Dodaj do ulubionych

Ukraina - Rosja

30.08.03, 22:43
Sława!

Nie ma chyba ważniejszych bilateralnie stosunków na całej Słowiańszczyźnie
niż pomiędzy tymi największymi słowiańskimi państwami...

Przypominam, że Polska utraciła pozycję najsilniejszego państwa europejskiego
na rzecz Rosji, gdy wzieła rozbrat z Ukrainą...

Czyżby Ukraina była kluczem do polskiej lub rosyjskiej mocarstwowości?

Poniżej wklejam dwa bardzo ciekawe artykuły o stosunakch Ukraina-Rosja...

Pozdrawiam i zapraszam do dyskusji!
Obserwuj wątek
    • ignorant11 Dla Rosjan Ukraina to wciąż Małorosja 30.08.03, 22:45
      Dla Rosjan Ukraina to wciąż Małorosja
      Marcin Wojciechowski, Moskwa 27-08-2003, ostatnia aktualizacja 27-08-2003 16:13

      Oficjalnie Rosja uznaje i szanuje niepodległość Ukrainy, której 12-lecie
      świętowano w zeszłą niedzielę. Kreml stoi na stanowisku, że stosunki Moskwy z
      Kijowem muszą być pragmatyczne i pozbawione wszelkich sentymentów. Jednak
      nostalgia za czasami, gdy Ukraina była częścią ZSRR, nie wywietrzała z głów
      wielu polityków i zwykłych Rosjan

      Za czasów Borysa Jelcyna Ukraina cieszyła się na Kremlu wielkim sentymentem.
      Podczas jednego ze swych wystąpień w Kijowie wyraźnie już podchmielony Jelcyn
      wyznał, że często poucza swych współpracowników, by codziennie starali się
      zrobić coś dobrego dla Ukrainy. - Jelcyn traktował Ukrainę z paternalistyczną
      wyższością, ale jak dobry ojciec był jej w stanie wiele wybaczyć i zapomnieć,
      np. latami przymykał oczy na to, że Kijów regularnie nie płacił albo płacił
      mało za rosyjski gaz - mówi prof. Myrosław Popowycz, ukraiński filozof, jeden z
      głównych inicjatorów pierestrojki w Kijowie. Sprawa miliardowych długów za gaz
      pozostawała nierozwiązana przez całe lata 90., ale mimo to Rosja zawarła z
      Ukrainą kompromisowe porozumienie o podziale Floty Czarnomorskiej, wyrzekła się
      pretensji do Krymu i wschodnich obwodów Ukrainy, gdzie ludność rosyjskojęzyczna
      stanowi większość. W Kijowie przypisuje się to wyłącznie dobrej woli samego
      Jelcyna, który wbrew wielu doradcom był przeciwny wywieraniu presji na budującą
      państwo Ukrainę.

      Poprawnie po sąsiedzku

      Po dymisji Jelcyna w 1999 r. i objęciu władzy przez Władimira Putina ukraińska
      prasa wpadła w histerię, że skończył się romantyczny okres w stosunkach Moskwy
      z Kijowem. Spodziewano się, że Putin zacznie się twardo domagać zwrotu długów
      za gaz, żądając za nie np. udziałów w ukraińskich gazociągach tranzytowych,
      przez które większość rosyjskiego gazu trafia na Zachód. Tymczasem ku
      zaskoczeniu obserwatorów ukraińsko-rosyjskie rozmowy gazowe skończyły się
      kompromisem do zaakceptowania dla obu stron. Spłatę długów rozłożono na wiele
      lat, zaś Ukraina zachowała pełną kontrolę nad gazociągami. Prowadzone ostatnio
      rozmowy o powołaniu wspólnego konsorcjum gazowego też nie idą do końca po myśli
      Rosji, choć opozycja w Kijowie przedstawia je jako gwóźdź do trumny niezależnej
      energetyki nad Dnieprem. Ukraina zaproponowała ostatnio, by do konsorcjum
      weszły także Kazachstan, Turkmenistan i Uzbekistan, co wprawiło w całkowite
      osłupienie rosyjskiego premiera Michaiła Kasjanowa. - Wbrew pozorom Rosja wcale
      nie ma dziś tak wielu możliwości nacisku na Ukrainę, jak to się wydaje. Gazu
      nie możemy odciąć, bo przesyłamy go przez Ukrainę na Zachód. Inne sporne
      kwestie są w zasadzie rozwiązane. Pozostaje wyważona i pragmatyczna polityka
      wobec Ukrainy, którą stara się prowadzić Putin - mówi Wiaczesław Igrunow,
      wiceszef komisji ds. państw WNP w Dumie rosyjskiej, który urodził się w
      ukraińskiej Odessie.

      Putin podczas licznych spotkań z prezydentem Ukrainy Leonidem Kuczmą (średnio
      raz w miesiącu) często mówi o wielowiekowych więziach między obu państwami,
      których nie wolno rozerwać, o wspólnej historii, kulturze, a nawet przelanej
      wspólnie lub przemieszanej krwi, ale nigdy nie przekracza bariery, którą
      Ukraińcy mogliby uznać za kwestionowanie prawa do niepodległości ich kraju. Od
      drażnienia i wtykania szpilek mniejszemu sąsiadowi są jednak inni - przede
      wszystkim były premier, a od dwóch lat ambasador Rosji w Kijowie Wiktor
      Czernomyrdin, który nie raz w dziedzinie stosunków z Ukrainą poruszał się jak
      słoń w składzie porcelany. Tuż po swojej nominacji próbował odwieść Ukraińców
      od pomysłu zaproszenia Papieża nad Dniepr w 2001 r., naciskał, by językowi
      rosyjskiemu przyznać nad Dnieprem taki sam status co ukraińskiemu. Kilka
      miesięcy temu - w 70. rocznicę Wielkiego Głodu - na pytanie, czy Rosja odniesie
      się jakoś do tej daty, Czernomyrdin odpowiedział, że jeżeli Kijów oczekuje
      przeprosin, to niech zwróci się do Gruzji, z której pochodził Stalin, a nie do
      Moskwy.

      Jako były premier i przyjaciel Leonida Kuczmy Czernomyrdin może pozwolić sobie
      w Kijowie na wiele, choć jego słowami zdegustowani są politycy z niemal
      wszystkich tamtejszych partii. - Nazywanie Czernomyrdina rosyjskim gubernatorem
      na Ukrainie to jednak gruba przesada. Jego nominacja na ambasadora w Kijowie to
      de facto zsyłka. Jego wpływy w Moskwie są w tej chwili żadne. Czernomyrdin ma
      po prostu niewyparzony język i tyle - przekonuje Witalij Portnikow, pochodzący
      z Kijowa komentator "Radia Swoboda", który od lat mieszka w Moskwie.

      Żal po imperium

      Czernomyrdin spontanicznie wyraża to, co o Ukrainie myśli wielu Rosjan, którzy
      wciąż nie mogą się otrząsnąć po rozpadzie ZSRR. Nie rozumieją, że Ukraina
      stawia sobie inne cele niż Rosja, dziwią się, dlaczego jest tam inny język i
      nie każdy chce mówić po rosyjsku.

      - Rosja, nawet jeżeli nie chce się do tego przyznać, wciąż cierpi psychicznie
      po rozpadzie imperium, którego była przywódcą - mówi prof. Popowycz. - Moi
      przyjaciele z Moskwy mnie przekonują, że nie mam racji. Ja się jednak upieram.
      Moim zdaniem Rosja zachowuje się wobec Ukrainy jak pacjent, któremu dawno
      amputowano nogę, ale jemu wydaje się, że go wciąż w tym miejscu boli. Z czasem
      te urojone bóle przejdą.

      Rosjan wciąż boli, że po upadku ZSRR podarowany Ukrainie przez Chruszczowa Krym
      został w jej granicach. W czerwcu na jedną z imprez w ramach Roku Rosji na
      Ukrainie przyjechała do Kijowa wiceprzewodnicząca Dumy Liubow Sliska. Jej
      wizyta zbiegła się z obchodami Dnia Rosji, czyli rocznicy ogłoszenia przez
      Rosję suwerenności na krótko przed upadkiem ZSRR. - Bardzo się cieszę, że
      możemy obchodzić ten dzień nie tylko w Rosji, lecz także na ziemi ukraińskiej i
      na ziemi krymskiej - mówiła do kamer Sliska. Znajomi Ukraińcy pokładali się ze
      śmiechu, że nie przeszło jej przez gardło przyznać publicznie, że Krym należy
      do Ukrainy.

      Dalej w pretensjach terytorialnych wobec Ukrainy posuwa się laureat Literackiej
      Nagrody Nobla Aleksander Sołżenicyn, który w swojej książce "Rosja w zapaści"
      pisze tak: "Niech Bóg pod każdym względem pomoże Ukrainie w samodzielnym
      rozwoju. (...) Jej błąd polega jednak na tym, że rozszerzyła się na ziemie,
      które do czasów Lenina nigdy do niej nie należały". Sołżenicyn wylicza, że
      oprócz Krymu Ukraina "nieprawnie" dostała cały Donbas, czyli dwa obwody na
      wschodzie kraju, pas ziem nad Morzem Azowskim oraz okolice Odessy i Chersonia
      nad Morzem Czarnym, które noblista nazywa Noworosją. "Gdy Chmielnicki włączał
      Ukrainę do Rosji [w połowie XVII w. - red.], miała ona pięciokrotnie mniejsze
      terytorium niż dziś. Ten strategiczny błąd będzie stale przeszkadzał zdrowemu
      rozwojowi Ukrainy" - pisze Sołżenicyn, którego głos można w tym przypadku uznać
      za dość typowy dla myślenia Rosjan o Ukrainie.

      Na Zachód to zdrada

      Drugą sprawą, której Rosja nie może zrozumieć, są deklaracje Ukrainy dotyczące
      chęci integracji z Zachodem. Choć Moskwa oficjalnie nie komentuje oświadczeń,
      że Ukraina chce kiedyś wstąpić do NATO, to wszyscy oficerowie rosyjscy, z
      którymi rozmawiałem, uznają to za zdradę. Od paru miesięcy rosyjski sztab
      generalny robi wszystko, by wycofać się z projektu budowy wspólnie z Ukrainą
      transportowca An-70. Gdy próbowałem poznać tego powody, jeden z wojskowych
      powiedział wprost: - Po co inwestować pieniądze na Ukrainie? Za kilka lat i tak
      wejdzie tam NATO.

      Rosyjska prasa chętnie pisze o tym, że na Ukrainie próbuje się zmniejszyć
      liczbę szkół z wykładowym rosyjskim, że zachęca się stacje radiowe i
      telewizyjne, by nadawały po ukraińsku. Przedstawia się te działania jako atak
      na mniejszość rosyjską, ograniczanie jej praw. Tymczasem na kilkaset rosyjskich
      szkół na Ukrainie w Rosji nie ma ani jednej, gdzie można by się uczyć po
      ukraińsku, choć ze spisu powszechnego wynika, że w Rosji mieszka ok. 3 mln
      Ukraińc
      • ignorant11 Re: Dla Rosjan Ukraina to wciąż Małorosja (2) 30.08.03, 22:46

        Rosyjska prasa chętnie pisze o tym, że na Ukrainie próbuje się zmniejszyć
        liczbę szkół z wykładowym rosyjskim, że zachęca się stacje radiowe i
        telewizyjne, by nadawały po ukraińsku. Przedstawia się te działania jako atak
        na mniejszość rosyjską, ograniczanie jej praw. Tymczasem na kilkaset rosyjskich
        szkół na Ukrainie w Rosji nie ma ani jednej, gdzie można by się uczyć po
        ukraińsku, choć ze spisu powszechnego wynika, że w Rosji mieszka ok. 3 mln
        Ukraińców.

        Media rosyjskie mają też taką cechę, że jeśli coś pozytywnego stało się na
        Ukrainie - np. jakiś sportowiec zdobył medal na imprezie rangi światowej -
        starają się przedstawić to wydarzenie również jako sukces Rosji. Ale jeżeli nad
        Dnieprem spadnie samolot albo tłum demonstruje na ulicach przeciw prezydentowi,
        to wtedy podkreśla się, że źle dzieje się w państwie sąsiednim, jakby na
        katastrofę miało wpływ to, że Ukraina oddzieliła się od Rosji.

        Dla przeciętnego Rosjanina najlepszy ukraiński piłkarz Andrij Szewczenko
        jest "nasz", tak samo zresztą jak ukraiński bokser Witalij Kłyczko.

        - Co z tego, że przed walkami Kliczki (tak Rosjanie wymawiają jego nazwisko)
        grają hymn Ukrainy? - mówi Jegor, student zarządzania z Moskwy. - Ja nie widzę
        różnicy między Rosjanami i Ukraińcami. Jesteśmy jednym narodem. Podzielić nas
        chcą tylko politycy. Mamy tę samą kulturę, religię, podobne języki...

        - Coś takiego po raz pierwszy usłyszałem, gdy w latach 80. przyjechałem na
        studia doktoranckie do Moskwy - mówi kijowski dziennikarz Borys Klimenko. -
        Wychowałem się na Ukrainie wschodniej. Jako dziecko prawie nie mówiłem po
        ukraińsku, ale gdy mi powiedziano, że Rosjanie i Ukraińcy to jedno, od razu
        chciałem zostać ukraińskim nacjonalistą.

        Klimenko ma rację. Chociaż Rosjanie często nie są nawet świadomi, że popełniają
        lapsusy wobec Ukraińców, to Ukraińcy są na to bardzo czuli i w reakcji
        umacniają tylko poczucie swej tożsamości.

        Elicie lepiej na swoim

        - Nasza elita w większości była i w znacznej części nadal jest prorosyjska, bo
        nie może być inna po tylu latach istnienia ZSRR, ale od pewnego czasu zaczyna
        myśleć w kategoriach interesu narodowego. Sam nie wiem jak to się stało. Może
        poczuli, że Ukraina nie jest państwem sezonowym. Może tak im się spodobała
        samodzielna władza, że nie chcą się po raz drugi uzależniać od Moskwy. A może
        zrozumieli, że z masą swoich problemów na głowie Rosja nie jest dziś w stanie
        nic dać Ukrainie - mówi prof. Popowycz.

        - To prawda, przeciętni Rosjanie myślą o Ukrainie stereotypami, choć uwielbiają
        podkreślać, że nasze narody są sobie tak bliskie - przyznaje Maksym Szewczenko,
        naczelny wydawanego w Moskwie pisma "Smysł", który jeden z ostatnich numerów
        poświęcił południowemu sąsiadowi. Autorzy przekonują tam, że najwyższy czas
        pogodzić się z niepodległością Ukrainy, zaakceptować to, że ma własną historię
        i język, a nie tylko kalki wzięte z Rosji, co można wyczytać nawet w książkach
        poważnych historyków rosyjskich. - Jeżeli nie zaakceptujemy rzeczywistości,
        czyli niepodległości Ukrainy wraz z wynikającymi z niej konsekwencjami, to po
        prostu stracimy naszych sąsiadów na zawsze. Już i tak poza rytualnymi
        deklaracjami polityków o partnerstwie bardzo dużo nas dzieli - mówi Szewczenko.

        Hasło zbudowania partnerskich i pozbawionych uprzedzeń stosunków jest dziś
        bardziej nośne na Ukrainie niż w Rosji. Choć ukraińska prawica straszy przed
        rosyjską ekspansją ekonomiczną i lubi zrzucać winę za wszelkie porażki ich
        kraju na "Moskali", to coraz więcej polityków jest zdania, że trzeba znaleźć
        jakąś formułę współpracy z Moskwą. Mówi tak i prezydent Kuczma, i znaczna część
        opozycji. - Geografii nie da się zmienić. Rosja będzie zawsze naszym sąsiadem i
        ważnym partnerem. Trzeba się z nią ułożyć tak, by współpraca była wygodna dla
        obu stron - mówił mi kilka miesięcy temu Ihor Hryniw, wiceszef komisji spraw
        zagranicznych w ukraińskiej Radzie Najwyższej, deputowany ze Lwowa uznawanego
        za twierdzę ukraińskiego nacjonalizmu.

        - Ponieważ sam pochodzę z Ukrainy, to być może lepiej rozumiem, dlaczego
        Ukraińcy mogą się czasem czuć urażeni wypowiedziami Rosjan pod adresem ich
        państwa. Ale jak na ledwie 12 lat życia osobno, to ułożyliśmy sobie stosunki w
        sposób całkiem cywilizowany. Jestem optymistą - mówi Igrunow.

        Niedawno wyszła w Kijowie i Moskwie książka prezydenta Kuczmy "Ukraina to nie
        Rosja", w której tłumaczy on na czym polegają różnice między obu narodami,
        przedstawia ukraińską wizję historii i walczy z mitem, że "Ukraina to Rosja w
        pigułce". Kuczma zadedykował książkę elitom rosyjskim, ale nie można jej kupić
        w żadnej z większych księgarń w Moskwie. - Kuczma? Kim jest ten Kuczma, że
        pisze takie rzeczy? - zdziwiła się sprzedawczyni w Domu Książki na Nowym
        Arbacie, gdy poprosiłem ją, żeby sprawdziła, czy mają ten tytuł. Była bardzo
        zdziwiona, że to prezydent sąsiada Rosji.
      • pijatyka Re: Dla Rosjan Ukraina to wciąż Małorosja 25.04.14, 19:45
        Dziwnie się to dziś czyta...
        • eliot Re: Dla Rosjan Ukraina to wciąż Małorosja 28.05.14, 14:04
          pijatyka napisała:

          > Dziwnie się to dziś czyta...

          Ale dobrze oddaje rosyjskei przekonania tak ówczesne jak i obecne...
          Świetnie też trafia do nich putanowska propaganda, że tak naprawdę to Ukraina "jęczy pod terrorem banderowskich faszystów". Cóż mówić zresztao ogłupiałych Rosjanach... iluż takich i u nas...
          • polendwic Re: Dla Rosjan Ukraina to wciąż Małorosja 29.05.14, 05:49
            Nasuwa się podobieństwo do naszych ziem - Wielkopolska i Małopolska. Małopolska to jądro lechickości (dziś polskości). Wielkopolska nastała później i zawalczyła o Małopolskę. Rosja podobnie, bez Ukrainy pozbawiona była by setek lat historii.
            • eliot Re: Dla Rosjan Ukraina to wciąż Małorosja 30.05.14, 10:54
              polendwic napisał:

              > Nasuwa się podobieństwo do naszych ziem - Wielkopolska i Małopolska. Małopolska
              > to jądro lechickości (dziś polskości). Wielkopolska nastała później i zawalczy
              > ła o Małopolskę. Rosja podobnie, bez Ukrainy pozbawiona była by setek lat histo
              > rii.

              Małopolska "jądrem" lechickości??? - to dość nowatorska koncepcja... wink
              Rosja - zostanie, co najwyżej, pozbawiona setek lat nie swojej historii. Rosję można traktowac jako byt "rosyjski" gdzieś tak od Iwana Groźnego... I postać tego szaleńca i ludobójcy można traktować jako mit (i mord) założycielski tego tworu....
              To wówczas pojawiły się te wszystkie cechy, które do dziś konstytuuja to państwo, jego historię, cechy charakterystyczne i wszystkie podstawowe wątki jego rozwoju...
              Ukraina - to kontynuacja Rusi, niszczona i plugawiona przez stulecia rosyjskiej i później sowieckiej dominacji, ale jak pokazał ostani czas wciąż zdolnej jeszcze do odrodzenia.
              Czego Jej szczerze życzę!
    • ignorant11 Ukraina i Rosja jak Francja i Niemcy - mówi rosyjs 30.08.03, 22:48
      Ukraina i Rosja jak Francja i Niemcy - mówi rosyjski deputowany

      Rozmawiał Marcin Wojciechowski 27-08-2003, ostatnia aktualizacja 27-08-2003
      16:58

      Marcin Wojciechowski: Czy stosunki rosyjsko-ukraińskie są dziś rzeczywiście
      oparte na pragmatyzmie, jak głosi to Kreml, czy opierają się jeszcze na
      sentymentach z przeszłości?

      Wiaczesław Igrunow*: Realne umowy gospodarcze są pragmatyczne, nawet zbyt
      ostre, co prowadzi do wojen handlowych między naszymi krajami. Stale walczymy
      na cła, podatki, kwoty importowe na rozmaite towary. Za tym pragmatyzmem kryje
      się jednak nieracjonalne przekonanie o poczuciu wspólnoty Rosji i Ukrainy.
      Faktycznie więc stosunki między naszymi krajami buduje się na emocjach. Z tego
      przekonania wynika wniosek, że musimy razem realizować duże projekty, wspólnie
      rozwijać wysokie technologie, razem iść do Europy itd. W Rosji są rzecz jasna
      ludzie gotowi żyć bez Ukrainy, ale jest ich mniejszość. W końcu 300 lat w
      jednym państwie to nie w kij dmuchał. Ja sam nie potrafię uwolnić się od tego
      mitu. W końcu imperium rosyjskie powstało, gdy państwo moskiewskie połączyło
      się z Małorosją. Myślenie o szczególnych związkach Rosji i Ukrainy nie oznacza
      jednak chęci powrotu do ZSRR. Ja widzę naszą przyszłość tak, jak żyją dziś
      Francja i Niemcy. Jesteśmy oddzielnymi państwami, każdy ma swoją kulturę, ale
      bardzo blisko współpracujemy ze sobą...

      A co z wypowiedziami niektórych polityków rosyjskich, na przykład ambasadora
      Rosji Wiktora Czernomyrdina, który co i rusz robi jakieś afronty wobec Ukrainy?

      - Czernomyrdin zachowuje się jak dyrektor fabryki, a nie dyplomata. To kwestia
      jego charakteru, a nie wskazówek, które dostaje z Kremla. To, że Putin
      zaproponował zorganizowanie roku Ukrainy w Rosji na dziesięciolecie ukraińskiej
      niepodległości, jest przykładem szacunku dla jej samodzielnego bytu.

      Opozycja w Kijowie twierdzi jednak, że pod przykrywką dobrych stosunków
      rosyjskie firmy prowadzą ekspansję ekonomiczną na Ukrainę.

      - A gdzie mają inwestować? Jeżeli się przyjrzeć największym umowom
      gospodarczym, np. o spłacie ukraińskich długów za gaz, to są one zdecydowanie
      korzystne dla Ukrainy. W pewnym sensie jesteśmy zakładnikiem sytuacji na
      Ukrainie. To jest nasz najważniejszy partner - ważniejszy niż USA, Francja czy
      Niemcy. Jak ognia boimy się tam niestabilności, dlatego popieramy Leonida
      Kuczmę.

      A jeśli w przyszłorocznych wyborach prezydenckich zwycięży tam kandydat
      opozycji Wiktor Juszczenko, to co to będzie znaczyć dla Rosji?

      - Będziemy się dogadywać, tylko ostrzej. Juszczenko nie jest antyrosyjski, jak
      się często u nas sądzi. On rozumie, że Kijów musi współpracować z Moskwą.
      Powoli dociera to zresztą do naszej elity. Problemem jest część ludzi z
      otoczenia Juszczenki. To nacjonaliści. Sam słyszałem wypowiedzi w rodzaju,
      że "gdy słyszę język rosyjski, to ręka zbliża mi się do pistoletu". Z nimi się
      nie da rozmawiać, ale z Juszczenką - tak.

      Ukraina bardzo liczy na integrację z UE i NATO. Chce w ten sposób wyrwać się
      spod wpływu Rosji, choć nie zrywać z nią wszelkich więzi.

      - Życzę jak najlepiej europejskim aspiracjom Ukrainy, ale czy Europa chce
      widzieć u siebie Ukrainę, czy chce ją wspierać? Wątpię. Jeżeli Ukraińcy będą za
      bardzo liczyć na Europę, mogą się rozczarować. Jeżeli zaś chodzi o NATO, to
      członkostwo Ukrainy nie jest problemem. Jeżeli Ukraina zacznie integrować się z
      NATO, to będziemy mówić, że jesteśmy przeciw, ale z czasem te głosy ucichną.

      Czy w najbliższych latach Rosja i Ukraina mają szansę odejść od wszelkich mitów
      i sentymentów, budując swoje stosunki jak dwa normalne państwa?

      - To zależy od poziomu naszych polityków. Rosjanie i Ukraińcy są inni. Wierzę,
      że za jakiś czas stosunki między naszymi krajami będą tak samo zdrowe jak dziś
      między Austrią, Czechami i Węgrami, które też tworzyły kiedyś jedno imperium.
      Wystarczy, że będziemy blisko współpracować. Więcej integracji nie chcemy.

      * Wiaczesław Igrunow jest deputowanym do Dumy, wiceszefem komisji ds. WNP.
      Przez lata był związany z liberalnym Jabłokiem, teraz tworzy własne
      ugrupowanie.
    • ignorant11 Jak rusofob z rusofilem 30.08.03, 22:50
      Jak rusofob z rusofilem

      Henning Tewes* 21-08-2003, ostatnia aktualizacja 21-08-2003 19:17

      Niemcy są zafascynowani Rosją, Polacy jej nie ufają. A jednak to Niemcy i
      Polacy powinni wspólnie budować europejską politykę wschodnią.

      W opinii wielu Polaków w Niemczech istnieje swego rodzaju rusofilia, połączenie
      uwielbienia dla kultury kraju Dostojewskiego z hołdem dla wielkości i potęgi
      Rosji. Wielu Niemców jest zafascynowanych krajem, który ciągnie się od
      Kaliningradu do Władywostoku i dostarcza im surowców, ale jednocześnie
      większości Rosja wydaje się dziwna i nieznana.

      Niemcy, co prawda, oficjalnie zaprotestowały przeciwko wojnie w Czeczenii.
      Wyrażano także głośno troskę o zagrożoną wolność mediów. Obie sprawy - zarówno
      kwestia Czeczenii, jak i wolności słowa - są jednak postrzegane tylko jako
      skaza na (mimo wszystko) czystym sumieniu Rosji.

      Trudno o opinię bardziej odmienną od odczuć Polaków. Wojna w Czeczenii jest w
      Polsce widziana jako coś typowego dla Rosji, która przez wieki w niezwykle
      brutalny sposób uciskała mniejsze narody, dokonywała deportacji i mordów.
      Postępowanie władz rosyjskich wobec dramatu w moskiewskim teatrze na Dubrowce
      może służyć za dowód na to, że życie niewinnych obywateli mniej znaczy niż
      ambicje władzy państwowej.

      Polska historia kształtowała się latami pod wpływem konfliktów z jej wschodnim
      sąsiadem. Związek Radziecki był dla wielu Polaków jeszcze potężniejszą i
      bardziej brutalną wersją i tak już potężnej i brutalnej Rosji. Nie zapomniano
      Katynia. Kraj na wschodzie uważany jest za dziki i nieobliczalny. Nie jest
      tajemnicą, że to także dlatego członkostwo w NATO było dla Polski tak istotne.
      Takie widzenie Rosji w Niemczech w praktyce nie istnieje.

      Putin: "Zimna wojna skończyła się"

      Taki nagłówek pojawił się w poważnym dzienniku "Frankfurter Allgemeine Zeitung"
      w dzień po przemówieniu Putina w Bundestagu we wrześniu 2001 r. Prezydent Rosji
      mówił po niemiecku, językiem, którego nauczył się jako agent KGB w Dreźnie. To,
      że w listopadzie i grudniu 1989 r. brał udział, jak sam oświadczył, w
      niszczeniu akt Stasi, zostało zapomniane. To, że po Gorbaczowie i Jelcynie był
      już trzecim prezydentem, który oświadczył, że zimna wojna się skończyła, było
      już nieistotne. Niemcy wiwatowały na cześć prezydenta Rosji. Nie było mowy o
      nieprzychylnych demonstracjach, choćby takich, jakie w maju następnego roku
      towarzyszyły wizycie George'a W. Busha w Berlinie.

      Z jakich źródeł czerpie niemiecka rusofilia? Z pewnością w historii sprzed XX
      w. Niemcy i Rosję łączyła od czasów Piotra Wielkiego raczej owocna współpraca
      niż konkurencja. Niemieccy uczeni, rzemieślnicy i artyści byli w Rosji, przede
      wszystkim w Sankt Petersburgu, mile widzianymi gośćmi. Do tego, że Rosja i
      Cesarstwo Niemieckie znalazły się w trakcie I wojny światowej w dwóch
      przeciwnych obozach, nie musiało dojść. Z politycznego punktu widzenia carska
      Rosja była bliższa sąsiadom ze środkowej Europy, Niemcom i Austro-Węgrom niż
      swoim liberalno-demokratycznym zachodnioeuropejskim sojusznikom.

