ketyen
05.08.07, 19:20
To będzie długa opowiastka.....o moim rozpadającym się małżeństwie.
Koniecznie potrzebuję kogoś kto mnie wysłucha i moze coś poradzi. Nie mam się
komu zwierzyć, nie mam żadnych koleżanek (odkąd zaczęłam pracować 3 lata temu
urwał mi sie kontakt z ludźmi).
Poznałam sie z mężem mając 19 lat, zaraz po maturze, przystojny w moim typie
wpadł mi w oko, bardzo go chciałam poznać i udało się, umówiliśmy się i
zaczęliśmy spotykac. Chodziliśmy w sumie chyba ze 4 lata, poznałam już
większość jego rodziny, wszystko stało się takie oczywiste. Jego mama coś mu
tam napomknęła o pierścionku, bo to takie chodzenie do nieczego nie prowadzi.
Zabrał mnie do sklepu, wybraliśmy pierścionek, choć ważne jest to, że ja
bardzo chciałam odłożyć w czasie ten fakt, pamiętam, że jak tam staliśmy w
sklepie to mi serce waliło i brakowało tchu, ale ze strachu. Nie chciałam się
właściwie zaręczać, nic przyrzekać ani myśleć o zaręczynach i ślubie, bo
jakoś tak mi to nie na rękę, czułam się niedojrzała i za młoda (23 lata i
studiowałam jeszcze).
Zaręczyny były w walentynki, kurcze, w dzień z którego wyśmiewałam się zawsze
bo to komercyjne świeto do robienia pieniędzy. No ale tak wyszło.
Dostałam dupny bukiet róż, moja mama też, ładnie to wszystko sobie mój
narzeczony zorganizował. Zapytał czy zostanę jego żona, czułam to okropne
kołatanie wewnątrz, ale powiedziałam tak, bo jakbym coś zaczęła mówić że to
za szybko, żeby poczekać to by mu sprawiło wielką przykrość.
Potem sobie powiedziałam, że jest jeszcze czas się zastanowić, że zobaczymy
jak dalej będzie i takie tam, zawsze jeszcze jest jakiś manewr.
Zaprosiłam jego najbliższą rodzinę na obiad, żeby się poznali z moimi, i żeby
ładnie wyszło, tak ich poinformować wszystkich.
Nasze narzeczeństwo trwało ponad 2 lata. Tak sobie byliśmy razem, a to się
godząc a to kłócąc. Dużo się kłóciliśmy przez cały ten czas, bo ciągle jakieś
problemy powstawały. On sie wychował w tradycyjnej rodzinie, jego mama nie
pracowała dokąd on i siostra nie poszli do szkoły, zawsze zajmowała sie
wszystkim w domu, a ojciec zarabiał, a po pracy dłubał cos na podwórku
(mieszkali w domku). Potem jego mama tez już pracowała, ale dalej tak było,
ze tata w domu nic raczej nie pomagał, tylko same męskie prace.
U mnie to w ogóle inny świat, bo wychowałam sie tylko z matką, a ona była
taka wszechstronna, miała i wyksztacenie i pracę, a jak kran trzeba było
naprawic to brała klucz francuski, albo załatwiała kogo trzeba itd. Musiała
sobie poradzić i świetnie jej to wychodziło. Zresztą odkąd matka została
tylko ze mna, widać było że rozwinęła skrzydła. Wcześniej była przez mojego
ojca trochę zahukana i on rządził, a potem uwolniła się od tych wszystkich
ograniczeń. Starała się mnie zawsze zachęcić do nauki, zebym miała potem
lepiej w życiu, była samodzielna i mogła liczyć na siebie.
Wracając do naszej historii – po dwóch latach takiego homo-nie-wiadomo,
rodzice mojego narzeczonego zaczęli go naciskać co dalej? Byliśmy kiedyś u
nich i rozmawialiśmy, ze chcielibyśmy mieć swoją firmę, albo kupic przyczepę
kampingową, ale na razie to nic nie wiadomo co będzie w przyszłości i takie
tam luźne gadki. No i rodzice wyskoczyli z hasłem ślub. No ja nawet o tym
myslałam, ale chodził mi po głowie ślub cywilny, bo ani ja ani mój narzeczony
nie jesteśmy religijni, poza tym nie cierpię być w centrum uwagi, całej tej
weselnej pompy, jestem nieśmiała, ona ma wieeeeelką rodzinę, wiec koszt
takiego wesela to by było ze 40 000, masakra, u mnie by było góra 10 osób na
ślubie, a poza tym czułam wewnątrz ten strach i chciałam mieć jakąś furtkę.
Według mnie lepiej by było trochę razem pomieszkać, spróbować, nazbierać
kaskę i wtedy jesli wszystko było git, to zrobić ślub kościelny.
No ale mój narzeczony nie bardzo chciał o tym słyszeć. Wesele ma być. Slub
koscielny.
