Dodaj do ulubionych

Wróciłam...do Was

12.08.04, 13:33
Wrócilam z pielgrzymki dzis rano. Dzwie ostatnie noce zarwane calkiem ale i
tak nie chce mi sie spac. Na szlaku troche sie uspokoilam, umocnilam i
dostalam duza dawke nadzieji ze bedzie (kiedys) lepiej w moim zyciu. Modlilam
sie za nasze malzenstwo ile sil i wiary, powierzylam to Bogu. I wrocilam rano
do mieszkania. Pierwsza proba rozmowy i znowu nóż w serce. On mnie tak
strasznie nienawidzi. Nie chce rozmawiac i odpowiadac na moje pytania, a
przeciez mam prawo znac odpowiedzi. Mam prawo wiedziec dlaczego mnie wyrzuca
jak zuzyta rzecz. Obwinia mnie o wszystko, cale zlo. WIem na poczatku
malzenstwa zrobilam paskudna rzecz, rzucialam obraczka w czasie klotni. Czasu
nie cofne, moge tylko zalowac. Klocilismy jak inni. Decyzje ktore podjelismy
wspolnie on uwaza za moje. Oskarza mnie o rozpad. Wiem co robilam zle. Ale
czy mozna znienaiwdzic kogos za to ze kocha wlasnych rodzicow? Za to ze
jestem sowa i dlugo "urzeduje" i chociaz w sobote chce dluzej pospac. Za to
ze lubie podrozowac i ziwedzac a on nie? Za to ze plakalam kiedy jego matka
mnie ponizala? Za to ze lubie kwiaty i bylo ich duzo w naszym mieszkaniu? On
uwaza ze takie rzeczy wplywaly na nasze niepowodzenie. Byc moze ale on ze mna
nie chcial nigdy rozmawiac o tym co czuje, nie moglam nic wyciagnac z niego.
On tylko obserwowal (jak sam powiedzial). Ocenial mnie. A sam w sobie widzial
tylko to ze jest w porzadku i co zlego to nie on.
Moj spokoj runal. Nie wiem jak do niego dotrzec. Jest agresywny. Chce mi
pomoc poszukac mieszkania w innym miescie (blizej moich rodzinnych stron) i
to jak najszybciej. I wszystko zrobic cichaczem nawet nie mowiac do widzenia
moim rodzicom (a zawsze mowil ze byli wymarzonymi tesciami). I mowi ze jak mu
nie dam rozwodu to zobacze. "Powiedzial mam tego dosc i to koncze" a
slubowanie ze na dobre i zle jest dla niego bez znaczenia. Rzecz sie zuzyla i
trzeba ja wyrzucic i zdobyc nowa.
Co dziwne we mnie nie ma zlosci, nienawisci i zlych wspomnien. Nagle gdzies
sie zapodzialy i jest smutek i bol. Nie wiem co dalej. Nie wiem czy siedziec
i czekac na cud czy pojechac za kilka dni (bo daleko) do rodzicow i im
powiedziec? Czy mam szanse zeby nie dopuscic do rozwodu, tzn. do tego zeby go
nie dostal? Czy moge jakos wywalczyc cos ala alimenty (ile potrwa szukanie
pracy w obcym miescie), on ma duzo pieniaedzy ale mamy rozdzielnosc
majatkowa. Boze pomoz, bo nie dam rady sama. Poradzcie gdzie sie zwrocic?
Obserwuj wątek
    • mazi27 Re: Wróciłam...do Was 12.08.04, 13:40
      Nie moge pojac tej agresji. Wczesniej byl pewien ze chce rozwodu. Planowal
      kiedy mi to powie. I wtedy byl mily i normalny tylko troche na dystans. A kiedy
      powiedzial nagle stal sie agresywny. Jest mily kiedy mowie po jego mysli, kiedy
      moglabym sie wyprowadzic itp. Powinnam moze pogadac z jakims mezczyzna zeby
      zrozumiec jego punkt widzenia, ale przeciez kazdy jest inny. Zreszta nie ma z
      kim. Ci ktorych znam walczyliby do konca.
      Wybieram sie na konsultacje z adwokatem, zeby mi powiedzial jak jest i na czym
      stoje.
      • anusia29 Re: Wróciłam...do Was 12.08.04, 13:58
        Mazi!!! Z tego, co napisalaś, to psychopata. Przykro mi, że tak mówię o Twoim
        mężu, ale coś z nim na pewno nie tak! Ciesz, się, że rozpada się to teraz, a
        nie np. jak masz 2 małych dzieci i jesteś w 100% zalezna od niego. Jesteś
        bardzo młoda (o ile 27 w nicku to liczba lat), ulozysz sobie życie od nowa i
        będziesz szczęsliwa. Może własnie Twoie modlitwy zostały wysluchane i ten
        rozwód to wlaśnie "interwencja' z Góry. Nigdy nie wiadomo... :)
        A małżestwo będziesz mogla unieważnić u biskupa. Powody to: zaburznia
        psychiczne w momencie ślubu (pewnie były, ale się maskował)i patologiczne
        uzależnienie od rodziców (sądy biskupie uniważniają małżenstwo z tych
        powodów!). Tak więc masz szanse na welon po raz drugi - i to w kościele!!!
        Pozdrawiam
        A.
        • mazi27 Re: Wróciłam...do Was 12.08.04, 14:03
          Juz mam 28 (bo kiedy zakladalam konto jeszcze bylo 27).
          Boje sie tego grzebania w kazdym brudzie. Nie mowie ze nie jestem winna ale
          staram sie podzielic wine po 50%. Stracilam tyle czasu. Tak czekalam na nasza 5
          rocznice za 2 m-ce. Boje sie tego dnia, wspomnienia mojego szczescia.
          • anusia29 Re: Wróciłam...do Was 12.08.04, 14:34
            Mazi, 28 to nadal niewiele, jak na drugi start. Nie męcz się w ty związku.
            Rzwiedx się z godnością, unieważnij slub (jelsi jesteś katoliczką i jest to dla
            Ciebie ważne) pomieszkaj chwilę sama, nabierz do wszystkiego dystansu i... zyj
            szczęśliwie. Wiem, że masz teraz pozucie zmarnowanego czasu, krzywdy, itp. Ale
            nie jest jeszcze za poźno na nowy start.
            Co do obecnego związku - nie klei się tak bardzo popekanej porcelany! Nawet
            jesli nie dasz mu rozwodu, to (sam pomysl) co to będzie za zycie. naprawdę tego
            chcesz? I chcesz tak zyć - z agresywnym mężem, dla którego liczy się tylko Mama
            i który Cię nie kocha, ma do ciebie milion pretensji, ciebie obarcza winą, jest
            nieodpowiedzialny i poniekąd nieobliczalny?
            Pozdrawiam
            A.
    • isma Re: Wróciłam...do Was 12.08.04, 14:08
      Mazi,
      mysle, ze trzeba sobie zdac sprawe, ze na ten rozpad dlugo razem pracowaliscie.

      Nie wiem czy dobrze pamietam, pisalas kiedys, ze Ty juz sie wyprowadzalas?
      Dalej: macie rozdzielnosc majatkowa - nie nam wnikac w to, z jakiej przyczyny,
      ale to chyba dosc oczywisty symptom, ze malzenstwo nie chce byc ze soba na
      kazde dobre i na kazde zle, ze nie ufa sobie stuprocentowo, albo - ze jest cos
      wazniejszego, niz malzenstwo, na przyklad kasa, albo argumenty osob trzecich.
      Dalej: Ty pisalas, ze nie chcialas miec dziecka. A on? Dlaczego? Piec lat bez
      dziecka tylko z powodu psychicznego "braku gotowosci" na rodzicielstwo, to
      sporo...

      A moze to byl brak gotowosci na trudnosci w ogole?

      Wiem, ze to trudne, ale mysle, ze powinnas sprobowac stawic im czola. Dojrzale
      i godnie. Nie przyjmowac propozycji wyprowadzki, nie uciekac do rodzicow. Byc
      zona, bo przeciez wierzysz, ze nadal nia jestes, i ze zawsze bedziesz, nawet
      mimo rozwodu. Mysle, ze taka postawa powinna byc dla niego znakiem zapytania.
      To nie chodzi o zlosliwe pietrzenie przed nim trudnosci, nie - to chodzi o to,
      zeby mial jasny sygnal, w co ty wierzysz, i na czym Tobie zalezy. Jesli Ci
      zalezy...
      • mazi27 Re: Wróciłam...do Was 12.08.04, 14:59
        Nie chcialam dziecka, bo najogolniej mowiac (poza strachem i brakiem gotowosci)
        wiedzialam ze zabierze mi je tesciowa, ze bede musiala z nia walczyc o prawo do
        jego wychowania. Tematem dziecka terroryzowala mnie od poczatku. Robila to w
        taki sposob ze sam temat mnie paralizowal. Teraz wiem, ze powinnam byla zdac
        sie na los i jakby bylo malenstwo to mialabym kogos do kochania.
        Wyprowadzilam sie bo tak oboje postanowilismy, ze moze uda sie jakos w innym
        miescie i on sie tez tam przeprowadzi. Ale to bylo klamstwo. Nie mial nigdy
        takiego zamiaru. Wrocilam dla niego, bo wiedzialam ze on nie przyjedzie.
        Poprosil zebym wrocila i albo mieszkamy gdzie on chce i jestesmy malzenstwem a
        lbo nic z tego. Wiec jaki mialam wybor? Jedyny: wybralam jego i malzenstwo.
        Rozdzielnosc to wymysl jego rodzicow, postawili na swoim (2 lata po slubie).
        Ismo radzisz zachowywac sie normalnie, jak zona. Ale to jest tak strasznie
        trudne kiedy wracam a on chodzi obok mnie jakby mnie nie bylo i pogwizduje
        sobie. Udaje ze mnie nie ma. A mieszkanie jest tylko jego ( i jego rodzicow)
        wiec ma prawo mnie z niego wyrzucic.
        Boje sie rozmowy z rodzicami. Krylam przed nimi jak jest. Wierzylam ze pokonamy
        trudnosci i po co mowic im? Zeby martwic albo nastawiac przeciw zieciowi? Nie
        chcialam tego. A teraz wlosy deba staja kiedy pomysle jak oni to przezyja.
        Zawiodlam ich na calej lini. Na dnie serca zawsze beda miec do mnie o to zal,
        nawet jesli beda mnie wspierali. I maja prawo do zalu, bo mowili nie spiesz sie
        i nie ulegaj naciskom na slub (moj maz tak bardzo chcial ze nie chcial nawet
        czekac paru miesiecy). Wiem ze truje strasznie. Dziekuje ze macie do mnie tyle
        cierpliwosci :-)
        • isma Re: Wróciłam...do Was 12.08.04, 15:26
          Mazi, a to w ogole bylo wobec tego malzenstwo?

          Jesli kwestia tego czy bedziecie rodzicami, czy nie - zalezala od zachowan osob
          trzecich, jesli kwestie finansowe byly regulowane pod naciskiem osob trzecich?
          Jesli Ty teraz myslisz o tym, co Twoi rodzice pomysla?

          Dziewczyny pisza o uniewaznieniu. Jesli rzeczywiscie, w swoim sumieniu, jestes
          przekonana, ze takie okolicznosci wystepowaly jeszcze zanim sie pobraliscie,
          jesli slub odbyl sie pod naciskiem - to jest to mocna podstawa do stwierdzenia
          niewaznosci malzenstwa. Sprobuje napisac to precyzyjnie, chociaz to moze
          zabrzmiec zle: z punktu widzenia wiary to nie jest kwestia tego, czy Ty
          bedziesz czula sie lepiej czy gorzej, albo, jakie rozwizanie bedzie dla Ciebie
          trudniejsze czy latwiejsze. To jest kwestia tego, czy laczy Was sakrament,czy
          nie...

          A co do tego, ze warto miec kogos do kochania... Moj maz mowi, ze trzeba
          najpierw nauczyc sie kochac i rozumiec siebie. Bez tego ani rusz. Jesli umiesz
          kochac sie sam, umiesz tez nie byc egoista i nie oczekiwac milosci od innych ;-
          ))). I wtedy milosc - malzenska, rodzicielska - sama przychodzi.

          Musisz wiedziec, jak jest. Nie jak bedzie "lepiej". Jak jest. Stanac w
          prawdzie, po prostu.
          • mazi27 Re: Wróciłam...do Was 13.08.04, 10:28
            Staram sie z nim porozmawiac ale jest tak zaciety i zatwardzialy ze nie ma
            szans. Nie poznaje tego czlowieka. Wczoraj zazylam 2 tabletki, sen przyszedl i
            dzis wstalam z postanowieniem ze nei bede ryczec. Jego to doprowadza do szalu.
            Wiec bylam spokojna, nic nie mowilam a kiedy sam zaczal bylam oficjalna. A on
            sie zdziwil co mi sie stalo. Rozmowa znowu miala taki sam skutek jak zawsze: on
            jest czysty i nic nie pamieta co kiedys mowil i robil, za wszystko ja
            odpowiadam. Nie wiem jak dotrzec do niego.
            Ale jestem w miare spokojna. Przyjaciolka ma mi zdobyc namiar na dobrego
            prawnika. Za tydzien jade do rodzicow, powiem co i jak. Postanowilam ze nie
            zgodze sie na rozwod a jedynie separacje. Nie wiem jeszcze jak to sie ma do
            uniewaznienia malzenstwa (dlatego prawnik). Bede sie starala choc wiem ze to
            trudne o uniewaznienie malzenstwa. On ma zadania i nie liczy sie z moimi
            uczuciami, a ja z szacunku do siebie na to nie pozwole. Przyznaje sie do moich
            bledow ale nie jestem smieciem za jakiego mnie uwaza. Tylko potrzebuje tak duzo
            sily zeby o siebie walczyc. Malzenstwo bylo wspolna decyzja. A teraz on uwaza
            ze ma 100% praw do rozwalenia tego, do zniszczenia mnie, do zrobienia
            wszystkiego po swojemu. Dzis jestem harda ale wystarczy ze wejde do mieszkania
            po poludniu i wszsytko znow runie i znow sie pograze.
            • isma Re: Wróciłam...do Was 13.08.04, 11:55
              Z punktu widzenia prawa kanonicznego nie ma znaczenia, czy zgodzisz sie na
              rozwod, czy na separacje. W ogole nie ma znaczenia nic, co zrobisz teraz. Ma
              znaczenie tylko to, co bylo PRZED slubem.
    • warna Re: Wróciłam...do Was 13.08.04, 12:58
      Oj MAZI,MAZI !!! Śledziłam Twój wątek o tesciowej założony 19 lipca. I nagle
      wątek o teściowej przerodził się w wątek o nieszczęśliwym małżeństwie. Nie
      rozumiem dlaczego tak kurczowo trzymasz się męża i chcesz uratować to
      małżeństwo. On wyraźnie Cię leceważy, poniża, odpycha, a Ty mu sie narzucasz !
      A może wasz związek jest sado-maso ? A Ty jestes masochistką i nie bardzo sobie
      to uświadamiasz ?! Rozwiedź się z nim, wywalcz jak najwięcej dla siebie
      (pisałaś, że chce ci wynająć mieszkanie- NIECH WYNAJMIE I ZAPŁACI ZA ROK Z GÓRY
      skoro taki dobry :-), chyba masz prawo do alimentów od niego (powie Ci o tym
      prawnik). Wyjedź do rodziców, oderwij się od niego i jego toksycznych
      rodziców !!! Czy Ty nie masz żadnej przyjaciółki??? Zacznij myśleć o sobie, a
      jego po prostu kopnik w d...!!! Nie daj się zgnoić, zdołować, nie pozwól mu
      znęcać się psychicznie nad sobą !!! I TYLKO NIE BŁAGAJ GO O KONTYNUACJĘ
      MAŁŻEŃSTWA !!!
      • mazi27 Re: Wróciłam...do Was 13.08.04, 16:09
        W poniedzialek ide do prawnika.
        Wiesz co jest najgorsze? Świadomosc ze nie bylam idealna zona, nie robilam 2
        daniowych obiadow codziennie (czasem szlam na latwizne), pokazywalam emocje,
        potrafilam sie wsciekac, bylam zazdrosna, mowilam mu ze ni elubie jego matki za
        to co mi robi (a nie wolno nigdy mowic mezowi zle o jego matce), chcialam zyc
        gdzie indziej tylko z nim a nie jego rodzicami, kiedy cos mnie dreczylo nawet
        nie pozwolilam mu spac tylko zadalam zeby mnie pocieszal, nie umialam sobie
        sama poradzic z samochodem, bylam niezaradna (jak on mowi "warzywko"), chcialam
        miec troche wolnosci i decydowac o tym co lubie, język nie raz mnie świerzbil i
        nieraz sie glupio przy czyms upieralam, itd. Znam swoja wine (niestety)i
        poczucie winy za to co ja zrobilam nigdy mnie nie opusci.
        • polly-jean Re: Wróciłam...do Was 13.08.04, 16:28
          Rzadko się odzywam, raczej śledzę w milczeniu te wypowiedzi, ale tym razem już
          nie wytrzymałam. Dałas sobie wyprać mózg dziewczyno. To, o czym piszesz
          powyżej, to normalne przejawy życia :) i posiadania własnej osobowości. Zrozum,
          że gdybyś nawet robiła dwudaniowe obiady, to on doczepiłby się do tego, że nie
          ma deseru ;P A gdybyś była idealną żoną, powiedziałby - byłas dla mnie za
          doskonała. Jednym słowem, wydaje mi się, że on toba manipulował, wpędzając Cię
          w poczucie winy. Pozdrawiam i przepraszam jeśli zbyt ostro się wypowiedziałam.
          • aniusia_u Re: Wróciłam...do Was 13.08.04, 16:45
            No właśnie, pranie mózgu. Czy ty przypadkiem nie boisz się, że nie poradzisz
            sobie będąc sama! wygląda na to, że mąż decydował o twoim życiu.
            Moi znajomi, zakochani, patrząc na mnie i mojego ówczesnego chłopaka mówili-
            stare małżeństwo- bo będąc w jednym pokoju nie siedzieliśmy uwieszeni na sobie
            (choć to lubimy), tylko każdy umiał zająć się czymś swoim. Może dlatego
            jesteśmy razem już prawie dziewięc lat ze sobą, w tym rok po slubie, bo każdy z
            nas jest wolnym człowiekiem, mamy swje zainteresowania, znajomych nie tylko
            wspólnych. Trzymaj się, wiem, że ci trudno-ale czas się usamodzielnić Może mąż
            to doceni!
            • mazi27 Re: Wróciłam...do Was 13.08.04, 18:05
              Tak, bardzo sie boje byc sama i tego czy sobie poradze. On zadecydowal ze mam
              pracowac w ich firmie rodzinnej (wiec przy okazji rozwodu trace prace), on
              zadecydowal ze mamy tu mieszkac (bo firma, bo jedynak i rodzicow nie moze
              samych zostawic), jak mi brakowalo pieniedzy (bo zarabialam normalnie) to
              czasem pozycyl, kupil ubranie i doplacil do czesci do samochodu, itp.
              Ale najbardziej bedzie mi brakowalo tego ze nie bede miala sie do kogo
              przytulic kiedy jest mi zle lub dobrze, usnac wtulona w cieple ramie...
              Wiem ze pora na samodzielnosc, ale sie tego strasznie boje.
              Ale wiem ze nie jestem sama. Staram sie nie mowic o tym bo ci ktorym ufam
              martwia sie, a ja nie chce ich dolowac swoimi problemami. Ale tak to jest ze
              jak ktos jest przyjacielem to cierpi z ta druga osoba. A ja nie tego nie chce.
              Przyjaciel trzyma moja strone a ja chce obiektywizmu. Wiec pisze tutaj, bo wiem
              ze moge liczyc na szczerosc i obiektywizm bo jakby nie patrzec jestescie
              bezstronne. Dziewczyny dziekuje wam wszystkim za to co piszecie, za kazde
              slowo, kazda rade i wielkie wsparcie. Żadne slowo nie bylo i nie jest zbyt
              ostre. Bardzo wam dziekuje :-)
              • annb Re: Wróciłam...do Was 13.08.04, 19:09
                wybacz szczerość ale jesteś jak pies alkoholika,
                pomimo tego że alkoholik psem pomiata, jak sięzapije nie da mu jeśc, kopnie go
                i udzerzy, pies nie odejdzie bo czeka na chwile kiedy pan jest czuły i
                pogłaszcze po głowie
                facet tobą pomiata, nie dorósł do małżeństwa skoro mamusia była ważniejsza niż
                ty, twoje zdanie nic nie znaczy
                nie wiem...mózg wyprany jak nic
                tobie by się przydała dobra psychoterapia abyś uwierzyła że należy ci się
                szacunek, że dasz sobie radę, że bez niego też będziesz żyć. że osiągniesz
                sukces....bo niby czemu nie?
        • aphoper1 Re: Wróciłam...do Was 13.08.04, 19:59
          Mazi - witaj!

          Przerazilo mnie to, za co masz poczucie uiny. Przez dluzsza chwile zastanawialam
          sie, czy to nie gorzki zart, wolalabym, zeby tak bylo.
          Jesli tylko tyle masz sobie do zarzucenia, to z przykroscia musze stwierdzic -
          Maz, ktory wmowil Ci, ze to sa rzeczy zle, skrzywdzil Cie bardzo.
          To sa rzeczy normalne - z kim mialas byc szczera, jak nie z nim, czego mialas
          pragnac, jak nie szczescia...
          • mazi27 Re: Wróciłam...do Was 13.08.04, 22:12
            A jesli ten pies alkoholika tez gryzl swojego pana nawet bez powodu?

            2 godziny temu kolejna proba spokojnej rozmowy. Znowu fiasko. Nie bede juz
            probowac, bo za kazdym razem sie ponizam. I dostaje kopa prosto w serce. Moze
            kiedys sie zastanowi a moze nie, zycze mu szczescia. Jest smutny i pojawily sie
            lzy kiedy mowil ze chcialby kiedys byc szczesliwy. Bedzie jesli zmieni wiele w
            sobie, odetnie pepowine i zrozumie ze kazdy jest inny. Bo on uwaza ze to
            niezgodnsc charakterow byla przyczyna naszego upadku. Dla mnie to bzdura, bo
            juz sam fakt ze jestemsy 2 roznymi plciami czyni nas odmiennymi. A cala reszta,
            wlasne upodobania, gusty, uczucia - on po prostu chcial zebym byla identyczna
            jak on. Moze kogos takiego znajdzie.
            Wlasnie wrocil do mieszkania i nie wiem co bedzie
              • morphea1 Re: Wróciłam...do Was 13.08.04, 22:43
                Słonko, przecież Ty kiedys byłaś inna, prawda? Nie- zdominowana, wystraszona,
                niepewna ...
                Ja kiedys też znalazłam sie w takim toksycznym związku- jak bardzo był
                toksyczny uświadomiłam sobie jak sie rozstaliśmy... Czułam się nic nie warta,
                bez niego nikomu niepotrzebna, z podciętymi ,wręcz połamanymi skrzydłami i bez
                pomysłu ze można żyć bez niego... Sięgnęlam dna...I dobrze, bo musiałam sie z
                niego sama odbic, trwało to trochę ale jestem o wiele silniejsza...Co nas nie
                zabije to nas wzmocni...
                Obiecałam sobie ze bede sama, musze sobie to wszystko poukladac, wmocnic siebie
                i wsluchac sie jaka ja jestem naprawdę, wszystko odbudowac... Nie czekałam na
                milosc...a przyszla tak nieoczekiwanie...I czasem mysle ze gdyby nie tamten
                zwiazek to moze nie potrafilabym docenic tego co mam teraz...
                Glowa do góry- idź do rodziców , powiedz jak jest, niech murem stana po Twojej
                stronie, potrzebujesz naprawde przyjaciół..bo ciężko jest i jeszcze będzie!
                I trzymaj się-ja jestem z Tobą...
                Pokaż jaka jesteś mocna!
              • aphoper1 Re: Wróciłam...do Was 14.08.04, 09:52
                Mazi,

                > W czasie kłótni rzucilam obraczka...... Nie da sie tego w zaden sposob
                > wytlumaczyc, usprawiedliwic i wybaczyc....

                Co Ty mowisz... Uwazasz, ze w ogole jest cos takiego, czego sie nie da wybaczyc,
                jak sie kogos kocha? To Ty sama nie umiesz wybaczyc sobie,ze nie jestes aniolem.
                A malzenstwo jest sakramentem dla ludzi, nie dla aniolow.
                ludzie charakteryzuja sie duza chwiejnoscia emocjonalna. Ja bardzo czesto w
                histerii mowie rzeczy, ktorych mowic nie powinnam. Ktorych bardzo zaluje potem i
                ktore okrutnie bola mojego Meza. Ale zawsze mi wybacza. Bo o to chyba chodzi w
                byciu razem, zeby kochac drugiego, jakim jest. Mnie tez Maz wiele razy zranil,
                chociazby swoimi krytycnzymi uwagami na moj temat. ale przeciez jestesmy ludzmi
                i uczymy sie kochac.
                Bardzo sie martwie o Ciebie, o to, co o sobie sadzisz.
                Pislas, ze jestes chrzescijanka. Pomysl, o co chodzi w tej rligii. Nie o to,
                zeby byc doskonalym czy unikac grzechu, ale zeby kochac - zeby pozwolic Bogu, by
                nas kochal i przyjmowac Jego przebaczenie. "Nie z uczynkow, aby sie nikt nie
                chlubil".

                Trzymaj sie i wybacz moje przemadrzanie sie.
    • karo_lina79 Re: Wróciłam...do Was 14.08.04, 13:02
      Przeczytała wszystkie posty i dziewczyny mają rację:
      dałaś zrobić z siebie kukiełkę.
      Moim zdaniem zamiast rozmawiać z tym skur***, spakuj rzeczy, gdy on będzie poza
      domem i wyjedź do rodziców albo przyjaciółki (tej, która ma Ci pomóc w
      znalezieniu prawnika).
      Po prostu się wyprowadź i RAZ ZRÓB COŚ, CZEGO ON CI NIE KAZAŁ.
      Wykaż własną wolę, przecież już niedługo on nie będzie Cie dalej prowadził za
      rączkę!
      Nie Ty jedna kończysz małżeństwo, nie martw się.
      Wierzę w Ciebie, jak my wszystkie tutaj.
      Może Twoja samodzielna wyprowadzka da mu do myślenia?
      Trzyamam kciuki i powodzenia!
        • verdana Re: Wróciłam...do Was 14.08.04, 15:49
          Czy masz faktycznie poczucie winy, czy też piszac, jakie błędy popełniłaś w
          małżeństwie wymieniasz tylko to, co zdaniem ogółu winą nie jest i sprowadzasz
          rzecz do absurdu? Bo za przyczynę rozpadu zwiazku uwazać nie gotowanie dwóch
          dań czy rzucenie obraczką jest albo pozą albo skrajna naiwnoscią. To nie jest
          przyczyna rozwodu. Nigdy. Przyczyny są znacznie głebsze. I nad nimi trzeba się
          zastanowić.
          Niepokoi mnie też postawa, ze "nie dasz" mu rozwodu. Dlaczego? Dzieci nie
          macie. On nie chce z Tobą być. Rozumiem, ze chcesz utrudnić mu za wszelką cenę
          życie, ale to jakoś nie zgadza mi się z lansowaną przez Ciebie wizją samej
          siebie jako "sterroryzowanej żony psychopaty". Przecież to co robisz -
          utrudnianie rozwodu, wyprowadzka, samodzielny wybór prawnika nie ma nic
          wspólnego z wizerunkiem potulnej i zastraszonej żony, za jaka chcesz uchodzić.
          • mazi27 Re: Wróciłam...do Was 14.08.04, 16:59
            Przyczyn bylo wiecej,czasem z drobnostki rosl potwor. Ja tesknilam za swoi
            stronami i mowilam o tym. Chcialam zeby on ograniczyl troche uzaleznienei od
            swoich rodzicow tym bardziej ze mieszkalismy najpierw pietro pod nimi (tesciowa
            kupila mieszkanie). Nie lubilam spdzac czasu u jakis cioc na pogawedkach i
            bronilam sie przed tym. Nie bylam potulna, cicha tylko szczekalam nie raz. Na
            poczatku malzenstwa on naciskal na dziecko a ja nie bylam gotowa, chcialam
            pracowac, oswoic sie i po jakis 3 latach. A jak juz dojrzalam to on nie chcial,
            bo jak mowi juz wtedy myslal o rozwodzie powoli. I tak dlugo wytrzymal. Jesli z
            moich postow wynika ze robie z siebie sterroryzowana zone to chyba nieswadomie,
            bo terroryzowalilismy sie wzajemnie. Tyle ze ja zapominalam o tym co zle, a on
            zapisywal w pamieci. Macie racje, oboje pracowalismy na to co sie stalo.
            Nie chce utrudniac rozwodu tak po prostu, ale dopoki ja sama nie wycisze sie
            nie jestem gotowa do tego. Potrzebuje sil. Mysle ze czas mi pomoze.On z ta
            decyzja Wtedy moge spokojnie tego sie podjac. Teraz wyraze zgode na separacje.
            Wyprowadzka jest trudna, bo dlugo tu mieszkalam. Wlozylam serce w urzadzenie
            mieszkania. To nie jest latwe. A z prawnikiem musze porozmawiac zeby wiedziec
            na czym stoje i co mnie czeka, i trudno isc do kogokolwiek.
            Czasem mysle ze to zly sen i obudze sie za chwile. Chcialabym tylko nie czuc
            tego ciezaru, glazu ktory mnie przywalil. Musze jakos wziac sie w garsc. Tylko
            najpierw musze uporzadkowac mysli. Dziekuje Wam
            • karo_lina79 To dobry pomysł... 14.08.04, 21:58
              ...że chcesz się wyciszyć.
              Zastanawiam się, czy faktycznie nie byłaś bez winy, czy też jak napisałam
              wcześniej, zostałaś przerobiona na kukiełkę i dlatego obwiniasz się.
              Uważam, że krzyk i awantura nie są złe. Oczywiście w odpowiednich proporcjach.
              Nie wiem, jak wyglądały u Was te proporcje i coraz trudniej wyciągać mi jakieś
              wnioski o tej sytuacji.
              Po prostu trudno napisać coś poza banalnym "nie martw się, będzie ok".
              To chyba dobrze, że nie uważasz się za święta, ale Twój mężulek to niezłe
              ziółko - przemyśliwać o rozwodzie już po trzech latach małżeństwa może tylko
              drań albo kompletnie nieczuły facet. A on taki mi się wydaje - jedynak
              zdominowany przez mamusię.
              Szkoda, że nie zrezygnowałaś z małżeństwa, gdy on proponował ultimatum (pisałaś
              cos takiego, że naciskał na zamieszkanie w jego mieście albo rozstanie). Jeśli
              ktoś kocha, to jest skłonny iść na kompromis, przynajmniej ja mam taką wizję
              związku.
              Wydaje mi się, że jesteście kolejnym przykładem związku rozwalonego przez
              kochaną teściową.
              Jest mi przykro, że tak wyszło. Nadal uważam, że powinnaś się SAMODZIELNIE
              spakować i wynieść, właśnie pod jego nieobecność.
              Może coś do niego dotrze, chociaż ja bym już wrócić nie chciała.
              Zresztą, jak to się łatwo pisze, a w praktyce każda z nas zachowałaby sie
              pewnie w sposób nieprzewidywalny i trudny do zaakceptowania w normalnej
              sytuacji.
              Pozdrawiam i nadal trzymam kciuki!
              Karolina
    • warna Re: Wróciłam...do Was 18.08.04, 10:46
      Jak przebiegło spotkanie u prawnika? Miałaś się z nim spotkać w poniedziałek 16-
      go sierpnia. Czy coś ustaliłaś? Czy poinformował Cię, co dla Ciebie najlepsze w
      tej sytuacji?
      • mazi27 Prawnik 18.08.04, 11:04
        Witajcie, z prawnikiem sytuacja sie skomplikowala. Z pania mecenas od prawa
        konicznego spotykam sie dzisiaj. Ale poniewaz sprawe prowadzi sie na 2 fronty,
        wiec musze sie spotkac z prawnikiem "cywilnym". I tu mam problem, bo kobieta
        wyjechala na urlop, do drugiej mam zly namiar i poki co stoje w martwym
        punkcie. Nie wiem czy isc do jakiegokolwiek prawnika od tych spraw. Wydaje mi
        sie prawnik prawnikowi nie rowny, a nie mam tu znajomosci zeby sie dowiedziec
        do kogo warto isc. Do prawnika od spraw koscielnych ide bo to osoba polecona
        przez moja przyjaciolke. Dowiem sie przynajmniej czy sa jakies szanse na
        uniewaznienie koscielne.... Moze to Was dziwic czemu na tym akurat tak mi
        zalezy. Jestem wierzaca i praktykujaca. Jesli w zyciu bede miala odrobine
        szczescia i spotkam kogos to chcialabym normalnie wyjsc za maz i moc
        przystepowac do sakramentow. Chociaz wiem ze to malzenstwo nawet mimo
        uniewaznienia bylo i nie da sie go wykasowac jak z pamieci komputera. A tym
        bardziej z serca. Obawiam sie tego spotkania. Caly czas mysle skad wziac namiar
        na prawnika "cywilnego". Czuje sie coraz gorzej nie wiedzac co mnie czeka i jak
        postapic dalej.
        Bylam w sobote zrealizowac kupon w pizzerii. Weszlam do lokalu i
        uslyszalam "nasza" piosenke, nasz pierwszy taniec slubny. Nie dalam rady. Nie
        slucham radia, bo niektore piosenki mnie dobijaja. Unikam ludzi bo nie chce mi
        sie nic.
        Zorientowalam sie w cenach najmu mieszkan. Jak ja znajde prace ktora mi pozwoli
        na zycie i wynajecie czegos? Za 600 zl?
        Chyba jeszcze do mnie to nie dotarlo tak do konca.....
        • karo_lina79 Re: Prawnik 18.08.04, 15:05
          Dobrze, że w końcu się odezwałaś.
          Prawnika lepiej mieć lepszego, więc może się kogos poradź? Może ta
          prawnik "kanoniczna" zna kogoś "cywilnego"?
          Co postanowiłaś w sprawie miejsca zamieszkania? Mam na myśli powrót w rodzinne
          strony lub pozostanie w mieście męża.
          Czy rodzice nie mogliby Ci pomóc?
          Z praca faktycznie może byc problem - jakie dostaniesz refenrencje w firmie
          męża? Czy teścióweczka czasem nie będzie się dalej wyżywać..? Może w tej
          sprawie idź do teścia, jeśli jeszcze Ci sprzyja.
          Czekam (i chyba nie tylko ja) na dalsza relację.
          Powodzenia.
          • mazi27 Re: Prawnik 18.08.04, 22:31
            Myslalam ze nikogo juz nie obchodzi moja sprawa :-(
            Dzwonilam znowu do prawnikow ale z 3 podanych wszsycy na urlopie i musze
            czekac do konca sierpnia.
            Bylam na spotkaniu z prawniczka od prawa kanonicznego (za 2 godz. rozmowy
            zaplacilam 150 zl)! Szok. To co bedzie dalej? Ale doradzila mi sporo i
            podniosla na duchu. Po pierwsze powiedziala ze owszem moj maz moze zadac
            rozwodu i sad moze go orzec bez problemu bo nie mamy dzieci, mamy
            rozdzielnosc i on mnie nie kocha. Ale poniewaz nie nastapil trwaly rozklad
            pozycia - bo nadal mieszkamy razem, o swojej decyzji powiedzial niedawno
            wiec sa duze szanse ze sad przychyli sie do mojego wniosku i da nam tylko
            na razie separacje (bo ja ze wzgledu na religie, moje uczucia i stan
            psychiczny). No ale przez 2 godziny czulam sie jak na spowiedzi. Mowilam o
            swoich winach i zalach i wiecie co powiedziala? Ze wedlug niej sa 2 silne
            paragrafy prawa kanonicznego do uniewaznienia naszego malzenstwa (pamietam
            jedno: chodzi o to ze on nie dojrzal do malzenstwa bo nie odcial
            pepowiny. Ta zaleznosc od rodzicow to podstawowy argument). Jesli jest
            cien szansy to warto probowac. JA sie tak balam ze kiedy jej to powiem to
            ona powie ze nie ma podstaw. Bo czesto juz nie ma szans na poczatku i
            nawet sie nie sklada wniosku. Ta kobieta powiedziala mi ze
            ona widzi ze ja probuje za wszelka cene ratowac to malzenstwo, ale
            powinnam sie zastanowic czy warto, czy chce zyc w takim zwiazku kolejne 30
            lat? Czy dam z tym rade? Ona chcialaby zeby wszsytko sie ulozylo i zeby
            moj maz zechcial zawalczyc i ratowac ale powiedziala ze powinnam myslec tez
            o sobie. Ze mam wszystkie mysli z poczuciem winy ignorowac bo sie wykoncze
            i myslec o przyszlosci. I rozne takie rzeczy. Na koniec rozmowy czulam
            ulge :-) Mysle ze musze we Wrocku znalezc jakas grupe wsparcia lub cos
            takeigo (bo psycholog nie wchodzi w gre ze wzgledu na finasne), bo moze mi to
            pomoze. W takich grupach wszsyscy maja cierpliwosc sluchac na okraglo zali
            i smutkow, a ja nie bede ani wam trula ani siebie moze tak zadreczala. Po
            prostu wiem ze sama sobie z tym nie poradze.
            Jeszcze na wszelki sprobuje zorientowac sie w kurii czy nie maja takiej
            kancelarii do polecenia i nie zaszkodzi pogadac w innym miejscu, zeby miec
            pewnosc, no nie?
            Serce boli jak nie wiem (fizycznie) ale przynajmniej teraz czuje sie troszke
            spokojniejsza, do jutra (bo od rana zaczne sie zadreczac) ale to zawsze cos.
            Dzieki Dziewczyny :-)
            • jkatnik Re: Prawnik 19.08.04, 08:13
              Ja też codziennie sprawdzam czy coś napisałaś. Bardzo się przejęłam Twoją
              historią. A we Wrocławiu mam do polecenia dobrą panią psycholog (sprawdzona -
              kiedyś do niej chodziłam), która przyjmuje za darmo w poradni.
              Planuję napisać dzisiaj do Ciebie maila, to Ci wyślę namiary.
              Pozdrawiam
              Asia
            • annb witaj 19.08.04, 08:13
              czekałam na to co ci powie specjalista od prawa kanonicznego
              bo ja na poczatku jak przeczytałam twoją historię to pomyslałam-niedojrzałość i
              nadmierne przywiązanie do matki
              a przecież w Pismie jest napisane-opuści ojca swego i matkę i zamieszka z zoną
              i staną się jak jedno