      W ciągu pierwszych dwóch dziesięcioleci XX w. wielu intelektualistów w
      Niemczech zwróciło się wręcz - i to z powodów kulturowych - przeciw Europie.
      Myśliciele, jak Oswald Spengler, obawiali się zagrożenia duchowych i
      kulturowych osiągnięć Niemiec ze strony kapitalizmu i demokracji. A te przyszły
      z Zachodu. To kulturowe rozżalenie, cywilizacyjne rozczarowanie Zachodem nie
      były w swojej istocie prorosyjskie, ale pozwoliły Wschodowi zaistnieć jako
      naturalna - i akceptowana - przeciwwaga dla Zachodu.

      Wprawdzie po I wojnie światowej Niemcy lękały się sowieckiego komunizmu (a lęk
      ten był przez prawicę i prawicową ekstremę wykorzystywany do wewnętrznych
      rozgrywek), nie przeszkodziło to jednak elitom politycznym współdziałać ze
      Związkiem Radzieckim - choćby nawet kosztem mniejszych państw. Współpraca ta,
      rozpoczęta traktatem z Rapallo z 1922 r., osiągnęła swój punkt szczytowy w
      momencie zawarcia paktu pomiędzy Hitlerem i Stalinem w sierpniu 1939 r.

      Włączenie Niemiec Zachodnich w struktury zachodnioeuropejskie i atlantyckie w
      latach 50. było aktem politycznym; przemiany duchowe trwały znacznie dłużej.
      Choć dzisiaj patrzymy na Niemcy jako na kraj czysto zachodni, to jednak
      pojawiają się czasem ślady antyamerykańskości. Szczególnie widoczne jest to
      przy zestawianiu jakoby "wyższej" kultury niemieckiej z rzekomą płycizną
      amerykańską; na zasadzie "Herder kontra Chuck Norris". Nie może więc
      zaskakiwać, że George W. Bush jest dla wielu Niemców uosobieniem
      niewykształconego Amerykanina. Za pozytywne przeciwstawienie uchodzą raczej
      Rosjanie. "Kraj, który wydał Dostojewskiego" - jak się to w Niemczech w pewnych
      kręgach mawia - musi odgrywać w Europie ważną rolę. Antyamerykanizm w Niemczech
      jest duchowo blisko spokrewniony z rusofilią.

      Dla wielu Polaków jest niezrozumiałe, dlaczego Niemcy nie odczuwają większego
      żalu do Rosjan, którzy przecież w drugiej połowie XX w. podzielili ich państwo
      i po części okupowali. Jednak Polacy nie rozpoczęli wojny światowej...

      Niemiecka świadomość narodowa uległa po II wojnie znacznym przemianom, przede
      wszystkim w latach 60. i 70. Podział Niemiec odbierany był coraz szerzej jako
      sprawiedliwa kara, a sowiecka władza w Niemczech wschodnich nie jako okupacja,
      lecz naturalna konsekwencja historyczna. Poza tym stosunki polityczne między
      Związkiem Radzieckim a Republiką Federalną Niemiec zyskały zupełnie nową
      jakość. Z jednej strony mocarstwo światowe, z drugiej polityczny karzeł,
      jakkolwiek coraz bardziej zamożny. Elity polityczne republiki bońskiej
      potrzebowały dostępu do Kremla, aby zrealizować swoje polityczne interesy. Im
      bardziej intensywne były te kontakty, tym bardziej przyzwyczajano się do siebie.

      Dobry kontakt z Moskwą nie dawał pełnego komfortu, ale ograniczał zależność od
      partnerów z Zachodu w kilku ważnych sprawach. Jeżeli wielu Polaków przeciera
      oczy ze zdziwienia w reakcji na widoczny w Niemczech antyamerykanizm i
      rusofilię, to dopiero spojrzenie w kierunku Niemiec wschodnich może naprawdę
      wprowadzić w osłupienie. Czyżby Niemcy wschodni nie zostali pozbawieni wolności
      przez Rosjan? Czyżby w konsekwencji sowieckiego panowania nie byli ciągle
      jeszcze biedniejsi od Niemców zachodnich? Na te pytania trudno znaleźć
      odpowiedź. Niektórzy obserwatorzy zagraniczni twierdzą, że Niemcy wschodni w
      wielu aspektach pozostali bardziej niemieccy niż Niemcy z zachodu. Być może
      dotyczy to również kulturowego rozczarowania, jakie odczuwało wielu Niemców od
      początku XX w. w odniesieniu do Ameryki. Społeczne "uzachodnienie" Niemiec
      zachodnich postępujące od późnych lat 40. ciągle jeszcze przyjmuje się w
      Niemczech wschodnich dosyć powoli. I być może niechęć wobec Ameryki zastąpiła
      niechęć wobec Niemiec zachodnich.

      Rusofilia Niemców, rusofobia Polaków?

      Przeciwstawianie niemieckiej rusofilii polskiej rusofobii jest może
      przesadzone. W Niemczech wiele organizacji na rzecz obrony praw człowieka
      gwałtownie protestowało przeciwko wojnie w Czeczenii, a wizerunek Rosji jest
      dzisiaj kształtowany również przez wydarzenia w Groznym. Stosunki polsko-
      rosyjskie wyraźnie się polepszyły w ciągu ostatnich kilku lat. Sprawcą tego
      przełomu we wzajemnych stosunkach między obydwoma krajami był minister spraw
      zagranicznych Władysław Bartoszewski, a punktem kulminacyjnym tego ocieplenia -
      wizyta prezydenta Putina w Warszawie w styczniu 2002 r. Jest jednak
      problematyczne, czy to zbliżenie stanowisk Polski i Niemiec może doprowadzić do
      stworzenia wspólnej wizji Rosji. A jest ona teraz bardziej potrzebna niż
      kiedykolwiek.

      Nadchodzi moment przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Dzięki członkostwu
      Polski w UE i NATO zostaną osiągnięte główne cele polsko-niemieckiego
      partnerstwa, które trwa od 1989 r. Nie zakończy to jednak tego partnerstwa.
      Raczej dopiero wtedy naprawdę się ono zacznie.
      • ignorant11 Re: Jak rusofob z rusofilem (2) 30.08.03, 22:52
        Nadchodzi moment przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Dzięki członkostwu
        Polski w UE i NATO zostaną osiągnięte główne cele polsko-niemieckiego
        partnerstwa, które trwa od 1989 r. Nie zakończy to jednak tego partnerstwa.
        Raczej dopiero wtedy naprawdę się ono zacznie. Dopiero gdy Polska stanie się
        członkiem Unii, oba kraje będą mogły wspólnie kształtować przyszłość. Warto tu
        wyróżnić trzy obszary.

        Po pierwsze, chodzi o współpracę na wschodniej granicy UE w kształtowaniu
        stosunków nie tylko z Rosją, ale też z Ukrainą, Białorusią i Mołdawią. Polska
        ma tu już duże osiągnięcia. W Niemczech natomiast wciąż prawie nie ma
        świadomości istnienia nowych sąsiadów UE. Kraje byłego Związku Radzieckiego
        często zaliczane są do strefy wpływów Rosji. W przyszłości Ukraina, Białoruś i
        Mołdawia powinny starać się wypracować wspólne stanowisko - a Niemcy i Polacy
        już dziś powinni starać się im w tym pomóc.

        Po drugie, istnieje kluczowy problem miejsca Europy na arenie światowej.
        Toczące się w ostatnim czasie spory na ten temat dotyczą przede wszystkim roli
        Stanów Zjednoczonych na naszym kontynencie. Polska i Niemcy, kraje, które w
        ostatnich latach należały do zwolenników silnej obecności USA w Europie, zajęły
        bardzo odmienne stanowiska. Nie należy przeceniać tych różnic, bo i Polska, i
        Niemcy, i Stany Zjednoczone powiązane są ze sobą długofalowymi interesami i
        wspólnymi wartościami. Jeżeli jednak Polska podpisuje deklarację solidarności
        ze Stanami Zjednoczonymi, zaś Niemcy - wspólnie z Francją i Rosją - zgłaszają
        inicjatywy pokojowego rozwiązania konfliktu w Iraku, to trudno twierdzić, że
        oto wybiła godzina polsko-niemieckiej dyplomacji.

        Po trzecie, Polska i Niemcy muszą rozpocząć pogłębiony dialog na temat Rosji.

        USA prowadzą z nią rozmowy mimo różnicy zdań w kwestii wojny irackiej. Rosja -
        ze zrozumiałych względów - ceni sobie postawę Amerykanów. Europa w tym dialogu
        pojawia się jedynie na marginesie.

        Rosji jest stosunkowo łatwo poróżnić Europejczyków. Widać to chociażby po
        odmiennym stosunku poszczególnych członków Unii Europejskiej do wojny w
        Czeczenii. Znamienna jest także postawa Niemiec i Francji, które chcąc osiągnąć
        przeciwwagę dla mocarstwowej polityki amerykańskiej i nie mogąc znaleźć po temu
        sojusznika wśród pozostałych krajów członkowskich, znalazły go w Rosji. Jeżeli
        jednak Polska i Niemcy chciałyby mieć wpływ na działania Rosji, muszą bardziej
        zdecydowanie uczestniczyć we wspólnej europejskiej polityce wschodniej.

        Rosyjska enigma

        Punkt wyjścia do wspólnego stanowiska musi stanowić analiza obecnej sytuacji w
        samej Rosji. Czy rzeczywiście wraz z nastaniem rządów Putina nastąpił wielki
        przełom, który na długo zmieni rosyjską hierarchię wartości i przebuduje
        społeczeństwo na wzór demokratyczny i zachodni? Czy też mamy do czynienia z,
        jak mówią sceptycy, bohaterem Machiavellego, który rządzi swym państwem,
        kierując się sprytem i brutalnością, a w polityce zewnętrznej wyczekuje jedynie
        dogodnej sytuacji, by odzyskać utraconą pozycję?

        W ostatnich latach dokonało się w Rosji wiele pozytywnych zmian. Po kryzysie
        gospodarczym w 1998 r. wskaźniki wzrostu kształtowały się na poziomie 5 proc.
        (1999 r.), 9 proc. (2000 r.), 5 proc. (2001 r.) i 4 proc. (2002 r.). Wpływ na
        przyspieszenie tego procesu, oprócz reformy podatkowej Putina, miał z pewnością
        ogromny spadek wartości rubla i wysokie ceny ropy na rynkach międzynarodowych.
        Są też jednak i inne, ciemne strony tego rozwoju.

        Zalicza się do nich szybkie rozprzestrzenianie się wirusa HIV. Według opinii
        zachodnich naukowców w najbliższych latach może dojść - nawet według
        najbardziej ostrożnych szacunków - do zarażenia blisko 4 mln i śmierci 3 mln
        osób. Gospodarcze konsekwencje postępującej epidemii HIV byłyby katastrofalne.
        Do 2010 r. wskaźniki gospodarcze mogą spadać o 0,5 proc. w skali rocznej. W
        najlepszym razie liczba osób w wieku produkcyjnym zmniejszyłaby się o 3 mln,
        zaś przeciętna długość życia - o cztery lata. W najgorszym wypadku przeciętna
        długość życia w 2025 r. wyniesie 56 lat - całe dziesięć lat mniej niż w tej
        chwili. To tragedia, która nie pozostanie bez wpływu na samoświadomość i
        politykę zagraniczną Rosji. Czy wewnętrzne trudności mogą osłabić jej kondycję
        międzynarodową lub być powodem społecznych frustracji, które zostaną
        rozładowane właśnie na gruncie międzynarodowym? Wewnętrzna słabość Rosji może
        mieć dla polityki zagranicznej tak samo dalekosiężne konsekwencje jak jej
        wewnętrzna siła. Rozwój społeczny i gospodarczy w XX w. miał zawsze
        krótkofalowy lub długofalowy wpływ na politykę zagraniczną. Wiek XXI nie będzie
        się pod tym względem różnił od poprzedniego.

        Jak zatem będzie się rozwijać polityka zagraniczna Rosji? Stany Zjednoczone za
        rządów Clintona i Busha starały się włączyć ją do świata zachodniego, nie dając
        się jednak odwieść od strategicznych celów, takich jak rozszerzenie NATO na
        wschód. W Niemczech (a także we Francji) polityka ta była przez część środowisk
        politycznych oceniana krytycznie. Mówiono, że nie można od Rosji żądać zbyt
        wiele ani przeciągać struny. Jednak mimo rozszerzenia NATO na wschód nie doszło
        do "wybuchu zimnego pokoju", jak grozili w tym czasie rosyjscy politycy. Było
        to zaskoczeniem dla wielu polityków z Niemiec, ale nie dla Polski. Większość
        ekspertów w Polsce jest przekonana, że w stosunkach z Rosją ważniejsza niż
        okazywanie względów jest jasna i stanowcza postawa. Jeśli to prawda, to Polska
        musi przekonać do niej swoich najważniejszych europejskich partnerów.

        Doskonali polscy eksperci są - niestety - często nieznani w Niemczech. W
        Europie Zachodniej brakuje wiedzy zarówno na temat sytuacji gospodarczej, jak i
        procesów społecznych w Rosji. Dlatego właśnie Polska ma do odegrania kluczową
        rolę przy formułowaniu wspólnych europejskich stanowisk w tej dziedzinie.
        Warunkiem wstępnym dla Polski jest wiarygodność pośród partnerów z UE. Jeśli
        będzie przez nich postrzegana jako "patologicznie antyrosyjska", to zmniejszy
        tym swoje możliwości negocjacyjne.

        Dopiero po zdobyciu zaufania partnerów Polska zyska prawdziwy wpływ na politykę
        wschodnią Europy. A Europa jest skazana na współpracę z Rosją w takich
        sprawach, jak: dalszy rozwój NATO, ożywienie Rady Bezpieczeństwa ONZ, zdolność
        do działania OBWE, np. na Białorusi. To wszystko nie może być Europejczykom
        obojętne. Nie możemy dopuścić do tego, aby brak jedności w Europie umożliwił
        powstanie między Moskwą a Waszyngtonem sojuszu, w którym wartości i interesy
        Europejczyków będą mieć jedynie drugorzędne znaczenie.

        Europa jest również skazana na rozpoczęcie dialogu z Rosjanami o historii XX w.
        Rosja właśnie rozpoczęła rozwijać tożsamość narodową w miejsce tożsamości
        imperialnej. Owa tożsamość zdecyduje o tym, jak zostanie zdefiniowana rola
        Rosji w świecie, jak będą się kształtowały stosunki z mniejszymi sąsiadami -
        Białorusią, Ukrainą - jak zachowa się Rosja wobec Czeczenii. Andriej Sacharow
        powiedział kiedyś, że nie można mieć zaufania do Rosji, dopóki nie rozliczy się
        ona ze swej przeszłości. Ta prawda obowiązuje również dzisiaj.

        *Autor jest dyrektorem Fundacji Konrada Adenauera w Polsce
    • ignorant11 Leonid Kuczma przypomina Rosjanom, że Ukraina nie 30.08.03, 23:43
      Leonid Kuczma przypomina Rosjanom, że Ukraina nie należy do Rosji


      maw 10-08-2003, ostatnia aktualizacja 10-08-2003 15:59

      Taki tytuł ma książka, która wyszła w Kijowie i Moskwie w dniu 65. urodzin
      prezydenta Ukrainy Leonida Kuczmy. "Wszystkim, których to interesuje, postaram
      się wyjaśnić, że [12 lat temu] rozpadła się nie Rosja, a ZSRR" - pisze Kuczma w
      przedmowie. - "Rosjanie i Ukraińcy to dwa oddzielne narody, które w wielu
      sprawach wcale nie są do siebie podobne. Ukraina ma bardzo bogatą przeszłość i -
      jestem pewien - także przyszłość. Szczególnie byłbym rad, gdyby moją książkę
      przeczytali niektórzy politycy rosyjscy".

      Kuczma pisze o XX-wiecznej historii Ukrainy, zastanawia się, czy można uważać
      jego państwo za kolonię radziecką, dzieli się swoimi obserwacjami o charakterze
      obu narodów i ich wspólnym dziedzictwie. Książka Kuczmy ukazała się po
      ukraińsku i rosyjsku w nakładzie 10 tys. egzemplarzy w każdym z języków.

      Leonid Kuczma, który w czasach radzieckich był pierwszym sekretarzem partii
      komunistycznej i dyrektorem dniepropietrowskich zakładów rakietowych
      Piwdenmasz, jest prezydentem Ukrainy od 1994 r. Za rok kończy się jego druga i -
      zgodnie z konstytucją - ostatnia kadencja. Mimo że w kraju często oskarżany
      jest o prorosyjskość, stara się zachowywać względną równowagę między Rosją i
      Zachodem. Jego sukcesem jest niewątpliwie to, że mimo rozmaitych nacisków
      doprowadził do historycznej wizyty Papieża nad Dnieprem w 1999 r., a ostatnio
      poparł amerykańskie działania w Iraku. Porażki to przede wszystkim nieskuteczna
      walka z korupcją oraz skandale, w które zamieszany jest sam prezydent i jego
      otoczenie. Wciąż nie wiadomo, czy Kuczma miał coś wspólnego ze śmiercią
      opozycyjnego dziennikarza Georgija Gongadze, który zaginął w Kijowie w 2000 r.



      Wersja do druku Wyślij znajomym Podyskutuj na forum




      Wasze opinie (14)
    • ignorant11 Ukraina podpisała układ z Rosją, Białorusią i Kaza 20.09.03, 05:57
      Ukraina podpisała układ z Rosją, Białorusią i Kazachstanem, ale z poprawkami
      Wacław Radziwinowicz 19-09-2003, ostatnia aktualizacja 19-09-2003 22:17

      Kilkudniowe targi o układ powołujący Wspólną Przestrzeń Gospodarczą między
      Białorusią, Kazachstanem, Rosją i Ukrainą zakończyły się kompromisem. Prezydent
      Leonid Kuczma go podpisał, ale przeforsował do niego poprawki. I zapewnia, że
      teraz układ nie ogranicza suwerenności Ukrainy

      Gdy prezydenci po podpisaniu układu w pałacu Liwadijskim w Jałcie (tym samym, w
      którym w 1945 roku "wielka trójka" dzieliła świat na strefy wpływów) wyszli do
      dziennikarzy, widać było, że Kuczma jest bardzo podenerwowany, a Aleksander
      Łukaszenko się na niego boczy.

      Kuczma przyznał, że podpisał dokument, ale "z poprawkami" takimi, jakie
      powinien był wnieść jako "strażnik konstytucji" swego kraju. Kiedy dziennikarze
      pytali go, jakie to konkretnie poprawki, odpowiedział nie on, lecz Władimir
      Putin, mówiąc, że "zgodne z konstytucją Ukrainy".

      Widać było, że postawa gospodarza bardzo nie podoba się Łukaszence, który nie
      ukrywał niezadowolenia z powodu ukraińskich zastrzeżeń. Prezydent Białorusi
      obawia się, że WPG może spotkać los poprzednich podejmowanych przez państwa
      postradzieckie wspólnych przedsięwzięć, które pozostały na papierze. - Dlatego
      Białoruś włączy się w proces tworzenia WPG tylko w odpowiedzi na realne
      działania innych członków - zapowiedział Łukaszenko.

      Przed spotkaniem w Jałcie prezydent Ukrainy był ostro atakowany nie tylko przez
      opozycję ukraińską, ale nawet przez niektórych członków własnego rządu (m.in.
      ministra gospodarki Waleryja Choroszkowskiego). Oponenci wskazywali m.in. na
      zapis z projektu układu, iż o sprawach gospodarczych w WPG będzie decydować
      organ koordynacyjny, w którym głos decydujący przypadać będzie Rosji. A nasza
      konstytucja - powtarzali ukraińscy przeciwnicy układu - nie pozwala na to, by o
      naszych sprawach decydował organ ponadpaństwowy.

      Zgodnie z projektem nowy związek czterech państw miałby się przekształcić w
      unię celną ze wspólną polityką podatkową i finansową, wspólną walutą. Rada
      Najwyższa po długich debatach w ostatniej chwili, dopiero w środę pozwoliła
      Kuczmie podpisać układ, pod warunkiem że wprowadzi do niego
      zastrzeżenia "zgodne z prawodawstwem ukraińskim".

      Przed podpisywaniem układu w pierwotnej wersji przestrzegał też Ukrainę
      komisarz ds. rozszerzenia UE Günter Verheugen, który w ubiegłym tygodniu
      specjalnie przyjechał do Kijowa i powiedział, że umowa o WPG może mieć "poważne
      skutki dla stosunków Ukrainy z Unią Europejską".

      Ambasador USA w Kijowie John Herbst poszedł jeszcze dalej: w czwartek w
      wywiadzie dla prasy ukraińskiej powiedział, że tworzenie WPG "nie odpowiada
      interesom Ukrainy".

      Nie wiadomo, jakie konkretnie poprawki po dwudniowych ostrych dyskusjach ze
      swymi gośćmi wniósł do pierwotnego projektu Kuczma i czym tak poirytował
      prezydenta Białorusi. Ale wczoraj Kuczma zapewnił rodaków, że WPG będzie "co
      najwyżej strefą wolnego handlu".



      Wersja do druku Wyślij znajomym Podyskutuj na forum
      • ignorant11 Komentarz publicysty ukraińskiego: Oszukują nas! 20.09.03, 05:58
        Komentarz publicysty ukraińskiego: Oszukują nas!

        not. ricz 18-09-2003, ostatnia aktualizacja 18-09-2003 18:49

        Dla "Gazety" Wołodymyr Mostowoj, redaktor naczelny kijowskiego
        tygodnika "Dzerkało Tyżnia"

        Prezydent Kuczma podpisze się pod układem w Jałcie i związane z tym emocje
        rozpalą się z jeszcze większą siłą. Bo przecież przeciw idei "przestrzeni" są i
        członkowie rządu, i duża część parlamentarzystów, i społeczeństwo. Oburzające
        jest to, że nas się oszukuje, ukrywa prawdę. Prace nad układem trwają od pół
        roku, ale jego projekt został utajniony. Oficjalnie otoczenie prezydenta mówi
        nam o tym, że chodzi tylko o stworzenie strefy wolnego handlu. A w
        rzeczywistości próbuje doprowadzić do powstania unii celnej ze wspólną walutą.
        Oni oszukują społeczeństwo! Zdradzają zaakceptowane przez parlament, popierane
        przez większość narodu zasady polityki zagranicznej, zgodnie z którymi chcemy
        się zbliżać do Unii Europejskiej.
      • ignorant11 Spory ukrańsko-rosyjskie komentuje rosyjski eksper 20.09.03, 05:59
        Spory ukrańsko-rosyjskie komentuje rosyjski ekspert

        W świecie cywilizowanym dokument taki jak ten o tworzeniu WPG byłby przez
        lata wałkowany, analizowany w najdrobniejszych szczegółach w zażartej dyskusji
        publicznej. Mielibyśmy kłótnie o ułamki procent stawek celnych, o sposób
        naliczania podatków. A u nas bez żadnej dyskusji (projekt układu nie został
        jeszcze oficjalnie opublikowany przez żadne władze, tylko "przeciekł" w środę
        do niezależnych mediów) i na papierze tworzymy jakąś nową Wschodnią Unię
        Europejską, o wspólnej walucie, wspólnych cłach, jednolitych podatkach. A
        przecież nic, dosłownie nic, nie jest u nas przygotowane do zakładania takiej
        struktury. Europa Zachodnia od pół wieku łamie sobie zęby, próbując stworzyć
        coś takiego, a my poradzimy sobie jednym pociągnięciem pióra! Według mnie mamy
        do czynienia z kolejnym posunięciem propagandowym, które tylko niepotrzebnie
        budzi nieprzychylne nam emocje na Ukrainie.
      • ignorant11 Ukraina ma prawo robić, co chce, ale niech się lep 20.09.03, 06:00
        Ukraina ma prawo robić, co chce, ale niech się lepiej zastanowi - mówi Jean-
        Christophe Filori, rzecznik komisarza UE ds. rozszerzania Güntera Verheugena

        not. Robert Sołtyk, Bruksela 19-09-2003, ostatnia aktualizacja 19-09-2003 18:14

        Komisja Europejska nie widzi żadnej sprzeczności między chęcią Ukrainy
        wzmocnienia związków zarówno ze swymi sąsiadami ze Wschodu, jak i z Unią
        Europejską. Nie sprawia nam to żadnych politycznych problemów. Bruksela
        przedstawiła niedawno program "Szersza Europa" adresowany do nowych sąsiadów
        Unii po jej rozszerzeniu, także do Ukrainy i do Rosji. Byłoby paradoksem,
        gdybyśmy żądali od Kijowa wyboru strategicznego między Rosją a Europą.

        Jednak, i to komisarz Verheugen powiedział w Kijowie, jeśli porozumienie Rosji,
        Ukrainy, Białorusi i Kazachstanu przybrałoby kiedyś formę unii celnej lub
        jakiejś harmonizacji prawnej z Rosją, to lepiej, by Ukraina wcześniej dobrze
        sprawdziła, czy jest to w zgodzie z jej zobowiązaniami w ramach umów
        dwustronnych, w tym o partnerstwie i współpracy z Unią, oraz czy odpowiada to
        długoterminowym aspiracjom europejskim Ukrainy. Program "Szersza Europa"
        przewiduje m.in. możliwość korzystania z dobrodziejstw uczestnictwa w
        jednolitym rynku w zamian za pewną zgodność z prawem europejskim. Ukraina winna
        też sprawdzić, czy to zbliżenie z Rosją jest zgodne z wymogami członkostwa w
        Światowej Organizacji Handlu, gdzie są bardzo jasne rygory.

        Nie chcę spekulować, czy program "Szersza Europa" nie spodobał się w Kijowie
        [politycy Ukraińscy byli zawiedzeni, że nie ma tam mowy o perspektywie wejścia
        do UE - red.] i postanowiono tam o zbliżeniu z Rosją, bo nie wiem, jakie są
        ukryte myśli prezydenta Kuczmy. W chwili obecnej nie ma perspektyw członkostwa
        w Unii kraju takiego jak Ukraina. Ale to nie znaczy, że to jest definitywnie
        wykluczone! Komisarz Verheugen powtórzył w Kijowie, że "wszystkie opcje są
        otwarte". Najpierw wykorzystajmy możliwości, jakie stwarza istniejąca umowa
        dwustronna i ramy "Szerszej Europy". Powtarzam: żadne drzwi nie są jednak
        zamknięte.
      • ignorant11 Zamieszanie wokół WPG komentuje Marcin Wojciechows 20.09.03, 06:01
        Zamieszanie wokół WPG komentuje Marcin Wojciechowski


        Marcin Wojciechowski 19-09-2003, ostatnia aktualizacja 19-09-2003 18:16

        Do drugiej Jałty raczej nie dojdzie. Ale...

        W co gra Kuczma

        Do drugiej Jałty raczej nie dojdzie. Podpisana wczoraj na Krymie umowa o
        Wspólnej Przestrzeni Gospodarczej między Rosją, Białorusią, Kazachstanem i
        Ukrainą jest tak ogólnikowa, że nie sposób dziś stwierdzić, iż ogranicza
        suwerenność jej uczestników. Każdy z krajów ma prawo sam decydować o tempie i
        zakresie integracji, nie podano żadnych terminów wprowadzenia umowy w życie,
        nie wiadomo, jakie kompetencje będą miały ponadpaństwowe organy WPG. Nie jest
        nawet jasne, czy umowa podpisana wczoraj z wielką pompą przez prezydentów
        zostanie w ogóle ratyfikowana przez parlamenty. W ukraińskiej Radzie Najwyższej
        mogą być z tym problemy. Diabeł może oczywiście tkwić w szczegółach, których
        nie ujawniono w całości, ale wygląda na to, iż Kijów zdołał obronić się -
        przynajmniej na jakiś czas - przed wciągnięciem go do ścisłego sojuszu z
        pozostałą "trójką".

        Rosyjski minister finansów Aleksiej Kudrin przyznał za kulisami szczytu w
        Jałcie, że do stworzenia realnej wspólnoty na wzór Unii Europejskiej trzeba
        jeszcze napisania przynajmniej 50 umów międzynarodowych, które także będą
        musiały zostać przyjęte przez parlamenty wszystkich państw. Kudrin ocenił, że w
        najbardziej optymistycznym wariancie to praca na pięć-siedem lat, i to pod
        warunkiem dobrej woli każdego z członków. Gołym okiem widać, że już dziś różne
        państwa (przede wszystkim Rosja i Ukraina) mają różne wyobrażenia o kształcie
        wspólnoty i raczej nieprędko (jeśli w ogóle) osiągną kompromis.

        Ukraina przede wszystkim chce, by między "czwórką" jak najszybciej powstała
        strefa wolnego handlu. To konik prezydenta Leonida Kuczmy od kilku lat. Kuczma
        myśli nadal jak dawny dyrektor gigantycznej sowieckiej fabryki, którym był
        długo. Rozumie, że w dalszej perspektywie Kijów powinien zbliżać się do Unii
        Europejskiej, ale na razie chciałby zapewnić firmom ukraińskim, jeszcze
        niegotowym do konkurencji na rynku zachodnim, możliwość swobodnej sprzedaży
        wyrobów w jak największej części dawnego ZSRR. - Rynki europejskie są dla nas
        zamknięte. A lepiej mieć wróbla w garści niż gołębia na dachu - Kuczma mówił
        wczoraj w Jałcie z typową dla siebie prostodusznością.

        Rosja z kolei widzi WPG jako coś na kształt Unii Europejskiej-bis. Ale już dziś
        większość polityków zdaje sobie sprawę, że to pomysł nie całkiem realny.
        Powstanie wspólnoty zostanie najwyżej wykorzystane jako element kampanii przed
        grudniowymi wyborami do Dumy i wyborami prezydenta w przyszłym roku. Przeciętny
        Rosjanin wciąż bowiem myśli o świecie - zwłaszcza o najbliższych sąsiadach - w
        kategoriach ZSRR. Każda wiadomość, że coś, co się kiedyś rozpadło, udało się
        skleić - nawet jeżeli to tylko złudzenie - zostanie przyjęta w Rosji z
        sympatią.

        Można więc rzec, że w Jałcie nic się nie stało poza podpisaniem kolejnej
        papierowej umowy. Ale to tylko pół prawdy. Najbardziej na awanturze wokół WPG
        stracił prezydent Ukrainy, który najpierw popierał ten pomysł (być może nawet w
        dobrej wierze), a potem robił rozmaite zastrzeżenia, by integracja z "trójką"
        okazała się jak najpłytsza. Kuczma - zresztą nie pierwszy raz - wysłał z Jałty
        całkowicie sprzeczne sygnały o kierunku rozwoju Ukrainy. Jego deklaracje będą
        teraz niewiarygodne zarówno dla Brukseli, Waszyngtonu, jak i dla Moskwy. Kuczma
        będzie rządzić w Kijowie jeszcze rok. Zanosi się na to, że to będzie dla
        Ukrainy rok drogi donikąd.
      • ignorant11 Podpisanie umowy w Jałcie komentuje ukraiński poli 20.09.03, 06:02
        Podpisanie umowy w Jałcie komentuje ukraiński polityk


        not. ricz 19-09-2003, ostatnia aktualizacja 19-09-2003 18:16

        Borys Tarasiuk: Rada Najwyższa nie ratyfikuje układu, jeśli będzie on sprzeczny
        z konstytucją Ukrainy

        Projekt porozumienia o WPG był absolutnie sprzeczny i z konstytucją naszego
        kraju, i z zobowiązaniami międzynarodowymi - choćby z umową o współpracy z Unią
        Europejską. Umowa przewiduje przecież np., że będziemy dostosowywać nasze prawo
        do norm europejskich. Układ o WPG sprawia, że musielibyśmy dostosować nasze
        prawo do rosyjskiego. A prawo rosyjskie i europejskie to - jak mówią w Odessie -
        "dwie wielkie różnice". Nie wiem, jakie poprawki Kuczma wprowadził do
        dokumentu. Ale jeśli zostały w nim elementy sprzeczne z naszą konstytucją,
        naszym prawem, Rada Najwyższa nie ratyfikuje dokumentu. Do jego ratyfikacji
        potrzebna jest przecież większość dwóch trzecich głosów, a tylu Kuczma nie
        zbierze.
      • ignorant11 Prasa rosyjska o powstaniu WPG 20.09.03, 06:03
        Prasa rosyjska o powstaniu WPG


        wyb. maw 19-09-2003, ostatnia aktualizacja 19-09-2003 18:17

        Izwiestia, "Związek się rozpływa"

        Jekatierina Grigoriewa

        Wahania Kijowa [przed podpisaniem umowy o stworzeniu Wspólnej Przestrzeni
        Gospodarczej z Rosją, Białorusią i Kazachstanem - red.] to zdaniem wielu
        ekspertów gra pod publiczkę. Po pierwsze, koncepcja nie zawiera żadnych
        terminów realizacji zawartych w niej zapisów. Po drugie, jest w niej
        zdanie: "Termin możliwego przejścia na wyższy stopień integracji każde z państw
        określa samodzielnie". To znaczy, że jeśli Ukraina nie chce wstępować w unię
        celną z Rosją (ten punkt wywołał najwięcej pretensji ukraińskiej opozycji i
        przedstawicieli instytucji europejskich), to może spokojnie tego nie robić. Tak
        więc Wspólnej Przestrzeni Gospodarczej jako bardzo mglistej koncepcji nie
        powinno nic grozić.

        Politcom.ru, "Gra w WPG"

        Gieorgij Kowaliow

        Oświadczenie premiera Michaiła Kasjanowa [przed podpisaniem umowy o powstaniu
        WPG] wygląda na zbyt optymistyczne. Stwierdził on, że jako minimum między
        czterema państwami powstanie unia celna, potem Czwórka będzie prowadzić wspólną
        politykę gospodarczą - także w dziedzinie taryf za surowce i energię - a końcu
        zostanie opracowany wspólny system finansowo-kredytowy, być może przewidujący
        nawet wprowadzenie wspólnej waluty. Na razie widać, że to tylko katalog życzeń,
        na których spełnienie raczej nie ma szans.
      • ignorant11 Komentarz z Moskwy 20.09.03, 06:05
        Komentarz z Moskwy


        not. maw 19-09-2003, ostatnia aktualizacja 19-09-2003 18:55

        Dla Gazety Witalij Portnikow, komentator rosyjskiej sekcji Radia Swoboda,
        pochodzi z Kijowa:

        Podpisana wczoraj umowa to szczyt naiwności zarówno Kijowa, jak i Moskwy.
        Ukraina liczy, że dzięki niej jej firmy wejdą na rynek rosyjski i zakończą się
        wojny celne między obu krajami. Moskwa z kolei chciałaby stworzyć bardziej
        efektywny mechanizm integracji w b. ZSRR, bo WNP czy Związek Białorusi i Rosji
        to fikcja. Ani Ukraina, ani Rosja nie zamierzają jednak dotrzymać warunków
        zawartej wczoraj umowy. Dla Rosji całkowite otwarcie na konkurencyjny rynek
        ukraiński byłoby zbyt kosztowne. Kuczma nie jest zaś samobójcą, by rezygnować z
        suwerenności. W ciągu najbliższego roku Kuczma będzie się zajmował zapewnieniem
        sobie bezpiecznej emerytury po zakończeniu drugiej kadencji. Sprawa budowy
        Wspólnoty będzie zamrożona co najmniej do jesieni 2004 r. A co potem? To zależy
        od tego, kto zostanie następnym prezydentem Ukrainy.

    • ignorant11 Rosję niepokoi flirt UE z Ukrainą 10.10.03, 00:38
      Rosję niepokoi flirt UE z Ukrainą


      Robert Sołtyk, Bruksela 09-10-2003, ostatnia aktualizacja 09-10-2003 17:46

      Zbliżenie Ukrainy z Unią drażni Rosję. Jednak nagły wybuch złości prezydenta
      Putina na Brukselę w dzień po szczycie Unia Europejska - Ukraina na Krymie nie
      wywarł wielkiego wrażenia na Komisji Europejskiej

      - Jeśli Rosja chce wejść do Organizacji Światowego Handlu, musi spełniać
      warunki i regulacje WTO. Tak było z Chinami, tak jest z Rosją. To nie jest
      proces polityczny - mówiła wczoraj w Brukseli rzecznik Komisji ds. handlu
      Arancha Gonzalez. UE żąda, by Rosja uwolniła ceny energii elektrycznej, bo
      dotując ją, czyni swe produkty przemysłowe bardziej konkurencyjnymi. - Nie
      możemy natychmiast przestawić się na światowe ceny energii, bo cała gospodarka
      nam zbankrutuje. Albo eurokraci tego nie rozumieją, albo chcą zablokować
      członkostwo Rosji w WTO - wybuchnął Putin po środowym szczycie w
      Jekatierinburgu z kanclerzem Schröderem.

      Obserwatorzy w Brukseli łączą złość Putina ze szczytem UE - Ukraina, na którym
      szef Komisji Europejskiej Romano Prodi i w imieniu Piętnastki premier Włoch
      Silvio Berlusconi jasno mówili, że pomogą Ukrainie w integracji z Unią.
      Postawili jednak bardzo jasne warunki: uzyskanie przez Kijów statusu gospodarki
      rynkowej, wejście do WTO, stworzenie strefy wolnego handlu i harmonizacja
      prawodawstwa z unijnym.

      Zmiana tonu Brukseli, która dotąd wykluczała członkostwo Ukrainy w Unii, to
      efekt niepokoju wielu unijnych stolic po podpisaniu przez prezydenta Kuczmę
      umów przewidujących strefę wolnego handlu m.in. z Rosją. Od tego czasu coraz
      więcej państw mówi o Ukrainie jako o "strategicznym partnerze" Europy - dotąd
      tak wyrażała się tylko Polska. Kuczma w Jałcie zapowiedział gotowość
      rozpoczęcia rozmów o członkostwie w UE w 2011 r.

      Chorwacja ma szansę być 28. członkiem Unii. W marcu 2004 r. Bruksela wyda
      raport oceniający gotowość Zagrzebia, a pod koniec roku zaczną się negocjacje.
      Podczas wczorajszego spotkania w Brukseli premier Ivica Raczan miał usłyszeć od
      Prodiego warunki UE: pełna współpraca z Trybunałem w Hadze, w tym wydanie
      poszukiwanego za zbrodnie wojenne gen. Ante Gotowiny oraz zapewnienie warunków
      bezpiecznego powrotu do Chorwacji uchodźców wojennych.
    • ignorant11 Spór o granicę na Morzu Azowskim 13.10.03, 02:36
      Spór o granicę na Morzu Azowskim


      Marcin Wojciechowski, Moskwa 12-10-2003, ostatnia aktualizacja 12-10-2003 17:12

      Rosja próbuje odebrać Ukrainie kontrolę nad wejściem do Morza Azowskiego,
      budując czterokilometrową groblę między Kubaniem i wyspą Tuzła. Kijów postawił
      swoich pograniczników w stan gotowości

      Budowa grobli ruszyła 29 września. Kilkadziesiąt ciężarówek dzień i noc nawozi
      ziemię, betonowe zapory i kamienie, które mają połączyć rosyjski Półwysep
      Tamański z ukraińską wyspą Tuzła leżącą między rosyjskim Kubaniem i ukraińskim
      Krymem. Zdaniem ukraińskich pograniczników ciężarówki robią dziennie po ok. 700
      kursów. Do połączenia Tuzły z Rosją pod koniec zeszłego tygodnia brakowało
      niespełna 1,5 kilometra. Wyspa - pozostałość po dawnej mierzei - leży mniej
      więcej pośrodku wejścia do Morza Azowskiego położonego między Rosją i Ukrainą.
      Wraz z całym Półwyspem Krymskim Nikita Chruszczow przyłączył w 1954 r. Tuzłę do
      Ukrainy. Dziś na wyspie mieszka ok. 30 rodzin, które prowadzą pensjonaty.

      Granica, której nie ma

      Do tej pory na zasadzie dżentelmeńskiej umowy uznawano, że granica rosyjsko-
      ukraińska przy wejściu do Morza Azowskiego przebiega nieco na wschód od Tuzły.
      Nigdzie nie jest to jednak zapisane na papierze. Od upadku ZSRR Rosja blokuje
      rozmowy z Ukrainą w sprawie wytyczenia granicy morskiej, chociaż zawarto już
      odpowiednie traktaty o przebiegu granicy lądowej. Jedyne dokumenty regulujące
      przebieg granicy podpisano jeszcze w latach 70. między obwodami krymskim (dziś
      Ukraina) i krasnodarskim (dziś Rosja) dawnego ZSRR. Stanowią one, że Tuzła jest
      częścią Krymu. Ukraina domaga się, by dokumenty zachowały moc zgodnie z
      dzisiejszą przynależnością państwową dawnych obwodów. Jeżeli budowa grobli
      dojdzie do końca, to granica rosyjsko-ukraińska przesunie się o kilka
      kilometrów na Zachód. Media ukraińskie nie wykluczają, że Moskwa zażąda potem
      całkowitego przekazania Tuzły pod swoją kontrolę.

      W zeszłym tygodniu na poufne rozmowy o konflikcie nad Morzem Azowskim poleciał
      do Moskwy ukraiński szef MSZ Konstantin Hryszczenko. Zapewniono go, że budowa
      grobli to "tylko rutynowe umocnienie wybrzeża" prowadzone z inicjatywy
      miejscowych władz. Jednak rozmach i tempo budowy pozwalają sądzić, że
      inwestycja jest kierowana i finansowana wprost z Moskwy. Hryszczenko nic nie
      wskórał. Po powrocie do Kijowa stwierdził, że sprawą grobli powinna zająć się
      ONZ.

      Media rosyjskie w ogóle nie zauważają sporu o Tuzłę. Za to na Ukrainie jest to
      jeden z najbardziej gorących tematów, o którym aż huczy w gazetach, radiu i
      telewizji. Po powrocie Hryszczenki z Moskwy na wyspie rozmieszczono wzmocnioną
      placówkę ukraińskich wojsk pogranicznych, od strony Rosji umocniono brzeg
      betonowymi zaporami przeciwczołgowymi, a w nocy półtorakilometrowy odcinek
      morza, który pozostał do zabudowania, przeczesują silne reflektory. Prezydent
      Ukrainy Leonid Kuczma bagatelizuje jednak konflikt o groblę. - To
      nieporozumienie zostanie szybko wyjaśnione. Nie ma mowy o żadnym sporze
      granicznym - mówił Kuczma w piątek przed wylotem do Libii. Tymczasem budowa
      idzie pełną parą. Kreml i rosyjski MSZ milczą. Szef ukraińskiej Rady Najwyższej
      Wołodymyr Łytwyn próbował uzyskać wyjaśnienia od przewodniczącego Dumy
      Giennadija Sieliezniowa, ale dostał tylko zapewnienie, że budowa grobli nie
      jest wymierzona przeciwko Ukrainie. Za to media lokalne z południa Rosji nie
      owijają w bawełnę i mówią wprost, że budowa grobli ma służyć odzyskaniu dawnych
      ziem rosyjskich. Problem przynależności Mierzei Tuzłańskiej - dziś wyspy -
      sięga bowiem jeszcze XVIII w. i skomplikowanych podziałów między Kozakami
      mieszkającymi po obu stronach morza.

      To prezent od Moskwy

      Część politologów rosyjskich jest zdania, że Kijów przesadnie rozdmuchuje
      sprawę grobli, by przekonać Zachód, jakim naciskom podlega ze strony Rosji i
      dzięki temu przyspieszyć proces integracji Ukrainy z NATO i UE. -
      Nieprzypadkowo sprawę nagłośniono podczas szczytu Ukraina - UE w zeszłym
      tygodniu - mówi Andriej Okara, moskiewski specjalista od państw WNP. - Rosjanie
      zrobili świetny prezent Ukraińcom, rozpoczynając tę awanturniczą budowę - mówi
      Witalij Portnikow, pochodzący z Kijowa komentator moskiewskiej redakcji Radia
      Swoboda. - Wszystkie partie na Ukrainie z wyjątkiem komunistów wypowiadają się
      już przeciwko Rosji. Świat pewnie też stanie po stronie Kijowa. Sprawa grobli
      pokazuje, że Rosja uznała Ukrainę jako niepodległe państwo tylko na papierze, a
      w sercu nadal wierzy, że to dobre dla Rosji, będzie dobre i dla Ukrainy.
      • ignorant11 Tuzła w przeszłości - Rosjanie, Kozacy i sztormy 13.10.03, 02:38

      • ignorant11 Zaostrza się konflikt 22.10.03, 06:32
        Sława!
        Zaostrza się konflikt o rosyjską inwestycję kończącą się na ukraińskiej wyspie
        Zapora na granicy

        Konflikt między Ukrainą i Rosją o zaporę budowaną w pobliżu wyspy Tuzła w
        rejonie Morza Azowskiego zdaje się zbliżać do kulminacyjnego punktu. MSZ w
        Kijowie wystosowało notę protestacyjną do rosyjskiego resortu dyplomacji.
        Jednak Moskwa zamierza już w sobotę zakończyć budowę zapory, a w tych ważnych
        dla państwa chwilach prezydent Kuczma wybrał się w blisko 2-tygodniową podróż
        do Ameryki Południowej.
        W poniedziałek Ministerstwo Spraw Zagranicznych Ukrainy wystosowało notę do MSZ
        Rosji, powiadamiając, że wszystkie negatywne konsekwencje wynikające z budowy
        przez Rosjan zapory łączącej się z ukraińską wyspą Tuzła poniesie strona
        rosyjska. Ukraina nie zgodziła się przedstawić Rosji dokumentów, które
        jednoznacznie stwierdzałyby, że Tuzła należy do Ukrainy. MSZ tego kraju
        odpowiada na takie żądania Moskwy, że poza wszelką wątpliwością sporna wyspa
        znajduje się na terytorium ukraińskim - było tak w okresie ZSRS i tak jest
        obecnie.
        Rosja uznała ukraińskie granice w umowie z 1990 r. i potwierdziła w umowie z
        Wspólnotą Niepodległych Państw z grudnia 1991 r. MSZ Ukrainy uprzedziło też, że
        strona ukraińska podejmie wszystkie niezbędne środki przewidziane w prawie
        międzynarodowym, żeby nie dopuścić do zmiany swojej granicy w rejonie Morza
        Azowskiego.

        Reakcja pod wpływem społecznym
        Oświadczenie MSZ jest pierwszą stanowczą reakcją władz i stanowi zapewne
        odpowiedź na krytykę wielu polityków piętnujących bierność prezydenta Kuczmy i
        premiera Janukowicza w tym konflikcie. Prezydent Kuczma w tej trudnej dla
        Ukrainy sytuacji w poniedziałek udał się z wizytą do krajów Ameryki Łacińskiej,
        i to na 11 dni. Przed odlotem zdążył jeszcze porozmawiać na lotnisku z
        sekretarzem generalnym NATO George'em Robertsonem, który przyleciał do Kijowa,
        aby wyjaśnić, co się dzieje na granicy ukraińsko-rosyjskiej. Na lotnisku w
        Boryspolu przyjął go minister spraw zagranicznych Konstiantyn Hryszczenko.
        Kuczma niemal przez cały czas zachowywał w tej sprawie milczenie. Dopiero 17
        października w Dniepropietrowsku skomentował sytuację w Zatoce Kierczeńskiej.
        Wyraził przekonanie, że żadnego naruszania granicy przez Rosjan nie będzie.
        Budowę zapory uznał jednak za akt nieżyczliwy wobec Ukrainy. Prezydent
        przypomniał także, że Rosja jest gwarantem stabilności terytorialnej Ukrainy po
        tym, jak państwo to dobrowolnie pozbyło się swojej broni atomowej. Choć -
        zastrzegł Kuczma - słowo "dobrowolnie" trzeba pisać w cudzysłowie, bo Ukraina
        rozbroiła się pod presją Zachodu a także Rosji.

        Rosjanie już kończą
        Tymczasem Rosjanie mają zakończyć budowę zapory już w sobotę. W efekcie
        rosyjski brzeg Morza Azowskiego pochłonie wyspę Tuzła. Będzie to
        niesankcjonowane przez stronę ukraińską zjednoczenie lądu rosyjskiego z Tuzłą.
        Minister Hryszczenko poinformował, że Ukraina prowadzi konsultacje ze swoimi
        zagranicznymi partnerami w tej sprawie. Minister uważa, że nasyp zapory
        morskiej nie może według prawa międzynarodowego przekroczyć granicy ukraińskiej.
        W rejonie wyspy przebywa delegacja parlamentu ukraińskiego na czele z
        deputowanym Anatolijem Matwijenką. Wyraził on żal, że w 13. roku niepodległości
        Ukrainy i Rosji statki wojenne obu krajów stoją w gotowości bojowej naprzeciwko
        siebie. Deputowany Rady Najwyższej Ukrainy twierdzi, że przyczyną konfliktu
        jest brak twardego stanowiska wobec Rosji prezydenta i premiera Ukrainy.
        Matwijenko przypomniał także o niedawno przyjętej rosyjskiej doktrynie
        wojskowej, przewidującej m.in. "obronę swoich interesów w innych regionach,
        jeżeli to dotyczy strategicznych interesów Rosji".
        W ukraińskich siłach zbrojnych wstrzymano jesienną demobilizację żołnierzy.
        Eugeniusz Tuzow-Lubański, Kijów

        Pozdrawiam i zapraszam na:
        Forum Słowiańskie


        Ignorant
      • ignorant11 Koniec sporu o Tuzłę 24.10.03, 14:32

      • ignorant11 Nieoczekiwane poparcie dla Ukrainy 14.11.03, 00:10

    • ignorant11 Re: Ukraina - Rosja 16.10.03, 21:49
      Sława!

      Iwo Cyprian Pogonowski



      "Ratować Ukrainę"

      Amerykański mąż stanu, były doradca prezydenta
      Regana, Robert McFarlane, opublikował artykuł pod tytułem "Save Ukraine
      From ‘Mother Russia'"(Ratować Ukrainę przed ‘Matiuszką Rosją') 13-go
      października, 2003, w The Wall Street Journal. Uważa on, że niebezpieczny dla
      Zachodu dramat rozgrywa się miedzy Rosją i jej niedawno jeszcze podległymi
      krajami w ramach Związku Sowieckiego.



      Chodzi o to, żeby te kraje stały się niepodległe i demokratyczne. Naturalnie,
      najważniejszą jest Ukraina, która wraz z Białorusią i Kazachstanem podpisała w
      zeszłym miesiącu wstępną ugodę stworzenia wspólnej z Rosją unii ekonomicznej
      (celnej i organicznie opartej o Rosję).



      Rurociąg naftowy Brody-Odessa zbudowany przez Ukrainę w 2001 roku ma przestać
      pompować naftę dla Polski i Europy Zachodniej z rejonu Morza Kaspijskiego jak i
      Kazachstanu, i ma być używany według potrzeb polityki i gospodarki Rosji,
      której "oligarchia naftowa" wraz z brytyjską kompanią naftową "BP" ma zamiar
      dostarczać tym rurociągiem naftę rosyjską w przeciwnym kierunku, a mianowicie
      do rejonu morza Czarnego i morza Śródziemnego. Żeby nie dopuścić do tych zmian,
      Ukraina potrzebuje wydatnej pomocy USA, kraju uwikłanego głownie przez
      syjonistów w inwazję Iraku i w wojnę z terrorem. Z tego powodu Waszyngton ceni
      sobie dobre stosunki z Rosją.



      Tymczasem Ukraina stara się uzyskać pomoc od USA i sama wysłała brygadę wojska
      do Iraku pod komendę amerykańską, jak również zaczyna stosować prawne
      zabezpieczanie międzynarodowych praw autorskich. Tak wiec Ukraina robi
      ustępstwa handlowe jak również polityczne; za rok prezydent Kuczma ma ustąpić
      po wyborach prezydenckich. Ma to być dowodem reform demokratycznych.



      W bieżącym roku gospodarka Ukrainy ma wzrosnąć o pięć procent mimo dużego
      bezrobocia. Niestety amerykańskie ograniczenia z czasów zimnej wojny utrudniają
      tak handel jak i inwestycje na Ukrainie. O zniesienie tych ograniczeń i o
      udzielenie kredytów inwestycyjnych ubiegał się w zeszłym tygodniu w
      Waszyngtonie premier ukraiński Janukowycz, ponieważ kredyty takie ułatwiłyby
      eksport amerykański do Ukrainy.



      McFarlane uważa, że jest w interesie Ameryki żeby rurociąg Brody-Odessa nadal
      pompował naftę do Polski i Europy Zachodniej, a nie służył interesom Rosji w
      jej staraniach o utrzymanie kontroli politycznej i ekonomicznej nad Ukraina i
      Kazachstanem, oraz innymi byłymi krajami członkowskimi Związku Sowieckiego.



      McFarlane pisze, że teraz jest "historyczna okazja" zapewnić Ukrainie
      demokratyczną przyszłość związaną z Zachodem, to znaczy po stronie Polski i
      Unii Europejskiej. Tak wiec Polska we własnym interesie powinna pomagać
      Ukrainie wejść do Unii Europejskiej, jak o tym już kiedyś wspominałem.



      Na marginesie tych rozważań można zauważyć w tytule McFarlan's słowa "Mother
      Russia." Jest to sukces propagandy rosyjskiej literatury. Na przykład, niedawno
      zauważyłem na koncercie muzyki rosyjskiej, że pieśń Kniazia Igora z dwunastego
      wieku zawiera słowa "ratować Rosję," wtedy kiedy jeszcze w ogóle Rosji jako
      takiej nie było. Profesor Ewa Thompson dobrze przeanalizowała wiele podobnych
      propagandowych sukcesów literatury rosyjskiej na zachodzie w książce
      zatytułowanej "Trubadurzy Imperium."



      Imperialne zakusy Moskwy, w przeszłości katastrofalne dla państwa polskiego,
      nadal stanowią zagrożenie dla Polski i jeszcze w dużo większym stopniu dla
      Ukrainy. Dlatego też we własnym interesie Polski jest pomoc dla Ukrainy przeciw
      rosyjskiej dominacji. Wiem, że Polakom jest trudno zapomnieć Wołyń, Hajdamaków,
      jak i Chmielnickiego (zwłaszcza wymordowanie tysięcy jeńców polskich pod
      Batogiem włącznie z Krzysztofem Sobieskim, bratem króla Jana Sobieskiego). Mnie
      samego Ukraińcy wydali w ręce gestapo w Przełęczy Dukielskiej. Urodziłem się we
      Lwowie, gdzie jest grób brata mego ojca na Cmentarzu Orląt. Mimo wrażliwości na
      te fakty jestem przekonany, że Polacy we własnym interesie powinni pomagać
      Ukrainie być krajem wolnym od dominacji Moskwy.





      Prof. Iwo Cyprian Pogonowski

      Materiał przesłany 13.10.2003




      Pozdrawiam i zapraszam na:
      Forum Słowiańskie


      Ignorant
      • l4l0 Kopiuj-wklej i ja potrafię 22.10.03, 20:48
        z tego samego źródła..
        smile)



        Nr 235 (1731)

        Nacjonalistyczna historia wirtualna



        Po opublikowaniu w lipcu 2003 r. przez parlamenty Polski i Ukrainy wspólnego
        oświadczenia w związku z "tragedią wołyńską" w prasie ukraińskiej pojawiają się
        publikacje, które jednak nie wskazują, by w ukraińskim pojmowaniu ludobójstwa
        dokonanego przez OUN-UPA nastąpił istotny przełom. W dzienniku "Hołos Ukrajiny"
        Bohdan Hardasewycz opublikował artykuł, którego podstawową tezę już zdradza sam
        tytuł: "Wołyń 1943: sprowokowana tragedia".
        Autor przyznaje wprawdzie, że "gwałt i mordowanie ludności cywilnej nie mogą
        być usprawiedliwione żadnymi okolicznościami", jednak winę za rozpętanie
        zbrodni na Wołyniu przypisuje... Polakom. Według Hardasewycza, "dobrze wiadomo,
        iż pierwsze masowe represje wobec ukraińskiej ludności cywilnej rozpoczęli w
        roku 1943 Polacy". Autor nie zamierza tłumaczyć, skąd mu o tym "wiadomo",
        wyprowadza natomiast z tej wirtualnej tezy wirtualne pytanie: "Co w rzeczy
        samej skłoniło polski rząd na emigracji do wydania podziemnej Armii Krajowej
        tajnego rozkazu rozpoczynającego konflikt z Ukraińcami?". Hardasewycz tłumaczy,
        że Polaków "napuścił" na Ukraińców Roosevelt, który miał obiecać polonijnemu
        elektoratowi odzyskanie przez Polskę Kresów - pod warunkiem, że ci
        wygrają "plebiscyt".
        Nie słychać, by przeciw oszczerczym "rewelacjom" Hardasewycza zaprotestowało
        polskie MSZ. O nieświadomości polskich dyplomatów nie może być tu mowy. To
        właśnie ze strony internetowej MSZ zacytowaliśmy przetłumaczone fragmenty
        artykułu z "Hołosu Ukrajiny".
        Ile warte jest "pojednanie" budowane na fałszu, najlepiej ilustruje wypowiedź
        przewodniczącego Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, Mykoły Pławiuka, który
        w tygodniku "Ukraińske Słowo" (25.09. - 1.10.) wyjaśnił, jak
        rozumie "osiągnięty postęp" w polsko-ukraińskiej dyskusji nt. ludobójstwa
        Polaków na Wołyniu. Jego zdaniem, obie strony odeszły od swoich pierwotnych
        stanowisk, przy czym strona polska "przestała oczekiwać przeprosin i przyznała,
        że początkiem problemu była polityka narodowościowa II Rzeczypospolitej". Co
        więcej, Pławiuk żałuje, że do tej pory nie doszło do "dialogu weteranów AK i
        UPA"...
        WM




        Wyrzynanie prawdy

        O prawdzie i mitach w historii najnowszej stosunków ukraińsko-polskich oraz
        skutkach propagandy nacjonalistów ukraińskich z dr. hab. Wiktorem Poliszczukiem
        rozmawia Waldemar Moszkowski

        Jak skomentowałby Pan tezy Bohdana Hardasewycza, jakoby tzw. konflikt polsko-
        ukraiński w 1943 r. rozpoczęli Polacy sprowokowani przez Roosevelta, AK miała
        zaś wydać "tajemniczy rozkaz" wystąpienia przeciw ukraińskiej ludności, aby
        zwyciężyć w jakimś plebiscycie?
        - To, co mówi Bohdan Hardasewycz, oceniam jako pozbawione wszelkich podstaw
        majaczenie człowieka chorego na nacjonalizm ukraiński. Z tym nie można
        polemizować, tak jak nie można polemizować z propagandą wzorowaną na
        najlepszych wzorach Goebbelsa. Taką propagandę odrzuca się bez komentarzy. Nie
        jest ważne to, co mówi B. Hardasewycz, bo jego wywody nie mają jakiegokolwiek
        uzasadnienia w faktach, ale bardzo ważne jest to, że jego wypowiedzi
        opublikowało oficjalne pismo Rady Najwyższej Ukrainy. W ostatnim roku zauważyć
        można jakościową zmianę stosunku władz Ukrainy do problemu nacjonalizmu
        ukraińskiego - władze najwyższe Ukrainy, z prezydentem włącznie, robią
        wszystko, aby tylko nie nazwać po imieniu organizatora i sprawcy ludobójstwa na
        ludności polskiej, którym były struktury zbrojne OUN Bandery. Fakt tego
        ludobójstwa jest niezaprzeczalny; w warunkach, gdy unika się nazwania sprawcy
        po imieniu, wina rozkłada się na naród ukraiński jako taki, a to jest zbrodnia
        polityczna przeciwko temu narodowi.

        Wśród wielu Ukraińców rozpowszechniony jest pogląd, że ludobójcza działalność
        Ukraińskiej Powstańczej Armii nie należała do jej zasadniczych zadań.
        Utrzymują, że jej podstawowym celem była walka o niepodległość Ukrainy, a jej
        przebieg miał wynikać z wyjątkowo niekorzystnych uwarunkowań historycznych i
        geopolitycznych...
        - Jeśli ktoś "argumentuje", że OUN-UPA była formacją narodowowyzwoleńczą,
        oznacza to jedynie, że padł ofiarą głębokiego zakłamania, zmasowanej,
        agresywnej propagandy nacjonalizmu ukraińskiego. OUN Bandery, która była twórcą
        UPA, do marca 1943 roku faktycznie współdziałała z hitlerowcami. Do końca 1942
        roku w dyspozycji faszystów niemieckich była formacja banderowska w postaci
        byłych batalionów "Nachtigall" i "Roland", które zostały przekształcone w 201.
        batalion Schutzmannschaften. Do końca 1942 roku banderowcy ci służyli
        hitlerowcom. Do marca-kwietnia 1943 roku Niemcom podlegała Ukraińska Policja
        Pomocnicza - ideologicznie i organizacyjnie podporządkowana OUN Bandery.
        Mówienie więc, że OUN-UPA walczyła z Niemcami i dlatego stanowiła formację
        narodowowyzwoleńczą narodu ukraińskiego, ma swoje źródło w arsenale propagandy
        politycznej, a nie w historii.
        Jest inny aspekt tego problemu. Mianowicie - bezpodstawne przyjęcie przez
        politykę i nawet utożsamienie przez naukę polską pojęcia walk o utworzenie
        państwa z pojęciem ruchu narodowowyzwoleńczego. Nie każde dążenie do utworzenia
        państwa jest równoznaczne z wyzwoleniem narodowym. Prawdą jest, że OUN Bandery
        dążyła do utworzenia ukraińskiego państwa typu faszystowskiego, ale takiego
        państwa nie chciał naród ukraiński. Z enuncjacji samych nacjonalistów
        ukraińskich wynika, że ludność ukraińska bała się banderowskiej "Służby
        Bezpeky" bardziej niż NKWD czy gestapo. Faszyzm jest narodowi ukraińskiemu tak
        samo obcy, jak i bolszewizm; naród ukraiński nie pragnął państwa
        banderowskiego.

        Przeznaczony dla uczniów szkół średnich "podręcznik naukowo-dydaktyczny",
        wydany w 1994 r. we Lwowie przez "Ukrserwis - TOW" pod nazwą "Szkice
        historyczno-przyrodnicze z krajoznawstwa: Obwód Lwowski" utrzymuje, że "w
        październiku 1942 r. na Wołyniu utworzono z oddziałów samoobrony Ukraińską
        Powstańczą Armię i niebawem UPA kontrolowała wielkie obszary Wołynia". O
        ludobójstwie dokonanym przez UPA na Polakach ukraińscy autorzy podręcznika nie
        wspominają. Barwnie rozpisują się natomiast, jak to UPA dzielnie walczyła z
        Niemcami: "Przeciwko bojownikom UPA hitlerowcy rzucali olbrzymie siły wojsk
        specjalnych, jednostki SS, ale nie mieli siły zdusić ruchu
        narodowowyzwoleńczego". Jak to było z tym upowskim zwalczaniem hitlerowców?
        - Działacze nacjonalizmu ukraińskiego do perfekcji opanowali goebbelsowskie
        metody propagandy i posługiwanie się socjotechniką. Efektem tego są
        przeznaczone dla szkół podręczniki, publikacje, slogany, zbitki słowne w
        postaci "wzajemnego przebaczenia" itp.
        Prawdą jest, że miało miejsce zabicie przez UPA wysokiej rangi funkcjonariusza
        policji niemieckiej, a nastąpiło to w następstwie przypadku, podobnie jak
        zabicie gen. K. Świerczewskiego. Z dokumentów archiwalnych, a nawet z kronik
        działań OUN-UPA w żadnym miejscu nie wynika, że formacje zbrojne OUN Bandery
        prowadziły walki przeciwko Niemcom albo przeciwko Sowietom celem ich
        zwalczania. Były potyczki i z Niemcami, i z partyzantką sowiecką, z małymi
        oddziałami, przede wszystkim w celu zdobycia broni. Nie były to więc napady na
        jednostki wojskowe, a jedynie na kilku- czy kilkunastoosobowe posterunki
        policji lub żandarmerii niemieckiej.
        Owszem, oddziały OUN Bandery walczyły z żołnierzami Wehrmachtu, ale działo się
        to w trakcie wypierania ich z terenu Wołynia w połowie 1943 roku. Ich walka
        sprowadzała się tylko do tego, by wycofać się, unikając strat. Nie sposób więc
        mówić o działaniach wojennych, których celem było zniszczenie sił niemieckich
        bądź sowieckich. Na to OUN-UPA nie miała ani sił, ani środków.
        Twierdzę i przedstawiam na to niezbite dowody pochodzące z dokumentów autorstwa
        OUN Bandery, że była to organizacja czysto faszystowska, która powołała do
        życia strukturę w postaci "Służby Bezpeky" - formację analogiczną do
        niemieckieg
        • l4l0 Jeszcze ciut,bo jak wiadomo,prawdy nigdy za wiele 22.10.03, 21:04
          niemieckiego gestapo, SS, SD czy sowieckiego NKWD. Czy formacja tego typu może
          być formacją narodowowyzwoleńczą?

          Władze oraz media na Ukrainie relatywizują odpowiedzialność UPA za ludobójstwo.
          Głoszą, że to Polacy mordowali Ukraińców na Wołyniu. Zachód oraz polskie władze
          kalkulują zaś, że ukraińscy nacjonaliści są jedyną liczącą się siłą na
          Ukrainie, która wrogo odnosi się do Rosji. Bardzo często przymykają oczy na
          bezczeszczące pamięć poległych Polaków budowanie pomników watażkom z OUN-UPA...

          - To prawda, że w obecnej chwili robi się wszystko, aby zrelatywizować,
          sprowadzić do wspólnego mianownika AK i UPA, choć są to organizacje
          nieporównywalne. W polskiej prasie, szczególnie w wiadomościach podawanych za
          PAP, spostrzegam wielokrotnie powtarzane zdania, w których mówi się, że "strona
          ukraińska mówi o 10, 15, 20, a ostatnio nawet o 30 tysiącach ukraińskich ofiar,
          które padły z rąk AK". To jest absolutnie polityczna, niczym nieuzasadniona
          teza. Ofiary wśród ludności ukraińskiej były - co najmniej 80 tysięcy, ale były
          to ofiary OUN Bandery, które padły szczególnie z rąk "Służby Bezpeky" w latach
          1941-1950. Nacjonaliści ukraińscy do dziś nie potrafili poprzeć swoich
          twierdzeń odpowiednimi dokumentami. Ja natomiast opublikowałem w języku
          ukraińskim i polskim szczegółowe dane o ponad 5 tysiącach ukraińskich ofiar,
          które padły z rąk bojówek OUN Bandery. Pochodzą one z dwóch gazet - z Równego i
          Iwano-Frankowska, z lat 1991-1992. To są dane nie do obalenia, można je
          sprawdzić również dziś. Tymczasem ukraińscy nacjonaliści nie potrafią
          przedstawić choćby setki udokumentowanych ofiar ukraińskich, które przypisują
          AK lub polskiej samoobronie.

          Czy istnieją na Ukrainie liczące się środowiska otwarte na wyważone dyskusje
          historyczne, w których istotne byłyby fakty, a nie mity?

          - Mówiąc inaczej: czy jest z kim rozmawiać na Ukrainie? Niestety. Byłem w
          Kijowie, we Lwowie, w Równem. Nie prowadziłem rozmów z historykami
          nacjonalistycznymi, bowiem oni mnie unikają. Wobec tego usiłowałem porozumieć
          się z historykami o orientacji komunistycznej. Również z nimi nie dało się
          rozmawiać. Ich zdaniem, nacjonalistami są wszyscy, którzy nie są komunistami.
          Na przykład Petlurę, Hruszewskiego czy Wynnyczenkę, którzy byli socjalistami
          lub socjaldemokratami, uważają oni za ukraińskich burżuazyjnych nacjonalistów.
          Po powrocie z Ukrainy usiłowałem mimo wszystko podtrzymać z nimi kontakt, mając
          świadomość, że zgadzamy się przynajmniej w ocenie zbrodniczej działalności OUN-
          UPA. Moje listy pozostały jednak bez odpowiedzi.
          Jeśli chodzi o polityków, to prócz frakcji komunistycznej i socjalistycznej
          oraz pojedynczych nacjonalistów w Radzie Najwyższej Ukrainy, którzy dostali się
          do parlamentu na przykład przez blok W. Juszczenki, nie ma na Ukrainie partii
          ideologicznych. Są tam partie instrumentalne, powołane po to, aby zdobyć władzę
          i ją utrzymać. Do takiej struktury należy m.in. obecny prezydent Leonid Kuczma.
          Nie odniosłem wrażenia, by dla niego samego oraz jego otoczenia patriotyzm był
          czymś bliskim. Wynika to z wypowiedzi publikowanych w prasie ukraińskiej. W
          najbliższym czasie nie widzę możliwości prowadzenia na Ukrainie poważnej
          dyskusji na temat zbrodni banderowskich.
          Muszę stwierdzić uczciwie, ale i z przykrością, że po 10 latach niepodległości
          Ukrainy nie wykształciła się tam wysoko moralna elita, która potrafiłaby się
          wznieść ponad interesy polityczne. Nie widzę dzisiaj na Ukrainie ani poety, ani
          pisarza, który by się wzniósł ponad wszystkie brudy zakłamywania historii,
          który by chciał z pozycji swego autorytetu powiedzieć prawdę narodowi. Takim
          autorytetem był niegdyś poeta Iwan Dracz, był Dmytro Pawłyczko. Dzisiaj ze
          smutkiem zaliczam ich do koniunkturalistów. Jako koniunkturalne oceniam też
          wypowiedzi prezydenta Kuczmy, a nawet lidera socjalistów Ołeksandra Moroza.
          Podkreślam, że jako Ukrainiec nie mam pretensji do narodu ukraińskiego, mam
          natomiast pretensje do elit ukraińskich.

          Myślę, Panie Profesorze, że w tym kontekście warto powiedzieć również kilka
          słów o poziomie oficjalnych polskich elit...

          - Po tym, co obserwuję w mediach, co czytam w "Gazecie Wyborczej", aż ręka
          świerzbi. Nie może być inaczej, skoro duży wpływ na polską politykę ma Adam
          Michnik, który był jednym z twórców KOR-u, a dzisiaj słowa nie powie w obronie
          biednych bezrobotnych Polaków. Ten sam Michnik zatrudnia dziennikarza Pawła
          Smoleńskiego, jawnego obrońcę zbrodniczego nacjonalizmu ukraińskiego. To
          właśnie Smoleński potrafił oszczerczo napisać, że Polacy mordowali Ukraińców
          tylko dlatego, że byli Ukraińcami, a więc zasugerował, że dopuszczać się mieli
          ludobójstwa! Uważam, że takie zakłamywanie historii powinno znaleźć
          odzwierciedlenie w procesie sądowym. Polskie elity nie bardzo odbiegają
          od "elit" ukraińskich.

          Jak donosi tygodnik "Dzerkało Tyżnia", w najnowszym ukraińskim filmie
          Ołeksandra Bałabana i Ołeksandra Radyńskiego pt. "Wołyń - znak nieszczęścia"
          stronę polską mieli reprezentować wypowiadający się przed kamerą Bogumiła
          Berdychowska, Grzegorz Motyka i Jacek Kuroń. Jak w świetle swojej wiedzy ocenia
          Pan merytoryczne przygotowanie tych osób?

          - O ukraińskich uczestnikach filmu nie będę się wypowiadał, albowiem uznaję
          prawo oskarżonego o zbrodnię do obrony. Gdy zaś chodzi o niektórych polskich
          uczestników tego filmu, to powiem krótko: Bogumiła Berdychowska, jeśli sądzić
          po jej publikacjach, albo pochodzi z ukraińskiej nacjonalistycznej rodziny,
          albo z innych powodów stała się aktywnym obrońcą struktur nacjonalizmu
          ukraińskiego.
          Jacek Kuroń w jednej z wypowiedzi w prasie ukraińskiej ujawnia swoje
          pokrewieństwo z Ukraińcami - należy domyślać się, że z nacjonalistami
          ukraińskimi; onże, uchodzący za historyka, szerzy kłamstwo historyczne o
          udziale UHA (Ukrajinśka Hałyćka Armija) w walkach 1920 roku obok Polaków
          przeciwko bolszewikom, co go dyskwalifikuje właśnie jako historyka.
          Gdy chodzi o Grzegorza Motykę, to - o dziwo - jest on koordynatorem z ramienia
          IPN (Biuro Edukacji Publicznej) w zakresie badań problemów polsko-ukraińskich.
          Analiza publikacji G. Motyki wskazuje, że nie jest on przygotowany naukowo do
          prac badawczych z zakresu historii stosunków polsko-ukraińskich, dla niego
          największym autorytetem w tych sprawach jest Łew Szankowśkyj, który we wrześniu
          1939 roku organizował napady na oddziały wojska polskiego wycofujące się w
          stronę Rumunii i brał w nich udział, który był wysokiej rangi działaczem OUN
          Bandery (i UPA) na Wołyniu i na tzw. Zacurzoniu, brał udział w walkach
          przeciwko Polsce, a po wojnie osiadł w Stanach Zjednoczonych już jako ukraiński
          nacjonalistyczny historyk. Te informacje wyjaśniają, dlaczego G. Motyka został
          zaproszony do udziału w filmie.

          W sztucznie podgrzewanym przez radnych Lwowa konflikcie o Cmentarz Orląt
          Lwowskich środowiska rodzin pomordowanych oraz polskich kombatantów dostrzegają
          próbę wywarcia nacisku na Polaków, by przystali na zrównanie roli UPA z AK...

          - Jestem przekonany, że nawet gdyby doszło do oficjalnego otwarcia cmentarza,
          nawet gdyby opanowana przez nacjonalistów ukraińskich lwowska rada miejska
          poczyniła pewne ustępstwa, to zaraz pojawiłby się inny pretekst do wzniecenia
          konfliktu polsko-ukraińskiego. Nacjonalizm ukraiński nie może funkcjonować na
          płaszczyźnie ugody i porozumienia. Było tak od samego początku, od powstania
          Ukraińskiej Wojskowej Organizacji. Moim zdaniem, spór wokół Cmentarza Obrońców
          Lwowa jest tylko pretekstem dla podtrzymywania tego konfliktu. Trzeba trochę
          pomieszkać, pożyć wśród tej części ludności ukraińskiej, która jest opanowana
          przez nacjonalizm, aby się przekonać, że żyją oni nienawiścią do wszystkiego,
          co polskie i co rosyjskie. Ale wiedzą, że z Rosją i tak nie dadzą rady, dlatego
          swoją nienawiść kanalizują przeciwko Polsce.

          Podobnie wypowiadali się polscy wykładowcy akademiccy, którzy mieli kontakty z
          młod
          • l4l0 I Jeszcze ciut,bo jak wiadomo,prawdy nigdy za w 22.10.03, 21:09
            Podobnie wypowiadali się polscy wykładowcy akademiccy, którzy mieli kontakty z
            młodzieżą ukraińską opanowaną przez ideologię nacjonalistyczną. Punktem honoru
            okazywanego przez nich "patriotyzmu" był demonstrowany antypolonizm...

            - Ten element rzeczywiście jest bardzo wyraźny i czytelny. W tym kontekście
            chciałbym powiedzieć kilka słów nt. tzw. ukrainizacji Ukrainy na modłę
            nacjonalistyczną. Większość ludności Ukrainy uważa się za Ukraińców, jednak nie
            posługuje się językiem ukraińskim, myśli po rosyjsku. Naród ukraiński - w
            szczególności inteligencja - nie jest przeciwny ukrainizacji rozumianej jako
            wprowadzanie języka ukraińskiego do szkół, do urzędów, instytucji publicznych,
            środków komunikacji itp. Doświadczenie pokazuje jednak, że wszędzie tam, gdzie
            powstaje jakaś instytucja ukraińskojęzyczna, szczególnie szkoła, zaraz
            wprowadza się treści nacjonalistyczne, wiesza się portrety Bandery, Konowalca,
            wprowadza się lub przemyca dekalog nacjonalisty ukraińskiego.
            Znam wiele przypadków, że rodzice, którzy początkowo chcieli posyłać tam
            dzieci, aby uczyły się ukraińskiego, zrażeni propagandą nacjonalistyczną
            wycofują je stamtąd. Mamy więc do czynienia z paradoksem: nacjonalizm
            ukraiński, który deklaruje na swych sztandarach walkę o ukraińskie interesy
            narodowe, w praktyce jest przeszkodą choćby w elementarnej ukrainizacji Ukrainy.

            Pora postawić pytanie: czy nacjonalizm ukraiński, bagatelizowany, a nawet
            kokietowany przez polskie władze, może obrócić się również przeciwko Polsce i
            Polakom?

            - Nieprzypadkowo w drugim tomie swego pięciotomowego zbioru opublikowałem
            kuriozalną mapkę, która była prezentowana podczas ukraińskiej imprezy w
            Przemyślu. Na tej mapce Ukraina sięgała niemal Warszawy, "odbierała" Polsce -
            na rzecz Niemców - Pomorze, Wielkopolskę, Śląsk, "pozostawiając" jej Mazowsze i
            część ziemi krakowskiej. To nie jest przypadek.
            Nieprzypadkowo również od upadku PRL do dziś autorzy opracowań i redaktorzy
            wychodzącego w Polsce ukraińskiego pisma "Nasze Słowo" akcentują (bez żadnej
            reakcji ze strony władz polskich) "przynależność terytorialną" tzw. Zacurzonia,
            tzn. Podlasia, Chełmszczyzny, zakola Sanu (tzw. Nadsanie) i Łemkowszczyzny
            jako "ziem etnicznie ukraińskich". Z programów politycznych OUN wynika, że
            wszystkie ziemie etnicznie ukraińskie mają być włączone do państwa
            ukraińskiego.
            Proszę zwrócić uwagę na zamieszczane w "Naszym Słowie" (i w innych
            publikacjach) bardzo charakterystyczne wypowiedzi takich panów, jak
            przewodniczący Kertyczak czy innych z otoczenia Związku Ukraińców w Polsce.
            Wynika z nich, że te ziemie, o których mówię, to znaczy tzw. Zacurzonie, po
            wojnie zostały "dane", "sprezentowane" Polsce. Tak jakby nie należały one przed
            wojną do Polski. To również nie przypadek.

            Akcentowanie "tymczasowości" polskich granic daje się zauważyć w niektórych
            ukraińskich podręcznikach historycznych. Z cytowanego przeze mnie wcześniej
            lwowskiego "podręcznika naukowo-metodycznego" dowiadujemy się np., że jeden z
            książąt ruskich został pochowany w Chełmie, dopisek mówi "teraz w Polsce".

            - Czytelnik otrzymał więc prosty przekaz: tylko dziś Chełm należy do Polski. To
            jest bardzo charakterystyczne, wyraźne, czytelne. Powiem to samo, co napisałem
            w jednej z moich publikacji, że gdyby nie przesiedlenie Ukraińców na Ukrainę,
            gdyby nie operacja "Wisła", to po 1989 roku Polska miałaby swoje Kosowo.
            Od lat powtarzam, że nie ma problemu polsko-ukraińskiego, istnieje jedynie
            problem nacjonalizmu ukraińskiego. Wystarczy poznać ten nacjonalizm, potępić
            go, zakazać działalności jako ruchowi faszystowskiemu, a odpadną wszelkie
            rzekome polsko-ukraińskie problemy. Jeżeli ktoś twierdzi inaczej, niech wskaże
            inną niż nacjonalistyczna ukraińską strukturę, która powodowałaby iskrzenie na
            styku polsko-ukraińskim. Poza nacjonalizmem takiej struktury nie było ani w
            okresie międzywojennym, ani w czasie okupacji hitlerowskiej, nie ma też takiej
            obecnie. Na zakończenie dodam: oczekuję ze strony polskich historyków
            radykalnej krytyki pięciotomowej serii wydawniczej mojego autorstwa
            pt. "Integralny nacjonalizm ukraiński jako odmiana faszyzmu", tom 1 - "Zasady
            ideologiczne i założenia programowe OUN", tom 2 - "Dowody zbrodni OUN i UPA",
            tomy 3-5 - "Nacjonalizm ukraiński w dokumentach" (540 dokumentów z archiwów w
            języku oryginału z tłumaczeniem na polski).

            Serdecznie dziękuję za rozmowę.
    • ignorant11 wygrywamy z Rosja 05.06.14, 15:36
      ignorant11 napisał:

      > Sława!
      >
      > Nie ma chyba ważniejszych bilateralnie stosunków na całej Słowiańszczyźnie
      > niż pomiędzy tymi największymi słowiańskimi państwami...
      >
      > Przypominam, że Polska utraciła pozycję najsilniejszego państwa europejskiego
      > na rzecz Rosji, gdy wzieła rozbrat z Ukrainą...
      >
      > Czyżby Ukraina była kluczem do polskiej lub rosyjskiej mocarstwowości?
      >
      > Poniżej wklejam dwa bardzo ciekawe artykuły o stosunakch Ukraina-Rosja...
      >
      > Pozdrawiam i zapraszam do dyskusji!

      Wyglada NATO, ze zaczynamy zdobywac przewage nad kremlinami.

      Oto Polska lidem polityki calego Swiata cywilizowanego wobec Rosji
      Blitz putlerka najwyrazniej sie zalamal

      Zdecydowane dzialania Zachodu moga pograzyc Rosje, a gdy przekrocza pkt krytyczny, to dla Rosji nie bedzie ratunku i rozpadnie sie...
      • eliot Re: wygrywamy z Rosja 06.06.14, 11:06
        ignorant11 napisał:

        >>
        > Wyglada NATO, ze zaczynamy zdobywac przewage nad kremlinami.
        >
        > Oto Polska lidem polityki calego Swiata cywilizowanego wobec Rosji
        > Blitz putlerka najwyrazniej sie zalamal
        >
        > Zdecydowane dzialania Zachodu moga pograzyc Rosje, a gdy przekrocza pkt krytycz
        > ny, to dla Rosji nie bedzie ratunku i rozpadnie sie...

        Rozumiem, że rozpiera Cię radość i duma ale na odtrąbienie viktorii trochę za wcześnie...
        Ani my nie mamy jeszcze zwycięstwa w kieszeni ani Rosja się nie rozpada...
        Słowa, nawet wygłoszone z taką swadą przez Obamę nie zmienią rzeczywistości...
        Nasza rzeczywista pozycja będzie zależeć od na samych. Niestety od samej deklaracji tych 2% PKB na obronę nie staniemy się potęgą. Bo pospolitość skrzeczy... Nawet z tych prawie 100 tys. wojska, jakie nam jeszcze zostało po reformach lekarza psychiatry (min. Klich), rzeczywistą sprawność mają może dwie - trzy brygady... to kilkanaście tysięcy... Nawet gdyby były uzbrojone po zęby w najnowocześniejszą broń, to nie zatrzymają ewentualnej inwazji dłużej niż (bądźmy optymistami) tydzień... Z armii państw NATO (tu podzielam pogląd G. Friedmana - Stratfor) do rzeczywistego działania zdolne są , jeszcze, armie: brytyjska i francuska. Na pomoc i odsiecz żadnej z nich nie możemy liczyć. Bundeswehra, która jest obecnie w niejakiej rozsypce (też przeszła i przechodzi reformę i uzawodowienie) może obecnie utrzymać przez jakiś czas obszar Niemiec (głównie dawnych Zachodnich) by doczekać przybycia Amerykanów, ale żadnej efektywnej pomocy udzielić nam nie jest w stanie... ten mój dość pesymistyczny obraz, jeśli chodzi o Bundeswehrę podziela też G. Friedman - co znalazło się w jednym z wywiadów jakie udzielił polskiej prasie. Friedman zalecał w takiej sytuacji Polsce dążenie do zacieśnienia, możliwie wszelkimi siłami, współpracy z Amerykanami - on sam uważa obecne NATO za w dużej mierze wydmuszkę - na co wreszcie, po tej wizycie Obamy, są pewne szanse. Polsce zalecał stopniowe podnoszenie wydatków obronnych aż do poziomu 5-6% PKB, który w chwili obecnej uważa za optymalny dla Polski.
        Szczególnie, że, pominąwszy omówione właśnie Niemcy, żadne z państw sąsiadujących z Polska nie dysponuje możliwościa Jej wsparcia... A ja dodam, że równiez chęciami... co widać po reakcji Słowacji i Czech na słowa Obamy o wzmocnieniu obecności NATO i Amerykanów w regionie... Tu przypomnę niechlubną rolę Czechosłowacji w 1920 r..., która skutecznie zablokowała dostawy sprzętu i uzbrojenia a przede wszystkim amunicji dla walczącej na przedpolach Warszawy Polski...
        Tu też można przypomnieć i podziękować Węgrom, które jedyne, nie czekając na umowy i zapłatę słały z Csepel pociąg za pociągiem wagony amunicji... dzięki temu mogliśmy pod Warszawą wygrać...
        Pomnik wdzięczności, choćby dla Horthego - bo to jego osobista decyzja, już dawno powinien stać w Warszawie...
        Ukłony!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka