienił się też wizerunek
kobiety matki - umęczonej wychowaniem dzieci, marnującej przy garach i
pieluchach swoje życiowe szanse. Teraz okazało się, że macierzyństwo jest
raczej atutem niż obciążeniem. Wynika to także z marketingu macierzyństwa w
mediach. Zaczęła gwiazda amerykańskiego kina Demi Moore (wtedy żona Bruce'a
Willisa). W 1992 r. pokazała się naga w ósmym miesiącu ciąży na
okładce "Vanity Fair". Wkrótce zdjęcia ciężarnych gwiazd popkultury oraz
powitych przez nie niemowląt zalały łamy pism. Na efekty tego marketingu nie
trzeba było długo czekać, szczególnie w USA. Według szacunków demografów,
Amerykanów powinno być obecnie 275 mln (biorąc pod uwagę stały dopływ
imigrantów), tymczasem jest ich o 6 mln więcej. Tę nadwyżkę stanowią głównie
dzieci urodzone pod wpływem mody na macierzyństwo.
Po niemal dziesięciu latach podobne tendencje jak w USA zauważamy w Europie.
Najbardziej chyba znaną gwiazdą macierzyńskiego marketingu stała się Victoria
Beckham, eks-Spice Girl, żona piłkarza Realu Madryt Davida Beckhama. Również
polskie gwiazdy mają udział w tym rodzaju marketingu. W sesjach pokazujących
ciążę bądź niedawno urodzone niemowlęta wzięły udział m.in. Dominika
Ostałowska, Edyta Górniak, Katarzyna Figura, Natalia Kukulska czy Marta
Wiśniewska. W tę akcję włączyły się nawet posłanki - Sylwia Pusz z SLD i
Dorota Arciszewska-Mielewczyk z PO.
Baby boom bogacących się
W tym roku po pierwszy raz od kilkunastu lat wzrosła liczba zarejestrowanych
urodzeń w Polsce (do kwietnia - 118 tys.). Można to tłumaczyć m.in. faktem,
że w okres rozrodczy wchodzi właśnie wyż demograficzny lat 80., choć podobne
nadzieje wiązano z wyżem w roku 1990 (wtedy statystyki ani drgnęły).
Systematycznie rośnie też liczba urodzeń wśród kobiet w wieku 30-34 lata,
żyjących w miastach. - Konsumpcyjny styl życia prowadzi najpierw do
zaniechania rozmnażania w imię kariery i wygody, ale wahadło później musi się
przesunąć w drugą stronę. Bo posiadanie dzieci nadaje życiu sens. Takie
właśnie zjawisko obserwujemy obecnie w krajach Zachodu - komentuje socjolog
Tomasz Szlendak, autor książki "Supermarketyzacja".
Jak podkreśla demograf Ewa Frątczak, nie jest prawdą, że bogate społeczeństwa
dla wygody skłaniają się ku niskiej płodności. Wręcz przeciwnie, bogacenie
się z czasem prowadzi do wzrostu dzietności. Tę prawidłowość potwierdzają
dane z Portugalii, Hiszpanii czy Irlandii, gdzie baby boom nastąpił w latach
90., kiedy pojawiły się wyraźne oznaki bogactwa. Dodatni przyrost w Rosji w
2003 r. (po raz pierwszy od lat) też tłumaczy się wzrostem zamożności tego
społeczeństwa (oczywiście, nieporównywalnym z Zachodem).
Pigułka kulturowa
- Nie wyczerpaliśmy źródeł energii, nie wpadliśmy w dziurę ozonową, nie
usmażył nas efekt cieplarniany, nie będzie też bomby geriatrycznej. Na
s