07.05.04, 07:21
Jak oceniacie ten spektakl?
Obserwuj wątek
    • tanger.soto Re: Tlen w TR 07.05.04, 08:20
      Byłoby chyba niegłupio, gdyby autor wątku sam określił się, co myśli o
      przewodnim temacie swego autorskiego wątku...

      Ale pewnie czepiam się, jak zwykle.

      Nie wiem, nie widziałam, nabieram natomiast głębokiego przekonania, ze dział PR
      w TR próbuje animować te dyskusje... Wątek dotyczący Basha rozpoczął się
      zadziwijąco podobnie.
      Trochę inwencji poprosimy.
      • tanger.soto Re: Tlen w TR 07.05.04, 08:24
        A i Zima w TR też.
        Pit Bull w TR zabrzmiał nieco odmiennie.
        Choć i tak mieści się w granicach normy (czyt. zakresie inwencji).

        Zjechałam z tematu, ustępuję pola - dyskutujcie o Tlenie.

        Czekam z utęsknieniem na wątek: Festival TR
        i znak zapytania w treści postu.

          • Gość: Jureczek Re: Tlen w TR DETALE IP: *.aster.pl / *.acn.pl 07.05.04, 22:10
            Wyszło Rozmaitym małe Terenowe arcydzieło, zapewne dlatego, że pracowali nad
            dramatem przez pół roku (na zajęciach w TR) a nie tworzyli od zera w trzy
            tygodnie. Pokazali dobry, czysty teatr, bez szaleństw, łamania tabu i
            konwencji. O ile „Tlen” Wyrypajewa można uznać za „zaangażowany tekst o
            bezsensie i beznadziei egzystencji”, to „Tlen” Koniecznej o tej nadziei mówi, z
            delikatnym podszeptem, gdzie tego sensu szukać. Wychodzi nieco szerzej poza
            manifest autora: „nowy dramat powinien mówić nie o wiecznych tematach, ale o
            sprawach związanych z naszym dniem dzisiejszym.” Przytaczając też słowa
            Agnieszki Olsten: „Nie ma w nim struktury dramaturgicznej, mocno zarysowanych
            postaci, akcji i rozwoju fabuły. Sztuka składa się z dziesięciu kompozycji -
            songów ze zwrotkami i refrenem. "Tlen" to teatr dokumentalny. Dotyczy ataku na
            WTC, wojny w Iraku. „Tlen” z Rozmaitości jest niemal naturalistyczną opowieścią
            o ludziach, z mocnym rysem głównych postaci. Nie jest tylko „programowym
            manifestem” czy „głosem w sprawie.”

            Aleksandra Konieczna nie stworzyła metaforycznego podwórka jak Agnieszka Olsten
            (będącego tłem dla raperskiego flow) tylko częściowo naturalistyczny, częściowo
            wręcz stalkerowski pokój z zabitym deskami oknem – do wnętrza nie przedostaje
            się ani blask, ani tlen. Na stypę przybywa z zewnątrz jedynie dziewczyna. Jest
            ona podobno czystym tlenem. Problem w tym, że mężczyzna zachłysnął się nim,
            wziął zbyt głęboki wdech od którego zakręciło mu we łbie. Konieczna
            chciała „wyciągnąć z tego materiału prawdopodobną psychologicznie opowieść”, to
            z jednej strony, z drugiej (co niespodziewane) włączyła do spektaklu fragmenty
            ze „Snów”. Zestawiła pierwszy tekst Wyrypajewa z ostatnim, polemizując z
            obydwoma. Pomysł takiego zestawienia jest doskonały, choć czasem fragmenty Snów
            (o odmiennym charakterze i tempie) niknęły w dynamicznej całości. Gdyby
            zostawić im większe marginesy na wybrzmienie, byłoby doskonale. Co ciekawe,
            większość tych wstawek wypowiada „ta sama” dziewczyna – właśnie Popławska,
            przewodniczka z dark roomu na Koźlej – istniejąca tu trochę jak duch. (Ze Snów
            jest też Ligenza i Sitarski.) Na pierwszy plan idą, zgodnie z historią, Sasza i
            Sasza (Podsiadlik i Drawnel) czy raczej Aleksander i Aleksandra, bo chyba tak
            zmienili imiona – oraz dodatkowo – rewelacyjny Głowacki. Najoszczędniej
            wypadają Roszkowska i Maria Maj. Każda z postaci pobocznych ma swoje małe
            wejścia lecz ich obecność czuje się bez przerwy. Popławska i Roszkowska grają
            postacie najczystsze, będące najbliżej natury. Kątem oka dostrzegamy ich
            ulotny, często niewerbalny komentarz sytuacji. Snując się po kątach i włażąc na
            meble tworzą wokół siebie własny świat, jakby starając się zapełnić nim pustą
            przestrzeń (i zarazić resztę własną filozofią). Podczas gdy wyzywająca „kobieta
            z miasta” (Podsiadlik) wskakuje na stół, by zatańczyć z butelką wódki w ręce,
            Roszkowska wspina się na szafkę by zbliżyć do zabitego dechami okna – być
            bliżej blasku, bliżej tlenu. Rewelacyjna jest scena zwykłego spojrzenia
            (Drawnel i Podsiadlik) przeciągnięta w ciszy do niemożliwości (i oby jeszcze
            dłużej!) Kubeł wody na twarz (rykoszetem od ściany w publiczność) czy scena
            łóżkowa to brutalne smaczki, na których tle świetnie wypadają inne, te
            subtelne, ukryte na poboczu głównej akcji: gdzieś w mroku (dosłownie) słychać
            szczęk nożyczek: Popławska przycina i zaczesuje włosy Marii Maj. Ktoś tu jednak
            dba o bliźniego, nie tylko roztrzaskuje mu łeb łopatą.

            Głównym tematem spektaklu (choć nader ulotnym) nie wydaje się być ani
            szaleństwo miłości (jak u Bogajewskiej), ani dylematy sumienia (jak u
            Wyrypajewa) jest nim raczej odkrywanie pierwotnych źródeł (natury i kultury) by
            odnaleźć siebie. Ta droga „błądzącego sumienia” prowadzi jak widać przez
            działania i słowa najprostrze (jakkolwiek banalnie to brzmi) i radość z tego,
            co (mimo wszystko) udaje się ocalić. Temu jak się zadaje, służy synteza
            dramatów i wprowadzenie tylu postaci.

            W spektaklu tworzy się pewna ciekawa relacja między inscenizacją a scenografią,
            miedzy tym, co dzieje się na scenie a pustymi miejscami na ścianach po
            sprzedanych obrazach. Z jednej strony przypominają się działania Agnieszki
            Olsten i scenografa Teodora Sobczaka (poszukiwanie miejsc, miasteczek, podwórek
            i sytuacji, które uwiecznili na zdjęciach i którymi wykleili przestrzeń
            własnego spektaklu) – Konieczna zadziałała tu odwrotnie: odarła przestrzeń z
            wszelkich „zamrożonych” wizerunków, animując sytuacje wprost na scenie. Z
            drugiej strony, jaśniejsze miejsca po obrazach domagają się od widza
            wypełnienia: co „Sprzedano”? Czego pozbyto się by przeżyć? Pozbyto się zarówno
            landszaftów (taniego piękna, naiwnego złudzenia) zostały po nim tylko sztuczne
            kwiaty przyczepione drutem do ściany, jak i wizerunków świętych (sprzedano
            nawet Ikony – jeśli podążać za Wyrypajewem.) Bóg opuścił to miejsce: zostały
            tylko cztery ściany. „Drzwi nie zostały przewidziane. To pokój w piekle.” Na
            ścianie wisi co prawda jeden, jedyny obraz (może ten ostatni?) ale on nie
            prezentuje się zbyt optymistycznie. Dlatego nie udało się go sprzedać. Nikt nie
            chce takich obrazów.

            Kolejnym elementem odróżniającym „Tlen” Koniecznej od reszty, to brak muzyki –
            została ona wymieniona na światło. Wszystko załatwia się tu światłem i to w
            najprostszy sposób. Rytm sztuki wyznaczają drobne ściemnienia, wyciemnienia,
            obniżanie źródła światła (opuszczanie lampy). Niesamowity klimat ma też scena
            bójki w skaczącym po ścianach świetle latarki. Przy czym brak muzyki jest
            niezauważalny – postacie wypełniają przestrzeń tak ewidentnie, że nie potrzeba
            już muzycznego, bądź dźwiękowego komentarza. No chyba, że: „Słyszysz karetkę?
            (Widzowie słyszą) Nie wolno kochać się bez miłości.” Drobny zgrzyt stanowią
            jedynie reżyserskie wejścia (głos z offu), które stopując scenę stanowią do
            niej komentarz lub są rodzajem pouczenia czy moralnej przestrogi. To swoiste
            intermedium dzielące całość na rozdziały, wypada średnio, bo głos Koniecznej
            sprawia wrażenie bardziej dekadenckiego „big booming voice from the sky” niż
            wewnętrznego „głosu sumienia”.

            Można odnieść wrażenie, że punktem wyjścia jest tu dość proste założenie, że
            człowiek z natury jest dobry. Jest czysty i szczery w tylko swej pierwotnej
            formie. „Prawdy” wygłaszane przez dwie, niekoniecznie „wiejskie” dziewczyny i
            kobietę, to wieś, to bliskość natury – a nie głos zabitej dechami,
            prymitywnej „wiochy”. Odniesienie do filmu Tarkowskiego nie jest tu porównaniem
            od czapy. Na wybranych fragmentach „Snów” i „Tlenu” zostaje nadbudowana relacja
            Sasza/Sasza (mamy miasto, mamy konflikt) a całość kompozycji okraszona zostaje
            garścią „gazetowych” (tutaj) newsów, choćby o wypadku na Morzu Barentsa.

            Przy takim podejściu reżyserskim i próbie stworzenia wiarygodnych postaci,
            powstał doskonały materiał dla ludzi ze studium. Mieli kilka potknięć, to fakt,
            ale młody duet Drawnel/Podsiadlik wypadł rewelacyjnie. Była pełna rehabilitacja
            Drawnela po wpadce z Pit-Bullem i nowe oblicze Głowackiego (z wąsikiem, przy
            krawacie, ale za to w swoich glaniorach).
            • Gość: gocha Re: Tlen w TR DETALE IP: *.chopin.edu.pl 08.05.04, 10:20
              no wydaje mi sie ze glos z offu to nie glos Koniecznej a glos poplawskiej a to
              troche zmienia postac rzeczy, nie sadzisz?
              wydaje mi sie ze to ona w spektaklu pelni role "sumienia", wiec to ze mowi to
              swoim narkomanskim zmeczonym glosem ma sens.
              Ale zdumiona jestem ze komus na forum chce sie tak wnikliwej analizy. pod
              wrazeniem jestem:)))Pozdr
              • jasiek_natolin Re: Tlen w TR DETALE 08.05.04, 10:32
                No tak,masz w sumie rację,Jureczkowi należą się słowa uznania.I należy dodać,że
                jego wyczynu nie pomniejsza nawet fakt,że na pewno jest osobą "zamieszaną" w
                jakiś sposób w pracę nad przedstawieniem.
                PO obejrzeniu jednego "Tlenu"powiedziałem sobie : dość,nigdy więcej .Ale
                ciekawosć ,jak w roli reżysera wypadła znakomita aktorka,jest - muszę przyznać -
                niemała.
                • Gość: Jureczek Re: DETALE 2 do gochy i jasia. IP: *.aster.pl / 212.76.33.* 08.05.04, 20:18
                  Jeśli słowa z offu odnoszą się do treści sztuki „ogólnie”, bez znaczenia jest
                  wówczas, czy należą do Koniecznej czy do Popławskiej. Jeśli jednak stanowią
                  komentarz dla konkretnych sytuacji scenicznych (a tak chyba właśnie jest – jako
                  swoiste „podsumowanie” albo „zapowiedź sekwencji”), wtedy rzeczywiście jest to
                  ważne. I może stanowić dowód na to, że ta „ulotna” postać pełni w sztuce
                  rolę „sumienia”. Tylko dlaczego „głos sumienia” ma być „narkomańskim głosem”???
                  Zmęczonym, owszem, ale narkomańskim? Nawet jeśli twoje sformułowanie
                  potraktować z przymrużeniem oka, to „narkomański” nie jest określeniem zbyt
                  trafnym, nawet podciągając postać pod „Sny”. Na chaju przecież ona nie jest, a
                  głos „sumienia opalonego marychą” trudno przyjmować bezkrytycznie – nie o taki
                  efekt przecież tu chodzi (to tak w ramach żartu). Podbity na głośnikach tak
                  dosadnie, bardziej wprawiał w zdziwko niż zmuszał do refleksji. Mam na myśli
                  sam głos, oczywiście – nie treść słów. Jeśli miał być to głos „zmęczony”, to
                  odebrałem go jako dekadencki, mętny wyrzut lub zarzut. W tym „zmęczeniu” (jeśli
                  już), tkwiła nuta niepewności, nuta rezygnacji, a jeśli mówiący nie ma nawet
                  pewności co do znaczenia słów: „nie zabijaj”, to ja przepraszam. Tak to właśnie
                  odebrałem. Choć teraz właśnie przypomniałem sobie fragment o morzu Barentsa,
                  podany przez Marię Maj: gdyby ci ludzie (na Kursku) mogli zabić za odrobinę
                  powietrza, zrobili by to (jakoś tak to brzmiało.) No cóż, pewnie by nie zabili,
                  ale dylemat pozostaje w mocy. Niepewność głosu z offu jakoś się broni.

                  Chyba obejrzę jeszcze raz pod kontem Popławskiej – jej roli w tym mikroświecie.
                  A pozostają przecież Ligenza, Sitarski, Maj. Można by też oglądać całość przez
                  pryzmat każdej z postaci, ale nie przesadzajmy, tak pojemny i misterny „Tlen”
                  (chyba ) nie jest. Wkrótce się przekonamy.

                  Jeśli głos FAKTYCZNIE należy do Popławskiej i jest tym „sumieniem”, to ciekawi
                  mnie, na ile jej działania wpływają na resztę postaci. Jeśli to zauważyłaś, daj
                  znać. To umknęło mi absolutnie, a taka relacja warta jest obserwacji. To, co
                  robi, to jedno, a jak reaguje reszta, to co innego. Czy pod wpływem duetu
                  Popławska/Roszkowska następuje zmiana w zachowaniu reszty? No chyba, że
                  to „sumienie” napotyka mur i ludzie nie dostrzegają go. Jest obecne „wokół”,
                  jest „pierwotne” (co właściwie odpowiada zachowaniu aktorki) ale by je/ją
                  zauważyć (przyjąć?) trza wykonać jakiś krok. Jednocześnie nie da się go
                  wyplenić, bo jest „głosem natury”. Chyba tak to wygląda. Nie pamiętam już
                  dobrze wszystkich relacji (najmniej Sitarskiego), ale jest być może tak, że
                  Popławska (jako „ulotnie obecna’) wpływa na Roszkowską, a ta przekazuje to
                  dalej, po swojemu. I zwyczajnie nie jest rozumiana. (obawiam się tylko, czy ta
                  stalkerowszczyzna nie wybiegła mi tu zbyt daleko.)

                  Popławska nie jest też tylko „sumieniem”. Jej kontrast względem odwalonej
                  Podsiadlik jest oczywisty (jej nieskrępowanie, cielesność, fizjologia. Niczym
                  pseudo Iwona drapie się, wykręca (akcje przy stole.) Pytanie, czy jest to
                  jedynie formalna demonstracja owej „pierwotnej naturalności” czy pojawia się
                  jednak odzew tych działań? Nie pamiętam czy postacie zmieniały się pod wpływem
                  słów domowników, czy za sprawą „krążącego wokół nich sumienia”? Przekonał ich
                  drugi człowiek, czy „sami” zdali sobie z czegoś sprawę? (swoją drogą, jak się
                  pisze w ten sposób o rozwiązaniach formalnych, brzmią dość idiotycznie : )

                  Generalnie robi się coraz ciekawiej i nareszcie jest co drążyć (o tyle, o ile),
                  bo reszta terenowych wyczynów nie daje widzom tej przyjemności ( z „Zimą” na
                  czele.) Choć wyjątek stanowił Bash, przynajmniej w zakresie kompozycji.

                  Do jasia: jestem zwykłym widzem, o czym świadczą te wszystkie słowa
                  niepewności. Spektakl widziałem tylko raz.

                  Parafrazując Konieczną, to nie „sumienie błądzi”, to ludzie pozbawieni sumienia
                  błądzą, podczas gdy sumienie unosi się spokojnie wokół nich i podszeptuje:
                  - Sumienia nie masz!
                  - Mam, ale gdzieś...
                  • Gość: gocha Re: DETALE 2 do gochy i jasia. IP: *.chopin.edu.pl 15.05.04, 12:20
                    Widze ze rzeczywiscie zadne slowo w naszych mini wypowiedziach nie moze sie
                    pojawic sie bez uzasadnienia... wg mnie slowa z offu to zapowiedz kolejnej
                    sekwnecji,kompozycji. a czemu maja sluzyc? To chyba kwestia interpretacji 10
                    przykazan we wespolczesnym swiecie, zauwaz ze kazda z postaci intepretuje je po
                    swojemu. Mowi je Polawska pewnie dlatego ze ze swoim brakiem wiary zyje
                    najblizej Boga. Narkomanski glos? Cos w tym jest przeciez w koncu to
                    ona "zarazila sie wspolczesna choroba" to ona pali popierosy to ona daje
                    Podsiadlik tabletki.
                    Sumienie - to ona mowi nie zyjecie w TEWRAZniejszoscfi. To ona wie jak zyc, ma
                    torebke, buty, umie gwizdac...W pzreciwienstwie do Podsiadlik, ktora zyje albo
                    w przeszlosci albo w przyszlosci.
                    Tak przynajmniej ja ja odczytalam ale gdybym skupila sie na innej postaci to
                    pewnie nie dostrzeglabym az tylu szczegolow.
                    Pozdrawaiam
                    • Gość: Jureczek Re: DETALE 3 tlen again IP: *.aster.pl / *.aster.pl 21.05.04, 00:51
                      Byłem po raz kolejny, bo największa przyjemność (jak sądzę) to śledzić ewolucję
                      spektaklu. Już się nawet przyzwyczaiłem do „zmęczonego życiem” głosu sumienia z
                      offu. Choć nadal „zbyt” on dla mnie zmęczony. Popławska wprowadziła zmianę,
                      czy raczej rozwinięcie postaci, bo teraz czyta fragment książki nawiązujący
                      do „Snów” (czego wcześniej nie było). Trochę mnie uwiera jej nowa
                      interpretacja: „umiem zatrzymywać czas, mam sukienkę, torebkę, umiem
                      gwizdać...” chciała tu uzyskać bardziej realistyczny ton rezygnując z
                      wcześniejszej, poetyckiej formy. Według mnie, szkoda – obecnym słowom nie dałem
                      wiary, poprzednim – tak. Doszedł też komentarz Sitarskiego „ty to normalnie
                      powinnaś mieć zakaz wstępu do biblioteki.” (miły, humorystyczny akcencik.)
                      Popławska nie jest też tak bardzo „ulotna” jak wcześniej sądziłem.

                      Teraz usiadłem tak, co by mi filar nie przeszkadzał. Oglądałem spektakl pod
                      kątem Kuny „Kurwidołka” Ligienzy i Sitarskiego. Uciekł mi co prawda moment
                      ze „współczesną chorobą” i papierosami Popławskiej, ale przypatrzyłem się
                      tabletkom (gdy Podsiadlik „zasnęła wiecznym psychotropowym snem i dosłownie
                      rozprysła w drobny mak, spadając z najmniejszego na świecie diabelskiego
                      młyna”) i zakochałem w prostej sekwencji Głowacki/Roszkowska o perle. Świetna
                      interpretacja fragmentu. Po tych słowach on wstał, wziął łopatę i załatwił
                      Aleksandra. Więc faktycznie „tylko perła ma sens, a poza perłą sensu nie ma.”
                      Zadziałał wprawdzie zgodnie z własnym sumieniem, ale cóż... pobłądził. Tylko
                      kogo to kur... obchodzi? Boga? Ch.. mu kur... w d... (idąc za
                      głosem „rozpoznania współczesności” ze „Zszywania”.)

                      Głos z offu jako zapowiedź sekwencji – owszem. Każda z postaci faktycznie
                      interpretuje 10 przykazań po swojemu. Zastanawia mnie tylko, dlaczego
                      oskarżenie Popławskiej pada też na Matkę (Panią Marię)? Tu problem jest
                      bardziej złożony, bo wg. Wyrypajwewa, Ona „wygnała” z pamięci Aleksandra za
                      zabójstwo jej córki. Z jednej strony „On już dla niej nie istnieje”, z drugiej,
                      gdy wspomina o morzu Barentsa uznaje najwidoczniej jego czyn (zgodnie z notą w
                      programie: kto zadziała WBREW własnemu sumieniu, ten grzeszy.) Maria emanuje tu
                      wielkim wewnętrznym spokojem (zatem umie chyba „zatrzymywać czas”) a mimo to
                      oskarżenie pada w jej kierunku. Jak ją umieścić w przestrzeni w relacjach z
                      innymi? Czy wini Aleksandra za śmierć córki czy jednak nie? Ona-Matka wybacza –
                      lub wymazuje z pamięci (o wielkoduszna. I gdyby ją spytać: „Kim on był dla
                      ciebie?” odpowie: „Nie pamiętam”, żeby nie osądzać”), ale On-Brat (Głowacki)
                      nie wytrzymuje i sam wymierza sprawiedliwość, wtórując Aleksandrze: Ona (za
                      koleżanką) chwyta nóż, aby „mu tę buźkę wypatroszyć”, On chwyta za łopatę – z
                      wiadomym skutkiem. Sumienie zaprawdę błądzi w tej sztuce, a moje wcześniejsze
                      rozpoznanie jakoby mówiła ona o tym, co „mimo wszystko udaje się ocalić” uległo
                      dość bolesnej redukcji. Po spektaklu obejrzałem sobie to „miejsce zbrodni”, bo
                      chyba tak można określić przestrzeń sceny. Obrysowana kredą, oznaczona. Szkło,
                      krew, resztki jedzenia, przewrócony but Aleksandry i brudna pończocha. Tak się
                      to kończy. Brakowało tylko numerków identyfikacyjnych do policyjnej kartoteki.
                      Obejrzałem też obraz wiszący na ścianie („ten ostatni”, niesprzedany). To
                      święta figura zamalowana na czarno, niemal nieczytelna. Matka Boska? Chyba ta
                      sama co na programie spektaklu (chyba). Więc jednak jest w tym domu coś
                      świętego, Bóg nie opuścił tej rodziny całkowicie.

                      Ale zadupie...

                      „Tylko udawałam, że podobają mi się państwa kwiatki
                      I udawałam, że podoba mi się plecenie wianków w ogródku”.
                        • Gość: Jureczek Re: DETALE 3 tlen again IP: *.aster.pl / *.aster.pl 26.05.04, 02:23
                          Właśnie że nie widziałem „Zszywania” i NIE WIDZIAŁEM go z pełną premedytacją
                          (bo byłem w amoku.) Mimo to, z pełną świadomością zacytowałem ten „sławny”
                          fragmencik (bo już mi przeszło) by ukazać jak ważny jest tu kontekst. Nie
                          oceniam TEGO spektaklu lecz „siłę” TAKICH słów (jeśli można w ogóle tak je
                          określić.) Słowa ocenione jako kontrowersyjne wydały mi się tu cokolwiek
                          bliskie (więc to "powołanie się na" wyszło siłą rzeczy.) A sprawą zupełnie inną
                          jest to, czy powinny być one głośno (na scenie) wypowiadane.

                          Fragment o obozie koncentracyjnym nadwerężył i moją tolerancję i podpisuję się
                          tu pod ogólnym protestem. Ale zaznaczam: nie chodzi o TR lecz o same słowa. Kim
                          trzeba być aby tak reagować, jakim być człowiekiem by je wypowiedzieć. Tej
                          odpowiedzi miał dostarczyć (podobno) spektakl Augustynowicz. O tym chyba miał
                          mówić? A wnosząc z recenzji ( I TYLKO Z RECENZJI !!! ) CHYBA nie dostarczył
                          widzom odpowiedzi. Swoistego „rozpoznania współczesności” (po raz kolejny
                          umieszczam to w cudzysłowie) nie dostrzegł w każdym razie wiadomy recenzent,
                          skoro napisał to, co napisał.

                          Dlaczego użyłem tego cytatu? Aby sprowokować pewną dyskusję (co jak widać się
                          udało). Ujmując rzecz najprościej: Aleksander mordujący Kryskę i Zbych
                          mordujący z kolei Aleksandra (łopatą lub siekierą – w zależności od wersji),
                          słowa skierowane do Boga: „Ch... mu k... w d...!” zmienili w czyn. „Nie
                          słyszeli! Mówiło się tyle razy i nic. Nie słyszeli: nie zabijaj!!!” Pierdole
                          dziesięć przykazań, biorę łopatę albo nóż aby mu/jej wypatroszyć twarz!!! Nie
                          wiem, co bym poczuł, gdyby ten Konkretny Fragment ze Zszywania: „Ch... mu k...
                          w d...!” faktycznie padł na „Tlenie”, ale wiem jedno: był tam obecny. W całej
                          tej popierdolonej rodzince, w krzyku tych ludzi, w ich emocjonalnej szarpaninie
                          byli o krok od wypowiedzenia takich właśnie słów. Nie padły one jednak, a
                          działania i tak pozostały czytelne. Zatem paść nie musiały. Z tą różnicą, że
                          wszystkie słowa są tu kierowane tak naprawdę przeciwko drugiemu człowiekowi,
                          nie przeciwko Bogu (nawet końcowe oskarżenia Ligienzy). Ale to chyba jasne.
                          Przez tych ludzi przemawiają jednak autentyczne, skrajne emocje, a jaki był
                          ton „wiadomych słów” w Zszywaniu i kim był mówiący, tego nie wiem. Z recenzji
                          wynika jednak że „koleś” nie wypadł najlepiej (w odróżnieniu od „koleżanki”.)
                          Postaciami z Tlenu kierowało „błądzące sumienie” (co ich bynajmniej nie
                          usprawiedliwia), co jednak zmusiło bohatera Zszywania do wypowiedzenia TAKICH
                          słów – też nie wiem. Janusz Kowalczyk zapewne też tego nie wie. Nie dowiedział
                          się ze spektaklu, dlatego po nim pojechał. Ja z mojej strony umieściłem
                          owo „Rozpoznanie” współczesnościw cudzysłowie, zachowując dystans.

                          I żeby nie przedłużać: nawet fragment „niewinnych” Snów ociera się o ten ważki
                          temat: „Gdybym teraz spotkał Pana Boga, to bym mu powiedział, żeby całe to
                          piekło sobie w dupę wsadził.”

                          No i ktoś mu wsadził w dupę...
                          Na Zszywaniu.

                          Pytanie, jak silnie te słowa były wbudowane w spektakl i w postać? Chyba dość
                          słabo, skoro można je bez trudu wykreślić. Zresztą nie wiem, czy nie bez trudu,
                          bo nie widziałem.
                          Tyle.

                          P.S.
                          Moją opinię znasz, jaka twoja?

                          P.S. 2
                          Dzięki za obsępione we wtorek fajki, Romeczek. (wiem że czytasz)
                          Jureczek.



                          • Gość: Jureczek Re: frustracje Jureczka IP: *.aster.pl / *.aster.pl 04.06.04, 02:29
                            Ukryty znawca, przyczajony ćwok – czyli frustracje Jureczka.

                            Gruszczyński w recenzji „Tlenu” (i podsumowaniu sezonu TR)
                            tygodnik.onet.pl/1548,1168051,dzial.html
                            uznał jedną z postaci (Agnieszkę Roszkowską) za zabitą córkę – Kryskę (tudzież
                            Kryśkę). Jest to o tyle ciekawa propozycja, bo z tego co pamiętam, ta postać
                            zwie się Elka. (co słychać wyraźnie w słowach Zbycha (Piotr Głowacki) w
                            wiadomej scenie: „Elka, co jest, co jest?! Samosąd?!” Co prawda kilka jej słów
                            można rzeczywiście potraktować jako sugestie, że postać jest „martwą Kryską”
                            choć jest to dyskusyjne. Gdyby Roszkowska miała być – niechby i w domyśle –
                            martwą córką, Konieczna nie wprowadziła by imion. Tak sądzę. W spektaklu można
                            faktycznie grzebać do bólu – tu ukłony w stronę twórców – bo na wierzch
                            wychodzą rzeczy coraz ciekawsze. Są to zarówno pytania Gruszczyńskiego o
                            empatię twórców wobec „tematu” (o czym rozwodzi się w recenzji) czy przeoczony
                            detal w postaci szalika Marii Maj (Matki). Za Gruszką: „W pewnym momencie matka
                            zakłada na szyję jaskrawo różowy szalik. Prostuje zgarbione plecy, zaczesuje
                            włosy. Błyskawicznie przeistacza się w osobę budzącą respekt i szacunek. Znika
                            bezradność skrzywdzonej kobiety. I przez to jest jeszcze gorzej. Ten świat
                            zmiele wszystko, zmiażdży każdą głowę, która próbuje się unieść.”

                            Zastanawiałem się w czym tkwił sukces „Tlenu” Koniecznej. Zgrabna odpowiedź
                            padła w kilku publikacjach:
                            „Coś ważnego wydarzyło się na zajęciach Aleksandry Koniecznej. Na własną prośbę
                            uczestniczyła w nich Maria Maj, przypatrywał się Łukasz Kos. "To były jedne z
                            najlepszych zajęć teatralnych, jakie widziałem. Pracując nad 'Tlenem'
                            Wyrypajewa, Ola twórczo wykorzystała tradycyjną metodę Michaiła Czechowa,
                            pokazała studentom, że można budować postać z wyobraźni, z obszaru dużo
                            rozleglejszego niż tekst" - opowiada Kos. Jarzyna dodaje: „Nasi aktorzy są
                            prawdziwi, głęboko identyfikują się z postaciami. Używają swoich emocji i
                            wysyłają do widowni energię głęboko ludzką. Bez kalkulacji. To szkoła
                            krakowska, w której mocno postawione jest „co”, a nie „jak”. A to wymaga, by
                            oddać siebie w służbę postaci, użyć własnych emocji.” „Nie interesują mnie
                            występy aktorskie, ale osobowość, w którą mogę na scenie uwierzyć." Problem w
                            tym, że gdy w taką osobowość uwierzy widz i uwierzy w nią na tyle głęboko, że
                            chce zamienić z aktorem kilka słów na temat postaci – dostaje od tegoż aktora
                            kopa w twarz. (I nie chodzi tu nawet o „Tlen”) A dostaje dlatego, że nie jest
                            ani krytykiem ani dziennikarzem i traktowany jest wyłącznie jak „zło
                            konieczne”. Więc można go zlewać. I nie dowie się więcej (o postaci, spektaklu
                            lub samym dramacie) ponad to, co sam zaobserwował (mniej lub bardziej uważnie)
                            na scenie. Instytucja teatru też mu nie ułatwi dostępu do twórców i tekstów (i
                            nie jestem tu przypadkiem odosobnionym). Dla kogo więc ten teatr robią? Dla
                            krytyków? (podobno nie, bo to warsztat dla młodych) Może dla beztlenowej
                            warszawki, która przychodzi zobaczyć arcydzieło – nie przeżyć, tylko ocenić. A
                            może dla samych siebie.

                            Być może ów „styl rozmaitości”, (oparty o emocje i psychologię, na przeciwnym
                            biegunie działań fizycznych) tak daje młodym po synapsach (jak te testy
                            z „Łaknać” w metrze) że nie mają już ochoty rozmawiać o roli z przygodnym
                            widzem. Tylko czy pytania o scenografię lub znaczenie gestu naruszają czyjąś
                            prywatność? (Bo ani słowem nie wspominam o drążeniu emocji (lęków? frustracji?)
                            które uruchamia się przy tworzeniu postaci.) Zadaję to pytanie na forum, bo nie-
                            ro-zu-miem? Może ktoś mi wyjaśni? A może nie wolno z nimi rozmawiać, by
                            przypadkiem „nie ocenić ich pracy” – jak trąbią o tym tu i ówdzie (i jak
                            niedawno zaznaczał na forum jasiek-natolin.)

                            Jarzyna, mówiąc o koncepcie „Generatora” (11 lutego tegoż roku – więc bardzo
                            już dawno... ) wspominał o nawiązaniu swoistej łączności z
                            publicznością: „Reżyser marzy, aby po pokazach filmów, wernisażach, czytaniach
                            sztuk i spektaklach młodzi twórcy i widzowie nie rozchodzili się do domów, ale
                            spotykali w Generatorze. Tu też zwykły widz teatralny (Hę???) miałby szansę
                            poznać aktorów Rozmaitości, a nawet przysiąść się do Grzegorza Jarzyny i
                            pokłócić o ostatni spektakl.”

                            Na ten czas jakoś marnie to widzę, oj marnie...
                            Gdzie to „wysyłanie w stronę publiczności głęboko ludzkiej energii?”
                            Może w przyszłym sezonie?

                            I kończąc Tlenem:
                            „... jakąż zapłatę mieć będziecie?
                            właśnie chodzi o to, ze żadną.
                            zostaniesz bez zapłaty i tyle.”
        • adella1 Re: Maltański kwartecik Wyrypajewa 01.07.04, 07:42
          Jureczku, napisz, prosze, cos o "Tlenie" Krypty. Widzialam trzy pozostale
          Tleny - TR, Powszechnego i Wybrzeza, a na ten nie udalo mi sie dotrzec.
          Bardzo jestem ciekawa jak potraktowali tekst, co im sie udalo z niego wycisnac.
          Pozdrawiam
          • Gość: Jureczek Re: Maltański kwartecik Wyrypajewa IP: *.aster.pl / *.aster.pl 01.07.04, 10:58
            Tlen Krypty serwują dzisiaj o 22.00(czwartek 01.07.04) Wybywam, wiec dam ci
            znać dopiero w sobotę.

            P.S.
            Pewną sekwencje z "Tlenu" TR (impresje aktorów na temat postaci) można by
            uzupełnić fragmentem "Zwycięstwa" Barkera. (Popławska dała swoje 3 grosze, ja
            daję swoje.) Zdaje się on pasować i do wizji Aleksandry Koniecznej i do
            tekstu "Snów" - zwłaszcza do monologów dziewczyny z brązową śliną
            (wykorzystanych w spektaklu).

            A "Tak". Na miłość przysięgłaby "Tak". Zdarła by sobie gardło i powiedziała
            by "Tak".
            Z Nie. Nie żeby zdzierała gardło, tylko żeby powiedziała "Tak".
            A Tak
            Z Nie "Tak" tylko "tak".
            A Tak
            Z nie
            A Nie
            Z Nie "Nie" tylko "nie".
            A Nie
            E Czy umie Pani powiedzieć "tak", aby "Tak" znaczyło "tak", a nie
            znaczyło "Nie"?
            B Ja ci powiem, co znaczy "tak", dobrze?
            D Dobrze.
            B "Tak" to znaczy bez oporu. "Tak" - znaczy iść z prądem. "Tak" - znaczy
            przykucać, gdy pada deszcz, i prostować się, gdy pada słońce. "Tak" -
            pragnienie. "Tak" - macica. "Tak" - władza. Żyłam z człowiekiem, który
            nosił "nie" wypisane w sercu, którego "nie" wchodziło mu w kości i wysysało mu
            wszystkie soki. "Nie" to ból, a "tak" to rozkosz, "nie" to człowiek, "tak" to
            natura. "Tak" to wiek podeszły, a "nie" to śmierć przedwczesna. "Tak" to
            śmiech, "nie" to tortura. Nienawidzę "nie". "Nie" to nędza i samotne noce.
            Rozumiesz mnie, czy mam to powtórzyć?
              • adella1 Re: Maltański kwartecik Wyrypajewa 08.07.04, 06:01
                Tlen ze Szczecina najwyrazniej nie zgorszy, skoro dostal nagrode Offeusza. ale
                z recenzji wynika, ze jest powieleniem tego, co mozna bylo zobaczyc w
                Powszechnym. Zauwazylam tez, ze poznanskie recenzentki nie byly zachwycone
                Tlenem z TR. Obrebowska pisala, jak rzetelnie przygotowano Tlen w Krypcie, bez
                zadnego przekombinowania, wiec wyraznie pila do TR, druga wprost jednozdaniowo
                napisala, jak po Tlenie widac, ze to nie jest najlepszy pomysl te "szybkie
                produkcje" bo wychodza z tego niedorobki...
                • Gość: Jureczek Re: TLEN TR w Poznaniu. IP: *.aster.pl / *.aster.pl 10.07.04, 01:02
                  Zatem mówisz pas, że nie widziałeś.

                  Widziałem dwa: Niczewskeigo i Koniecznej. Oba mi weszły. Przy okazji zaliczyłem
                  też „sny”, „Zony” się nie udało (a tak chciałem posłuchać muzyki Jankowskiego),
                  ale tu nie o tym.

                  Wybierając się do Rzeźni, zakładałem, że załatwią sprawę podobnie, tylko w
                  innej lokacji: w obecności czerwonych cegieł i wyprutych instalacji. Spektakl
                  odnalazł jednak swoje miejsce w innej przestrzeni: nie w hali magazynu, nie w
                  chlewie, lecz w ubojni. W porównaniu z ruiną pozostałych pomieszczeń była jasna
                  i „sterylna”, choć z niej też wypruto flaki. Przestrzeń dramatu rozrosła się do
                  tego stopnia, że właściwie nie pozostawiła ekipie wyjścia – musieli pójść za
                  ciosem. Za potencjałem miejsca. I nie poprzestali na tym – sięgnęli głębiej.
                  Reżyser, scenograf, aktorzy. Festiwalowa lokacja pozwoliła całości wybrzmieć.
                  Szerzej, brutalniej. Wymusiła ruch. Jeśli scena warszawska była jak „ciasne
                  wnętrze chałupy”, w której duszą się z braku Tlenu, to w Poznaniu stała się
                  miejscem rozprężenia, uwolnienia „wewnętrznej przestrzeni”. Jakby tłumione
                  emocje znalazły w końcu ujście.

                  Wzdłuż ogromnej ściany wyłożonej białymi kafelkami ulokowano elementy
                  warszawskiej scenografii – z małym wyjątkiem: tu były żywe kwiaty (gałązki bzu –
                  granat i fiolet – zatknięte wysoko za metalowy występ.) Nie było zapyziałych
                  tapet i pustych miejsc po obrazach – były kafelki, z których wszystko można
                  zmyć, usunąć. Nie pozostał już żaden ślad wartości, przeszłości – to jest
                  najgorsze. Nie było „tła”. Panorama „sceny” została rozciągnięta chyba do 15 m,
                  o szerokości zaledwie 3 m. Jak wyrokował Gruszczyński, obszary niedotlenienia
                  powiększyły się. Zresztą nie tylko w poziomie, także i w pionie. W wyłożonej
                  kafelkami ścianie tkwił tajemniczy, mroczny otwór przesłonięty firaną.
                  Umieszczone wysoko metaforyczne „okno” stanowiło zapewne kiedyś wlot
                  taśmociągu. Podczas ognistej dyskusji na dole, w otworze pojawia się na moment
                  głowa ułomnego syna. Nadaje to całej scenie nieco surrealistyczny charakter,
                  niejako uwydatniając fakt, że beznadzieja bohaterów jest czasem komiczna.
                  Obecność Ligienzy w tym najwyższym punkcie przypomniała mi jego kwestię
                  ze „Snów”: „no, ja to Bóg”. (dopiero w tym spektaklu – wstyd się przyznać –
                  doceniłem jego kunszt. Gdy wygłaszał swoje, taszczył siano, i gdy na koniec
                  podkablował Bruneta.)

                  Lewą cześć pomieszczenia wypełniło siano. Było rozrzucone w nieładzie lub zbite
                  w sześcienne bryły – takie czopy wklinowano też w otwory ścienne. W
                  Sierpuchowie teoretycznie jest zima, to z jednej strony, z drugiej, taki zabieg
                  upodobnił całość do wielkiej obory. Można zaryzykować stwierdzenie, że ci
                  ludzie wegetują „w tym zapomnianym przez Boga kurwidołku” w atmosferze
                  skrajnej beznadziei – czekają jak zwierzęta na rzeź. Lewa strona wypełniona
                  sianem stała się jakby podwórzem przechodzącym w sień i jednocześnie fragmentem
                  pomieszczenia. Był tam zdewastowany fragment przybudówki, jakby korytarza,
                  który zaadaptowali. Sztuka rozrosła się o elementy ukryte przed bezpośrednim
                  spojrzeniem widza – haki rzeźnickie i łopata – które odkryłem zaglądając po
                  spektaklu w „korytarz”. Wisiał w nim również (w zasięgu wzroku widza) „jedyny
                  obraz”. To nie motyw maryjny, tylko zamalowana na czarno dziewczyna, w pozie
                  podobnej do „damy z łasicą”, trzymająca w dłoni smukły liść. Był też
                  zdezelowany dziecinny rowerek pokryty kurzem i słomą. Ktoś tu
                  najwidoczniej „przepijał pieniądze przeznaczone na rower dla dziecka.” Ale ojca
                  już nie ma. Zbych jednak pyta: „Matka, a ty kochałaś ojca? „Asz, ty głupi
                  jesteś...” Na gołym betonie ściany – frontem do publiczności – widać
                  napis: „kwiaty dla mamy”, obok dziecinne malunki kwiatków i pary trzymającej
                  się za ręce.

                  Szczegółem ze wszystkich najciekawszym (którego istnienie uświadomiono mi
                  dopiero po spektaklu) była betonowa rynna na krew umieszczona w podłodze. Jeden
                  jej fragment zakryto drewnianymi płytami sceny, drugi, odkryty – wypełniono
                  sianem. Świadomość tego faktu – choć w strukturze spektaklu bez znaczenia –
                  wpływa jednak na odbiór scen. Zostaje tam wrzucony najpierw morderca
                  (Aleksander), nieco później wykrzykuje swój protest Aleksandra – niemal w tym
                  samym miejscu, w którym dokonywał się akt ze zwierzęciem. Krzyczy w ataku
                  furii, jak to wzięła największy nóż jaki miała, aby znienawidzonemu mężczyźnie
                  wypatroszyć twarz, aby rozkwasić mu tą jego gębę, aby mu ją Wypatroszyć (...)
                  po czym sama kończy w korycie. Kolejna ofiara. Kolejna sztuka poszła, robota
                  taśmowa. Jest tylko ciałem. Mielącą się biologią – „jest sucha i martwa, i nie
                  żyje wcale, bo jest przedmiotem stworzonym przez przedmioty”. Nic jej nie
                  pomoże, ani okulary, ani sukienka.

                  Widownia została podzielona na dwa odrębne punkty – zapewne z powodu
                  centralnego filaru ograniczającego widoczność. (Spełnił on jednak swoją rolę i
                  bez oporów przyjął kinkiet, kalendarz i odłamek pękniętego lustra. Sam w sobie
                  też komponował się nieźle – wychodził z niego żółty, osmalony dźwigar z
                  brutalnie odciętą palnikiem prowadnicą.) Spektakl można było oglądać z kilku
                  rożnych perspektyw: z góry od frontu, ogarniając niemal całość, lub z boku od
                  strony łóżka, obserwując nałożone w jednej linii plany. Możliwości kompozycyjne
                  były większe niż w Warszawie. Można było siedzieć w pierwszym rzędzie niemal
                  przy stole z aktorami, albo naprzeciw filaru, krok od nucącej Popławskiej, lub
                  tuż przy łóżku. Na wyciągnięcie ręki mieć pełen wachlarz emocji: pragnień,
                  pożądań, strachu, agresji. To jest bezsporna zaleta Poznańskiej lokacji.
                  Widownia zadziałała niczym transfokator. Szkoda, że zagrali tylko dwa razy.
                  Może Merczyński upchnie ich tam ponownie. Oby.

                  Spektakl stał się bogatszy o kilka nowych kwestii i zmienione, lub raczej
                  rozwinięte zakończenie. Nie ma już klamry spinającej całość – narastającego
                  szumu pomieszanych głosów (wynurzających się i znikających w ciemności –
                  początkowa i końcowa scena przy stole.) Pojawia się tu tylko zapowiedź szumu,
                  który nagle ustępuje. Spektakl, który pierwotnie kończył się w tym miejscu,
                  trwa dalej. Teraz świadectwo wystawi nie pomieszanie prawd – które wykrzyczane
                  razem są przecież nieczytelne – tylko jednostkowa wypowiedź. Mnożą się
                  oskarżenia, prośby, komentarze. Skoro wszelkie słowa kierowane do Boga nazywamy
                  modlitwą, to jest nią także końcowa sekwencja. Specyficzną modlitwą. Był
                  ostatni posiłek, był chleb i wino. Teraz powinna być męka – ale nadchodzi tylko
                  pustka i odrętwienie, zmęczenie: ułomnemu Norbertowi „zmęczyła się idea”,
                  nawiedzoną dziewczynę bolą kolana, i... łokieć. Wszyscy mają już dosyć, ale ten
                  młyn kreci się nadal: „jest, jest i będzie zawsze. I nie zniknie nigdy.” „Chcę
                  się męczyć gdzie indziej” mówi Aleksander i „odchodzi”. Zapewne błędnie to
                  odczytałem, ale wyszło na to, że Zbych go nie zabił, Aleksander sam odbiera
                  sobie życie. Inni trwają.

                  Tlen w rzeźni uświadomił mi jaką drogę odbyli podopieczni TR. Sprawił wrażenie
                  czystszego, dotartego, już osadzonego w aktorach. Grali z taką energią jakiej w
                  tym spektaklu jeszcze nie widziałem. A jednocześnie czułem, że podają to lekko,
                  z doskonałą empatią partnerów. To nie była gra, to było organiczne jak
                  prawdziwe odruchy. Poczułem coś, czego nie czułem na żadnym z trzech
                  warszawskich spektakli – poczułem strach przed tymi ludźmi. Strach, ale i
                  respekt: niemal przy każdym oddechu walczyli o własną „przestrzeń do życia”,
                  o „Tlen”. Wrażenie to potęgował
                  • Gość: Jureczek Re: TLEN TR w Poznaniu. część 2. IP: *.aster.pl / *.aster.pl 10.07.04, 01:04
                    (kurka, całość się nie mieści)

                    Wrażenie to potęgował fakt, że musieli grać o parę tonów wyżej, głośniej ze
                    względu na specyfikę przestrzeni (w porównaniu do lokacji warszawskiej była to
                    hala.) Sceny, które można określić jako „mocne”, tutaj wbiły mnie w fotel. Jak
                    uderzenia. Grali tak, jakby postacie nie miały już nic do stracenia. Nic więcej
                    do sprzedania. Nic więcej do ofiarowania. I mogły tylko wykrzyczeć siebie z
                    całym wewnętrznym syfem. Jak pisał Gruszczyński „To aktorstwo nie polega na
                    realizmie, ale na szukaniu prawdy. (...) Na pozór wygląda na bolesną
                    psychodramę, ale przecież te działania są w pełni kontrolowane.” Obawiam się
                    jednak, że do warszawskiej lokacji nie da się przenieść tamtej energii. Ani
                    energii miejsca ani atmosfery która zaistniała w Poznaniu. Na długo zapamiętam
                    ten spektakl. I na pewno będę śledził jego ewolucję (może w końcu coś skumam.)

                    Nie obeszło się bez incydentów. Z tego, co słyszałem, podczas pokazu o 20.00
                    burza uderzyła z taka siłą, że niemal zagłuszała słowa aktorów. Siedziałem
                    wówczas w barowym ogródku przy kawie (a może przy Jacku Danielsie?) mając na
                    szczęście bilet na 22.00. Także światło dzienne wpadające przez świetliki i
                    otwarte drzwi nie służyło budowaniu atmosfery. Jedyny dysonans jaki mnie
                    doszedł, to brak działań Aleksandra skłaniający partnerkę do osłonięcia się
                    przed ciosem („nie w głowę!”.) Choć może mi się zdawało.

                    P.S.

                    Pas, pytałeś pół roku temu o pewien spektakl. Taką intensywność gry pamiętam
                    właśnie z „Uwięzionych” Wrony. Przemilczanych, pominiętych, niedocenionych.

                    • adella1 Re: TLEN TR w Poznaniu. część 2. 11.07.04, 18:26
                      WOW! Dzieki za wyczerpujaca relacje!
                      Tak sie w ogole zastanawiam, czy Rozmaitosci beda jeszcze grac spektakle TR,
                      przeciez od pazdziernika czesc z mlodych aktorow wraca do szkoly - do Krakowa.
                      A co powiesz o Tlenie ze Szczecina? To rzeczywiscie powielenie schematu Tlenu z
                      Powszechnego?
                      • Gość: Jureczek Re: Tlen Krypty vs. TR (Malta) IP: *.internetdsl.tpnet.pl 22.07.04, 21:44
                        Na Malcie w klubie Negatiff układ był prosty: nieduże pomieszczenie, zero
                        scenografii, z przodu dwa mikrofony, z tyłu kapela „Trójtlenek”. Czasem na
                        postacie i tło wchodziła czerwień, czasem zimny błękit, czasem gobo (na
                        publikę). Jest On i Ona (Izabela Kała i Krzysztof Czeczot.) On – stonowany
                        hiphopowiec: koszula z czerwoną gwiazdą, szerokie spodnie, przy nich łańcuch, w
                        kieszeni inhalator. Ona – kusa mini, wysokie czarne buty, obcisła bluzka, na
                        biodrach szarfa. Jedyny sceniczny element to wysoki barowy stołek na którym Ona
                        wyzywająco siada. (Scenografia i kostiumy – Wanda Kowalska.) Przestrzeń jest
                        budowana światłem i prostą inscenizacją. Jeśli jest możliwość, są wypady w głąb
                        publiczności – tutaj nieobecne. W klubie Negatiff (w sali na piętrze) ludzie
                        siedzieli na podłodze, część stała z tyłu i pod ścianami. Ok. 50 osób, nie było
                        ścisku. Ktoś wchodził, ktoś wychodził, jedni po piwie, drudzy z piwem, w głębi
                        można było zapalić. Było jak na transowym koncercie. Mogę się tylko domyślać
                        jak genialnie musiał on brzmieć w synagodze (na Festiwalu Teatrów Niezależnych
                        w Ostrowie.) Musiał zrobić wrażenie skoro wygrali Grand Prix. Teraz zdobyli
                        Offeusza.

                        W Poznaniu zagrali po raz kolejny (13 lipca) tym razem w porządnie nagłośnionej
                        sali. Pełne brzmienie w C.K. Zamek było powalające. Plan mieli ambitny –
                        wydostać się z Piwnicy na dzieciniec Zamkowy i podświetlić elewację jak w
                        synagodze. Interweniowała jednak siła wyższa – lało jak z cebra (a scena juz
                        czekała.) Czeczot przepraszał nabitą po brzegi salę za nagłą zamianę planów.
                        Było ze trzysta osób, dostawki, podpieranie ścian. W lokacji festiwalowej –
                        klub Negatiff – mimo undergroundowych klimatów brzmiało dość głucho, dopiero w
                        sali koncertowej powstała pełna rzeczywistość akustyczna: perkusyjne
                        improwizacje, gitarowe solówki, ożyły nawet pojedyncze dźwięki. Wyszło na to,
                        że podstawą spektaklu szczecińskiego jest prawidłowe, mocne brzmienie. Jest tym
                        samym co emocjonalne aktorstwo w TR. Niedoróby i półśrodki kładą cały spektakl
                        (a przynajmniej pozbawiają go energii.) Techniczni narzekali jak zwykle: że na
                        próbie akustycznej było cacy, a jak przyszli ludzie - inne odbicia, nie
                        wyciągnięty wokal, przestery.

                        W spektaklu ważna jest przestrzeń – aktorom zapewniająca swobodę działania
                        (wypad w głąb publiczności), widzom możliwość ruchu, nie tylko siedzenia na
                        krzesłach (jak w C.K.Zamek.) W klubie siłą rzeczy będzie kameralny klimat offu
                        (swoboda u widza, ale stłumiony dźwięk) na otwartej przestrzeni lub w sali
                        koncertowej – będzie ostry, dynamiczny koncert. Najbardziej adekwatnym
                        miejescem wydaje się być synagoga, ze względu na atmosferę i akustykę miejsca.
                        W przestrzeni sakralnej “Tlen – 10 przykazań” zabrzmi jak współczesna,
                        nierzadko bluźniercza modlitwa.

                        Zamysł reżysera był taki: „przy realizacji tekstu Wyrypajewa staraliśmy się
                        stworzyć mu maksymalnie naturalne środowisko, aby jego oryginalność zabrzmiała
                        z największa siłą. Stąd użycie znanej z prezentacji Slam Poerty techniki
                        melorecytowania pod ostrą, nowoczesną muzykę, graną na żywo. Melorecytacja
                        przybiera różne formy: od krzyku wspartego muzyczną ścianą dźwięku, poprzez
                        skandowanie bliskie punkowej wściekłości, aż do rapu, z całym hip-hopowym
                        sztafarzem.” Każda kompozycja jest w innym stylu, choć są elementy wspólne,
                        jakiś łączący ton. Jedyne, czego mi zabrakło, to muzycznej wariacji na temat
                        tekstu: długiej, odrębnej sekwencji będącej komentarzem kapeli.

                        „Mam dwa płuca,
                        Tlen w płucach mam
                        Dwaj tancerze
                        Pilnują życia mego bram.”

                        Kompozycja nr.1 „Tańce”, zaczyna się szybką rockową solówką. Mamy określenie
                        miejsca, mamy ostre gesty wokala. Zwrotki to punkowy skand, wrzask
                        oskarżeń: „Co żeś kurwa zrobił?! Nie słyszałeś: nie zabijaj?!” Wściekłość tej
                        kompozycji można porównać do szarpaniny Bruneta i Zbycha z Aleksandrem
                        (spektakl TR). Nieustającej szarpaniny. Refren przeciwnie – jest wyciszeniem,
                        refleksją. Spokojnym, osobistym (odautorskim) komentarzem. Wykrzyczana
                        początkowa sekwencja kończy się zadyszką, próbą zaczerpnięcia tchu. Trzeba
                        wspomóc się lekarstwem – wokalista sięga po inhalator. Dynamiczny “rockowy
                        koncert” (Tańce) przechodzi w stonowaną “transową” opowieść (Sasza kocha
                        Saszę). Muzyka zwalnia, dźwięk wygina się i rozciąga – szkicuje sylwetkę
                        odurzonego Saszy: „gdy zobaczył dziewczynę stąpającą boso po cokole, to
                        przedawkował i zatruł się tlenem”. Wokal szeroko rozkłada ręce i wolno,
                        lirycznie opisuje „wielkie, poplamione łóżko”. Nagle zmienia się ton. Ostre
                        uderzenie likwiduje trans. Refren otrzeźwia:

                        „A kto patrzy pożądliwie na kobietę, ten duszy w niej nie widzi, tylko własną
                        podnietę! Ten duszy jej na pewno napełnić nie próbuje, tylko jak siebie
                        opróżnić stale kombinuje!”

                        Pojawia się Ona. Dziewczyna z widowni wchodzi na scenę i ucisza wokalistę.
                        Kompozycje stają się związkiem obojga, rozpadającym się i zrastającym. Mamy
                        solowe wypowiedzi, kłótnie w pubie, w domu, mamy talk-show. Jest tworzenie i
                        rozbijanie intymności, jest też warkliwy dialog (gdy startują do siebie z
                        wyrzutami.) Kompozycje są ekstatyczne, dynamiczne, rwane, przesycone erotyką
                        (odważny taniec z szarfą.) Budowane są najprostszymi środkami: kompozycja nr.6
                        rozwija się od intymnej rozmowy w ciemności (z delikatnie zarysowanymi
                        postaciami) do pełnego blasku „studyjnego reflektora”. Pomarańczowe
                        światło „nasyca” dziewczynę coraz silniej, pobudza ją. Ona proponuje siebie, On
                        pozostaje bierny. Nagła zmiana jej pozy przy barowym stołku momentalnie zmienia
                        prywatną rozmowę w rodzaj talk-show. Po wymianie zdań pozbawionej dźwiękowego
                        tła, znów mamy melorecytację w rytm ostrej muzyki. Długa sekwencja o “czynieniu
                        jałmużny” świetnie charakteryzuje postacie – wzajemne zarzuty są w niej o wiele
                        czytelniejsze niz w wersji TR (dzięki oczyszczeniu tekstu i świetnej
                        interpretacji refrenu i zwrotki drugiej.) Świetne są też detale, choćby
                        zmysłowa demonstracja „pola piołunu” w wykonaniu dziewczyny.

                        Aktorzy mają odrobinę swobody w kreowaniu wzajemnych relacji i rzucaniu
                        własnych tekstów. Jeśli jest możliwość, podejmują interakcję z publicznością.
                        Nie jest ona celem, jest raczej wypadkową miejsca i tekstu. Reżyser: „za każdym
                        razem z ogromną niecierpliwością oczekuję co się między nimi zdarzy tym razem,
                        w która stronę ich prywatna psychodrama ich doprowadzi. A widzów razem z nimi.”
                        W Negatiffie nie było interakcji, dopiero na Zamku wokalista uderzył w tłum,
                        zadając klika pytań bezpośrednio widzom (w znakomitej interpretacji kompozycji
                        nr.5.)

                        Spektakl rozwija się od początkowego krzyku do końcowego wyciszenia. Takim
                        wyciszeniem jest fragment o perle. Tęskny ton piosenki łagodzi impet wtrącanych
                        słów: „Wrócę. Wezmę. Siekierę.” Słowa tracą tu swą siłę sprawczą – inaczej niż
                        w TR, gdzie Zbych wciela je w czyn. Krypta prezentuje miłą dla ucha poetycką
                        opowieść, klimatyczną melorecytację (w tle kapela delikatnie zapodaje bluesa),
                        w TR widzimy brata zamordowanej wyznającego swój zamiar, zaślepionego doznaną
                        krzywdą. U Niczewskiego ta scena nie ma charakteru wyznania, jest ukazaniem
                        dwoistości. Ten sam cierń tkwi w obojgu choć przesłonięty poetyką. Nie wydobywa
                        się, nie drażni, ale bez wątpienia tkwi. (Oboje wtrącają słowa, nie tylko Ona –
                        jak w dramacie.) Słowa tracą moc – są jedynie rozpoznaniem, nie postanowieniem –
                        jest nuta optymizmu. W ostatniej kompozycji, On i Ona, osobni, wyprostowani, w
                        neutralnych, białych punktach światła mówią o drzewie i owocach jego. Sasza i
                        Sasza, ludzie trzeciego tysiąclecia to u Niczewskiego para „oczyszczona.”
                        Złąc
                        • Gość: Jureczek Re: Tlen Krypty vs. TR (Malta) Cz.2 IP: *.internetdsl.tpnet.pl 22.07.04, 21:46
                          Sasza i Sasza, ludzie trzeciego tysiąclecia to u Niczewskiego
                          para „oczyszczona.” Złączona sakramentem. Niemal prywatna.

                          Najbardziej dynamiczna jest kompozycja nr.4. Rozpoczyna się na jałowym biegu.
                          Początkowe jednostajne uderzenia wyznaczają rytm. On i Ona na przemian podają
                          tekst. „Akurat zimą to było, kiedy razem wsiedli do kolejki podmiejskiej.
                          Pociąg ruszył. Jechali razem.” Muzyka, będąca przed chwilą jedynie tłem,
                          zaczyna prowadzić, wysuwa się ponad słowa i porywa ze sobą kolejne. W rytmiczne
                          uderzenia perkusji wchodzą ostre gitary. „Pociąg do Siepruchowa” rozpędza się.
                          Po historii z nożem i policzkiem już się nie zatrzyma. Teraz będzie tylko
                          szybciej i głośniej. Ślepy pęd Krypty można porównać do amoku Aleksandry z
                          TR. „Lux Torpeda z Amsterdamu” gna tak szybko, że nie sposób dostrzec co mija
                          po drodze: zabiedzone dzieci, narkomanów wbijających sobie igły w żyły i ludzi
                          padający z przepicia na ulicach. Mija też zimowy ogród w którym leży zarąbana
                          łopatą dziewczyna. Swoiste mentalne „przystanki” wyznacza jedynie refren podany
                          w ciszy: „a jeśli ktoś uderzy cię w prawy policzek...” Po każdym słychać
                          specyficzny odgłos – jakby dwóch dzwonków przy szlabanach kolejowych. Pęd
                          narasta, dochodzi do kłótni na scenie, aktorzy wyzywają się wzajemnie. Znów
                          zwiększa się tempo. Słychać już tylko samą kapelę, a całość zapieprza jak
                          samolot w kierunku WTC. Ostanie słowa mówią o dymie, strażaku i pilocie
                          duszącym się od niesprawiedliwości rządzącej światem. Nagłe uderzenie kończy
                          sekwencję (wejście perkusji.) Następuje głucha cisza. Aktorzy stoją w milczeniu
                          z zaciśniętymi ustami. Dostaliśmy porządnego kopa.

                          Mamy eskalację: otrzymujemy dwa potężne uderzenia – w TR, w tej samej
                          kompozycji jest krzyk Aleksandry i impet wody, którą Zbych chlusta jej w twarz.
                          Jest ów „potok krwi” o którym pisze Wyrypajew, ale też otrzeźwienie. W Krypcie
                          nie ma otrzeźwienia, jest tylko ślepy pęd zakończony atakiem na centrum
                          handlowe. Wokal co prawda krzyczy po ostatniej zwrotce: „koniec!” ale muzyka i
                          tak nie zwolni.

                          „Idź lepiej do kina, na balet, na operę, gdzie się ogląda, nie myśli zbyt
                          wiele!”
                          „Idź lepiej do kina, na balet, na operę, bo tu jakaś stypa, a miało być wesele!”

                          Różnica miedzy TR i Kryptą jest zasadnicza i oczywista: Jeśli chcesz wysłuchać
                          historii, idź na Kryptę, jeśli chcesz ją ujrzeć na własne oczy, idź na TR.
                          Można oceniać wybrzmienia poszczególnych fragmentów, ale nie na zasadzie, która
                          interpretacja jest lepsza. Spektakl TR wykluł się z poszukiwań warsztatowych:
                          tworzenia postaci z obszaru bardziej rozległego niz tekst, wykorzystania metody
                          parafrazy, u Niczewskiego punktem wyjścia była kompozycja, muzyka, rytm: „Mnie
                          od dawna chodzili po głowie hip-hoperzy w teatrze. Rapowanie czytam jak
                          współczesne opowieści Homeryckie. Brakowało mi tylko tekstu.” Oczyścił
                          oryginał, rozłożył własne akcenty, dodał odautorskie refreny. Jego aktorzy
                          nie „grają” tylko występują, prezentują. Prowokują też widza do pozascenicznej
                          dyskusji: Czeczot zachęca do niej zapowiedzią ostatniej, własnej “kompozycji
                          dwunastej”.

                          W spektaklu Krypty aktorzy prezentują apel, wygłaszają manifest – używają słów.
                          Aktorzy TR prezentują „wewnętrzną szarpaninę”, nie zawsze czytelną, nie zawsze
                          konsekwentną – używają własnych emocji i języka. Orębowska faworyzuje
                          szczeciński Tlen (tu nie mam nic przeciwko, bo każdy ma swoich pupili) pałając
                          jednocześnie totalną nienawiścią do spektaklu warszawskiego (tonuje się jedynie
                          w oficjalnych wypowiedziach.) Może forma tak ją odstrasza? A może nieczytelność
                          i rozłożenie akcentów? Spektakl warszawski jest po prostu bardziej złożony
                          (także z powodu symultaniczności akcji.) Jest otwarty, podlega ciągłej
                          ewolucji. Ma wiele wad, jeśli uznać za wady brak natychmiastowej czytelności
                          kilku scen, czy zmiany sensów względem oryginału.

                          Tlen TR bardziej mi odpowiada ze względu na „emocjonalną prawdę”, „Widowisko
                          Rockowe” Krypty świetnie się ogląda (niemal w nim uczestniczy) dzięki
                          bezpośredniej relacji aktorów z widzem. Przekaz jest czysty i klarowny.
                          Orębowską popieram w jednej kwestii: „Prawda w teatrze domaga się formy.
                          Wyrypajew zamknął ją w słowach. Niczewskiemu, jego aktorom, jego muzykom udało
                          się dla tych słów znaleźć wiarygodny ton”. Jest tylko jedno ale:
                          określenie “dramatyczny” wymienia się tu na “dynamiczny”. Reżyser podkręcając
                          formę, wydobył jej sprzeczność - jesteśmy jak ten Sasza z diskmanem na uszach –
                          dobra zabawa i głośna muzyka dystansuje od historii.

                          Drewniak straszy offowców. “Tlen” Piwnicy przy Krypcie to dla „Tlenu” TR godny
                          przeciwnik, choć walczy w zupełnie innym stylu i klasie. Krypta to czysty,
                          sprężony Tlen, TR to mieszanina gazów technicznych – pozwala zejść na większe
                          głębokości.

                          P.S.
                          Dałem zestawienie dwóch Tlenów Festiwalowych.
                          Z chęcią posłucham teraz ciebie, adella. Zestaw Powszechny z Wybrzeżem.
                          W najnowszych Didaskalich jest krótka notka Ewy Wieczorek o Wybrzeżu (raport z
                          Kalisza.)
                          O krypcie można by powidzieć podobnie, tyle że inna oprawa i jako jedyni muszą
                          miec naprawdę dobre nagłośnienie.
                          Adella, co do powielenia schematu to możesz teraz sama oceń.
                          Młodzi wracają, ale Tlen pewnie jeszcze zagrają. Jak wpadną do wawy na kilka
                          dni nic im się nie stanie.
      • Gość: Jureczek Re: Tlen w TR IP: *.acn.waw.pl 17.12.04, 15:16
        Nowa odsłona to już zdecydowanie „Tango” Rybczyńskiego (wcześniej tylko
        błądzili w okolicach.)
        Zagęścili przestrzeń totalnie: 5x4 m.(nowe lokum wynaleźli w tej ruinie)
        aktorzy o mało se na łby nie wejdą. Jest piętrowa widownia pod sufit i pierwszy
        rząd niemal przy stole. Okno szczelnie zabite dechami, bez oddechu, przybyło
        siano, na nim sumienie po 7 orgazmach gnijące od środka. Brunet rozpracowuje
        cichaczem małpkę, Zbychu już nie pali mocnych (zmienił markę) i chrzani o
        naszych chłopcach w Iraku. Ma za to świetne wejście z Białym cieniem na
        ścianie. Miastowa także na Biało (w nowej odsłonie) durna i słodka w cekinach z
        rozmazanym tuszem. Dziesiątki kabli pełznie pod sufit, farba się łuszczy,
        odpada płatami. Bartez wścieka się do nieprzytomności, ale nawet on tych dech
        nie wyrwie. Matkę zdrowo poniosło.

        Całość maksymalnie zwarta, oszczędny ruch, działają właściwie same słowa.
        Świetna akustyka miejsca. Nowy klimat. Atmosfera ciężka, zastała. Brak tlenu.
        Stalowe blastdoor zamykają publiczność jak w czarnym pudle. Ostania sekwencja
        Zbycha wyrazista i czytelna (krew na linoleum). Brak łopaty. Rowerek sprzedany.
        Tylko obraz wisi z lewej napęczniały. Przy spojrzeniu kochanków cisza taka, że
        aż kuło w uszach. Zaleta – bliski kontakt. 16 miał być Red, był Sitarski.
        Informacja w TR do bani (zresztą nie od dziś).
Inne wątki na temat:

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka