ignorant11
17.01.06, 16:09
Sława!
Miotacz gazu
Tygodnik "Wprost", Nr 1205 (15 stycznia 2006)
www.wprost.pl/ar/?O=85836
Rosja przez lata inwestowała w lobby mające nie dopuścić do tego, by Polska
uniezależniła się od rosyjskiego gazu i ropy
Jerzy Marek Nowakowski
Oglądaliśmy tę scenę w setkach filmów. Terrorysta chwyta dziecko, przykłada
mu lufę do skroni i żąda od trzymających go na muszce policjantów, by
natychmiast odłożyli broń, bo w przeciwnym razie zastrzeli dzieciaka. Kiedy
policjanci odrzucają broń, terrorysta zabija zarówno ich, jak i zakładnika.
Przegrywa dopiero wówczas, kiedy sprytny gliniarz mówi mu: "Zastrzel
szczeniaka, nie zależy mi na nim, ale na tym, by potem rozwalić ciebie". Ta
scenka jest kwintesencją terroryzmu. Groźba uczynienia krzywdy ma zmusić
osobę terroryzowaną do zachowań zgodnych z oczekiwaniami terrorysty. Podobnie
działają szantażyści terroryzujący osobę publiczną groźbą opublikowania
kompromitujących fotografii i politycy sięgający po tzw. haki. Rzadko jednak
podobne metody stosują cywilizowane państwa w wielkiej polityce. Wyłomem w
tej zasadzie jest doktryna energetyczna Federacji Rosyjskiej, a zwłaszcza jej
zastosowanie.
Głupi polski glina
W strategii bezpieczeństwa Rosji zapisano, że "sprzedaż i tranzyt surowców
energetycznych stanowią narzędzie realizacji celów polityki zagranicznej
Federacji Rosyjskiej". Jasno, szczerze i uczciwie. Trudno natomiast uczciwym
nazwać gazowy szantaż, jaki obserwowaliśmy w ostatnich dniach ubiegłego roku
wobec Ukrainy. Wcześniej tej samej broni Rosja z powodzeniem użyła przeciwko
Litwie (na przełomie 1991 r. i 1992 r.) oraz kilkakrotnie przeciw Białorusi.
Polsce także zakręcano kurek - po raz pierwszy już w 1991 r. Wówczas od
gigantycznego kryzysu naftowego uratował nas import ropy przez Port Północny.
Ten przykład nauczył Rosjan, że szantaż naftowy jest nieopłacalny. Nauczył
ich też, że trzeba inwestować w lobby, które nie dopuści do tego, by Polska
uniezależniła się od rosyjskiego gazu. W sprawie gazu ziemnego zachowywaliśmy
się nieustannie jak filmowy głupi gliniarz, który rzuca broń na podłogę
jeszcze przed szantażem. Najpierw podpisaliśmy idiotyczny kontrakt na budowę
gazociągu jamalskiego. To Moskwie zależało, by mieć nowy gazociąg. A polski
rząd pod światłym przewodnictwem wicepremiera Henryka Goryszewskiego szybko
policzył, że będziemy potrzebowali trzy razy więcej gazu niż w
rzeczywistości, i podpisał umowę, która oddawała Rosjanom własność gazociągu
(to jedyny gazociąg tranzytowy będący własnością Gazpromu). Na dodatek
zobowiązaliśmy się do kupowania kosmicznych ilości gazu bez prawa reeksportu.
Słyszeliśmy od przedstawicieli rządu, że dzięki systemowi jamalskiemu
będziemy naprawdę niezależni, gdyż jesteśmy krajem tranzytowym. Ile jest
warte bycie krajem tranzytowym, udowodnił przykład Ukrainy, nieustannie
oskarżanej o kradzież gazu. Potem zamiast konsumować zyski z gazociągu,
grzecznie siedzieliśmy w przedpokojach rosyjskich ministrów, wypraszając
zmianę kontraktu, bo opłaty za niewykorzystany gaz zrujnowałyby polską
gospodarkę już kilka lat temu.
Kiedy rząd Jerzego Buzka zabrał się do przygotowywania kontraktu z Norwegią,
aby uniezależnić się od Rosjan, którzy nieustannie straszyli obcięciem dostaw
i stale podnosili ceny, rozległy się głosy, że premier oszalał opanowany
przez rusofobów. Sowieckie lobby pracowicie dowodziło, że gaz z Norwegii jest
bardzo drogi (był wówczas droższy od rosyjskiego o 5-10 proc.), gorszy, a na
dodatek na wyczerpaniu. Leszek Miller, prący wówczas do władzy lider SLD,
jednym z haseł wyborczych uczynił utrącenie norweskiego kontraktu. Także w
rządzie Buzka działało solidne lobby pragnące, by do umowy nie doszło. No i
się udało. Leszek Miller i Wiesław Kaczmarek, wraz z mianowanym przez nich
prezesem PGNiG Markiem Kossowskim, w grudniu 2003 r. unieważnili umowę. Co
więcej, nikt nie kiwnął palcem, aby zaproponować jakąkolwiek dywersyfikację.
Wbrew normom Unii Europejskiej nasze magazyny strategicznych rezerw ropy i
gazu wystarczają (kiedy są pełne, a to raczej rzadkość) na niespełna miesiąc
w wypadku gazu i mniej więcej dwa miesiące w wypadku ropy.
Płacimy za gaz coraz więcej (ceny wzrosły trzykrotnie w ciągu ostatnich
pięciu lat) i jesteśmy uzależnieni od jego dostaw. Ale mamy już nowych
heroldów niezależności głoszących, że musimy się przyłączyć do gazociągu
północnego albo budować kolejną nitkę Jamału. A Norwegia, która zabiega o
sprzedaż gazu dla Unii Europejskiej, nadal jest traktowana jak kraj
wyczerpanych złóż. No i jeszcze Janusz Rolicki odkrył niedawno największe
złoża na świecie - właśnie w Polsce. Wszystko po to, żeby nie zbudować
gazoportu, a zwłaszcza rury z Norwegii. Cóż, głupi glina daje się zabić
pierwszy.
Być może zniechęcanie polskiej opinii publicznej do rozwoju energetyki
jądrowej było dziełem tego samego rosyjskiego lobby, które parło do
uzależnienia nas od dostaw ropy i gazu. Tym bardziej że organizacje tzw.
ekologów, najgłośniej protestujące przeciw energetyce jądrowej, w czasach
ZSRR były hojnie finansowane przez KGB, a później jego następców.
Potrójny szantaż
W ostatnim miesiącu wydarzenia rozgrywały się niemal jak w sensacyjnym
filmie. Koncern Gazprom, czyli Kreml, który nim bezpośrednio steruje, nagle
wypowiedział umowy zawarte z Ukrainą, Gruzją i Mołdową, proponując drastyczną
podwyżkę cen gazu. Drastyczną, czyli ponadczterokrotną - z około 50 dolarów
za 1000 m3 do 220-230 dolarów. Dla Ukrainy przyjęcie podwyżki oznaczałoby
dziurę w budżecie w wysokości około 4 mld USD, dla Mołdowy prawie miliard, a
dla Gruzji około 200 mln USD. Teoretycznie tylko Ukraina mogłaby zapłacić
taką cenę, ale skutkiem byłaby ruina gospodarki i załamanie wszelkich
programów reformatorskich. Gruzji i Mołdowy na zapłacenie takich pieniędzy po
prostu nie byłoby stać.
Szefowie Gazpromu ubrali się oczywiście w czapeczki ekonomicznych liberałów i
oznajmili, że to nic politycznego, ot, zwyczajne urealnienie cen. Wyciągnęli
szybko cenniki pokazujące, że Włosi, Niemcy czy Polacy płacą tyle samo i nie
protestują. Że dotychczasowe ceny gazu na obszarze dawnego ZSRR oznaczały
dotowanie przez Rosję swoich sąsiadów. A następnie postawili warunki: nie
podniosą cen, jeśli Gazprom stanie się właścicielem całej sieci gazociągów.
Gruziński prezydent Saakaszwili musiał się zgodzić, choć pamiętał, że już
rozważanie takiej decyzji przez jego poprzednika Eduarda Szewardnadzego
doprowadziło do utraty zaufania Stanów Zjednoczonych. Podobnie wyjścia nie
miała Mołdowa, wcześniej "zmiękczona" odcięciem dostaw prądu z Rosji.
Ukraińcy natomiast zachowali się niczym sprytny gliniarz z filmu i
powiedzieli: "sprawdzam". Cała rosyjska strategia szantażu rozsypała się
wtedy niczym domek z kart.
Neoimperium na rurach
Rosja od chwili rozpadu Związku Sowieckiego nie mogła się zdecydować, jakie
są jej strategiczne cele. Marzenie o odgrywaniu roli światowego
supermocarstwa okazało się niemożliwe do zrealizowania, a próby powstrzymania
procesu rozszerzania się NATO zakończyły się klęską. Pomysł na zbudowanie
potęgi gospodarczej skończył się na roli eksportera surowców. Mimo potencjału
przemysłowego, wykwalifikowanych kadr i nie najgorszej infrastruktury Rosja
pozostaje państwem, którego znaczenie w świecie mierzy się wciąż groźnym
arsenałem atomowym, ogromem terytorialnym (Rosja to szósta część świata) i
rolą dostarczyciela surowców energetycznych. Co najgorsze, wygląda na to, że
sami Rosjanie zaakceptowali tę sytuację. A to oznacza prowadzenie
anachronicznej polityki: ekspansji terytorialnej i budowania stref wpływów.
Od chwili objęcia prezydentury przez Władimira Putina Rosja zabiega o to, by
niepodzielnie panować na terenie tzw. bliskiej zagranicy. Po krótkiej
przerwie nastąpiła reimperializacja polityki Mos