Powiedziałam, ze nie chcę. No to oni na mnie, ze czemu, że to lepiej, za
jednym razem, po co takie kombinacje, w sumie oni są wierzący to może też
miało jakiś wpływ. Wróciłam do domu mocno skołowana i w ogóle nie wiedziałam
co mam robić.
Powiem szczerze, że jak sobie siebie wyobraziłam w kościele, z tyłu masa
ludzi, ja w jakiejś śmiesznej białej kiecce to mi się zimno zrobiło i
poczułam jak mi skóra cierpnie na plecach.
Porozmawiałam z narzeczonym, że nie chce takiego wielkiego wesela, ani nie
mam na to pieniędzy. Ale on bardzo chcial ten kościelny ślub (naprawdę nie
wiem czemu, ale widocznie tak chciał). Pomyślałam, że sytuacja nie jest
prosta i wymaga kompromisu. Powiedziałam, ze dobrze, i tak nie przywiązuję
większej wagi do religii, więc jak mu tak zależy to okej, ale ja chcę żeby to
był skromny ślubek, tylko najbliższe osoby, w małym kościólku, bez mówienia
do mikrofonu, żadnego wielkiego wesela, bo nieśmiała jestem i mnie to
przytłacza. Okej. Ustalone.
Pozałatwialiśmy wszystko, to znaczy głównie ja, bo on jak to facet, zawsze ma
czas, wszystko się zdaży.... . Ślub w małym kościółku, bez mikrofonu,
przyjęcie na 16 osób.
Ale jak sie okazało, im bliżej było ślubu tym więcej osób się pytało kiedy i
o której, cała jego rodzina, ze przyjadą na ślub, u mnie kupa ludzi z pracy,
ksiądz powiedział, że w małym kościólku, przykro mu bardzo, ale nikt nie da
rady posprzątać, bo siostry pojechały gdzieś-tam na całe wakacje i dupa.
Został duży kościól i około 60osób za naszymi plecami.
Żoładek mi cały pływał na myśl o tym.
Jednocześnie z całymi przygotowaniami to tego porąbanego ślubu,
remontowalismy sobie u mnie w domu pokój i narzeczony wprowadził się do mnie.
Zaczęły się konflikty. Porozrzucane ubrania, skarpetki pod łóżkiem, bałagan,
okruszki w kuchni, rozlana woda w łazience, włosy na umywalce, głośny
telewizor, trzaskanie drzwiami, zastawianie mojego samochodu jego autem,
jemu przeszkadza mój kot, czemu mu nie poukładałam papierów albo ubrań jak on
malował, czemu mu nie nakładam obiadu na talerz, czemu jak on wraca to ja
czytam ksiazkę i bez przerwy jakieś haje.
Do tego doszedł ten stres z kościołem, i załamałam się emocjonalnie,
powiedziałam, ze nie chce żadnego ślubu, zeby poszedł odwołać i że ja
wyprowadzam się byle gdzie do hotelu, bo mam go serdecznie dosyć. Poszedł
faktycznie odwołac do tego księdza na dwa dni przed ślubem, ale ksiądz go
zaczął wypytywać czemu, co się stało, i opowiedział mu o mikrofonie i tłumie
ludzi. Ksiadz powiedzial, że zrobi bez mikrofonu, ze najpierw zrobi
przysięgę, potem kazanie, zebym się nie musiała denerwować, a dzień przed
ślubem mamy przyjść i on zrobi nam taką próbę na środku kościoła, zeby się
trochę oswoić. Na tej próbie łzy mi leciały jak grochy, jak mówiłam
przysięgę, a w kościele było pusto.
Na drugi dzień był ślub, rano wypiłam ¾ butelki nerwosolu, babcię wysłałam do
sklepu po listki odświeżające oddech, do kościoła jechałam blada jak trup,
nic nie pamiętam kompletnie ze mszy, w czasie przysiegi patrzyłam na
haftowany liść na ubraniu księdza, żeby tylko wzrok mi się nie przesunął, bo
się zatnę i nie powiem do końca. Jak był koniec to wybiegliśmy prawie z
kościoła, że goście nie mogli zdążyć za nami. Wtedy to czułam w sumie radość,
ze już po wszystkim.
Ale problemy zostają niestety.
Mieszkam z mężem już dwa lata. Ciśnienie mam coraz wyższe, aż 140 jak na swój
wiek i serce mnie kłuje coraz częściej, bo nie ma dnia żebym sie nie
wkur..... na maxa. Już nie mogę po prostu tych nerwów wytrzymać, dwa słowa
wystarczą, żeby była awantura i darcie mordy.
Kiedyś cieszyłam się że będzie weekend, w piątek od rana miałam w pracy dobry
humor, teraz nawet nie wiem czy chce mi sie w ogóle wrócić do domu.
Nie mogę sie wyspać w nocy, bo mąż chrapie. W soboty i niedziele nastawia
sobie budzik na 8, bo albo idzie do pracy co drugi tydzień, albo ma plan
wstać o 8, a potem budzik i tak dzwoni przez godzinę, bo on nie umie wstać.
Kładzie się w nocy, czyli ledwie ja zasnę to on przych