              • mazi27 Re: witaj 19.08.04, 08:41
                :-) To moj pierwszy usmiech od paru tygodni (taki poprostu). Bede pisala, ale
                jesli was zamecze to powiedzcie, bo czasem jestem jak rzep. Przyczepie sie do
                tematu albo osoby i zameczam. Np. moj maz od ktorego sie nie chce odczepic.
                Jesli macie ochote i czas to ja czekam na wszsytko co napiszecie, to dodaje mi
                odwagi. Asiu, brdzo tez prosze o namiar do psychologa. Jesli jestes z Wroclawia
                to moze orientujesz sie tez w jakis osrodkach czy grupach wsparcia? Cokolwiek.
                Mam nadzieje ze ta pani psycholog bedzie ok, ale gdyby nie mogla lub cos.
                Dzis moj maz sie do mnie po prostu rano dobieral, bo "twoje piersi sa z......".
                Podejscie jak do przedmiotu lub kobiety z agencji. Odpowiedzi na to zadnej nie
                mial. Zapytal tez kiedy sie wyprowadzam (wreszcie).
                Caly czas mysle o tym co powiedziala ta prawniczka. On mi zarzuca niedojrzalosc
                i zbytnie przywiazanie do rodzicow, ja to mowie o nim. A moze faktycznie oboje
                bylismy niedojrzali i zbyt przywiazani? Ale znam malzenstwa miekszjace 2 kroki
                od rodzicow, zwiazane finansowo i normalnie funkcjonuja. I zastanawialam sie
                jak to mozliwe. Jasne. Oni sa fizycznie blisko, ale zyja wlasnym malzenskim
                zyciem i nikt nikomu nie odebral syna czy corki, nie ma rywalizacji o uczucia.
                Nadal nie wlaczam radia.....
                • anusia29 Re: witaj 19.08.04, 09:21
                  Wiesz co? On jest jakiś nienormalny!!!! Z jdnej strony pyta się "kiedy się
                  wyprowadzasz?" Chce rozwodu i w tym samym czasie się do Ciebie dobiera!!!! No
                  świr, po prostu. Uciekaj od niego jak najdalej!!
                  • annb nie anusiu 19.08.04, 09:24
                    on nie jest nienormalny
                    mężczyzni potrafia oddzielić seks od miłości, potrafią przejść nad kłotnią do
                    porzadku i dziwią się że żona nie chce iśc z nimi do łóżka
                    to "najnormalniejsze" męskie zachowanie
                    na szczęście niektórzy jeszcze myslą głową a nie tylko.....
                    bez urazy, ale jesli chce seksu to niech da coś w zamian..np szacunek
                • isma Re: witaj 19.08.04, 09:49
                  Oczywiscie ze tak, z ta obopolna niedojrzaloscia. Mnie zastanowilo, kiedy
                  napisalas "co moi rodzice powiedza"... Dziecka tez nie chcieliscie miec nie
                  tylko w zwiazku z Waszymi planami, ale i ewentualnymi zapedami tesciow...

                  Wiesz, ja mysle, ze to nie jest kwestia trwajacej po slubie finansowej czy
                  fizycznej zaleznosci od rodzicow. Problem zaczyna sie, kiedy "odciecie
                  pepowiny" nastepuje dopiero przy okazji malzenstwa - wtedy to w dodatku wyzwala
                  u tesciow taki mechanizm podejrzewania synowej czy ziecia o wplywa na
                  oslabienie kontaktow z ich ukochanym dzieckiem.
                  A tymczasem to odciecie pepowiny powinno nastapic po prostu wczesniej, nie z
                  okazji slubu, tylko po prostu - wraz z dojrzewaniem czlowieka jako osoby.
                  Znalezieniem pracy, skonczeniem szkoly czy studiow, zamieszkaniem osobno itp.
                  itd. Oczywiscie, w polskich warunkach to jest czasem praktycznie utrudnione,
                  ale mentalnie mozliwe.

                  I wtedy slub, a potem dziecko, sa indywidualna, dojrzala decyzja, nie
                  podlegajaca naciskom osob trzecich.

                  No, ale mleko sie wylalo. Mysle, ze nie jest wykluczone stwierdzenie
                  niewaznosci Twojego malzenstwa przez sad kanoniczny, z tym, ze to trwa - nastaw
                  sie na procedure moze nie tak przykra, jak w sadzie cywilnym, ale przebiegajaca
                  w duzej mierze "za atlasowa kurtyna", dla stron sprowadzajaca sie wlasciwie
                  tylko do zlozenia zeznan i czekania na orzeczenie. Ale jeszcze raz powtorze:
                  jesli wazna dla Ciebie jest wiara, to przede wszystkim Ty musisz byc
                  przekonana, ze to malzenstwo zawarlas niewaznie, ze go nie bylo.

                  I, cokolwiek nastapi, uczyc sie to przyjmowac. Mysle, ze bedzie dobrze.
                  powodzenia!
            • karo_lina79 Re: Prawnik 19.08.04, 22:09
              Oj, Mazi, przeciez my tu jestesmy jak grupa wsparcia:)
              Widzisz, wszystkie czekamy na wiadomosc od Ciebie i trzymamy za Ciebie kciuki i
              jest nam naprawde przykro.
              Pisz, jak tylko masz ochote!
    • orvokki Re: Wróciłam...do Was 19.08.04, 09:25
      Hej,

      Tak sobie czytam Twoją historię i składam ją z różnych kawałków, z różnych
      wypowiedzi na forach... Dużo było w Waszym związku niedobrych rzeczy, jakiegoś
      takiego nieliczenia się z Twoimi potrzebami ze strony męża. Bardzo obwiniasz
      siebie, ale te Twoje przewinienia to w gruncie rzeczy drobiazgi, już ktoś
      pisał, że prawdziwe przyczyny musiały byc dużo poważniejsze. Widocznie zbyt
      dużo było tych niedobrych rzeczy, żeby dało się to naprawiać. Może musi tak
      być, że wszystko pójdzie całkiem w gruzy, żebyś potem mogła coś dobrego
      zbudować. Teraz musisz przejść "ciemną doliną", ale kiedyś znów wyjdziesz na
      słońce.
      • mazi27 Re: Wróciłam...do Was 19.08.04, 10:30
        Chcialabym miec jeszcze kiedys dziecko/dzieci. ALe czas, zegar biologiczny i
        moje dawne problemy kobiece (kilka lat leczylam zapalenia). Tego sie bardzo
        boje, ale z drugiej strony sa dzieci porzucone i nie kochane...
    • aleksandrynka Re: Wróciłam...do Was 19.08.04, 10:35
      Witam Mazi!
      Przeczytałam wszystko... No trafia mnie i już!
      Ale wiesz, co w tym wszystkim mi się podoba? To, że chcesz znaleźć grupę
      wsparcia, że zaczynasz mysleć o sobie, swoim zdrowiu i dobrym samopoczuciu, że
      szukasz nowych dróg. To bardzo ważne, nie przestawaj, wspieram Cię na odległość.
      A co do rozwodu: jeśli dobrze zrozumiałam pracowałaś w rodzinnej firmie męża,
      podporządkowałaś swoje życie jego wygodzie i wymaganiom... Myślę, że
      powinniście orzekać o winie - oczywiście o jego winie, za rozpad związku. To on
      chce rozwodu, nie Ty, to on grał nieuczciwie, to on siedzi w kieszonce mamusi.
      jest mu baaaaardzo wygodnie zwalając całą winę na Ciebie, ale niestety, tu sie
      przyjemniaczek pomylił. Obstawaj za orzekaniem o jego winie i nie daj się. I
      tak się pewnie okaże, że wasz wspólny dorobek to też jego zasługa, zrobi z
      Ciebie histeryczkę a mamusia zawtóruje... Pamiętaj, że jeśli wygrasz taką
      sprawę masz prawo do alimentów od niego do czasu, aż znowu nie wyjdziesz za
      mąż. Choziaż tyle możesz od niego wyciągnąć za kilka zmarnowanych lat. Tak,
      zmarnowanych, mimo, że były pewnie i dobre chwile. Ale to Ty inwestowałaś
      emocjonalnie w ten związek, dużo czasu i dobrych chęci zostały tak po prostu
      unieważnione, ba, on ma czelność o wszystko obwiniać Ciebie! Myślisz, że
      rzucenie obrączką to dostateczny powód żeby odpowiadać za rozkład związku? Oj,
      zagalopowałaś się. To tylko taki gest, zobacz, co on robi - nie rzuca obrączką,
      on całą Wasza przeszłość jednym gestem wrzuca w szambo...
      A co do dzieci - ciesz się, że ich nie macie. I nie pisz, że miałabyś kogo
      kochać, bo to nie fair. Zdajesz sobie sprawę, jaką krzywdą byłoby dla maleństwa
      rozstanie rodziców?
      Trzymam kciuki, jestes bardzo dzielna, na prawdę. Cieszę się, że się nie
      poddajesz, że próbujesz walczyć o swoją godność. To najlepsza droga.
      • mazi27 Re: Wróciłam...do Was 19.08.04, 12:39
        Czasem trudno przekazac dokladnie to co sie mysli i to co napisze nie chce zeby
        bylo odebrane jako, hmmm nie wiem..... podlizywanie i oczekiwanie na wiecej
        takich laskawych dle mnie slow.
        Po prostu to ze teraz tak zaczynam do tego podchodzic (nie wiem na jak dlugo)to
        dzieki ludziom- siostrze, Wam wszystkim z tego forum, przyjaciolce. Moze kiedy
        powiem o tym innym beda jeszcze inne osoby mi sprzyjajace. Ale wiem tez ze bede
        osoby ktore beda sie cieszyly z tego, odrzuca mnie. WIem o tym. Ale
        najwazniejsi sa ci ktorzy podaja reke i pomagaja sie podniesc. Czuje to
        wsparcie i daje mi sily. Moja mama mowila mi zawsze ze w malzenstwie
        najwazniejsza jest przyjazn. Milosc troche blednie a po 30 latach nie ma żaru.
        Wtedy najwazniejsza jest prawdziwa przyjazn (wsparcie, szacunek, poleganie na
        sobie, opieka, zrozumienie a miedzy mna i moim mezem tej przyjazni chyba nie
        bylo. Bylo co innego, tez cennego. Ale skoro wielu rzeczy nie moglam mu
        powiedziec to znaczy ze nie byl przyajcielem. Bo by nie zrozumial. Boli mnie to
        ze w sprawach pozornie blahych nie moglam na niego liczyc (naprawa samochodu, z
        laska jechal do apteki kiedy wylam z bolu brzucha, jedz sama i zrob sama), bo
        on byl samodzielny i skoro on sam sobie radzil to ja tez powinnam. I powinnam
        byc przebojowa jak jego mama, ktora potrafi wszystko zalatwic.
        Przyjelam taktyke, ze zamiast ogladac zdjecia, przypominac sobie piekne chwile,
        wspomnienia ktore mnie dobijaja, kiedy tylko sie pojawia myslec natychmiast o
        czyms prozaicznym jak pranie, zakupy albo miec w glowie kontre i przywolac
        wspomnienie czegos przykrego. Na razie dziala.
        Prawo do alimentow o ile wiem bede miala jesli nie bedzie orzeczenia wylacznie
        o mojej winie. A on chce bez orzekania. Udowadnianie winy przciagnie cala
        sprawe. Na razie nie jestem na to gotowa. Chyba rozwod cywilny chcialabym jakos
        w miare spokojnie przejsc. A poki co bede wnioskowac o separacje. Musze z nim
        porozmawiac o tym ,boje sie ale musze. Moze zgodzi sie na poczatek na
        separacje, z szacunku do mojego zdrowia psychicznego. Nie wiem.

        • mazi27 Re: Wróciłam...do Was 19.08.04, 22:28
          Moja Droga Grupo Wsparcia :-)
          Jutro po pracy od razu wyjezdzam do rodzicow. Boje sie tej rozmowy strasznie.
          Glupia bylam ze im nie mowilam jak jest. Klamalam dla dobra wyzszego i po co?
          Najgorsza szczerosc zawsze jest lepsza od udawania, ze jest ok. Moze
          poweidzieliby ze mi jakos pomoga i mam sobie dac z tym spokoj, nie wiem. Ide
          wypic ziola na sen.
          Dzis wrocilam z pracy, zrobilam obiad, pranie i nawet nie uslyszalam dziekuje.
          Tylko kiedy zwrocilam uwage zeby nie rozrzucal ubran to uslyszalam ze niedlugo
          to sie wreszcie skonczy.... On przynajmniej da komus prace, bo bez pani do
          opieki nie poradzi sobie (nawet skarpetek nie umie wyprac i zrobic jajecznicy).
          Na dzis wystrczy tych moich smutkow, pa
          • aphoper1 Re: Wróciłam...do Was 20.08.04, 08:59
            Droga Mazi!

            Powodzenia u Rodzicow, mam nadzieje, ze tam odpoczniesz. Zwykle boimy sie ich
            zasmucac, ale masz racje, ze prawda jest lepsza. pozwol im Cie kochac, taka jaka
            jestes, z problemami.
            Trzymaj sie!:)
            • annb Re: Wróciłam...do Was 20.08.04, 10:37
              anusia29 napisała:

              > Może wyglądam na buntownika ;-) ale Ty mu jeszcze obiad i pranie robisz????
              > Więcje szacunku dla samej siebie. I powodzenia, bo trzymam za Ciebie kciuki
              > A

              dokładnie
              odseparować od łoża stołu
              prac niech mu mamunia pierze i prasuje
    • kanteczek Re: Wróciłam...do Was 20.08.04, 11:08
      Po pierwsze to piszesz bardzo chaotycznie i trudno cokolwiek wywnioskować z
      tego co napisałaś. Po pierwsze to powinnaś wiedzieć że Ty i Twój mąż stanowicie
      jedno ("opuści matkę i ojca swego i będą stanowić jedno") to jest podstawa.
      Musisz na chwilę zapomnieć o swoich rodzicach podczas rozmowy z nim i starać
      się uratować to co zniszczyliście. Najlepiej napisz list, długi (tylko nie tak
      chaotycznie jak ten na forum). Napisz co Cię boli i jakie Ty błędy popełniłaś a
      chciałabyś zeby o tym zapomniał, co mogłoby uratować wasz związek sprawić
      byście znowu mogli żyć jak małżeństwo. Wszystko czego nie możecie sobie
      powiedzieć w oczy bo się kłócicie. Jak napiszesz list każde z Was będzie mogło
      na spokojnie przemyśleć to co czuje druga osoba i zastanowić się co z tym
      zrobić. Potem pomódl się do św Tadeusza Judy - On jest patronem od spraw bardzo
      trudnych i beznadziejnych, jeśli będziesz szczerze się modliła i prosiła o
      pomoc to na pewno CIę wysłucha. powodzenia!
      • isma Re: Ekhm, ekhm... 20.08.04, 11:30
        Kanteczku,
        to, czy Mazi i jej maz stanowia jedno, to wlasnie sie okaze, w procesie
        kanonicznym. Z tego, co Mazi pisze, to nie ma takiej pewnosci, ze ich
        sakramentalne malzenstwo rzeczywiscie zaistnialo - niezaleznie od tego, ze sie
        uroczystosc w kosciele odbyla ;-))). A wtedy to raczej utrzymywanie
        tej "jednosci" nie ma sensu.

        Po drugie, jak by to powiedziec, Bog (a nie sw. Tadeusz Juda, bo to do Boga sie
        modlimy, co najwyzej za wstawiennictwem swietych) Mazi na zyczenie meza nie
        zwroci i zwiazku nie uzdrowi. Miedzy innymi dlatego, ze maz Mazi tez zostal
        przez tegoz Boga wolna wola obdarzony, i jak sam nie zechce, to sie nie zmieni.

        Bog moze Mazi dac sile do pokonywania przeciwnosci, ktore ja spotkaly, to na
        pewno. I w tej sprawie ja mam karteczke z imieniem Mazi w brewiarzu ;-))).
    • kanteczek Re: Wróciłam...do Was 20.08.04, 11:38
      Słuchaj to jest dla mnie oczywiste że modlimy się do Boga za wstawiennictwem
      świętych, nawet mi przez myśl nie przeszło że może ktoś myśleć inaczej.
      Nie wiem czy wierzysz w to ale dla Pana Boga nie ma rzeczy niemożliwych i to że
      jej mąż ma wolną wole nie znaczy że pan Bóg nie może nic z tym zrobić....
      bardzo możliwe że jesli będą do tego podstawy to będzie mogła unieważnić w
      Kościele to małżeństwo ale to nie jest takie proste.
      • mazi27 Re: Wróciłam...do Was 20.08.04, 13:33
        Dziewczyny,jesli pisze chaotycznie to dlatego ze mam taki chaos w glowie. Moze
        z czasem spokojniej bede umiala do tego podejsc i rzeczowo pisac.
        Modle sie ile sil i czuje ze modlitwy (nie tylko moje:-)dodaja mi sil. Do św.
        Judy o wsparcie tez sie modle. A wiem ze moj maz ma wolna wole od Boga. Bog
        nikogo nie zmusi do kochania kogos innego. Moze go inaczej "capnać": zmienic
        nastawienie, jakos natchnac i rozjasnic umysl. Ale do kochania nie zmusi i ja o
        to nie prosze. Prosze o taka pomoc dla nas, jaka bedzie wedlug Boga najlepsza.
        Czasem czlowiekowi wydaje sie ze to co sie dzieje przybiera zly obrot i zada od
        Boga czego odwrotnego, po naszej mysli. Ale moze to jest tak jakbysmy okreslali
        nasze pragnienia stojac na ziemi, a Bog jest na gorze i widzi dalej. Przeciez
        kiedy wejde na drzewo zobacze wiecej niz z ziemi. Wierze w Boga i powierzam mu
        siebie i meza. Bo modle sie za niego tez.Jako czlowiek zawsze bedzie dla mnie
        wazny nawet jesli przestane zywic inne uczucia.
        Kanteczku Ty mi dajesz rady takie jak na poczatku moja siostra, ona po prostu
        nie mogla uwierzyc w to ze on to wszystko tak latwo porzuca. Ale i do niej
        dotarla okrutna prawda. Ze nie wspomne o mnie. Ja jeszcze mam chwile kiedy
        mysle ze to sen, ale powoli zaczyna docierac. Najgorsza byla niedziela kiedy to
        powiedzial, nie czulam sie niegdy tak strasznie, nigdy. Chcialam usnac i juz
        sie nigdy nie obudzic.
        A moje proby? Listy, rozmowy? Bylo przez te lata wiele. Namowy na jakies
        terapie, psychologow. Udalo sie go namowic na "dialogi malzenskie" ale podszedl
        do tego chyba bez glebszego analizowania po co. Ksiazki i ksiazeczki, wyznania
        na karteczkach i w emailach. Jestem cholernie romantyczna, wiec czesto
        przygotowywalam takie niespodzianki. Nic z tego. A teraz rozmow juz nie ma, bo
        on przy kazdej probie zaczyna mi mowic ze on chce kogos innego, i szkoda czasu
        na gadanie co dla niego nie istnieje. Napisalam mu na pielgrzymce taki krotki
        liscik i kiedy przedwczoraj przyszedl wieczorem wycedzil ze dziekuje za
        przesylke. Nie ma szans na nic juz. Dlatego ze on tego nie chce.
        A rodzice. Oni byli calym sercem za naszym mazlenstwem. Trudno tak po prostu
        odlozyc na bok myslenie o rodzicach w tej sytuacji skoro to dotyczy ich córki.
        Wiem ze to przezyja i martwi mnie to ze ze ja staje sie przyczyna ich zmartwien
        i dodaje im trosk. A jeszcze trudniej bedzie im wytlumaczyc pewnosc mojego meza
        co do rozwodu. Nie przyjade do domu tak po prostu ze slowami, teraz mi jakos
        pomozcie bo moje malzenstwo sie rozwala. A przeze mnie nasluchaja sie
        od "zyczliwych" bo mieszkaja w malej miejscowosci, gdzie kazdy wtyka nos w
        cudze zycie i zyje tym. I to wszystko stanie sie przeze mnie. A konsekwencje
        powinnismy ponosic tylko my- ja i maz.
        Bede sie nadal modlic w intencji naszego malzenstwa, bo nadzieja umiera
        ostatania (moze za jakis czas on zrozumie, uwolni sie od swojej mamy, zateskni
        i powie zacznijmy jeszcze raz). Moze jestem glupia ale dalabym mu szanse, choc
        z dala od jego mamy, z pomoca jakiejs terapii). Nie wiem co zycie przyniesie,
        ale zawierzylam to Bogu i nie mam zamiaru tego odwolywac. To jest wiara, bez
        dowodow naukowych, niemodna ale mi potrzebna jak powietrze.
      • isma Re: Wróciłam...do Was 20.08.04, 13:49
        Kanteczku, a pamietasz dokladnie te wersy, ktore cytujesz?
        Tak, Aniol mowi Maryi "dla Boga bowiem nie ma nic niemozliwego". I ona wlasnie
        wtedy odpowiada "niech mi sie stanie wedlug slowa twego". ODPOWIADA. Gdyby nie
        ta godzaca sie odpowiedz, to "fiat", nie byloby Zbawienia...
        I podobnie jest z malzenstwem Mazi. Duch sw. moze im dac jasnosc umyslu, ale
        decyzji za nich nie podejmie.
        Na podstawie tego, co czytam, to wiele faktow przemawia za tym, ze malzenstwa
        Mazi nigdy nie bylo. Zarowno w sensie sakramentalnym, jak i zwyklym, ludzkim.
        Tu nie ma za wiele do ratowania, przede wszystkim dlatego, ze im obojgu trzeba
        by do tego duzo dojrzalosci, a bedac razem bedzie im trudna te dojrzalosc
        osiagnac, tak sa bardzo uwiklani we wzajemne krzywdy i zale.

        Ja mysle, ze to, co teraz Mazi napisala, ma sens. Separacja, proba
        uporzadkowania przez kazde z nich swoich spraw, proba dojrzenia do
        samodzielnosci. A potem, moze decyzja o byciu razem. Dobrze, ze Mazi tej
        decyzji nie wyklucza.

        Ale nie mozna twierdzic, ze jest na bycie z mezem skazana bo "malzenstwo jest
        nierozerwalne". Co do zasady, tak. Ale nawet to nie oznacza, ze Mazi musi trwac
        w sytuacji, w ktorej - niewazne, zasadnie czy nie - czuje sie upokarzana. Bo to
        tylko pogarsza sytuacje.
    • pensjonarka Re: Wróciłam...do Was 20.08.04, 14:40
      Mazi, ja tez czytam z zapartym tchem twoje posty i chcę aby Ci się udało, ja
      też żyję w nieszczęśliwym małżeństwie i jesli Tobie się uda może i ja uiwerzę w
      swoją siłę i odejdę
      Mazi napisz coś jeszcze o tej niedojrzałości, o pępowienie. Naprawdę w prawie
      kanonicznym jest coś takiego? My też nie mamy dzieci i M całkowicie
      podporządkował się mojej teściowej. Ale czy ta specjalistka kanoniczna mówiła
      jak to udowodnić? Ja np nie mogłabym powołac świadków to wszytsko odbywało się
      i odbywa w czterech ścianach a teściowa oczywiście byłaby za mężem. Jak wykazać
      w kurii że mąz nie dojrzał do małżeństwa???????????


      Mazi, silna z ciebie kobietka, ja jestem słabeusz, jest mi bardzo źle w
      małżeństwie, a potem on trochę mnie przytuli a ja już robię się słodka jak
      kotka. Nie weim dlaczego. Bo zawodowo zawsze o wszytsko walcze do ostatniej
      chwili, głównie za tych słabszych, za co potem obrywam.

      Trzymaj się i pisz do naszej grupy wsparcia.
      • isma Re: Wróciłam...do Was 20.08.04, 15:01
        Malzenstwa nie uwaza sie za wazne w przypadku wystapienia wad kanonicznych, w
        szczegolnosci wady woli lub wady zgody.

        Za osobe niezdolna do zawarcia malzenstwa uwaza sie np. osobe, ktora
        ma "powazny brak rozeznania oceniającego co do istotnych praw i obowiązków
        malzenskich wzajemnie przekazywanych i przyjmowanych".
        Niewazne jest malzenstwo zawierane pod przymusem. W rozpatrywaniu tego przymusu
        istotna role odgrywa np. to, czy na slub miala wplyw ciaza albo czy osoby
        trzecie naciskaly na jego zawarcie (np. rodzice, ale takze jedno z
        narzeczonych, np. stosujac szantaz).

        Ale bez swiadkow to bedzie trudno. Rowniez dlatego, ze oprocz malzonkow w
        procesie kanonicznym wystepuje takze tzw. obronca wezla malzenskiego, ktory ma
        za zadanie bronic waznosci malzenstwa, nawet w przypadku zgodnych oswiadczen
        obojga malzonkow.

        Bez znajomosci szczegolow trudno temat rozwinac ;-))).
      • mazi27 Re: Wróciłam...do Was 20.08.04, 15:30
        Pensjonarko, ja nadal bym chciala aby to mazlenstwo trwalo. Nie jestem dzielna
        ani odwazna. Ale nie mam teraz wyjscia. Ja nie chcialabym aby wygladalo tak
        samo, ale przy wspolnych wysilkach, pomocy kogos kompetentnego i odcieciu sie
        od uzaleznienia rodzicow - wierze ze moglibysmy uratowac nasz zwiazek.
        Z uniewaznieniem bedzie ciezko. Tylko u nas poza pepowina dochodzi dochodzi
        jeszcze kilka waznych szczegolow dotyczacych tego co bylo przed slubem. Jesli
        bedzie cien szansy na uniewaznienie - sprobuje...
        Z pepowina to dluga historia. Przed slubem tesciowa kupila mieszkanie pietro
        pod soba, postawili mnie przed faktem dokonanym. Zaraz po slubie dowiedzialam
        sie od niej ze moj maz musi byc przy nich i nie ma prawa wyjechac. On mi to
        krotko po slubie tez powiedzial, chociaz przed slubem ustalilismy ze bedziemy
        gdzie indziej mieszkac i przy jego rodzicach maks 2 lata. Uzaleznili go od
        pieniedzy i tesciowa nie kryla sie nawet przed obcymi, mowiac ze jesli maz
        pojdzie za mna to ona go wydziedziczy. Po 2 latach zazadali podpisania
        rozdzielnosci majatkowej (a i tak wszystko co mial wczesniej dostal przed
        slubem badz jako darowizna, wiec i tak nie mialam nic do tego). Zalozyli
        (rodzice + on) spolke. Za pare miesiecy dowiedzialam sie ze kupili nowe
        mieszkanie (tez we 3) i znowu zostalam postawiona przed faktem dokonanym. Nie
        mialam wplywu na to gdzie bede mieszkac. Tesciowa wybrala mieszkanie. Kiedy
        probowalam chociaz sugerowac w kwestii urzadzania (np. kolor kafli) uslyszalam
        ze nie moje pieniadze, i ze mam zly gust. Wiec milczalam. I tak bylo ze
        wszsytkim. Kupowali mu nowy, bardzo drogi sprzet audio, itp. Pewnego dnia w
        listopadzie dowiedzialam sie ze na koniec grudnia moj maz odbiera nowiutki,
        bardzo drogi samochod. Wczesniej nie pokazal mi nawet zdjec ktore zrobil w
        salonie. Kazda rzecz ktora kupowal byla na fakturki i szla w koszty - dostawal
        pelny zwrot pieniedzy za wszystko, doslownie nawet jedzenie, ubrania. Poza tym
        pracuje w zagranicznej firmie i zarabia bardzo dobrze, ale z tych pieniedzy
        placil tylko czynsz. Ja za swoja pensje placilam za wszystko:jedzenie dla nas,
        (a on lubi dobre jedzenie)i wszystko inne. Utrzymywalam sie sama. Czasem on
        mial gest i placil za ciuchy. Wciaz powtarzal ze on nie bedzie zyl gdzies
        indziej jak inni, bo trzeba umiec sie ustawic w zyciu i to moj problem ze mi
        rodzice nie kupuja wszsytkiego. Poza tym biegal po klotni do mamy, znala
        wszsytkie szczegoly. Dzwonili do siebie kilka razy na dzien (widzialam bilingi
        komorki), kupowala mu witaminki, ubrania, jedzenie (bo ona wie lepiej co on
        lubi), kapcioszki, i doslownie wszystko. Wszedzie biegala za nim i tulila
        mowiac moj syneczek, moje malenstwo. A on byl albo bierny albo chetnie
        przyjmowal wszsytko i sie dziwil o co mi chodzi. A kiedy robila mi stale
        wymowki ze przeze mnie on ma zakola (troszke lysieje, ze jestem beznadziejna
        pod kazdym wzgledem i gorsza (bo nie mam bogatych rodzicow, bo nie jestem
        Slazaczka a oni sa lepsi od calej reszty, bo nie jestem jedynaczka, bo mala, bo
        to bo tamto) i ja probowalam mu o tym mowic zeby jakos pomogl problem rozwiazac
        to nie chcial sluchac, albo mowil zebysmy same sobie to rozwiazaly. Dla niej
        odpierwszego dnia bylam "obca kobieta ktora zabrala jej syna". A on mowil, że
        zona to tylko zona i roznie to bywa, a matka zawsze bedzie pomagala i kochala.
        O propozycjach rozwodu mowil najpierw rodzicom. Pol roku tez najpierw z nimi
        skonsultowal. Tesciowa zawsze mowila ze lepiej by bylo dla jej syna gdyby sie
        rozwiodl. I on to mowil wielokrotnie ze przeciez rozwody sa dla ludzi. Po
        poworcie z zakupow zaraz dzwonil i meldowal mamusi co i gdzie kupilismy. Po
        powrocie z kazdego miejsca dzwonil i zdawal relacje.
        Pensjonarko, moglabym pisac i pisac. Byly i gorsze rzeczy i slowa ale nie chce
        ich teraz pisac. Chyba i tak za duzo moich pretensji tu napisalam...
        Sprobuj rozmawiac z mezem, proponuj jakies rozwiazania, ratuj i walcz o to
        malzenstwo, nie poddawaj sie jesli jeszcze mozecie/mozesz cos zrobic! Ja bym
        walczyla...3maj sie :-)
        • dr_tusia Re: Wróciłam...do Was 20.08.04, 16:48
          Mazi, nie odzywałam sie dotad, przeczytalam cala Twoja historie i nie moge
          uwierzyc...a z drugiej strony znam az nadto meskie łajdactwa /nie chodzi tu o
          mojego meza, ale o ojca/... Moi rodzice sie rozwiedli i cale szczescie- uwierz
          mi,ze bylam szczesliwym dzieckiem bedac tylko z Mama- i teraz, gdy juz jestem
          mezatka, wiem, ze dzieki Jej decyzji, dzieki temu, ze nie spedzilam zycia z
          ojcem- tylko dlatego umialam zaufac facetowi- mojemu obecnemu mezowi. I dobrze!
          Mazi, dla swoich dzieciakow, ktore bedziesz miec- wierze w to!- dokoncz to, co
          tak dzielnie zaczelas. Nie badz bezwolna, zadecyduj o sobie, a zobaczysz- los
          zesle nagrode- faceta godnego takiej kobiety z zasadami i gotowoscia do milosci
          jak Ty. I dzieciatko- owoc milosci, a nie "dobierania sie". Brrr...
          Nie daj sie, Mazi, nie daj mu sie- badz gotowa na to, ze jeszcze bedzie trudno
          w sądzie itp. A Ty trzymaj sie swego. Dasz rade- wiele kobiet musialo podjac
          takie decyzje. Mojej Mamie sie udalo- a bylo jeszcze trudniej, bo miala mnie-
          malutka. I zbudowala dla nas cos wspanialego. Tobie tez sie uda!
          Powodzenia!
          PS.Psychoterapia to naprawde swietny pomysl...
        • morphea1 Re: Wróciłam...do Was 20.08.04, 20:58
          Mazi...ja tylko tak krociutko...chcialabym Cie przytulic i potrzymac za
          reke...tak po przyjacielsku...Pomysl ze masz tu w Nas- dziewczynach z forum
          oparcie!
          I pomodle sie za Ciebie dzisiaj...
          Trzymaj sie i badz dzielna!
        • karo_lina79 TO JEGO WINA!!! 21.08.04, 11:07
          Pamiętam jak gdzieś tam wcześniej napisałaś, że nie byłaś najlepszą żoną i
          mówiłaś mężowi różne rzeczy.
          Po tym poście zastanawiam się, co ja bym zrobiła, gdy mój mąż zachowywał się w
          ten sposób. Wiem, że wtedy NAPRAWDĘ mogłabym powiedzieć, że daleko mi było do
          świętej....
          Jak Ty mogłaś to wytrzymać - przecież on od początku traktował Cię... jak
          dodtaek. Może ożenił się tylko ze względu na seks i Twoje piersi, do których
          sie ostatnio dobierał?? Przecież z mamusią spać nie może...
          Dochodzę do wniosku, że on nadal jest związany z mamusią. On jest wręcz
          obwiązany pępowiną za szyję i cholernie mu z tym dobrze.
          Mazi, jak Tobie może być szkoda takiego drania???
          Kopnęłabym gnojka w tyłek i leciałby aż do Kanady!
          Przepraszam, że sie unoszę, ale nie wiem, jak można się tak uzależnić od
          mężczyzny. Nie wyobrażam sobie, żeby mój chłopak latał tak ze wszystkim do
          swojej matki. Nigdy nie dopuszciłabym do sytuacji, żeby teściowa wybierała mi
          kafelki.
          Nie obraź się za moje słowa, ale dałaś się wrobić. Należało się spodziewać
          takiego zakończenia Waszego małżeństwa.
          Wielka Ci chwała za to, że nie zgodziłaś się na dziecko. Jestem przekonana, że
          w sądzie mąż i teścióweczka odegraliby taką cudowną scenkę, jaką to oni są
          kochającą się rodziną, a Ty pasożytem na ich pieniądzach. Dziecko zostałoby z
          nimi i dopiero byłaby tragedia.
          Zwiń manatki i uciekaj i zapomnij o tym draniu.
          Bo to JEST drań i żadne katolickie nakazy miłosierdzia oraz wybaczania tego nie
          zmienią.
          Spróbuj zobaczyć w nim jego winę, a na pewno będzie Ci łatwiej.
          Weź pod uwagę, że my tutaj jesteśmy obiektywne i nie mamy żadnego interesu,
          żeby szkodzić któremuś z Was.
          Ja uważam, że to wina Twojego męża i nie masz się co zadręczać wyrzutami
          sumienia!
          Głowa do góry. Bóg nie zostawi Cię samej.
          Pozdrawiam,
          Karolina
      • mazi27 Wróciłam...do Was 23.08.04, 10:39
        Witajcie
        Weekend za mna i rozmowa z rodzicami. Kiedy w piatek weszlam do domu
        stwierdzialam ze nie potrafie z siebie tego wykrztusic. Ale moja siostra
        zmusila mnie do tego. Miala racje. Im pozniej tym trudniej powiedziec.
        Reakcja rodzicow byla dla mnie zaskoczeniem. Spodziewalam sie rozpaczy, ostrej
        reakcji, rwania wlosow z glowy. Wszystkiego ale nie takiego spokoju z jakim to
        przyjeli. Ale to spokoj pozorny. Wiem ze w nocy nie spali, widze ze sie martwia
        ale nie pokazali po sobie rozpaczy. Nie probowali mowic, zebym czepiala sie
        jeszcze jakis szalonych sposob i ratowala malzenstwo, ale po prostu przyjeli
        decyzje mojego meza. Wysluchali mnie i moich racji. Ale przyznalam ze bylam
        czesto nie fair, ze sie wyklocalam, wyspowiadalam sie z moich grzechow. Moi
        rodzice zawsze chieli dobrze dla nas i potrafia byc obiektywni. Sami przyznali
        ze i do zgody i do rozwodu potrzeba dwojga, ze rowniez pracowalam na to
        niepowodzenie, znaja mnie wiec wiedza ze mam swoje za uszami. Ale przyznali ze
        widzieli ze jest kiepsko, ze sie dusze w tym malzenstwie, ze jest mi zle. Dla
        nich jest jasne ze musielibysmy mieszkac z dala od rodzicow (i jednych i
        drugich) i zyc swoim zyciem zeby nam sie powiodlo. Maja zal do mojego meza i
        mama nie chce go widziec. Odradzaja mi proby uniewaznienia slubu koscielnego,
        bo ich zdaniem tesciowa mnie zniszczy, wiec dla wlasnego spokoju lepiej zebym
        nie podejmowala z nia walki. Zaskoczylo mnie to ze mama powiedziala, ze gdyby
        nasz zwiazek rozpadl sie wczesniej byloby latwiej. Im dluzej trwal tym
        trudniejsze jest teraz rozstanie. Ja zaluje ze im wczesniej nie mowilam jak
        jest. Staralam sie ukryc zeby ich nie dobijac, myslalam ze jakos uda sie to
        wyprostowac i bedzie dobrze. Glupio myslalam. Skoro nie umialam sama sobie z
        tym poradzic powinnam byla ich poprosic o jakas pomoc. Moze gdyby wczesniej
        zainterweniowali pomogloby to nam? A moze wtedy rozpetala by sie burza i
        szybciej bysmy sie rozstali? Nie wiem jak by bylo. Ale nawet gdyby rozstanie
        nastapilo wczesniej bylo by teraz inaczej. Wyrzucam to sobie sobie i mam wobec
        nich potworne poczucie winy. Nie tylko dlatego ze im nie mowilam. Po prostu
        dlatego ze ich znowu zawiodlam, ze jestem przyczyna ich zmartwien, ze nic
        dobrego w zyciu nie robie zeby mogli byc ze mnie dumni.
        To wszystko pomimo spokoju z jakim to przyjeli, jest dla nich strasznie trudne
        bo chyba nie wiedza co mi poradzic. Musisz myslec o przyszlosci, musisz miec
        inny cel w zyciu teraz i skupic sie na nim, bardzo cie kochamy i zawsze mozesz
        na nas liczyc, jestesmy z Toba - to wszystko mowia, tak jest naprawde, ale nie
        wiedza co mi poradzic tak doraznie. Poza tym zebym mu nie ufala na slowo
        honoru, ze on mi pomoze z mieszkaniem itp, bo skoro nie dotrzymywal slowa w
        innych kwestiach to tym bardziej teraz. Chca mi pomoc z mieszkaniem, ale
        powiedzialam im ze jestem dorosla i sama sobie z tym jakos poradze a
        przynajmniej chce sprobowac.
        W domu bylo mi ciezko, robilam dobra mine do zlej gry ale tutaj jest mi
        trudniej. Wszsytko -mieszkanie, otoczenie, on dobijaja mnie jeszcze bardziej.
        Napisze jeszcze potem do mojej Grupy Wsparcia :-)
        • mazi27 Re: Wróciłam...do Was 23.08.04, 14:30
          Zadzwonila moja mama. Powtarzala ze mnie kochaja bardzo, ze mam myslec o sobie,
          ze bedzie kiedys ok, ze mam dom rodzinny zawsze otwarty, ze lepiej poki czas
          skonczyc cos co bylo od poczatku nieudane i szybciej zapomniec.
          Moja siostra wciaz mi pisze jak mnie kocha. Powtarza to tato...
          Mam Was. Mam przyjaciołki.
          Mam Boga...
          Przetrwam
          • energeia Re: Wróciłam...do Was 23.08.04, 15:43
            mazi27 napisała:

            > Zadzwonila moja mama. Powtarzala ze mnie kochaja bardzo, ze mam myslec o sobie,
            >
            > ze bedzie kiedys ok, ze mam dom rodzinny zawsze otwarty, ze lepiej poki czas
            > skonczyc cos co bylo od poczatku nieudane i szybciej zapomniec.
            > Moja siostra wciaz mi pisze jak mnie kocha. Powtarza to tato...
            > Mam Was. Mam przyjaciołki.
            > Mam Boga...
            > Przetrwam

            Twoja historia bardzo mnie poruszyla. Trzymaj sie, Mazi. Zycze Ci powodzenia i sily. Nie ma tego zlego
            co by na dobre nie wyszlo - to takie oklepane byc moze powiedzenie, ale wierze w to kiedy cos sie nie
            uklada po mojej mysli.

            Ciesz sie z tego, ze umiesz byc pania samej siebie - ze nie jestes uwiazana do pepowiny jak Twoj maz.
            To musi byc straszne byc takim niedojrzalym wiecznym chlopcem. Twoja tesciowa nie zdaje sobie
            sprawy jak skrzywila i skrzywdzila tego czlowieka. Byc moze przez to stara sie zapomniec o uplywie lat,
            o tym, ze nie bedzie zyla wiecznie; moze mysli ze jej przepustka do wiecznej mlodosci jest fakt, ze ma
            przeciez synka na utrzymaniu. Co sie stanie z tym mezczyzna jak tesciow zabraknie?

            Nie martw sie, ze rodzicom nie mowilas wszystkiego - oni wiedza, ze jestes dorosla i odpowiedzialna i
            dlatego staralas sie swoje problemy samodzielnie rozwiazywac. Dobrze, ze Cie wspieraja.
            I nie mysl, ze ich zawiodlas. Zrobilas co moglas.

            Pozdrawiam Cie bardzo serdecznie, Mazi. Trzymaj sie, wytrwasz.
          • orvokki Re: Wróciłam...do Was 23.08.04, 16:01
            Hej,

            Mazi zamiast się zamartwiać rodzicami, dziękuj Bogu i im, że tak dobrze to
            przyjęli i że starają się Ciebie wspierać jak mogą. Przecież każdemu może w
            życiu coś nie wyjść, nie zrobiłaś niczego przeciwko nim, sama najbardziej
            cierpisz z powodu swojej sytuacji, więc jakakolwiek by nie była w tym Twoja
            wina, to i tak za to płacisz z naddatkiem. Czerp teraz siłę z ich wsparcia, na
            pewno przyjdzie w życiu moment, gdy będziesz mogła im się za to odwdzięczyć.
          • karo_lina79 Re: Wróciłam...do Was 23.08.04, 20:40
            No widzisz Mazi, na rodziców zawsze można liczyć!
            Super, że masz w nich wsparcie.
            I nie myśl, że oni sobie po cichu myślą "ale nieudacznica z tej naszej córki,
            rozwaliła swoje małżeństwo". Im jest przykro, że Ci się nie udało, ale jestem
            przekonana, że nie patrzą na Ciebie, jak na winną rozwodu.
            • mazi27 Re: Wróciłam...do Was 23.08.04, 22:49
              Chcialam z nim porozmawiac. O tym co nas czeka, jak to rozwiazac zeby nie
              dodawac bolu. Nie licze na nic, juz nie licze na powrot uczuc. Ale liczylam na
              to ze uda sie ocalic to cos - jakas bliskosc, przyjazn.
              Nie potrafie do niego dotrzec. Do czlowieka z ktorym tyle mnie laczy
              (laczylo), z ktorym dzielilam zycie, radosci i smutki, sny. Nie potrafimy nawet
              rozmawiac. Nie umiem do niego dotrzec, nie wiem co mysli. Ja chyba go nie
              znam...
              Nienawidze wieczorow. Od dawna. Wtedy dopadaja mnie najwieksze smutki i doly.
              Probuje sie trzymac, ale to ze staram sie nie okazac jak mi trudno bo co to
              moze obchodzic calkiem obcych ludzi, zbiera sie we mnie i dopada potem. Wiem ze
              uciekanie w alkohol jest glupie i nie rozwiaze problemow ale zaczynam sie
              lamac. Moze jutro uda mi sie pojsc do lekarza i przepisze mi cos.
              Kiedy mysle o pakowaniu, przeprowadzce, obcym mieszkaniu, szukaniu pracy i
              zyciu po tym wszystkim czuje ze braknie mi sily. Chyba moja odwaga sie
              skonczyla...........
              • morphea1 Re: Wróciłam...do Was 23.08.04, 23:09
                Mazi...badz silna, ja wierzę w Ciebie! Zaglądam na to forum przez caly weekend
                szukając jakiejś wiadomości od Ciebie...
                Slonko, zobacz jakich wspaniałych rodziców masz! Owszem przejmują się- bo Tobie
                jest trudno, ale wiesz już ze na nich możesz liczyć!!!
                I czy Twoj jeszcze mąż nie może się wynieść na caly czas tego zamieszania do
                mamusi?!I spać tam?! I jeść tam?!
                Skoro tak trudno Wam rozmawiać- w sumie jest to niemożliwe, nie ma zadnego
                dialogu między Wami, zadnego porozumienia, to niech da Ci spokój , da
                uporządkować sprawy ...( o "dobieraniu" sie do Ciebie nie wspomnę:( )

                Mazi, bądź silna! Jeszcze wiele przed Tobą, zbieraj siły!
                Pozdrawiam Cie cieplutko!
                • ola Re: Wróciłam...do Was 24.08.04, 18:11

                  bardzo dlugo nie bylo mnie na forum i dopiero dzis przeczytalam twoja historie.
                  mazi:
                  nie jestem wierzaca, wiec moze nie do konca moge zrozumiec wszystko, co czujesz
                  (chocby w kwestiach nierozerwalnosci malzenstwa), moze rowniez z tego powodu
                  moje zdanie nie bedzie dla ciebie zbyt istotne. Ale musze powiedziec Ci jedno:
                  Twoj (juz na szczescie niedlugo byly) maz to czlowiek bez serca, bez
                  jakiejkolwiek przyzwoitosci i to chyba nie jest do konca kwestia
                  niedojrzalosci. To samo co ty przezyla kiedys moja babcia. Uwiez mi - dziadek
                  traktowal ja dokladnie w ten sam sposob. (Np. dzien po slubie powiedzial: w tym
                  domu bedzie taka hierarchia: moj ojciec, ja, moja matka, pies, kot a na koncu
                  ty) Nigdy nie odeszla, cale zycie probowala naprawiac. Byla najbardziej
                  nieszczesliwa osoba, jaka znalam. Dzieci uciekly z domu bardzo wczesnie - nie
                  dalo sie tam mieszkac. Zostala sama. Rozumiem, ze go kochasz. Ja tez kocham i
                  tez swojemu kochanemu nie moglabym latwo dac odejsc. Ale zrozum: Twoj maz i
                  jego rodzina robia ci z zycia pieklo. Jesli chcesz sie jeszcze kiedys smiac i
                  byc szczesliwa - odejdz od niego i uniewaznij malzenstwo. Moze nie za rok, ale
                  za dwa okaze sie, ze to najlepsze co mozesz zrobic. Pamietam twarz mojej babci
                  i jeszcze raz radze - skoncz to. I tak przezylas za duzo. Zycze ci z calego
                  serca, choc sie nie znamy, zebys kiedys spotkala takiego mezczyzne, ktory
                  bedzie na ciebie zaslugiwal. Masz do tego prawo. Jestem z toba!!

                  p.s na wszystkie swietosci! nie pierz, nie gotuj, nie dawaj mu sie obmacywac!!
                  nie masz zadnych obowiazkow wzgledem czlowieka, ktory nie chce miec zadnych
                  obowiazkow wzgledem ciebie!
                  • karo_lina79 Re: Wróciłam...do Was 24.08.04, 19:04
                    Ola,
                    podpisuję się pod Twoim postem rękami i nogami!!!
                    Jak dobrze, że teraz są inne czasy. Zastanawiam się, czy Twoja babcia
                    odeszłaby, gdyby warunki moralne były inne - teraz już nie potępia się tkwienia
                    w chorych związkach.

                    Mazi,
                    muszisz być silna.
                    Rozumiem, że Ci bardzo, bardzo ciężko, ale naprawdę są gorsze nieszczęścia i
                    pomyśl sobie, że nie jesteś sama na świecie. Masz rodziców, jesteśmy my tutaj,
                    opiekuje się Tobą Bóg czy anioł stróż.
                    Ja wyznaję filozofię, że każde zdarzenie w życiu jest nam do czegoś potrzebne i
                    ma nas czegoś nauczyć. Pamiętam, jak sama też pisałaś w podobny sposób.
                    Poradzisz sobie, wszystko się ułoży, nie martw się, bo stres i smutek tylko
                    szkodzą. Trzeba czerpać siłę z potknięć.
                    Powtarzaj sobie, że będzie dobrze, a wszystko się uda.

                    A może zrób w domu, w kuchni małą demolkę? ja wiem, że to nie po
                    chrześcijańsku, ale dla mnie jestem najważniejsza ja sama i zdemolowanie JEGO
                    kuchni urządzonej przez JEGO mamusię baaaaaaardzo poprawiłoby mi nastrój.
                    Wiesz, takie niby przypadkowe pozostawienie na odkręconym gazie garnka z jakimś
                    świństwem. Co by dobrze wykipiało i się spaliło i narobiło smrodu nie do
                    wywietrzenia.
                    A potem ciąg dalszy demolki w łazience. Może on ma ulubione perfumy? Tak łatwo
                    mogły się stłuc...
                    Albo jego ulubione książki - akurat się potknęłaś i wylała Ci się kawa...

                    Pozdrawiam,
                    Karola
                    • mazi27 Re: Wróciłam...do Was 24.08.04, 19:24



                      > Ja wyznaję filozofię, że każde zdarzenie w życiu jest nam do czegoś potrzebne
                      i ma nas czegoś nauczyć. Pamiętam, jak sama też pisałaś w podobny sposób.
                      > Poradzisz sobie, wszystko się ułoży, nie martw się, bo stres i smutek tylko

                      Karola, ale jesli ja jestem wspolwinna? Patrze na to tak, ze skoro sama na to
                      pracowalam to dobrze mi tak. Naleza mi sie ostre cięgi i powinnam siedziec
                      cicho a nie oczekiwac wspolczucia. Naprawde tak mysle i pcha sie to w moja
                      glowe tak bardzo...

                      > A może zrób w domu, w kuchni małą demolkę? ja wiem, że to nie po
                      > chrześcijańsku, ale dla mnie jestem najważniejsza ja sama i zdemolowanie JEGO
                      > kuchni urządzonej przez JEGO mamusię baaaaaaardzo poprawiłoby mi nastrój.
                      > Wiesz, takie niby przypadkowe pozostawienie na odkręconym gazie garnka z
                      jakimś
                      >
                      > świństwem. Co by dobrze wykipiało i się spaliło i narobiło smrodu nie do
                      > wywietrzenia.
                      > A potem ciąg dalszy demolki w łazience. Może on ma ulubione perfumy? Tak
                      łatwo
                      > mogły się stłuc...
                      > Albo jego ulubione książki - akurat się potknęłaś i wylała Ci się kawa...

                      Nie wchodzi takie cos w gre. Przy klotniach rzucalam ksiazkami, ciuchami. Nigdy
                      czyms szklanym lub delikatnym. Za to rzucilam obraczka. To gorzej niz gdybym
                      rozwalila caly serwis obiadowy.
                      On mowil wtedy ze zachowuje sie jak chora psychicznie. Za takie rzucenie nawet
                      zwykla szmata, strasznie sie wsciekal. Nie wyobrazam sobie co by bylo gdybym
                      rozwalila talerz. Nawet jesli przez zapomnienie albo zagapienie spalilam
                      garnek, on uwazal ze to specjalnie. Przypuszczam ze gdybym zrobila teraz jakas
                      demolka, to moglabym oberwac. Wole nie probowac. Kiedys bylam pewna ze jest
                      uosobieniem spokoju i pewna ze mnie nie tknie, ale potem kiedy wszsytko tak
                      narastalo miedzy nami jego spokoj zanikl. Niestety przyczynilam sie do tego.
                      • aphoper1 Re: Wróciłam...do Was 25.08.04, 08:42
                        Witaj Mazi, witajcie!

                        Mazi napisałaś:
                        > ale jesli ja jestem wspolwinna? Patrze na to tak, ze skoro sama na to
                        > pracowalam to dobrze mi tak. Naleza mi sie ostre cięgi i powinnam siedziec
                        > cicho a nie oczekiwac wspolczucia. Naprawde tak mysle i pcha sie to w moja
                        > glowe tak bardzo...

                        Mazi, sprobuj nie patrzec na milosc i zycie w ogole w kategorii zaslug i kar.
                        Skoro jestes chrzescijanka, poczytaj Biblie - przeciez tam widac wyraznie, ze
                        cierpienia nie nalezy rozumiec jako kary za grzechy.
                        Nie mam(y) zamiaru sie z Toba klocic, o to, ze jestes bez winy. na pewno nie. W
                        bliskiej relacji z drugim bardzo latwo o bledy, nerwy, ranienie sie nawzajem.
                        Nie osazaj - ani jego, ani siebie.
                        Po prostu widzisz, ze nie mozesz z nim byc, on Toba pomiata i nie chce byc z
                        Toba. Bog go osazi. Nie musisz go oceniac. Ale widzisz fakty. I z nimi sobie
                        radz. Nie szukaj w sobie winy, prosze.
                        Ja wiele razy zawinilam przeciw mojemu Mezowi, histeryzuje, kloce sie,
                        zaniedbuje wiele spraw. Ale to nie jest powod, zeby mnie nie kochal. Jak i to,
                        gdybym byla najlepsza na wiecie, nie "zapewniloby" mi jego milosci. Zobacz, Twoi
                        Rodzice po prostu Cie kochaja, czy jestes super czy masz klopoty, zawsze.
                        Czasem, jak czytam, co piszesz, mysle, ze uwierzylas, ze na milosc trzeba
                        zasluzyc. I wmowilas sobie, ze Ty nie zaslugujesz.

                        Mazi, nikt nie zasluguje. Ale kazdy jej potrzebuje i ma do niej prawo, bo Pan
                        Bog tak chce.

                        Pozdrawiam Cie, sciskam i wspieram,
                        Sowa Przemadrzala
                      • karo_lina79 MAZI - PRZECZYTAJ 25.08.04, 14:38
                        > Karola, ale jesli ja jestem wspolwinna? Patrze na to tak, ze skoro sama na to
                        > pracowalam to dobrze mi tak. Naleza mi sie ostre cięgi i powinnam siedziec
                        > cicho a nie oczekiwac wspolczucia. Naprawde tak mysle i pcha sie to w moja
                        > glowe tak bardzo...

                        No dobra, nie mówię, że jesteś bez winy (chociaż moim zdaniem zachowywałaś się
                        jak każda normalna kobieta. Znasz jakąś, która nigdy się niedenerwuje i nie
                        krzyczy?? Ja nie znam.).
                        Jeśli twierdzisz, że zasłużyłaś na cięgi - to masz je od kochanego świętoszka w
                        domu...
                        Mazi, do licha, przestań patrzeć na siebie jak na winną. Robisz z siebie
                        męczennicę, która przyczyniła się do rozpadu małżeństwa (w końcu nie starałaś
                        się i mężulek nie dostawał pod ryj dwudaniowych obiadów - jak tak można...).
                        Twój mąż to niestety przypadek patologiczny.
                        Dlaczego nie potraktujesz tego małżeństwa i swojego w nim zachowania (nie
                        zawsze wzorowego), jako lekcji?
                        To jest właśnie bolesna lekcja na przyszłość. Jak masz się zachowywać w
                        następnym związku.
                        Ale tylko odpowiednie ZDROWE podejście do siebie pozowli Ci się czegoś nauczyć.

                        Wybacz mi wcześniejszą ironię, ale chciałabym, aby moje słowa dotarły do Ciebie.
                        Z pozdrowieniaqmi,
                        Karola
                  • mazi27 Re: Wróciłam...do Was 24.08.04, 19:14
                    Olu, sek w tym ze ja nie jestem bez winy. Jestem winna takze i im wiecej mysle
                    tym stwierdzam wieksza moja wine.
                    Od poczatku jego matka mnie krytykowala i dawala w kosc ale jest moja wina ze
                    ja od poczatku moj zal i strach przed nia wyladowywalam na moim mezu. A
                    przeciez on nie byl winien zachowania matki. Zalezalo mu na nas. A ja nie
                    umialam sie przed nia bronic (a to moj problem ze taka oferma ze mnie) i
                    skupialo sie na nim. Mysle o tym i widze moja wine coraz wyrazniej. I niestety
                    nie bylam zona sprytna, ktora wie ze z mezczyznami trzeba wiele rzeczy zalatwic
                    sposobem. Mowilam co mi lezy na watrobie, na czym mi zalezy i co mysle, a takie
                    podejscie nie jest dobre. Nie podchodzilam taktycznie do malzenstwa.
                    Wazne jest dla mnie zdanie kazdej osoby, niezaleznie od jego przekonan
                    religijnych czy innych. Kazdy ma prawo do wlasnych pogladow i uczuc. A kazdy z
                    nas jest inny i dzieki temu pomaga nam spojrzec na cos z innej strony. Ja wiem
                    ze patrze na wszystko z innej perspektywy niz Wy. Moze ze zlej? Staram sie
                    spojrzec na sama siebie oczami mojego meza, na swoje zachowanie. Jak on mogl
                    odbierac to co mowie i czego od niego oczekuje. I wtedy dochodze do wniosku ze
                    moja wina jest wieksza niz sadzilam.
                    Wiem, ze mowicie nie piez, nie gotuj, itp. Ale jest mi go zal, jest mi przykro
                    kiedy patrze na niego (bo tez sie meczy) i chcialabym mu jakos to wynagrodzic,
                    ten smutek. Przyznam Wam sie do czegos, za co pewnie mnie skarcicie. Ja nie
                    chce zadnego seksu, nie mysle o tym i to odpada, ale brakuje mi zwyklego
                    przytulenia do cieplego meskiego kochanego ramienia. Tak po prostu. Nic na to
                    nie poradze.
                    • dr_tusia Re: Wróciłam...do Was 24.08.04, 20:01
                      Mazi, to nie jest tak,ze on nie odpowiada za zachowanie matki- powinien
                      powiedziec jej stanowczo,ze nie zyczy sobie, by Ciebie- jego zone traktowala
                      nieodpowiednio. Honorowy facet ochrania swoja milosc przed kazdym
                      niewlasciwym /a co dopiero tak podlym!/ zachowaniem- nawet jesli robi to jego
                      matka.
                      Piszesz, ze nie podeszlas do malzenstwa taktycznie. Mazi! przeciez malzenstwo
                      to nie pole bitwy! Tu nie taktyki trzeba, ale milosci, spontanicznosci,
                      naturalnej radosci... To,ze mowilas o wszystkim, to zasluga, a nie wina-
                      przeciez szczerosc nie jest grzechem ,wrecz przeciwnie! Przeciez
                      slubowalas "uczciwosc malzenska", a nie role stratega!
                      Mazi, nie poglębiaj sama swoich zlych emocji. Odzyjesz, jak nie bedziesz
                      musiala patrzec na niego.
                      Aha- za potrzebe meskiego ramienia nikt chyba by Cie tu nie skarcil...Przeciez
                      kazda z nas tego potrzebuje, prawda?
                      Trzymaj sie, Mazi. Balas sie rozmowy z Rodzicami- to juz za Toba, wynik jest
                      pozytywny. To poczatek zmiany na lepsze, zobaczysz!
                      Pozdrawiam, wysylam cieple mysli i glowka do gory!
                      • ola Re: Wróciłam...do Was 24.08.04, 21:11

                        dlaczego jest ci go zal? nie rozumiem! zalujesz ze sie meczy? czym sie meczy?
                        wytrzymujac z toba pod jednym dachem? znoszac twoja obecnosc? z twoich postow
                        wynika, ze wlasnie to go meczy. i ty go zalujesz?!! po tym tekscie "to sie na
                        szczescie niedlugo skonczy" po tym, jak mu zrobilas obiad zaslugiwal na
                        spoliczkowanie (ale ja jestem jeszcze bardziej wybuchowa, wiec sie do
                        wszystkich moich rad nie stosuj :))

                        Musisz byc niewiarygodnie dobra osoba, skoro tak uparcie go usprawiedliwiasz.
                        To szlachetne, ale niedobre dla ciebie. I chyba jednak nie do konca zgodne z
                        prawda. No bo jakie sa te twoje winy? zobaczmy:
                        1. mowilas mu, ze nie uklada ci sie z tesciowa i prosilas o pomoc i rade w tej
                        kwestii (jak 95-u procent kobiet majacych problemy z tesciowymi, choc rozmawiac
                        z mezami powinno 100%)
                        2. reagowalas emocjonalnie i wybuchowo (jak 95 procent kobiet)
                        3. mowilas co ci lezy na sercu swojemu mezowi. To zle? od kiedy to podstawa
                        udanego zwiazku jest brak komunikacji?
                        hmmm, jak na razie wychodzi, ze nie jestes taka zla. ja tez tak robie, a moj M.
                        dalej kocha szalenie. Wiec chyba jednak to nie sa przyczyny obecnego stanu
                        rzeczy
                        Poza tym:
                        1. patrzysz na sama siebie oczami meza i widzisz swoje wady. zdecydowanie on
                        powinien wziac w tej kwestii z ciebie przyklad.

                        Wnioski:
                        Jestes najlepsza i najbardziej szlachetna osoba, z jaka dotad mialam do
                        czynienia. I najbardziej sklonna do poswiencen. Taka jestes i rozumiem ze nie
                        umiesz inaczej. Twoj maz tez to wie i z tego korzysta(moze lepiej:wykorzystuje)
                        Nie traktuj jednak siebie tak surowo, bo na prawde na to nie zaslugujesz.
                        wystarczy, ze on jest w stosunku do ciebie niesprawiedliwy, ty juz nie musisz
                        Trzymam kciuki, zeby to wszystko dobrze sie skonczylo. Dla ciebie dobrze
                        p.s moze ktos mi wytlumaczy, o co chodzi z tym rzucaniem obraczki w klotni. Co
                        w tym jest takiego nagannego, dlaczego tego sie nie da wybaczyc? W dobrym,
                        szczesliwym zwiazku taki szczegol chyba nie powiniem miec znaczenia. Tak ja to
                        widze...
                        • mazi27 Re: Wróciłam...do Was 24.08.04, 22:09
                          Wpadl do niego kolega. I on bez zadych oporow pytal tego kolege o wspolna
                          znajoma. Dziewczyna w naszym wieku ktora poznal tuz przed naszym slubem na
                          praktyce w banku. Wlasciwie wolna bo chlopak za granica. Kiedys mialam wrazenie
                          ze ona byla zainteresowana moim mezem. Zabronilam mu kontaktow z nia, poza
                          standardowymi zyczeniami z jakis okazji. A ona wedlug niego zawsze byla
                          wspaniala, super intelignetna, ciepla, mila, dobra, nieszczesliwa w milosci,
                          zaradna, itd. Mial pretensje dlaczego jestem przeciwna jej. Wiem i tak
                          podejrzewam ze jak tylko oficjalnie sie rozstaniemy to on po prostu "uderzy" do
                          niej. I dzisiaj wcale sie z tym nie kryl przede mna. Tak jakby chcial jeszcze
                          mnie dodatkowo dobic. Nie ukrywam jestem teraz na niego zla. Bo co bedzie robil
                          potem jego sprawa. Ale mimo wszsytko nie powinien z premedytacja tak mnie
                          jeszcze dodatkowo ranic.... Ale nawet nie moge mu o tym powiedziec. Bo dla
                          niego juz nie jestesmy malzenstwem, jeszcze tylko formalnie wiec nie mam juz
                          zadnych praw.
                          • jkatnik Re: Wróciłam...do Was 25.08.04, 08:22
                            Myślę, że nie ma na co czekać z przeprowadzką. Wiem, że Ci ciężko, ale to jest
                            chyba jedyne wyjście. Mieszkając z nim cierpisz tylko bardziej.
                            Nie wiem, czy masz już jakieś perspektywy co do nowego mieszkania. Pisałaś, że
                            mąż zaoferował się, że Ci pomoże finansowo w tej kwestii. Zatem wykorzystaj to
                            zanim się rozmyśli i będziesz musiała o to walczyć. A jak nie masz jeszcze
                            upatrzonego mieszkania, to wyprowadzaj się do rodziców lub siostry. To nic złego
                            w trudnej chwili skorzystać z pomocy najbliższych. Im szybciej zaczniesz sobie
                            budować nowe życie, tym szybciej będziesz szczęśliwa.
                            A co do winy, to myślę, że nie ma sensu się teraz nad tym zastanawiać. Czasu się
                            nie cofnie. Ja uważam, że pewnie oboje zapracowaliście na to rozstanie i teraz
                            nie chodzi o to, by kogoś oskarżać o rozpad związku albo mścić się.
                            Najważniejsze żebyście rozstali się jak najmniej boleśnie dla obu stron.
                            A Ty nie myśl teraz o tym co zrobiłaś źle. To jest tylko rozdrapywanie ran. Jak
                            już będziesz potrafiła na to spojrzeć z perspektywy, wtedy ocenisz i wyciągniesz
                            wnioski na przyszłość.
                            Cały czas o Tobie myślę. Trzymam kciuki żeby Ci się udało.
                            Pomyśl, że tu na forum jest kilkanaście (albo nawet więcej) dziewczyn, które
                            wspierają Cię całym swoim sercem.
                            Na pewno dasz sobie radę. Niedługo ten koszmar się skończy. Obiecuję!
                            Trzymaj się i bądz dobrej myśli, w miarę możliwości.
                            Pozdrawiam cieplutko
                            Asia
    • orvokki Re: Wróciłam...do Was 25.08.04, 09:58
      Mazi, nie pozwól, żeby ta sytuacja i ten człowiek zniszczyły Twoją wiarę w
      siebie, Twój szacunek do siebie. Nie może być tak, że w tej sytuacji złościsz
      się tylko na siebie, obwiniasz tylko siebie. Pozwól sobie na złość na NIEGO, na
      teściową. Nie będę orzekać, że tylko on jest winien, ale jakie by nie były
      Twoje przewiny, to właśnie on zdecydował się to wszystko przekreślić, nie dać
      Waszemu małżeństwu szansy.
      Poza tym - pamiętaj o tym, że Bóg Cię kocha. Skoro tak jest, to Ty też powinnaś
      kochać siebie. Pamiętaj o przykazaniu miłości, które jest
      najważniejsze: "Kochaj bliźniego swego jak siebie samego" - wiesz co z tego
      wynika? Że miłość do drugich zaczyna się od siebie. Kochanie siebie jest
      koniecznym warunkiem kochania innych. A jak ktoś siebie kocha, to sobie
      wybacza. Na pewno popełniłaś błędy - nie ma człowieka, który ich nie popełnia.
      Ale nie powinnaś się teraz nimi katować. Błędy są po to, żeby się z nich uczyć
      czegoś, a nie po to, żeby nas przygniatały do końca życia. Wybacz sobie, i idź
      dalej.
    • hika Re: Wróciłam...do Was 25.08.04, 13:46
      Mazi uciekaj stamtąd i to szybko!!!!
      Jezu ....Ty m,u poprawiasz humorek obiadem i sprzątaniem a on przy Tobie szuka
      innej!!!!!
      Nie do skomentowania zachowanie.
      Brak miłości, serca, wyrozumiałości - BRAK LITOŚCI - ten facet to kawał drania
      i tyle. A TY uciekaj. Jedź do domu Twojego dzieciństwa , weź książkę, puść
      film, idź na rower i zapomnij.
      pozdrawiam i ściskam
      jestem całym sercem z Tobą
      Hika
    • skrzatka Re: Wróciłam...do Was 25.08.04, 15:03
      Przeczytałam historię wczoraj, byłam przerażona i zdegustowana. Z resztą to za
      małe słowa, a i może nieodpowiednie.
      Teraz zaczynam wątpić w tą historię, bo nie mogę uwierzyć, żeby myśląca, młoda
      kobieta, bez dziecka (więc łatwiej teoretycznie sobie w życiu poradzić) dała
      się w ten sposób potraktować! Mazi! Twoja wiara nie ma tu nic do rzeczy.
      Twoja postawa trąca o masochizm (i to w zaawansowanym stadium: te obiadki,
      słuchanie o drugiej kobiecie, wmawianie sobie winy, itd)

      Dziewczyno, jeśli to wszystko prawda, to zwiewaj stamtąd bo do końca sfiksujesz.

    • a-siekk Re: Wróciłam...do Was 25.08.04, 15:09
      Witam Was
      od pewnego czasu czytam o całej tej historii..Postanowiłam napisać..
      Mazi dziewczyny mają rację- nie mozesz się tak zadręczać i o wszystko obwiniać
      siebie.To ze widzisz i swoją winę dobrze świadczy o Tobie,ze masz uczucia i nie
      jestes totalną egoistką. Ale czasem ZDROWY egozim jest potrzebny, by w koncu
      dostrzec samego siebie i o swoim dobru pomyslec.A Ty musisz w koncu o nim
      pomyslec inaczej się wykonczysz.
      Moi rodzice nie byli idealni, zwłaszcza tata. Nigdy nie mogłam zrozumiec tych
      ciągłych awantur, wyzwisk.. Potem, juz jako starsza, dowiedzialam się ze ojciec
      od bardzo dawna traktował mamę bardzo zle.Mial kochankę. Gdy mama była w
      szpitalu ani razu jej nie odwiedził, był u tamtej kobiety. W domu był tylko
      gosciem i nawet się nie tłumaczył. Wiem tylko ze potem mama mimo wszystko
      pozwoliła mu wrócic.Bardzo go kochała. Ja uwazam ze nie powinna..
      Ten temat zawsze wybuchał w czasie kłotni, mama zawsze była najgorsza.
      Widziałam jej posiniaczone oczy, ale byłam za mała zeby cokolwiek
      zrobic,płakałam tylko i prosiłam ojca zeby jej nie bił.. a ona zawsze mi
      powtarzała ze się ułozy..Ale sie nie układało.. Gdy ojciec nas nie chciał mama
      wywoziła nas do babci- w srodku zimy musiałysmy przejsc od przystanku kawałek
      drogi..Nie interesowalo go ze małe dzieci mogą zachorowac bo takiej
      wyprawie..Gdy nagle mu się odwidziało mama przyjezdzała po nas- o 2, o 3 w
      nocy. Była zawsze taka wystraszona, zapłakana.. Potem trochę ucichło,
      doroslismy..ale nadal zyjemy jak na bombie. Bo ojciec jak ma humory to sie
      wyprowadza.. Pamiętam ze kiedys mama powiedziala ze to dla naszego dobra, bo
      bylismy mali. A ja ze wolałabym ją widziec szczesliwą, chocby nawet samotną.
      Mazi poki masz szansę zmienic swoje zycie, staraj się je zmienic. Jesli widzisz
      ze sie nie układa i raczej nie ułozy, nie brnij w to dalej. Jestes młoda
      kobietą, dobrą- pozwol dostrzec to komus komu naprawde bedzie na Tobie zalezec,
      kto bedzie Cię szanował i kochał, ale tak naprawdę, przy kim bedziesz czuła sie
      bezpiecznie i komu bedziesz ufac. Nie dopusc do sytuacji kiedy juz nie bedziesz
      odrozniac upokorzenia jakim Cię Twoj mąz "raczy" od normalnego traktowania.
      Moja mama nie umiała..moze nie miala odwagi, a moze wmawiala sobie ze się
      jednak ułozy.. Poki jestes mloda, nie masz dzieci WALCZ o siebie i swoje
      szczeście.. Wiem ze to cieżkie i nie jedną bitwę bedziesz musiała stoczyc..ale
      kiedys wyjdzie słonce i dla Ciebie.
      Trzymam za Ciebie kciuki i wierze ze się uda..wierzę ze bedziesz jeszcze
      szczesliwa i łzy bedą tylko ze szczęscia..
    • nika04 Re: Wróciłam...do Was 25.08.04, 15:12
      Witaj mazi27!
      Przerzucialm sie nareszcie na wlasciwy watek...
      Zycze powodzenia w sobote!
      Proponuje rozejrzec sie na uniwersytecie - moze tam beda juz wisialy oferty
      mieszkan wzgl. pokojow dla studentow. Wez narazie cokolwiek, a jak juz bedziesz
      z dala od tych chorych stosunkow, pochodzisz po Wroclawiu i znajdziesz sobie z
      czasem jakies mile gniazdko. A tymczasem bedziesz NARESZCIE miala czas i
      spokoj, aby ochlonac po tym koszmarze. Dobrze Ci to zrobi. Popros jakichs
      dobrych znajomych o pomoc przy przeprowadzce i w nogi.
      Nie mozesz dluzej dawac tak sie upokarzac.
      Ostatecznie w przykazaniu "Kochaj blizniego swego jak siebie samego..."
      wychodzi sie z zalozenia, ze najpierw trzeba kochac SIEBIE (oczywiscie w
      granicach zdrowego rozsadku). I to klucz do Twojego problemu. Zadbaj wreszcie o
      siebie i o swoja godnosc.
      Pozdrawiam Cie goraco i zycze powodzenia!!!!
    • warna Re: MASOCHIZM 25.08.04, 16:44
      Zgadzam sie ze Skrzatką !!! Ślędzę ten wątek i też uważam,że Mazi jest
      masochistką do n-tej potęgi. To rzeczywiście nieprawdopodobne, aby w XXI wieku
      młoda, inteligentna dziewczyna dała tak sobą manipulować, pomiatać, poniżać.
      Albo jest chora i wymaga pomocy psychologa, albo... Może to Twoje tak ciągle
      podkreslane poczucie winy, Mazi, nie jest bez przyczyny ! Może po prostu jesteś
      leniwą, rozmemłana babą, której nic się nie chce i wszystko musi załatwić mąż.
      W dodatku bez przerwy narzekasz, a winę zwalasz na "wredną teściową". A my tu
      wszystkie sie nad Toba litujemy... Weź się wreszcie kobieto w garść i zacznij
      życie od nowa ! Jeżeli już z tym mężczyzną nie można - to SAMA .
      • mazi27 wyjechac czy nie 26.08.04, 12:51
        Wczoraj moje przyjaciolki powiedzialy mi ze jelsi sie wyprowadze to on powie w
        sadzie, ze ja spoakowalam manatki i po prostu sie wynioslam wiec on nie mial
        wyboru, skoro zona go opusciala (znowu) i wnosi o rozwod (moze nawet z mojej
        winy). Wedlug nich powinnam siedziec tu, zyc normalnie, zachowywac sie
        normalnie i nie poruszac tematu. A jak on zacznie to powiedziec to samo co
        dotad, zalezy mi na tym malzenstwie i tu jest moje miejsce bo jeszcze jestesmy
        razem. Wtedy on najprawdopodobniej nie bedzie na nic czekal i szybko pojdzie do
        sadu z pozwem. A ja powinnam dopiero po 1 rozprawie sie wyprowadzic. Mam sie
        nie zwalniac z pracy, bo niby dlaczego? On rozwala to, on niech mnie zwolni -
        przynajmniej nie bedzie mogl powiedziec ze to ja sie wynioslam, zwolnilam i
        prostu olalam wszystko. Ja tkwilam przy nim bo mi zalezalo.
        Zastanawiam sie nad tym. Pewnie nie widzac go i bedac z dala od mieszkania,
        niego, tych miejsc szybciej bym zapomniala. Ale faktycznie nie wiem czy on albo
        jego matka nie wykorzystaja tego przeciwko mnie.
        Nadal bede sie orientowac co i jak z mieszkaniami, bede przygotowywala oferty
        szukajac pracy, odpowiadala na ogloszenia zeby w kazdej chwili byc gotowa.
        Szarpie sie co robic. Wy piszecie wyjezdzaj szybko i zapominaj. One mowia ze
        moge na tym wiecej stracic. To ze obiecuje swoja pomoc finasowa i chcialby
        rozstania kulturalnego to obietnice. W kwestiach najwazniejszych dla mnie
        klamal i nie dotrzymal slowa wiec skad moge wiedziec ze teraz sie nie wycofa
        pod wplywem czegos, kogos? Juz sama nie wiem co bedzie lepsze.
        • orvokki Re: wyjechac czy nie 26.08.04, 14:44
          To zaproponuj mu podpisania oświadczenia, że wyprowadzasz się na jego wyraźną
          prośbę i że on nie widzi szans dla Waszego związku.
          Moim zdaniem nie powinnaś dalej tam mieszkać. Zachowywać się normalnie? Jak to
          sobie wyobrażasz? Rzeczywiście gotować obiadki, robić pranie etc, facetowi,
          który mówi, że Cię nie chce, który Ci dokucza, który już ogląda się za kolejną
          kandydatką?
          Ocal swój szacunek dla siebie.
          Poza tym w sądzie zawsze się możesz bronić, jeśli on wniesie o rozwód z Twojej
          winy, to zawsze Ty możesz odpowiedzieć kontratakiem i wnieść o orzeczenie
          rozwodu z jego winy, powołując się np. na jego niezdrową zależność od rodziny.
          • aphoper1 Re: wyjechac czy nie 26.08.04, 15:47
            hej!:)

            Moze zapytaj o to prawnika, tak bedziesz czula sie najpewniej - mysle, ze dla
            Twojego zdrowi lepiej by bylo sie odizolowac, ale lepiej dowiedz sie, co mozesz
            zrobic, zeby to nie mialo negatywnego wplywu na strone prawna.
            Caluje Cie,
            Aga
            • mazi27 Re: wyjechac czy nie 26.08.04, 17:19
              I tu mam problem. Jedna prawniczka przeniosla gdzies swoja kancelarie i nie
              potrafie jej chwycic. Druga na ktora mialam dostac namiar..... kolezanka
              powiedziala ze woli nie dawac mi namiaru bo potem ja ja oskarze o przyczynienie
              sie do rozwodu. Trudno mi to zrozumiec, ale coz... Teraz nie wiem gdzie sie
              zwrocic. Do pierwszego lepszego z ksiazki telefonicznej? Nie wiem na kogo
              trafie. Nie wiem gdzie zdobyc namiar na kogos solidnego. I nie wiem co robic.
              • mazi27 ciag dalszy 27.08.04, 09:11
                Wczoraj gdzies byl, zapytalam gdzie. Poweidzial ze to nie moja sprawa, bo teraz
                kazdy organizuje swoje osobne zycie. Wrocil przed polnoca. Usiadl z gazeta bez
                slowa i przez pol godziny nawet nie oderwal od niej wzroku. Do mnie ani slowa.
                Rano go zapytalam co planuje na weekend. Powiedzial ze jedzie od mamy do domku
                w gorach. Ona sie zorientuje co jest grane jesli sam przyjedzie i nie bedzie
                musial nic jej mowic. WIem co mnie czeka po weekendzie. A ja go prosze zeby nie
                mowil jej jeszcze bo mnie zniszczy natychmiast.
                Dzis rano powiedzialam mu, ze skoro nie chce tego rozegrac w zgodzie i wszystko
                przekreslil, nie bierze odpowiedzialnosci za rozwiazanie, traktuje mnie jak
                powietrze i nie probuje rozmawiac wiec ja mu o wszystkim powiem tak jak on
                (dowiesz sie w swoim czasie) i niech sie nie dziwi moimi decyzjami. Nagle mu
                sie jezyk rozwiazal i chcial wiedziec co zrobie. Ale tym razem to ja skonczylam
                rozmowe. A najlepsze jest to co powiedzial za chwile. Napisze wam chociaz dla
                mnie samej bylo zenujace. Chcial zebym mu zrobila l....a. Zatkalo mnie i
                wyszlam. Jestem dla niego przedmiotem albo gorzej. Nie chce rozmawiac jak z
                czlowiekiem a chce zeby go obsluzyc. I mowi to tak po prostu, Jezu!
                • anusia29 Re: ciag dalszy 27.08.04, 09:28
                  Podtrzymuje swoją opinię, że to świr! jego zachowanie wykracza znacznie
                  ponad "męską" umiejętność rozdzielania seksu od uczuś. To jest psychopata!!!
                  Uciekaj!
                • karo_lina79 Re: ciag dalszy 27.08.04, 12:09
                  Wiesz co?
                  Trzeba było się zgodzić na propozycję spragnionego mężusia i ... porządnie go
                  ugryźć!!!
                  A Ty sobie po prostu wychodzisz, nawet w pysk draniowi nie dasz.
                  Zastanawiam się, czy może faktycznie jesteś osobą, która lubi się umartwiać nad
                  swoim losem, jaka to jest biedna itd.
                  Albo jesteś nienormalna albo masz anielską cierpliwość. Ja bym drania udusiła
                  gołymi rękami. A potem jego mamusię;)
                • orvokki Re: ciag dalszy 27.08.04, 12:35
                  Mazi, wyprowadź się.
                  Nie zamartwiaj się na zapas, jak on to wykorzysta przy rozwodzie, to
                  ostatecznie tylko wymysł Twojej koleżanki. A jeśli rzeczywiście będzie chciał
                  rozwodu z Twojej winy, to wtedy będziesz się martwić i wtedy będziesz się
                  bronić.
                  Dalsze mieszkanie z tym facetem będzie Cię upokarzać i niszczyć psychicznie.
                  Potem będziesz miała pretensje do samej siebie, że na to pozwoliłaś...
                  • ola Re: ciag dalszy 27.08.04, 17:53

                    mazi, ja cie strasznie przepraszam, ja cie nie chce urazic, ja wiem, ze nie mam
                    prawa publicznie do takich sadow, i to jeszcze w stosunku do czlowieka, ktorego
                    osobiscie nie znam. ale ja to musze napisac, bo mi po twoim ostatnim poscie
                    wszystko opadlo!

                    jejku! co za palant!

                    twoje kolezanki czesciowo maja racje: to on zepsul, i to on powinien ponosic
                    konsekwencje i sam sobie z tym radzic (choc co do rozwodu, nie sadze, zeby mogl
                    wyprowadzke wykorzystac przeciw tobie). ale tak sie chyba dluzej nie da! to sie
                    do leczenia klasyfikuje!! zmiataj stamtad biegusiem!!

                    calusy!!
                • anula36 Re: ciag dalszy 27.08.04, 18:22
                  Naprawde nie dociera do ciebie,ze sama sie zgodzilas na takie uprzedmiotowienie?
                  Calym swoim postepowaniem,ulegloscia i pozwoleniem wlezienia sobei na glowe!!!
                  A ty zamiast spakowac rzeczy i sie zwinac to tak czekasz z czym jeszcze
                  wyskoczy. Nie zdiwilabym sie,jaby nastepnym razem przyprowadzil sobei panienke
                  a tobie kazal spac na kanapie.
                  A nawet jesli to pewnei i tak do ciebie nie dotrze,ze im szybciej zerwiesz
                  wszystkie kontakty z mezem i powierzysz je prawnikom a sama rozpoczniesz
                  normalne zycie,masz jeszcze szanse na normalnosc.

                  • mazi27 On robi badania! 27.08.04, 19:01
                    Dziewczyny przezylam kolejny szok. Dzis on wzial sobie urlop. Zastanawialam sie
                    co chce zalatwic. I teraz przegladalam poczte, dokumenty, umowy (po pracy dzis
                    robilismy cesje umowy na tel. komorkowy) i znalazlam kartke od lekarza z jego
                    przychodni. On robi badania na plodnosc. Tak mysle, bo sa tam zapiski typu moje
                    miesiaczki, kiedy, czy regulanrne, informacje o wspolzyciu. Jakies oznaczenie
                    ze ma byc przerwa do badania. W ramce napisane sloiczek. PO CO ON ROBI TE
                    BADANIA TERAZ?????? Spieszy sie do rozwodu, od stycznia kiedy "dalismy" sobie
                    szanse ja w kolko gadalam o dziecku. On mowil ze musi zorbic badania, bo jego
                    tato mial problemy. I moze on tez. I teraz to badanie???????? Napewno tej
                    kartki nie zostawil specjalnie, tego jestem pewna. Jak mam to rozumiec?
                    Zapytanie go jest bezsensem, bo albo nie powie prawdy, albo sie wkurzy,nie wiem.
                      • zosia-samosia Re: On robi badania! 27.08.04, 20:05
                        hej mazi!!!
                        tez intensywie czytam twoj watek i bardzo ci wspolczuje!!
                        a co do jego badan, to moze je robi po to by uzyc je pozniej w sadzie przeciw
                        tobie, tzn. jezeli sie okaze, ze on jest plody, to moze cie oskarzyc o twoja
                        nieplodnosc jako glowny powod rozpadu malzenstwa!!! myslalas o tym???
                        pozdrawiam cie bardzo serdecznie i glowa do gory!!!
                        pa
                        • morphea1 Re: On robi badania! 27.08.04, 23:09
                          Mazi a moze on robi te badania bo ma z kims innym dziecko- potwierdza ojcostwo?
                          Sama nie wiem...
                          Czy brak czyjejś zdolności do płodzenia dzieci może być powodem rozwodu - czy
                          małżeństwo ma na celu wyłącznie prokreację?!

                          Mazi- uciekaj poki czas- a na razie zachowaj minę pokerzysty- schowaj wszystkie
                          dokumenty, pamiętaj o koncie- macie wspólne- wycofaj pieniądze, ma dostęp do
                          Twojego konta- sksuj konto!Pamiętaj, jak dojdą do tego jego rodzice to nie
                          będzie zadnych sentymentów- na to nie licz!!! I myśl o sobie, bądź egoistką!
                          I nie gotuj, nie pierz, najlepiej wyjedź do rodziców, byś mogła spokojnie
                          oddychać , bo Ci teściowie zyć Ci nie dadzą !
                          A za to co Ci zaproponował trzeba było mu splunąć w twarz, albo choć go uderzyć!
                          I Ty masz jeszcze dylemat?! Ty się jeszcze wahasz?!
                          Mazi! Głowa do góry , rogami do przodu- pokaż że jesteś silna!
                            • zosia9 Re: On robi badania! 28.08.04, 09:14
                              Wiesz że mi to także przyszło do głowy że może mieć z kimś dziecko. Dopiero
                              wczoraj trafiłam na twój wątek i przeczytałam ten o teściowej, tam było coś o
                              dziecku z inną.
                              Trzymaj się.
                              • mazi27 Re: On robi badania! 28.08.04, 19:48
                                Mam weekend dla siebie, on pojechal po mame w gory. Poszlam do fryzjera
                                zafarbowac odrosty bo wygladalam strasznie. A szukajac pracy, pracodawcy patrza
                                na wyglad wiec tlumaczenie ze mam klopoty i dlatego jest glupie. Glowa mi peka
                                caly dzien. Wczoraj wieczorem sie zlamalam i upilam. Chcialam zapic mysli.
                                Te teksty o dziecku innej kotre mowila tesciowa to tyczy sie mnie, mowila co
                                bedzie jak nie bede chciala (bo ona nie wie ze ja go od jakiegos czasu
                                namawialam na dziecko tylko on nie chcial). Mysle ze gdyby chodzilo o ojcostwo
                                to raczej lekarz nie pytalby o mnie (miesiaczki, problemy zdrowotne) a to bylo
                                na tej kartce. Faktem jest ze przez kilka lat (na studiach) leczylam sie na
                                przewlekle zapalenia jajnikow i na dobra sprawe kazdy lekarz teraz mowi co
                                innego (ze np niewyklucozna jest endometrioza, albo ze mam policystyczny
                                jajnik, lub ze wszsytko ok). Sama nie wiem jak jest naprawde. Ale poniewaz on
                                nie chcial dziecka to nie sprawdzilismy czy mozemy.
                                Teraz jest zle, nie rozmawiamy praktycznie ale mialam nadzieje ze uda nam sie
                                jakos zaltwic to kulturalnie. A po czasie ze bedziemy zachowywac sie jak
                                kumple. Ale wiem ze nie dopusci do tego tesciowa. POwiesi na mnie wszsytkie psy
                                i zmiesza z blotem. I szybko znajdzie odpowiednia kandydatke dla syna.
                                Dowiedzialam sie ze ma na mnie haka. Znalazla w smieciach kartki na ktorych
                                pisalam co o niej mysle. Nie ma znaczenie ze je wygrzebala ale to ze ma czarno
                                na bialym co o niej mysle i jak jestem zla. Gdyby umiala dostac sie do
                                komputera tez by miala nastepne haki.Ciekawa jestem co ma jeszcze. Wiem ze
                                szperala w mieskaniu kiedy np przychodzila podlewac kwiaty w czasie wyjazdu,
                                bo sie po jakims czasie zdradzila z tym, ze cos widziala albo cos mamy albo
                                dlaczego pewne rzeczy uzywamy - a te rzeczy byly dobrze schowane. Mowila mi tez
                                kilkakrotnie co ma w smieciach, w lodowce, itp lokator wynajmujacy ich drugie
                                mieszkanie (sprawdzala co jest w smieciach i mowila co on je). Nie wiem sama
                                czy ja nie mam poczucia humoru, bo mnie to oburzalo ze chodzi i szpera mu po
                                lodowce, koszu. Nie dziwie sie ze i dowody na mnie nazbierala.
                                Sprawy finansowe do rozwiazania moze nawet mamy latwiejsze niz inni. Mamy od 3
                                lat rozdzielnosc i on ma swoje konto a ja swoje. Nie mamy do nich dostepu
                                nawzajem. Ja mialam swoja pensje na wszytkie swoje rzeczy + jedzenia dla nas
                                obydwojga. On mial swoja na swoje rzeczy i placil czynsz a czasem dawal mi na
                                ciuchy i buty i sponsorowal nasze wyjazdy (zarabia 3 razy tyle co ja). Nie wiem
                                ile ma pieniedzy i nie wnikam w to.
                                Caly czas mysle o tych jego badaniach. I sadze ze on po prostu chce wiedziec
                                czy warto szukac sobie kobiety bo jesli nie moze miec dzieci to nie ma to
                                sensu. Nie wiem co o tym myslec.
                                Posprzatac posprzatam mieszkanie troche, bo jeszcze tu mieszkam i tez
                                zasmiecam. Wiec zrobie to dla siebie.
                                Pozdrawiam Was i milej niedzieli :-)
                                  • mazi27 Bylam u prawnika 30.08.04, 20:00
                                    Witajcie ! Co do Shreka 2, to kwestia gustu. Mi sie podobal bardzo, ale nie
                                    kazdemu musi prawda?
                                    Wczoraj bylo bardzo ostro. Ja wrocilam z kina, on z domku w gorach i od
                                    pierdoly zaczelo sie. To nie byly szpilki w serce to byly dzidy. Bolaly
                                    strasznie. I bola bo to chyba serce cos daje znac o sobie a nie nerwobol.
                                    Dretwieje mi cala reka i jutro ide do lekarza, bo nie chce przez niego
                                    wyladowac gdzies. A on w trakcie przyznal sie ze robi badania na plodnosc, ale
                                    po co nie wiem nadal. Kiedy mowie mu ze jest tchorzem, ze odrobina jego dobrej
                                    woli mogla wszsytko zmienic,itp wpada w szal. Nawrzucal mi ze jestem
                                    pieprznietym pasozytem ,ktory siedzi na jego garnuszku, kazal sie wynosic, a
                                    jak nie po po powrocie z wakacji zastane zmienione zamki. Mam jechac do
                                    rodzicow i niech oni teraz mi wszsytko kupuja bo niby dlaczego on ma na mnie
                                    lożyc. Kiedy cos mi zarzucal, ja zarzut probowalam odeprzec jakims
                                    kontrargumentem i wtedy wsciekal sie tak ze piana szla z ust. Kiedy przypominam
                                    mu o jego winach to wlasnie wpada w szal. Kiedy mowie ze to nie ja lamie
                                    przysiege malzenska wpada w szal. Tak jakby bolala go prawda i nie mogl jej
                                    zniesc. Stara sie pokazac ze to ja jestem winna a kiedy mu przypominam ze i on -
                                    po prostu oboje, wtedy wlasnie sie wscieka. Na pytanie kiedy sie zwolnie
                                    wreszcie, odpowiedzialam ze nie zrobie tego. I ze jestem w tym mieszkaniu i tu
                                    jest moje miejsce. No i mialam za swoje. Stwierdzil ze w takim razie on juz na
                                    nic nie czeka i bierze sie za sprawe rozwodowa. No i ok. Chcialby zebym sie
                                    wyniosla, zwolnila i moglby znowu powiedziec ze jestem ta zla bo sie wynioslam
                                    od meza. Niech robi swoje.
                                    Dzis po pracy pojechalam do sądu. Chcialam sie dowiedziec o jakiegos prawnika.
                                    A potem szybko pojechalam do pani mecenas. Powiedziala krotko: rob swoje jak
                                    dotad. Czujesz sie zona to zachowuj sie jak zona. A on niech zrobi co chce.
                                    Poczekamy i sie do tego ustosunkujemy. O rozwodzie moze marzyc, bo nie ma
                                    trwalego rozkladu i ja wykazuje dobra wole. A w sadzie liczymy sie jednakowo -
                                    on chce rozwodu, ja nie chce i mamy takie same prawa bo jestesmy malzenstwem.
                                    Niech on sklada pozew. Na listopad albo grudzien bedzie wezwanie na rozprawe
                                    pojednawcza. Potem ciag dalszy. Powiedziala ze mam sie nie przyznac ze
                                    zasiegnelam porad prawnika, mam sie nie zwalniac bo tylko ja na tym strace. Mam
                                    rowniez potem prawo zadac alimentow. I jesli on ma malzenstwo gdzies a powody
                                    dla ktorych zada rozwodu sa wlasciwie drobne (poza tym ze mnie nie kocha) wiec
                                    moge zadac aby to jego uznano winnym. Przyznam wam sie, ze kobieta ochrzanila
                                    mnie. Uslyszalam od niej to co od Was. Mam godnosc i mam o nia walczyc. No coz
                                    poznala sie na mnie, bo na koniec powiedziala ze jestem bardzo slaba i dalam
                                    sie stlamsic, wiec teraz powinnam myslec o sobie i moze isc do psychologa albo
                                    kogos kto mi pomoze sie pozbierac psychicznie. Wiec generalnie ta pani
                                    spodobala mi sie. Ale ciekawa jestem czy on tez dzis albo w najblizszych dniach
                                    nie pojdzie do prawnika. Ten mu poradzi odseparowac sie ode mnie, nie jesc, nie
                                    spac i pewnie da mu rownie dobre rady jakie ja dostalam, tyle ze skierowane
                                    przewciwko mnie. Cos go dlugo nie ma wiec kto wie. Odkad powiedzial o rozwodzie
                                    wraca bardzo pozno.
                                    Teraz ide cos zjesc, bo czuje jak chudne i spodnie zaczynaja ze mnie spadac.
                                    Pozdrowienia :-)

                                    Mysle ze bez walki mogloby sie obejsc gdybym ze spuszczona glowa odeszla i
                                    przeprosila za wszystko. Ale jakiekolwiek proby walki o moja godnosc skoncza
                                    sie (az boje sie myslec).
                                    kolezanka pozyczyla mi fajna komedia wiec zaraz zrobie sobie kapiel i obejrze.
                                    Zawsze na duzy stres pomagala mi kapiel w wannie pelnej wody z jakimis olejkami
                                    + swiece dla wycieszenia i lampka wina. Troche przypomina mi to lono matki :-)
                                    bo tam w wodzie bylo mi dobrze (chyba, bo nie pamieta :-)
    • dzul1 Re: Wróciłam...do Was 31.08.04, 04:30
      Droga Mazi,
      naprawde rzadko zabieram glos na forum choc czytam codziennie, ale po przeczytaniu twojego watku NIE MOGE. Dziewczyno-zacznij wreszcie myslec o sobie i nie daj sie zastraszyc tej twojej tesciowej. To podly czlowiek - w dodatku jej poczucie wartosci jest oparte na tym co posiada i tylko na tym, to jacys chorzy dorobkiewicze. Tylko ze foruna kolem sie toczy. Ta kobieta zrobila swojemu dziecku straszna krzywde i nie bedzie on w stanie nigdy zbudowac zadnej normalnej relacji, bez wzgledu na to czy jego partnerka bedzie rzucac obraczka czy nie. To niedojrzale dziecko, ktore z kazdym problemem lata do mamusi, tylko ze ona nie bedzie wieczna. Nie boj sie jej i nie daj sie zastraszyc. Jestes dobrym czlowiekiem. Niech sie cieszy, ze nie trafila na synowa, ktora wybralaby jej piora bo ty Mazi jestes zbyt delikatna i zbyt kulturalna. Naleza ci sie slowa podziwu i odszkodowanie za straty moralne. Nie obwiniaj sie-postepowalas jak normalna dziewczyna. Twoj partner nie byl w stanie udzwignac odpowiedzialnosci za rodzine, ktora zalozyl. Za to ladowal sobie akumulatory u mamusi-ech biedny ten twoj maz. To nie jego wina, ze matka nie przygotowala go do zycia. Nie daj sie tym ludziom. Masz oparcie w swojej rodzinie, a wiec korzystaj z tego jak najczesciej i nie doluj sie. WALCZ!!!
        • mazi27 Wróciłam...do Was 31.08.04, 11:26
          Wczoraj wrocil okolo polnocy. Odkad powiedzial o rozwodzie jego zycie
          towarzyskie kwitnie. Zawsze liczlyly sie tylko grille w towarzystwie sasiadow.
          Inne imprezy tylko do 22, bo biegl spac. A teraz nagle, hmmm Zreszta uwaza ze
          to normalne skoro chce rozwodu i nie kocha to moze robic co chce. A ja sie
          martwilam ze moze cos sie stalo. Zawsze sie martwie kiedy ktos sie spoznia i
          mam czarne mysli. Taki ze mnie typ.
          Jestem w pracy i za pol godziny bedzie tu tesciowa. Sprobuje wyczuc czy wie,
          czy synek jej powiedzial. Ale jest przebiegla wiec moze sie nie zdradzic.
          Musze jakos z nia zalatwic urlop bezplatny. Rodzice uznali ze powinnam pojechac
          z nimi na wakacje. Proponowali to nam wczesniej ale moj maz sie wykrecil. Wiec
          mialo nie byc zadnego wyjazdu. Ale w tej sytuacji uznali ze powinnam z nimi
          pojechac i sprobowac troche nabrac sil i dystansu do tego wszystkiego.
          Zaplacili juz a ja nie wiem czy dostane wolne. Czuje ze serce mi sie podnosi do
          gardla. Zawsze tak reagowlam kiedy ona miala tu przyjsc. Z nerwow rozlewalam
          kawe i wszystko mi lecialo z rak, bo caly czas czulam napiecie czym tesciowa
          mnie zaskoczy. No ale teraz troszke mniej sie boje i mam dyktafon (wiem to
          wstretne ale na wszelki wypadek). Zbieram sily i czekam na nia. Pozdrowienia
          dla mojej Kochanej Grupy Wsparcia :-)
            • mazi27 Re: Wróciłam...do Was 31.08.04, 15:15
              Moj maz napisal mi z pracy email ze za 2 tyg.jedzie z kolegami z pracy od
              piatku (po pracy) do niedzieli balowac w Szczyrku. Tak po prostu. Hmm ciekawe
              od kiedy z nimi tak sie koleguje, bo jakos nigdy nie mowil.
              • olenka7958 Re: Wróciłam...do Was 31.08.04, 23:24
                Przeczytalam wszystkie twoje listy. Bez psychologa widac, ze ciebie zdominowal
                i jest gora w tym zwiazku. Od takiego czlowieka trzeba uciekac, ratowac sie,
                oczywiscie udowadniajac swoja racje i jego wine w sadzie, zeby zachowac swoja
                wlasna twarz. To ze rzucilas obraczka, to nie powod, zeby przestac cie kochac,
                to ze mowilas mu prawde o swoich uczuciach, to nie powod, aby ci robic krzywde.
                A on ewidentnie gra na twoich nerwach (chociazby przychodzi pozno i wygania
                ciebie z "jego" mieszkania), nie jestes jakas szmata, zeby ciebie tak
                traktowac. Nawet ze szmata tak nie postepuja kulturalni ludzie, co dopiero z
                zona (nadal nia jestes). Wniosek taki, ze on jest poprostu wielka swinia. Nie
                potrafi sie zachowac, jest dziecinny (nie podoba mi sie cos - idz sobie).Po co
                on sie wogole zenil, jesli jest wielkim kaprysnym bachorem? Nie rozumiem jego
                zachowania, jest mi przykro, ze meczy ciebie, ze ty bierzesz cala wine na
                siebie......Nic ci nie doradze, ale bede trzymala za ciebie kciuki. I lepiej
                faktycznie, radz sie z adwokatem, bo maz cie tak zakreci, ze jeszcze ty mu
                zaplacisz alimenty:( Wiec trzymaj sie cieplo, wiedz, ze nie jestes sama, mozesz
                tu pisac, mozesz pisac na maila do mnie:the1lady_really@poczta.onet.pl
                Jesli bede w stanie jakos pomoc, to to zrobie. Nie jestem w takiej sytuacji,
                jak ty, ale moge wyobrazic sobie, ze bardzo cierpisz i postaram sie ciebie
                pocieszyc
                Pozdrawiam goraco i trzymaj sie cieplutko:)
                • mazi27 Re: Wróciłam...do Was 01.09.04, 13:26
                  Wczoraj wieczorem zapytal czy wiem ze jak mezczyzna ma dziecko z jakas kobieta
                  to kosciol daje uniewaznienie malzenstwa ze wzgledu na dziecko? To samo co mi
                  mowila tesciowa. Powiedzial ze wie to od swojej mamy. Ja juz na temat
                  uniewaznienia koscielnego sie dowiadywalam i nikt o czyms takim nie slyszal.
                  Ale to nie wszystko. Uslyszalam tyle slow.... Jak strasznie bola...
                  Niech on cos zrobi bo ja juz nie daje rady. Nie wstalam do pracy, nie chce mi
                  sie nic.
                  Z urlopem bede wiedziec jutro.
                  • hika Re: Wróciłam...do Was 01.09.04, 13:39
                    Mazi kochana
                    było mu odpysknąć, że to brednie i czy on ma 4 latka żeby w takie bajdurzenie
                    wierzyć
                    Mam nadzieje, ze nie spuściłaś głowy i nie nadałaś sobie "naskoczyć"
                    Nie wolno się tak "dawać" - mam nadzieje że już go nienawidzisz tak jak cała
                    Twoja grupa wsparcia i że pokażesz mu gdzie jego miejsce
                    No nie moge jak czytam o tym ( przepraszam za słownictwo ) debilu to mi sie nóż
                    w kieszeni otwiera!!!!!!!
                    POwiedz mu Mazi że jak się ma dzieci z innymi kobietami to trzeba płacim im
                    alimenty - czy on przypadkiem o tym wiedział
                    Śmiej sie z niego bo na nic innego nie zasługuje
                    Trzymam za Ciebie kciuki żebyś wyszła z tego
                    • mazi27 Re: Wróciłam...do Was 02.09.04, 20:31
                      Mysle ze moje najlepsze lata poszly na marne. Nie wierze ze jeszcze ktos
                      pokocha mnie a ja kogos. Mam 28 lat i moj zegar biologiczny pedzi, przez niego
                      moge nie miec dzieci.
                      Boje sie strasznie tego co mnie czeka. Uswiadomilam sobie, ze moge miec
                      dodatkowe problemy bo nie jestem tu zameldowana (te rozdzielnosci, ciagle
                      zamieszania z jego mieszkaniem, przeprowadzki - uznalam ze meldowanie to
                      formalnosc i nie zawrcalam sobie tym glowy tym bardzej ze mieszklam tu,
                      pracowalam placilam podatki i ubezpieczenie) a teraz mysle ze to bedzie kolejny
                      dowod dla niego. Szkoda ze nie pomyslalam wczesniej.
                      Boje sie samotnosci, potrzebuje czulosci i opieki kochajacego faceta kiedy mi
                      zle, kiedy jestem chora. Gdybym miala dziecko mialabym kogo kochac i wszystko
                      mialoby sens.
                      Uznalam ze najlepiej bedzie wyjasniac i rozmawiac w sadzie, bo kiedy znowu
                      probowalam pogadac dowedzialam sie ze jestem winna bo nie robilam mu codziennie
                      sniadan do pracy, kiedy ja spalam w sobote do 11 to on juz myl w tym czasie
                      okna, nie chcialam chodzic na grilla do sasiadow (to fakt, tylko czasem szlam
                      bo towarzystwo przescigalo sie w przechwalkach co i za ile kupili a ja sie nie
                      czulam dobrze sluchajac tego przewaznie w meskim towarzystwie), itp. Tym
                      przesadzil - nawet ja to wiem, ale takie rozmowy przybieraja coraz ostrzejsze
                      oskarzenia a ja potem nie spie i nie mam ochoty dalej zyc. Nie chce juz tego.
                      Dzis mu powtorzylam zeby robil co uwaza za sluszne, sam podejmuje decyzje i
                      niech sam je realizuje. Skoro zada zebym je szanowala niech on szanuje moje
                      decyzje. To go wkurza. To ze z uporem maniaka mowie, ze ja nie zlamalam
                      przysiegi i jestem jego zona itp. Chyba dla niego to co mowie jest takim
                      oskarzeniem go o wine. Sama nie wiem.
                      Szkoda mi nie tylko tych wszystkich wspomnien i dobrych dni ale nawet moich
                      planow i moich wyobrazen o naszej przyszlosci. Po raz kolejny sie porzekonalam
                      ze nie moge niczego planowac bo kazdy moj plan bierze w leb. Teraz kiedy musze
                      potluczone plany wyrzucic strasznie mi ciezko. I jeszcze strach przed sadem,
                      tym co zrobi tesciowa (ona oficjalnie nie wie ale sie domysla), pozegnaniem z
                      ludzmi i miejscami, strach prze przyszlosci i ludzmi ktorzy beda mieli pozywke
                      (moi rodzice mieszkaja w malej miejscowosci i tam wszsyscy zyja cudzymi
                      sprawami). Nie umiem tego strachu przelamac. Gdyby to byl strach przed jakas
                      jedna rzecza ale tego jest tak duzo. Mam zaczac nowe zycie - ale sama, polamana
                      i bez nadziei. Jak to zrobic?
                      Zawsze bylam slaba. Inny czlowiek dalby sobie lepiej rade w tej sytuacji. Ja
                      nie potrafie dac sobie rady z zyciem. On teraz sie smieje, ze jestem slaba,
                      mowi o mnie "cicijaja" a to ze bylam wrazliwa, delikatna i krucha kiedys uwazal
                      ze atuty dla ktorych chcial byc ze mna. POtem stalam sie "warzywkiem" jak
                      mowil. Ma racje. To nie zalety, to wady i tacy ludzie przepadaja.......
                      • karo_lina79 Re: Wróciłam...do Was 02.09.04, 22:52
                        Mazi,
                        po pierwsze na miejsce starych planów robi się nowe. Jeszcze nie masz żadnych i
                        dlatego tak Ci ciężko.
                        Po drugie, jak napisałaś "moi rodzice mieszkaja w malej miejscowosci i tam
                        wszsyscy zyja cudzymi sprawami". Oni żyją wszystkimi sprawami, więc nie łudx
                        się, że będziesz sensacją przez długi czas.
                        Najpierw sie pogapią, a potem zaczną się gapić na kogoś innego. Bo sami się
                        boją takiego gapienia.
                        Zlew na prymitywów i głowa do góry. Sądzisz, że im się tak wszystko układa?
                        Nikt nie ma patentu na szczęście.
                        I ono może Ci się jeszcze trafić.
                        Zobaczysz.
                      • aphoper1 Re: Wróciłam...do Was 03.09.04, 20:05
                        Mazi, podziwiam Cie i widze, jak Ci trudno.
                        Szukaj pomocy, psychologa, terapii... Moze jakiegos sensownego ksiedza?
                        Nie zostawaj z tym sama.
                        Wierze, ze jestes dosc silna,
                        pozdrawiam,
                        Aga
                        • mazi27 pozew 07.09.04, 21:03
                          Przed chwila mi powiedzial ze juz byl w kancelarii i tam napisali mu
                          pozew. I pozew zostal wyslany do sadu i w ciagu 2 tygodni dostane pismo z
                          sadu. I jeszcze powiedzial ze "akurat po urlopie bedziesz miala pozew z
                          sadu bo jak widac nie wierzysz ze mowie powaznie, to sie przekonasz". I
                          powiedzial tez ze on nie bedzie ponosil wszsytkich kosztow sadowych (a
                          wczesniej mowil ze tak) bo kto mu ma zwrocic koszty za zmarnowane 5 lat?
                          Zaczynam go chyba nienawidzic i najchetniej pieprznelabym go patelnia w leb a
                          nie gotowala obiadow. Jutro dzwonie do prawniczki zeby jakos mnie uspokoila.
                          Dobrze ze juz cos zrobil w sumie bo szybciej przestane sie meczyc z tym. Jest
                          tak cyniczny ze mam wrazenie ze to inny czlowiek.
                          Musialam to z siebie wyrzucic


                          • orvokki Re: pozew 08.09.04, 10:47
                            Cieszę się, że się na niego wreszcie wkurzasz! Pięlęgnuj słuszny gniew, jeszcze
                            Ci się przyda.
                            Co do pozwu i kosztów, to spokojnie spokojnie, najpierw to on będzie musiał
                            uiścić wpis sądowy (kilkaset złotych), bo to on złożył pozew, a ostateczne
                            koszty i kto je zapłaci ustali wyrok. Dopiero po tym, jak on opłaci wpis, Ty
                            dostaniesz odpis pozwu i czas na odpowiedź.
                            • woman-in-love Re: pozew 08.09.04, 13:43
                              karo_lina79 napisała:

                              > Pieprznięcie go patelnią raczej pogorszy sprawę, ale porządne przesolenie
                              > obiadu...
                              > Pomyśl o tym, Mazi:)
                              a...... może by tak....coś na rozwolnienie? :-)))
                              • ola Re: Nowy wątek?? 08.09.04, 14:04

                                mazi - wazne!! nie godz sie na zadne partycypacje w kosztach! on cie pewnie
                                bedzie namawial do zrzucenia sie na koszty sadowe. niec nie plac!!!! on sklada
                                pozew, malzenstwo rozpada sie z jego winy i woli - on ponosi koszty!!!!
                                prawniczka ci dokladnie wyjasni...
                              • 8ula Re: Nowy wątek?? 25.04.16, 11:49
                                Kurcze i jak skończyła się ta historia ? Po tylu latach mam nadzieje ze jesteś w końcu szczęśliwa i masz kogoś do kogo możesz się przytulać i ufać :-) pozdrawiam
      • gabinet77 Re: Wróciłam...do Was 08.07.16, 17:53
        mogę polecić pana Krzysztofa Kańczugowskiego - mała kancelaria w Warszawie na Ursusie ale facet oddany bez reszty swojej pracy! Korzystałem z jego usług w tematach medycznych i jestem bardzo zadowolony
        [url=http://prawnik1.pl/warszawa/]urolog warszawa[/url]
        • gabinet77 Re: Wróciłam...do Was 08.07.16, 17:56
          mogę polecić pana Krzysztofa Kańczugowskiego - mała kancelaria w Warszawie na Ursusie ale facet oddany bez reszty swojej pracy! Korzystałem z jego usług w tematach medycznych i jestem bardzo zadowolony
          [url=http://prawnik1.pl/warszawa/]prawnik warszawa[/url]
    • sic-transit Re: Wróciłam...do Was 17.01.17, 11:17
      Tak jest - mężczyzna jest tylko bezwolną lalką; jak odpowiednio długo się go osacza i naciska, to zawsze zrobi to co chcesz. Na razie tylko się droczy, stąd ta agresja, ale przecież tak naprawdę on Cię kocha i wszystko będzie dobrze. Jeszcze bardziej osaczaj i jeszcze bardziej proś boga, aby w tym Ci pomagał i też na niego naciskał. Przed Jahwe musi się ugiąć, skoro bóg ten odpowiada za 15 milionów zamordowanych ludzi. Mąż zostanie z Tobą ze strachu - w końcu to najlepsza motywacja.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka