Dodaj do ulubionych

Świat po Bush'u

05.11.08, 14:23
blog.rp.pl/magierowski/2008/11/05/hegemon-ten-sam-ale-nie-taki-sam/
Hegemon ten sam, ale nie taki sam

Barack Obama, nowy lokator Białego Domu, będzie musiał rychło
udowodnić, że pogłoski o agonii Stanów Zjednoczonych są grubo
przesadzone.

Owszem, reputacja USA na arenie międzynarodowej została w ostatnich
latach poważnie nadwyrężona. Amerykańska gospodarka straciła nimb
najprężniejszej i najbardziej liberalnej. Prezydenturę George’a W.
Busha zaś trudno zaliczyć do udanych (choć zapewne zostanie ona
oceniona przez historię lepiej, niż oceniają ją dzisiaj lewicowi
komentatorzy).

To wszystko nie oznacza jednak, że czasy jankeskiej hegemonii minęły
bezpowrotnie. Pod wodzą nowego prezydenta będzie to po prostu
hegemonia… innego rodzaju.

Jak zwykł mawiać Bill Clinton, Stany Zjednoczone są „państwem
niezbędnym”. Mogą niektórych Europejczyków irytować swoją arogancją,
militarną butą i niezrozumieniem innych kultur, lecz nie można bez
ich udziału rozwiązać żadnego istotnego dla świata problemu. Nie da
się prowadzić wojny z globalnym terroryzmem bez Ameryki. Nie da się
bez niej powstrzymać Korei Północnej i Iranu przed zdobyciem broni
nuklearnej. Bez wsparcia Waszyngtonu nikt nie zdoła się uchronić
przed groźną ekspansją Rosji. Bez Ameryki wreszcie, bez jej
pieniędzy, uniwersytetów, ambitnych naukowców i upartych biznesmenów
nie jest możliwy postęp cywilizacyjny.

Problem w tym, że ta sama Ameryka straciła w ostatnich latach
wiarygodność. Ludzie od Lizbony po Karaczi przestali wierzyć w jej
dobre intencje, a George W. Bush – niestety – mocno się do tego
przyczynił. Jednak Barack Obama ma dzisiaj tak ogromny kapitał
zaufania, że jest w stanie w krótkim czasie tę wiarygodność
odbudować. Wystarczy kilka gestów. Rozpoczęcie odwrotu z Iraku, w
rozsądnym terminie i na rozsądnych warunkach, mogłoby być jednym z
nich. Kolejnym – zlikwidowanie niesławnego więzienia w Guantanamo i
zakaz torturowania osób podejrzanych o terroryzm. Przydałoby się
również lepsze planowanie operacji w Afganistanie, tak by skutecznie
ścigać prawdziwych złoczyńców, a nie bombardować gości weselnych.
Nie zaszkodzi też kilka pochlebnych słów o geopolitycznej roli
Europy czy o walce z globalnym ociepleniem.

A wówczas wszyscy krytycy Ameryki będą mieli ciężki orzech do
zgryzienia. Bo okaże się, że Barack Obama, 44. prezydent USA, tak
czy inaczej wciąż jest przywódcą wolnego świata. Innym, słuchającym
swoich partnerów, łagodniejszym, ale jednocześnie bardziej
wymagającym. Będzie bowiem oczekiwał wsparcia od swoich partnerów, a
ci nie będą już mieli wymówki („ten wstrętny Bush”wink, by mu odmówić.

Hegemon się nie zmieni. To świat będzie musiał się dostosować do
nowych okoliczności.

Opublikowano: : 5 listopada 2008 o 05:16
Obserwuj wątek
    • ignorant11 Przewrotnie:))) 06.11.08, 20:06
      Sława!

      To walsnie republikanie i Bush otworzył droge do prezdentury Obamie.

      Wszak po czarnych sekretarzach stanu czarny mogl zostac jedynie
      prezydentem!
      smile)

      Za kryzys nie odpowiadaja republikanie, którzy sa przeciwnikami
      keynesizmu zakladajacego puszczanie pustych pieniedzy tylko po to
      aby ludzie mieli za co kupowac.

      Tu bankichco mocno przeszarzowaly, to jednak pozostalo
      zabezpieczenie w postaci domow, ktore jednak mimo wszystko sa cos
      warte.

      Keynesizm natomiast zaklada puszczenie pieniedzy bez zadnych
      zabezpieczen w nadzie ze pieniadz gdy bedzie na rynku znajdzie
      towar,ale taki pieniadz znajduje jedynie tandete...
      smile)

      Zatem gdyby Obama chcial leczyc przy pmocy "klinowania kaca" to
      szybko pogłebi kryzys, bo dolaczy do niego inflacje, a stagflacje
      znamy z rzadow Cartera( demokratysmile)

      Rowniez nie wprowadzi socjalizmu, bonapotka na zbyt duzy opor
      materii.

      Jak zmieni polityke swiatowa?

      Nie bedzie sie ona specjalnie poza kosmetyka i retoryka roznila od
      dotychczasowej.

      Wszak polityka Busha wcale nie byla arogancka skoro caly czas
      starali sie przekonywac Moskwe do tarczy.

      Zatem znowu mit i przyprawianie geby tak jak u nas lewizna
      przyprawia Kaczynskiemu.


      Ktos mowil o kryzysie demokracji?

      Przeciez do konca nie wiadomo bylo kto wygra...

      A faworytem demokratow była Hilaria.
      smile)

      Były jakies watpliwosci czy czarny moze zostac prezydentem....

      NO ale te watliwosci odnosiły sie nie do republikanskiego ale
      demokratycznego elektoratu- jak widac pozbył sie on rasowych
      uprzedzen.
      smile)


      Warto tez przypomniec,że prezydent zawsze jest zalezny od swojego
      zaplecza podobnie jak kazda wladza.

      A demokraci wcale bolszwewizmu nie wprowadzaja i jakos unii z
      nieslawnym i zbrodniczym zsrr.
      smile)

      A nawet to demokratyczni prezydenci rozpoczyali wojny jak Kenedy w-
      Kuba, Wietnam...


      Forum Słowiańskie
      gg 1728585
      • eliot Re: Przewrotnie:))) 07.11.08, 14:21
        Trafnie i dowcipnie!
        wink))
        Jeśli Paul Volcker dostanie "zarządzanie kryzysem" to zaświta
        nadzieja...
        Narazie lewactwo jest w stanie postorgazmicznym. Dość dobrze ujął to
        Wróblewski w Rzepie. Dłuższe, więc nie będę kopiował dam tylko linka:

        www.rp.pl/artykul/9157,215864_Mesjasz_lewicy_zatryumfowal_.html
        A tu tylko na posmakowanie fragmencik:

        Mesjasz lewicy zatryumfował

        Tomasz Wróblewski 07-11-2008, ostatnia aktualizacja 07-11-2008 10:56
        Polskiej lewicy jest wszystko jedno, jakim prezydentem będzie Obama.
        Najważniejsze, że odbiega od znienawidzonego stereotypu
        konserwatywnego Amerykanina – pisze publicysta Tomasz Wróblewski

        Zwycięstwo Obamy wywołało euforię wśród mieszkańców Kenii i
        europejskich intelektualistów

        Na głównym placu wioski Kogelo, w której wciąż żyje 87-letnia
        kenijska babcia Obamy ze strony ojca, rozstawiono namioty i wielki
        rożen na specjalnie tuczonego byka. „Byk wjechał na ruszt, jak tylko
        w Ameryce otwarto punkty wyborcze. Zjechali tu ludzie z całej Kenii.
        Tradycyjnym tańcom nie było końca. Prezydent Mwai Kibaki ogłosił
        święto narodowe” – doniósł największy kenijski dziennik „Daily
        Nation”. A w komentarzu redakcyjnym Angeyo Kalambuka
        napisał: „wreszcie nadszedł człowiek, który odbuduje wartości
        zatracone dawno przez Amerykę”.

        Trochę dalej na północ red. Jacek Żakowski pisał w „Gazecie
        Wyborczej”: „Baraku, musisz! Jesteś szansą dla nas
        wszystkich”. „Gazeta” nie donosiła o planowanych zbiorowych tańcach
        i modłach, ale reszta brzmiała podobnie.


        Między Chomskim a Madonną

        Dawno już jednemu człowiekowi nie udało się skupić na sobie tyle
        uwielbienia. Od ludycznych stanów euforii po intelektualne
        fascynacje lewicowych elit. Gdzieś na skrzyżowaniu Madonny i
        wielkiego lewicowego filozofa lingwisty Noama Chomsky’ego uplasowano
        prezydenta Baracka Obamę.

        Byk został zjedzony, fajerwerki zgasły, ale lewicowy tryumfalizm
        zostanie z nami jeszcze jakiś czas. W Ameryce, w Kenii, ale przede
        wszystkim wśród europejskich elit nieczekających spełnienia
        socjalistycznych marzeń. Nie udało się we Francji, w Niemczech, nie
        udało się w Polsce, może uda się Amerykanom. „Obamo, musisz!”.
        • ignorant11 Re: Przewrotnie:))) 07.11.08, 23:21
          Sława!


          I jakos zapomnieli prorocy lewizny.., o dziurze ozonowej, która
          przeciez mogła zniszcyc polarne rejony USA, choc oczywiscie zapewne
          sprzyjała ukochonej ojczyxnie proletów...
          smile)

          Teraz moga glosic teorie,ze USA upadna z powodu... "ocieplenia"
          klimatu..

          Swoja droga to republikanie zagrali zbyt nijako ze staruszkiem Mc
          Cainem.

          A przeciez mogli przebic stawiajaca na plec i rasę demokrature
          wystawieniem Condolizy.., a moze te czarna klacz chowaja na kolejne
          wybory...


          Forum Słowiańskie
          gg 1728585
          • eliot Re: Przewrotnie:))) 13.11.08, 11:30
            ignorant11 napisał:

            > Sława!
            >
            >
            > I jakos zapomnieli prorocy lewizny.., o dziurze ozonowej, która
            > przeciez mogła zniszcyc polarne rejony USA, choc oczywiscie
            zapewne
            > sprzyjała ukochonej ojczyxnie proletów...
            > smile)
            >
            > Teraz moga glosic teorie,ze USA upadna z powodu... "ocieplenia"
            > klimatu..
            >
            > Swoja droga to republikanie zagrali zbyt nijako ze staruszkiem Mc
            > Cainem.
            >
            > A przeciez mogli przebic stawiajaca na plec i rasę demokrature
            > wystawieniem Condolizy.., a moze te czarna klacz chowaja na
            kolejne
            > wybory...
            >
            Ta, kara klaczka chwilowo jest zbyt "skażona" Bush'em. Ale w
            przyszłości? Kto wie??? W końcu jako studentka starego Korbela (ojca
            M. Albright)jest świetnie przygotowana. Jednak z punktu widzenia
            amerykańskich wyborców jest zbyt "intelektualna", brak jej charyzmy
            Obamy i nie jest tak świetnym mówcą jak Barack. Zresztą nie każdy
            (co może oczywiście dziwić) chce być prezydentem...
            Jeśli zaś M. Albright dotrzyma danego Obamie słowa i będzie mu
            rzeczywiście doradzała w sprawach polityki miedzynarodowej (objęcia
            stanowiska w administracji odmówiła - przynajmniej jak dotychczas)
            to, zakładając, że Barack będzie słuchał jej rad, nie będzie
            najgorzej. A co dalej, zobaczymy!!!
    • ignorant11 Obama rozczaruje Europę- Guy Sorman 07.11.08, 23:51
      Sława!
      www.rp.pl/artykul/2,216226_Obama_rozczaruje_Europe.html
      Obama rozczaruje Europę
      Aleksandra Rybińska 07-11-2008, ostatnia aktualizacja 07-11-2008
      22:14
      Trzeba odróżnić słowa od czynów. Obama wiele mówi, co rzeczywiście
      potem zrobi, nie wiadomo. Współpraca z Europą nie jest jego
      priorytetem. Dla niego takie kraje, jak Rosja, Indie czy Chiny są o
      wiele ważniejszymi partnerami niż Unia - z Guy’em Sormanem rozmawia
      Aleksandra Rybińska


      źródło: AP
      Niemiecki entuzjasta Obamy w oczekiwaniu na jego wystąpienie w
      berlińskim parku Tiergarten, 24 lipca br.
      +zobacz więcejWybór Baracka Obamy na prezydenta USA pana zaskoczył?

      Mało kto w Stanach Zjednoczonych miał co do tego jakiekolwiek
      wątpliwości. Od chwili, gdy Obama w prawyborach zwyciężył z Hillary
      Clinton było wiadomo, że nadeszła kolej demokratów. Można więc
      powiedzieć, że to niespodzianka, do której Amerykanie od roku byli
      przygotowani. Amerykańskie media już kilka miesięcy temu zaczęły
      portretować Obamę jako wielkiego przywódcę, człowieka o pokroju
      prezydenta. Spekulowano na temat tego, co zrobi i czego nie zrobi,
      gdy zasiądzie w Białym Domu.

      Czyli Amerykanie wypowiedzieli się za radykalną zmianą kursu?

      Każdy polityk kandydujący na jakieś stanowisko prezentuje program
      opierający się na zmianach. Obama nie jest tu wyjątkiem. To prosta i
      pozbawiona ryzyka strategia. Po ośmiu latach Busha wystarczyło
      powiedzieć: Będą zmiany! I wszyscy byli zachwyceni. To zwyczajny
      marketing polityczny i nic więcej. Można powiedzieć: prymitywna
      metoda na usługach dość niezwykłego kandydata.

      Niezwykłego, czemu?

      To niesłychanie charyzmatyczny polityk. Świetny mówca, który potrafi
      porwać masy. Jest równocześnie bardzo inteligentnym i zręcznym
      marketingowcem. Nigdy wcześniej nie widziałem tak perfekcyjnie
      zorganizowanej kampanii prezydenckiej.

      Jakie znaczenie będzie miało to, że prezydent USA jest czarny?

      Obama nie jest czarny. Jest mulatem. To nie jest chłopak, który
      niesie na swych ramionach ciężar dziedzictwa czarnych niewolników,
      segregacji i walki o równość. Etnicznie jest na pół-Afrykaninem, ale
      z punktu widzenia przynależności kulturowej nie należy do
      społeczności afroamerykańskiej. Od początku kampanii prezydenckiej
      jego relacje z czarnymi działaczami na rzecz praw obywatelskich były
      bardzo burzliwe, na przykład sławny pastor Jesse Jackson otwarcie
      sprzeciwiał się jego kandydaturze. Zresztą Obama został wybrany
      dlatego, że nie jest tak naprawdę czarny i bardzo dobrze o tym wie.
      Podczas swej kampanii nie odwoływał się do retoryki zazwyczaj
      prezentowanej przez czarnych działaczy, przenikniętej chęcią wzięcia
      odwetu za doznane krzywdy oraz pełnej żądań zadośćuczynienia.

      Jego dyskurs był dyskursem klasycznego kandydata demokratów.
      Równocześnie, mimo że nie jest tak na prawdę czarny, to jest co
      najmniej ciemnoskóry. To powoduje, że wspólnota afroamerykańska
      lepiej potrafi się z nim zidentyfikować niż z białym kandydatem.
      Mimo tego nie został wybrany na prezydenta dzięki głosom czarnych,
      tylko dzięki głosom białych, którzy postanowili po raz pierwszy w
      historii USA oddać swój głos na czarnoskórego kandydata.

      Bo chcieli udowodnić, że nie są rasistami?

      Moim zdaniem nie to było główną motywacją wyborców. Tego typu
      analizy zostały dokonane głównie w Europie, przez ludzi, którzy nie
      byli świadkami tej kampanii wyborczej. W ostatnich sześciu
      miesiącach kwestia przynależności rasowej prawie całkowicie zniknęła
      z wypowiedzi. To, co my nazywamy rasą, w USA jest problemem
      kulturowym, a nie kwestią związaną deterministycznie z kolorem
      skóry. Konflikty istniejące między czarnymi a białymi obywatelami
      USA nie wywodzą się z tego, że Afroamerykanie mają inny kolor skóry,
      tylko z różnych zachowań społecznych i kulturowych wspólnoty
      afroamerykańskiej. Kiedy ktoś taki jak sekretarz stanu Condoleezza
      Rice wykazuje zachowanie normalnego, zintegrowanego członka
      amerykańskiego społeczeństwa, kwestia rasy znika. Tak samo jest z
      Barackiem Obamą. Od dawna wszyscy przestali zwracać uwagę na to, że
      jest czarny, prócz może znikomej grupy ludzi stanowiącej może pięć
      procent wyborców. Gdybyśmy dokonali dokładnej analizy socjologicznej
      wyniku tych wyborów prezydenckich, to stwierdzilibyśmy, że głównie
      klasa robotnicza, czyli w większości biali chrześcijanie, głosowali
      na Obamę.

      Afroamerykanie pokładają jednak wielką nadzieję w nowym prezydencie.
      Liczą na to, że odmieni ich los. Wierzą w cudowną zmianę Ameryki.

      Jak na razie wszelkie obietnice zmian, to zwykły marketing
      polityczny. Jeśli ludzie będą oczekiwali zbyt wiele, to na pewno się
      rozczarują. Jeśli czarni liczą na to, że Obama da każdemu z nich dom
      i samochód, to są w błędzie. Stany Zjednoczone to demokratyczne i w
      wysokiej mierze zdecentralizowane państwo. Prezydent jest tam jednym
      politycznym aktorem pośród wielu. Od społecznych zmian jest Sąd
      Najwyższy. W przeszłości to decyzje Sądu nie raz zmieniały kurs
      historii. To on doprowadził między innymi do zniesienia segregacji
      rasowej. Nie można więc zbyt wiele od Obamy oczekiwać. Zresztą jak
      na razie Obama nie ma żadnego programu politycznego. Podobnie jak
      Bill Clinton i Franklin D. Roosevelt został wybrany na prezydenta
      wyłącznie na podstawie tego, że ludzie mieli dosyć republikanów.

      Nie wyklucza to, że przedstawi w następnych tygodniach starannie
      opracowan


      Forum Słowiańskie
      gg 1728585
      • ignorant11 Re: Obama rozczaruje Europę- Guy Sorman (2) 07.11.08, 23:54
        Nie wyklucza to, że przedstawi w następnych tygodniach starannie
        opracowany program reform...

        To mało prawdopodobne. Obama to typowy prezydent menedżer. Daleko mu
        do takich polityków jak Ronald Reagan czy George W. Bush. Nie jest
        ideologiem, chce dobrze zarządzać państwem, to wszystko. Zbierze
        wokół siebie lepszą czy gorszą ekipę i będzie spełniał swe
        obowiązki. Może przeprowadzi reformy, a może nie. Jedno jest pewne,
        jak na razie postępuje niesłychanie ostrożnie. Stara się nie
        kwestionować fundamentów Ameryki ani w polityce zagranicznej, ani w
        polityce wewnętrznej.

        Co zachwyca europejskie elity polityczne, to zapowiedź zmiany
        strategii w polityce zagranicznej USA. Obama chce ściślej
        współpracować ze swoimi europejskimi partnerami, jest gotów do
        rozmów nawet z Iranem. Czy to rzeczywiście koniec amerykańskiego
        unilateralizmu?

        No cóż. Możliwe, że dojdzie do pewnych zmian w polityce
        zagranicznej. Jednak będą one bardzo ograniczone. Wydaje mi się, że
        Obama – podobnie jak wszyscy inni amerykańscy prezydenci – nie
        zaakceptuje decyzji politycznych pochodzących z zewnątrz, takich jak
        protokół z Kyoto o ograniczeniu emisji gazów cieplarnianych. Obama
        jak na razie powiedział, że jest gotów dyskutować ze wszystkimi oraz
        że jest gotów wszystkich wysłuchać. Jednak wiadomo, że amerykanie w
        ostatecznym rozrachunku nigdy nie zaakceptują, by na arenie
        międzynarodowej została podjęta decyzja przeciwko nim lub bez nich.
        Obama już zapowiedział zwiększenie kontyngentu w Afganistanie,
        kontynuację wojny z terroryzmem na granicy Afganistanu z Pakistanem,
        zagroził nawet władzom w Pakistanie atakiem, jeśli nie podejmą
        bardziej stanowczych działań przeciwko talibom. Nie widzę tu więc
        wielkiej zmiany wobec polityki prowadzonej przez jego poprzednika.
        Myślę, że jego działania będą dyplomatycznie bardziej zręczne, ale
        nie powinniśmy się spodziewać radykalnej zmiany kursu. Obama
        pozostaje w tradycji „wyjątkowego statusu Ameryki”, czyli uważa, że
        USA to nie kraj jak każdy inny, tylko kraj wyjątkowy. W czasie
        swojego zwycięskiego przemówienia w Chicago powiedział wręcz, że
        amerykańska konstytucja została napisana dla całego świata. Jest
        więc mało prawdopodobne, że będzie się jako prezydent
        podporządkowywał swoim partnerom, szczególnie europejskim.

        Mimo tego Unia Europejska liczy na to, że Obama jako pierwszy
        prezydent USA będzie ją traktował jak mocarstwo, którym chciałaby
        być...

        Trzeba odróżnić słowa od czynów. Obama wiele mówi, co rzeczywiście
        potem zrobi, nie wiadomo. Współpraca z Europą nie jest jego
        priorytetem. Dla niego takie kraje, jak Rosja, Indie czy Chiny są o
        wiele ważniejszymi partnerami niż Unia. Na pewno jest lepszym
        dyplomatą niż George Bush. Jednak kto się spodziewa wielkich zmian,
        rozczaruje się. Europa zresztą nie powinna mu aż tak ufać. Obama
        jest zwolennikiem protekcjonizmu. Podczas swej kampanii wprawdzie
        niewiele mówił o ekonomii, ale wielokrotnie powtarzał, że jest gotów
        chronić amerykański przemysł przed towarami pochodzącymi z zewnątrz.
        Jeśli sytuacja gospodarcza w Stanach Zjednoczonych się pogorszy, co
        jest całkiem prawdopodobne, możemy się spodziewać, że Amerykanie
        zaczną chronić swe rynki. To byłoby tragiczne dla Europy.

        To znaczy, że Obama będzie kontynuował politykę swego poprzednika?

        Dokładnie. Obama nie jest prezydentem, który zmieni naturę Ameryki.
        Zmieni się otoczka, a nie to, co jest w środku. Ku rozczarowania
        Europejczyków, szczególnie zwolenników lewicy, Ameryka nie stanie
        się pacyfistyczna, nie skręci w lewo i nie podda się dyktandzie
        struktur międzynarodowych. To wszystko są złudzenia. W Europie
        ludzie myślą, że jest pacyfistą, bo się sprzeciwia wojnie w Iraku. A
        on po prostu uważa, że amerykańscy żołnierze powinni walczyć w
        Afganistanie, a nie w Iraku. Co chwilę podkreśla dokonania
        amerykańskiej armii. Europejska lewica przerzuca w tej chwili na
        Amerykę swoje nadzieje. Obama stał się symbolem zwycięstwa lewicy.
        To absurdalne. Za rok wszyscy będą się na niego skarżyć, tak jak na
        Busha.

        Wygląda jednak na to, że nie tylko zachodnia Europa liczy na
        nowy „soft power” Ameryki. Prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew
        ogłosił w środę rozmieszczenie rakiet balistycznych w obwodzie
        kaliningradzkim. Czyżby wraz z wyborem Obamy na prezydenta Rosja
        przestała się liczyć z Ameryką?

        Obama jak na razie nie jest jeszcze prezydentem USA. Władze w
        Moskwie więc nieco się pospieszyły. To było jednak coś w rodzaju
        testu. Podczas kampanii wyborczej wiceprezydent Joe Biden
        zapowiedział, że jeśli Obama zostanie prezydentem, zostanie
        natychmiast poddany różnego rodzaju testom na siłę. Miedwiediew
        chciał więc sprawdzić Obamę. Ten nie zareagował. Jaką pozycję
        przyjmie wobec Rosji w przyszłości, też nie wiadomo. Nigdy nie
        wypowiadał się szczegółowo na ten temat. Mam wrażenie, że on tak
        naprawdę nie wie, jak ma się zachować. Na początku mówił, że będzie
        rozmawiał ze wszystkimi, między innymi z prezydentem Iranu. Potem,
        jak mu ktoś wytłumaczył, że to raczej nie daje efektów, zmienił
        zdanie. Teraz chce rozmawiać z Ahmadineżadem dopiero po osiągnięciu
        minimalnego porozumienia w ważnych kwestiach. Jak na razie także nie
        wiemy, kto zostanie jego ministrem spraw zagranicznych ani jego
        doradcą ds. bezpieczeństwa. Ale jestem gotów się założyć, że właśnie
        dlatego, że jest uważany za miękkiego prezydenta, okaże się
        prezydentem wyjątkowo twardym.

        Albo wyjątkowo złym...

        Niektórzy się tego obawiają. Obama przypomina im Jimmy’ego Cartera.
        On też wszystkich słuchał, tylko że nie był w stanie podjąć żadnej
        decyzji. Ja myślę jednak, że przez pierwsze dwa lata kadencji jakoś
        sobie poradzi. Jak już mówiłem, to dobry menedżer. Potem jednak może
        być gorzej. To zależy od kryzysu finansowego i związanej z nim
        sytuacji gospodarczej w USA. Jeśli w ciągu tych dwóch lat nie
        znajdzie rozwiązania dla kryzysu, straci poparcie wyborców. Wiemy
        niestety z doświadczenia historycznego, że gdy prezydent USA usiłuje
        ratować kraj z kryzysu, to na ogół tylko pogarsza sytuację. Dwie
        pozostałe recesje w USA miały miejsce w 1930 i 1973 roku. W
        pierwszym przypadku prezydentem był Roosevelt, w drugim Nixon. W obu
        przypadkach ich interwencja pogłębiła kryzys. W 1930 z kryzysu
        zrobiła się długotrwała recesja z powodu idiotycznych manewrów
        Roosevelta, jak zamknięcie granic, zamrożenie płac itd. Kryzys w
        1973 roku też zamienił się w głęboką recesję, bo Nixon zaczął
        drukować pieniądze, kreując inflację. Możemy mieć więc tylko
        nadzieję, że Obama tego nie zrobi. Ale na finansach zna się on
        jeszcze mniej niż na polityce międzynarodowej.

        Obama różni się od Busha jednak chociażby tym, że jest zwolennikiem
        dostępu do aborcji, legalizacji małżeństw homoseksualnych i badań
        nad komórkami macierzystymi...

        W każdym razie tak mówi. Partia demokratyczna jest skupiskiem
        różnorodnych ludzi, o bardzo różnych poglądach. Zadaniem Obamy
        będzie podtrzymanie tej skomplikowanej koalicji. Będzie musiał
        podejmować działania, które nie wywołają sporów wewnątrz jego
        własnej partii. Mówienie o legalizacja związków homoseksualnych to w
        jego wykonaniu czysty populizm. Sam ma raczej konserwatywne poglądy
        w tej dziedzinie. On jest bardzo religijny, podobnie jak jego
        rodzina. Wątpię, by osobiście był zwolennikiem aborcji. Po prostu
        jest to cena, którą musi zapłacić za poparcie lewicowej części
        demokratów. Co jest pocieszające, to to, że ustawodawstwo w sprawie
        aborcji czy związków homoseksualnych zależy od władz stanowych oraz
        Sądu Najwyższego, a nie prezydenta. Myślę więc, że Obama będzie się
        starał w przyszłości omijać ten temat. Jest oczywiście możliwe, że
        nominuje skrajnie lewicowego sędziego do Sądu Najwyższego, by
        doprowadzić do liberalizacji prawa w tej dziedzinie. To są jednak
        tylko spekulacje. Moim zdaniem są to dla niego zbyt kontrower

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka