Dodaj do ulubionych

Łukaszenko jak Miloszević

24.03.06, 03:36
Sława!
Łukaszenko jak Miloszević
serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34181,3229688.html

Marcin Wojciechowski 22-03-2006, ostatnia aktualizacja 22-03-2006 20:11

Tak samo jak Serbowie po latach bierności wystąpili przeciwko Miloszeviciowi,
tak samo Białorusini wystąpią kiedyś przeciwko Łukaszence






Niewielka skala protestów po sfałszowaniu wyborów na Białorusi może na jakiś
czas umocnić reżim Aleksandra Łukaszenki. Ale to tylko pozór, a prawda jest
taka, że białoruski satrapa jest tak słaby jak Slobodan Miloszević po wojnie
w Kosowie. Białoruski reżim przekroczył granicę, zza której nie ma powrotu.
Upadek Łukaszenki jest kwestią czasu.

- Aleksandrze, twoje miejsce jest w Hadze, w celi po Miloszeviciu! -
krzyczeli w Moskwie rosyjscy demokraci, protestując przeciw sfałszowaniu
białoruskich wyborów. To nie była pierwsza taka aluzja. Już kilka lat
wcześniej, po rosyjskim internecie krążyła anegdota: Łukaszenko dzwoni do
Miloszevicia z pytaniem: - Slobodan, czy w twojej celi będzie miejsce na
jeszcze jedną pryczę?

Czekając na rewolucję

Szansa, że Łukaszenko znajdzie się kiedyś w Hadze, jest bliska zeru, ale
porównanie prezydenta Białorusi do Miloszevicia wydaje się - zwłaszcza
dzisiaj - wyjątkowo trafne. Gdy w 1999 r. wybuchła wojna w Kosowie,
Miloszević rządził Serbią już 10 lat. Korzystając z upadku chaosu po
rozpadzie Jugosławii, Miloszević startował na przemian w różnorakich
wyborach, będąc raz prezydentem federacji Serbii i Czarnogóry, raz samej
Serbii. Pozwoliło mu to uniknąć łukaszenkowskich sztuczek w postaci
referendów pozwalających na ubieganie się o trzecią - niekonstytucyjną -
kadencję. Jednak niezależnie od zajmowanego stanowiska, to on zawsze był
panem Serbii.

Miloszević rozpętywał wojny, bez żadnych skrupułów grał kartą serbskiego
nacjonalizmu, nie wahał się wydawać rozkazów, których następstwami były
zbrodnie przeciwko ludzkości, ale do pewnego momentu nie zawodził go instynkt
polityczny. Przykładem tego instynktu było porozumienie z Dayton kończące
wojnę w Bośni w 1995 r., które w ciągu jednego dnia przemieniło Miloszevicia
ze zbrodniarza wojennego w kandydata do pokojowej Nagrody Nobla. Miloszević
bez wahania porzucił bośniackich i chorwackich Serbów, których rzekomo
bronił, i to nie dla pokoju, ale dla zachowania swej władzy nad Serbią.
Miloszević- co prawda na krótko - wszedł na światowe salony, na jakiś czas
udało mu się złagodzić sankcje wobec Serbii. Ale wkrótce miało się okazać, że
każdy satrapa kiedyś się myli.

W 1999 r. Miloszević rozpętał wojnę przeciw Albańczykom z Kosowa. Liczył, że
może świat nie odważy się po raz drugi - jak przed podpisaniem porozumienia w
Dayton - bombardować Serbów. Gdy zrozumiał, że to jednak nieuniknione, zaczął
kalkulować, że wojna z Zachodem - choćby nawet przegrana - na długo umocni
jego pozycję obrońcy serbskości. I tu się przeliczył, choć rzeczywiście
podczas bombardowań na ulice Belgradu protestować wychodzili nawet zwolennicy
opozycji. Przywódcy serbskich demokratów byli w trudnej sytuacji, bo choć
wielu z nich sercem popierało akcję NATO, to nie mogli tego mówić głośno,
gdyż straciliby resztki poparcia. Antymiloszeviciowska opozycja zdawała się
zapędzona w kozi róg.

Pamiętam, jak kilka miesięcy później w "Gazecie" emocjonowaliśmy się, gdy na
ulice Belgradu, Nowego Sadu czy Suboticy wychodziło przeciw Miloszeviciowi
raptem po kilka tysięcy zwolenników opozycji. I choć rozumieliśmy, że to za
mało, by obalić satrapę, to pisywaliśmy o tym wielkimi literami na pierwszej
stronie. I kiedy od wydarzeń w Kosowie minął raptem niewiele ponad rok,
okazało się, że Serbowie mają dyktatora już dość.

Podczas próby sfałszowania wyborów w październiku 2000 r. Miloszević został
obalony bez jednego wystrzału, bo Serbowie po prostu do tego dojrzeli, a
opozycja okazała się przygotowana organizacyjnie. Slobo trafił do Hagi, z
której miał już nie wrócić, a Serbia wkroczyła na ścieżkę demokracji.

Dyktator myli się tylko raz

A Białoruś? Łukaszenko odniósł właśnie kolejne "eleganckie zwycięstwo" w
wyborach, zdobywając - według oficjalnych danych - ponad 82 proc. głosów.
Protesty opozycji są słabe, za słabe, by myśleć o białoruskiej kolorowej
rewolucji. A jednak coś się zmieniło.

Tym razem nikt - nawet zagorzali zwolennicy reżimu i jego nomenklatura - nie
ma wątpliwości, że wybory brutalnie sfałszowano. Łukaszenkę zawiódł instynkt
polityczny, tak jak Miloszevicia zawiódł w trakcie wojnie w Kosowie. Nikt nie
przeczy, że gdyby białoruskie wybory były demokratyczne, to Łukaszenko
zapewne i tak by w nich w drugiej turze wygrał.

Ale satrapy takie zwycięstwo nie zadowala. Musi zwyciężać "elegancko", z 90-
procentową frekwencją i poparciem ponad 80 proc. wyborców. Jednak prędzej czy
później taka mania wielkości zgubi Łukaszenkę, bo ludzie bardzo nie lubią,
kiedy okazuje się, że ktoś nimi manipulował. Tak samo jak Serbowie po latach
bierności wystąpili przeciwko Miloszeviciowi, tak samo Białorusini wystąpią
kiedyś przeciwko Łukaszence. Fałszując wybory, białoruski satrapa niby
przedłużył sobie władzę, ale w rzeczywistości zaczął kopać sobie polityczny
grób.

Jeszcze słowo o Rosji. Kiedy sytuacja na Białorusi stanie się rewolucyjna,
Moskwa porzuci Łukaszenkę z taką samą łatwością, z jaką niegdyś porzuciła
Miloszevicia.

Myślę, że Łukaszenko zdaje sobie sprawę z tego, co dzieje się na Białorusi.
Wie, że mając wszelkie środki nacisku, może wygrać wybory, ale panika reżimu
widoczna podczas kampanii świadczy o tym, że jest świadom przełomu, który
dokonuje się w społeczeństwie. Białorusini przeglądają na oczy, tak samo jak
Serbowie przejrzeli po przegranej wojnie w Kosowie.

Łukaszenko nie ma już innego wyjścia niż brutalne represje wobec opozycji i
zniszczenie tego, co udało się jej zbudować w kampanii wyborczej, podczas
której - choć w ograniczonym zakresie - udało się jej trafić do
społeczeństwa. I takie represje na pewno nastąpią. Łukaszenko czeka na wyjazd
międzynarodowych obserwatorów i nielicznych dopuszczonych dziennikarzy z
zagranicy. Wtedy zaczną się czystki, procesy i wyroki.

Naszym obowiązkiem jest pomóc białoruskiej opozycji. Stworzyć w krajach Unii
fundusze na rzecz represjonowanych, pomagać im organizacyjnie, jeśli trzeba
będzie, to udzielać azylu. To kosztuje, ale demokracja nie ma ceny.

Reżim Łukaszenki przekroczył już granicę, za którą czeka go już tylko upadek.
Aleksander popełnił podczas ostatnich wyborów ten sam błąd, który Slobodan
popełnił po wojnie w Kosowie. Dni białoruskiego reżimu są policzone. Pomoc
Europy i świata może sprawić, że będzie ich jeszcze mniej.


Pozdrawiam i zapraszam na:
Forum Słowiańskie
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka