ignorant11
11.01.06, 04:19
Sława!
Zagrajmy w europejskiej pierwszej lidze
serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34181,3106833.html
Jacek Saryusz-Wolski * 10-01-2006, ostatnia aktualizacja 10-01-2006 19:04
Awans Polski do "pierwszej ligi europejskiej" powinien być dalekosiężnym
celem naszej polityki zagranicznej. Powinna to być polityka na wyrost,
polityka na miarę stanów przyszłych, na miarę Polski za dwadzieścia lat, a
nie na miarę dzisiejszą, a tym bardziej wczorajszą - o polskiej polityce
zagranicznej w zorganizowanej przez Fundację Batorego debacie "Ciągłość i
zmiana w polityce zagranicznej RP" mówił
Panuje przekonanie, że Polska prowadzi dobrą, a zdarza się, że nawet
błyskotliwą politykę zagraniczną. Powstaje zatem pytanie: dlaczego ją
zmieniać? Odpowiedź jest prosta: właśnie dlatego, że nadal chcemy mieć dobrą,
a może nawet bardzo dobrą politykę zagraniczną. Zatem na pytanie: "ciągłość
czy zmiana?" można odpowiedzieć: zasadniczo ciągłość, z niezbędnymi zmianami.
Odzyskać stracony czas
Jednak sam powiedziałbym inaczej: potrzebna jest nam nowa polityka
zagraniczna oparta na fundamencie dotychczasowych osiągnięć. Znaleźliśmy się
bowiem na nowym etapie, odkąd zrealizowaliśmy główne cele polskiej polityki
zagranicznej minionego piętnastolecia: zostaliśmy członkami NATO i Unii
Europejskiej, fundując tym samym nasze bezpieczeństwo i tworząc szanse na
osiągnięcie dobrobytu. Jesteśmy na dobrym szlaku, otrzymaliśmy potężne
instrumenty i mocne kotwice. Wchodzimy w dorosłe życie i potrzebne jest
określenie nowych celów prowadzących do osiągnięcia naszych pragnień.
Nie wystarczy bowiem radość z samego faktu, że dotarliśmy do portu. Konieczne
jest wykorzystanie członkostwa w UE i wypełnienie go treścią. To nasza szansa
na emancypację i - nie waham się użyć tego słowa - na awans Polski w
stosunkach międzynarodowych, zarówno wobec partnerów w Unii, jak i wobec
Stanów Zjednoczonych. Powinniśmy przecież zmierzać do uzyskania pozycji, w
której zajęciu przeszkodziły nam tragiczne wyroki historii i jałtański
podział naszego świata. Musimy, przywołując Marcela Prousta,
odzyskać "stracony czas".
Za 20 lat w G8
Proszę potraktować moje propozycje z pewnym dystansem, ale warto mówić - w
perspektywie dekady czy dwóch - o awansie Polski do "pierwszej ligi
europejskiej". To powinien być nasz dalekosiężny cel. Jest nim wejście do G5 -
najważniejszych krajów UE - i kiedyś, może za 20 lat, do G8, czyli
dołączenie do klubu najbardziej rozwiniętych państw świata. Co to oznacza?
Maksymalnie szybkie odrabianie dystansu w gospodarce. Zapewni nam to dobra
polityka wewnętrzna, lecz polityka zagraniczna powinna tworzyć po temu
odpowiednie warunki. Dziś to ta druga powinna pełnić funkcję bardziej
usługową względem polityki wewnętrznej. Niech przykładem dla nas będzie
Hiszpania czasów premiera José Mar~i Aznara.
Powinna to być polityka na wyrost, polityka na miarę stanów przyszłych, na
miarę Polski za dwadzieścia lat, a nie na miarę dzisiejszą, a tym bardziej
wczorajszą. Polityka podobna w niektórych aspektach do tej, jaką od lat
realizuje Francja, polityka mierzenia sił na zamiary. Wreszcie powinna być to
polityka prowadzona na dwóch poziomach. Pierwszy znajduje się wewnątrz Unii
Europejskiej, ponieważ to ona stanowi najbliższy punkt odniesienia naszej
polityki. Drugi to klasyczna polityka zagraniczna dwu- i wielostronna, której
ważną częścią są strategiczne związki ze Stanami Zjednoczonymi.
Nie tylko Unia
Czy można zatem mówić o „nowym paradygmacie” w polityce zagranicznej? Na
pewno powinna być w swej treści, a również w odbiorze, bardziej asertywna,
bez kompleksów, odważna. Powinniśmy wyzwolić się z syndromu młodszego
partnera. Używając określeń zaczerpniętych ze świata dzisiejszego biznesu:
mamy być senior partner [starszym partnerem - red.], a nie junior partner
[młodszym partnerem - red.], co oznacza zmianę języka i stylu. Nasza polityka
powinna być aktywna, a nie reaktywna, twórcza, a nie dostosowawcza, mniej
naśladowcza, bardziej samoistna i samodzielna. Musimy dążyć do partnerskich
relacji, a nie godzić się na paternalistyczne traktowanie. Polska polityka
zagraniczna winna opierać się na twardej ocenie realiów i własnych interesów
politycznych i gospodarczych, a mniej troszczyć się o to, jak widzą nas inni:
powinniśmy nieco pozbyć się - jak mówią socjologowie - „jaźni
odzwierciedlonej”. Nasza polityka musi być bardziej zajęta naszym interesem,
ale jednocześnie nie „wąskonarodowa”.
Należy skończyć z tak częstym myśleniem "nasza chata z kraja", wyjść także
poza horyzont europejski. Nie redukować ambicji do haseł: "Unia, pieniądze,
spójność, polityka wschodnia" ani "NATO, USA, bezpieczeństwo". Powinniśmy już
dzisiaj zacząć, mając od maja 2004 w kieszeni świadectwo dojrzałości, jakim
jest członkostwo w Unii, patrzeć na politykę całościowo, na całe jej
spektrum: polityka śródziemnomorska, rozwojowa w Trzecim Świecie, Indie,
Chiny, gospodarka globalna, terroryzm światowy, globalne wyzwania
technologiczne, środowisko globalne, traktat z Kioto, relacje
transatlantyckie, prawa człowieka, demokracja i tak dalej. Polityka
zagraniczna powinna także być używana jako dźwignia modernizacji, czyli
służyć do przekładania na politykę wewnętrzną zewnętrznych impulsów i
nowoczesnego widzenia świata.
Potrzebni nowi partnerzy
Następna sprawa to zmiana podejścia do sojuszy. Przestraszyłem się,
obserwując polskie reakcje na poświęcony budżetowi Unii na lata 2007-13
szczyt w Brukseli. Podkreślano w nich: znakomicie, oto wróciliśmy w objęcia
Trójkąta Weimarskiego. Czyżbyśmy znowu uważali, że wystarczy tylko
wkomponowywać się w już istniejący układ? Uważam, że należy kontynuować nasze
zaangażowanie w takich inicjatywach jak Grupa Wyszehradzka czy Trójkąt
Weimarski, ale bez niepotrzebnych złudzeń. I proponowałbym odejście od -
mówiąc trochę prowokacyjnie - "choroby sierocej polskiej polityki
zagranicznej", czyli syndromu "kto nas pokocha?", na rzecz geometrii
zmiennych sojuszy celowych. Zaangażowanie w Trójkąt Weimarski powinno służyć
realizacji naszych konkretnych interesów. Sojusze z Wielką Brytanią
powinniśmy zawierać w sprawach, które nam dobrze służą. Udaną próbą
korzystania z takiej metody było rozegranie batalii o nowy budżet Unii. Ale
powinniśmy szukać sojuszników wszędzie, w tym nowych partnerów dla naszych
priorytetów.
W polskiej polityce zagranicznej powinno być mniej dostosowywania się do
otoczenia międzynarodowego, a więcej prób wpływania na to otoczenie i
tworzenia go, oczywiście na miarę naszych sił i środków. I wreszcie w
polityce zagranicznej musimy odejść od postrzegania jako jej aktorów
wyłącznie państw narodowych w układzie światowym i europejskim na rzecz
dostrzegania innych istotnych, a pomijanych elementów, takich jak korporacje
gospodarcze, organizacje międzynarodowe i opinia publiczna, w tym media. To
są dzisiaj poważni aktorzy polityki międzynarodowej, często przez nas
niezauważani.
Konieczne jest zachowanie zasady nadrzędności interesu bezpieczeństwa i jego
zakotwiczenia w wielorakich instytucjach i układach dwu- i wielostronnych:
Unia, współpraca w regionie, NATO i USA. Musimy całościowo traktować tę
kwestię, to znaczy widzieć aspekty polityczne, militarne, gospodarcze (w tym
energetyczne), kulturalne, wreszcie sprawy bezpieczeństwa wewnętrznego.
Niezbędna jest również "ekonomizacja polityki zagranicznej", łączne
traktowanie interesów politycznych, gospodarczych i bezpieczeństwa oraz
wzajemne ich wzmacnianie, na przykład wykorzystywanie naszych zdolności
militarnych jako budulca naszej pozycji w polityce międzynarodowej. Konieczne
jest wreszcie - powtarzam - niezmienne dostrzeganie związku między polityką
wewnętrzną a polityką zagraniczną.