ignorant11
21.12.04, 00:15
Sława!
Czerwony Roma
Tygodnik "Wprost", Nr 1152 (31 grudnia 2004)
Roman Abramowicz, najbogatszy człowiek Europy Środkowej i Wschodniej, jest
już wart 5 proc. PKB Rosji
Witold Laskowski
Szef radiowej Trójki, były wieloletni korespondent TVP i "Wprost" z Moskwy
Podmoskiewska dacza Romana Abramowicza była kiedyś przeznaczona dla marszałka
Związku Radzieckiego Dmitrija Jazowa, byłego ministra obrony. - Nie można
rozmawiać, nie wolno robić zdjęć, nie wiemy, kiedy będzie Abramowicz - tak
kończy się każda próba dotarcia do najbogatszego Rosjanina, a zarazem
najbogatszego człowieka Europy Środkowej i Wschodniej. Próby zbliżenia się do
daczy Jazowa mogą się skończyć tragicznie. 42-hektarową posiadłość otacza
murowane ogrodzenie czterometrowej wysokości. Wewnętrzną stronę patrolują
uzbrojeni w automaty milicjanci. Każdego, kto znajdzie się w pobliżu,
zatrzymują agenci prywatnych firm ochroniarskich, też uzbrojeni, w dodatku
pozbawieni poczucia humoru. Abramowicz nigdy nie wychodzi poza teren
posiadłości pieszo. Kolumna samochodów oligarchy składa się co najmniej z
czterech pojazdów. Pierwszy samochód terenowy z byłymi agentami ochrony
prezydenta odgrywa rolę zwiadu. Dwa pozostałe bezpośrednio eskortują
opancerzonego mercedesa, którym jeździ miliarder.
Czukotka w Londynie
Abramowicz najczęściej bywa w Londynie, ale londyńska rezydencja to także
niemożliwa do zdobycia twierdza. - Niet, niet, niet - odpowiadają pracownicy
londyńskiego sekretariatu na prośby o spotkanie z Abramowiczem. Szef ochrony
podpowiada, że jedyną możliwością obejrzenia na żywo jego bossa jest wizyta
na londyńskim stadionie Stamford Bridge.
"We are fucking loaded", czyli - w delikatnym tłumaczeniu - "jesteśmy
cholernie nadziani". Czterdziestotysięczny tłum kibiców Chelsea wpada w
euforię, kiedy z głośników rozlegają się pierwsze takty "Kalinki". Za
kilkanaście minut rozpocznie się mecz. Na lądowisku helikopterów po drugiej
stronie Tamizy, w odległości dziesięciu minut jazdy samochodem, ląduje
właśnie pięć śmigłowców. Z jednego z nich wysiada sprawca świetnego nastroju
londyńczyków, z pozostałych wysypują się agenci jego ochrony. Roman
Arkadiewicz Abramowicz rzadko opuszcza mecze drużyny, w którą zainwestował
już około 300 mln dolarów. Towarzyszy mu żona, Irina Małandina. To klasyczna
rosyjska piękność - smukła, wysoka blondynka o idealnej figurze i regularnych
rysach modelki. Małżonkowie kierują się do różnych samochodów, ponieważ Roman
Chelski, jak o nim mówią brytyjscy kibice, boi się zamachu na swoje życie.
Chodzi o to, by w razie ataku zwiększyć szanse przeżycia przynajmniej jednego
z małżonków. Dzięki temu pięcioro dzieci rosyjskiego magnata - dwóch synów i
trzy córki w wieku od półtora roku do dwunastu lat - nie stanie się
całkowitymi sierotami.
Abramowicz doświadczył losu, którego teraz chciałby oszczędzić swoim
potomkom. Od wczesnego dzieciństwa był sierotą. Matka Irina zmarła, kiedy
miał rok. W wieku 28 lat podzieliła tragiczny los tysięcy młodych radzieckich
kobiet. W kraju, w którym jedynym powszechnie dostępnym środkiem
antykoncepcyjnym była aborcja, dokonywano rocznie około trzech milionów
zabiegów. Część z nich nielegalnie, i to właśnie wtedy najczęściej pojawiały
się śmiertelne zakażenia. Irina była nauczycielką muzyki, jej mąż Arkadij
budowniczym. Podobnie jak większość radzieckich współobywateli klepali biedę,
do tego w ponurej i mroźnej Uchcie na północy Rosji. Nie było ich stać na
drugie dziecko. Półtora roku po śmierci żony przygnieciony budowlanym
dźwigiem ginie Arkadij Abramowicz. Roma zostaje sierotą. Nikt w Uchcie nie
przeczuwał nawet, że to tylko tragiczny prolog bajkowej historii przyszłego
właściciela jednego z najsłynniejszych brytyjskich klubów piłkarskich. Tylko
po co mu tak kosztowna zabawka? "Eto stirka" - to pralnia - miał powiedzieć
chłodno prezydent Władimir Putin w nieformalnej rozmowie z jednym z wysokich
gości Kremla. Nazwę Chelsea znają w Rosji wszyscy, ale tylko zakutani w skóry
Czukcze na krańcu świata mówią z dumą: "To kawałek Czukotki, nasz klub".
Stamford Bridge i terytorium leżące za kręgiem polarnym łączy osoba
właściciela i dobroczyńcy. W Rosji zwanego gubernatorem.
Car Czukczów
"Car Aleksander był jednak wielkim durniem" - taka historyczna refleksja
naszła Czukczę podczas łowienia ryb w lodowatym morzu. "Dlaczego?" -
zainteresował się towarzyszący mu ziomek. "Bo sprzedał Amerykanom Alaskę, a
nie sprzedał Czukotki". Jedna z bardziej znanych anegdot o Czukczach z czasów
Związku Radzieckiego jeszcze bawi, choć niemal z dnia na dzień straciła sens.
Gubernator Roman Abramowicz przejął w roku 2000 region zapomniany i
wymierający. Z dawnych 200 tys. mieszkańców pozostało niewiele ponad 50 tys.
Gwałtownie spadło pogłowie reniferów. Na Abramowicza oddano 92 proc. głosów.
Po co mu to było? "To dla mnie wyzwanie - mówi sam Abramowicz. - Nigdy nie
rządziłem żadnym terytorium. Nigdy nie występowałem publicznie. Musiałem
spróbować, czy mi się to podoba". - To dla niego jak hobby - nie ukrywają
jego przyjaciele i współpracownicy. Przerejestrowane do Anadyru firmy
Abramowicza korzystają co prawda z ulg podatkowych w specjalnej strefie
ekonomicznej, ale i tak większość pieniędzy reinwestują w tych nieprzyjaznych
człowiekowi regionach.
Nowy gubernator najpierw pojechał się przyjrzeć życiu na Alasce. Zaraz potem
wszystko na Czukotce zaczęło się zmieniać jak za dotknięciem czarodziejskiej
różdżki. W stolicy najmroźniejszej prowincji Rosji pojawiły się setki
robotników budowlanych z Turcji i krajów byłej Jugosławii. Na wiecznej
zmarzlinie wyrastały drewniane "kanadyjskie" domki, supermarkety, sala
widowiskowo-sportowa. Nowe lotnisko kosztowało 100 mln dolarów - koszt budowy
nigdy się nie zwróci; na setce lądujących tu rocznie samolotów zarobić można
najwyżej milion dolarów.
Roma czarodziej
Ceny nieruchomości idą w górę wszędzie tam, gdzie po ziemi stąpa Czerwony
Roma, jak mówi się o Abramowiczu. W odległej o kilkanaście godzin lotu Anglii
w ostatnich trzech latach podwoiła się liczba milionerów. Wielu gwałtownie
wzbogaconych Anglików nie kiwnęło nawet palcem - mogliby leżeć do góry
brzuchem, a wartość ich majątków i tak by rosła. Wszystko za sprawą
Abramowicza i innych Rosjan. Rosyjscy krezusi upodobali sobie Albion i jego
stolicę. Kupują najatrakcyjniejsze nieruchomości, nie bacząc na ceny. Te zaś
rosną w zawrotnym tempie (64 proc. od 2001 r.), a wraz z nimi wycena majątków
brytyjskich właścicieli.
Posiadłość Fyning Hill w West Sussex należała kiedyś do króla Jordanii
Husajna. Potem kupił ją australijski magnat prasowy, ale dopiero Abramowicz
zarządził wielką przebudowę. Na 170-hektarowym terenie powstał nowy obiekt z
basenem, sauną i kręgielnią. Okoliczni mieszkańcy nazywają go Roman Empire.
Nieco dalej tor gokartowy. Dzieci miliardera uwielbiają się ścigać, jeżdżąc
dokładnymi kopiami bolidów Formuły 1. Sam Abramowicz najlepiej odpoczywa...
kiedy nic nie robi. Nie czyta gazet i prawie nie ogląda telewizji, za to
chętnie spędza czas na oglądaniu filmów w domowej sali telewizyjnej. Nabiera
sił do wielogodzinnych przelotów. Na Czukotkę, do Moskwy, do Garmisch-
Partenkirchen, na Lazurowe Wybrzeże, gdzie zawsze cumuje jeden z jego
jachtów. Amerykańska pieśniarka Shirley Bassey skarży się, że stojący w
zatoce Saint-Tropez "Le Grand Bleu" zasłania jej w widok na morze. I nic
dziwnego, bo jednostka, odkupiona od współwłaściciela Microsoftu Paula
Allena, to tak naprawdę morski kolos z lądowiskiem na helikopter, ślizgaczem
i łodzią żaglową. "Le Grand Bleu" nie jest już jednak ulubionym pływającym
domem rosyjskiego krezusa. W jednej z holenderskich stoczni na zamówienie
Abramowicza powstała "Ecstasea" (warta 72 mln funtów), jacht przypominający
łodzie z filmów o Jamesie Bondzie - z systemem obrony przeciwrakietowej i
niewielką łodzią po