betti66
18.09.05, 13:18
Mam problem, może nie jest on tak poważny jak inne na forum, ale mnie gryzie.
Napiszcie mi proszę, w szczególności chodzi mi o osoby które są poślubie jak
powinnam może spojrzeć na ten problem.
Generalnie wszystko jest super. Jestem już praktycznie nowopoślubiona
małżonką, za m-c mam ślub i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa, kocham
mojego przyszłaego męża i w druga stronę jest podobie. Kwestią problmowa
pojawia się w podejściu do rodziny. Mój M (powiedzmy że bede do tak nazywała)
jest osoba która bardzo kocha i szanuje swoich rodziców, ale jest nauczony
bardzo dużej samdzielności w życiu. Ne trzyma sie spodniczki mamy i to mnie
bardzo cieszy. Uważa, że jesgo życie nalezy do niego i ma prawo żyć według
własnych zasad, własnych zamierzen i planów itd. czyli poglad którym każdy
człowiek powinien sie kierowac. Jest konsekwentny i wprowadza to skutecznie w
zycie co oznacza mniej wiecej tyle, że chce zalozyc rodzine i spedzac czas
przede wszystkim ze mna we dwoje, ewentualnie z mlodymi ludzmi, naszymi
znajomymi itd. Nie ma duzej rodziny i nie jest nauczony spedzania duzej ilosci
czasu z rodzicami. Jest tez tak poniewaz mnieszka w innym miescie niz rodzice,
ale nawet gdyby mnieszkali blisko, to twierdzi, że odiwdziłby ich raz w tyg. i
tyle. On po prostu uwaza, że kazdy mlody czlowiek kiedy sie usamodzielnia i
zaklada wlasna rodzine to potrzebuje swobody i odpoczynku od rodzicow, a nie
przebywania z nimi non stop na obiadkach itd. Tiwrdzi ze to sie zmnienia z
czasem, kiedy pojawiaja sie dzieci i dziadkowie czesto wtedy pomagaja w ich
pilnowanie jezeli moga i maja ochotę, albo kiedy sa starsi i potrzebuja
opieki. Zgadzam sie z nim w 100%.
Tez uwazam ze czlowiek musi przede wszystkim zyc tak jak chce, musi miec swoje
pasje, zainteresowania, swoj swiat, ze nie mozna zyc czyims zyciem itd i to
bez wzgledu na wiek. Wiec w czym problem? Coz, ja mam duza rodzine i
utrzymujemy ze soba bardzo bliskie kontakty, duze imprezy rodzinne itd.
rodzice i ja mieszkalismy z dziadkami i taka to byla zawsze saga rodzinna. Moj
M jak napisalam wczesniej mial troche inny przyklad w rodzinie, gdzie po
prostu nikt nikogo do niczego nie zmuszal i robila to na co mial ochote,
jezeli nie chcial isc gdzies z rodzicami to nie szedl, a oni go nigdzie nie
ciagneli bo mieli moich znajomych.
Duza rodzina taka jak moja ma swoje plusy i minusy. Jest wiele osob, ktore
pomogą ci i podadza pomocna dłon ale przwda byla tez taka ze nauczona bylam
jezdzic do rodziny z rodzicami bo mnie tak nauczyli. Najczesciej mialam na to
ogromna ochote bo mam wiele kuzynek i kuzynow, ale czasem byly to wycieczki do
ciotek, ktore bylay dla mnie zupelnie neutralne i troche jechalam tam bo tak
wypadalo, bo tak nauczylim mnie rodzice, bo nie chcialam sprawiac im
przykrosci-ale to bylo rzadko. Niemniej jednak teraz kiedy mieszkam z M on nie
chce czesto odwiedzac moich rodzicow, nie dlategi ze ich nie lubi, ale dlatego
ze nie czuje takiej potrzeby, nawet w stosunku do swoich rodzicow-uwaza bowiem
i slusznie ze troska o innych i milosc do ludzi nie przeklada sie na liczbe
spotkan. Moim rodzicom jak zapewnie sie juz domysliliscie przychodzi to z
wielka trudnoscia-zrozumienie mojego M. Oni uwazaja, ze jesli zapraszaja nas
na obiad to powinnismy przyjechac bo tym sposobem ja nie musze gotowac itd.
Moj M nie chce jezdzic w sobote lub niedziele na obiadki bo uwaza ze ma w
weekend lepsze rzezcy do robienia ze mna niz siedzenie u rodzicow czy tesciow
na obiedzie. Raz na jakis czas tak ale nie za czesto. Jemu wlasciwe wystarczy
cos takieo raz na 2 m-ce. Mieszkamy w tym samym miesie wiec nie jest to
kwestia odleglosci. Nie zabrania mi przy tym jezdzic do rodziców i ich
odwiedzac jesli mam na to ochote daje mi auto i mowi "jedz ile razy chcesz, ja
mam swoje pasje ktorym sie poswiecam i sa dla mnie wazniejsze niz siedzenie u
rodzicow". Oczywiscie swieta spedzamy w pelnym rodzinnym gronie. Nie ma tez
nic przeciwko zebysmy wyszli sobie raz na jakis czas z rodzicami moimi lub
jego do kina czy teatru itd. Teoretycznie nie powinno mnie to martwic ale mam
wrazenie ze jak odmawiam mamie obiadu albo przyjezdzam sama to jest im
przykro. Mysle ze to jest uczucie ktore towarzyszy osobom opuszczajacym dom
rodzinny a ja jestem wlasnie na tym etapie. Z drugiej strony mam wrazenie ze
rodzice tez z pewnoscia przezywaja odejscie dziecka z domu i wiem ze maja jak
najlepsze intencje. Chcialabym jednak zeby zrozumieli ze ja mam teraz wlasne
zycie, sa jego wazna czescia ale ja mam tez przyjaciol, pasje, prace, a tydz
ma siedem dni i nie mam czasu zagladac do nich tak czasto jakby chcieli,
podobnie jak moj M. Oni nie do końca to rozumieją. Myślę, że to wynika z
pustki jaka musza wypelnic sobie po moim odejsciu z domu, a na to czesto
potrzeba czasu, dlatego tak wazne jest miec swoje pasje i zainteresowania bez
wzgledu na wiek. Chcialabym tylko nie miec poczucia winy ze jak ich za czesto
nie odwiedzam chociaz mieszkamy w tym samym miejscu, to oni sobie mysla ze mi
na nich nie zalezy. Napiszcie co o tym sadzicie i jak to u was przebiegało? Z
gory dziekuje;)