Jak Witek, odsłaniam się, zapewne poddając pod surową ocenę. Ale co mi tam.
Zastanawiam się mianowicie nad tym, jak bardzo jestem pokręcona. Czemu? Bo z jednej strony czuję bezbrzeżną pustkę i tęsknotę za drugą osobą. Za uczuciem. Nie mylić z romantycznym uniesieniem pod niebiosa i różowymi okularami. Myślę raczej o takiej tęsknocie za kimś, kto będzie czuł podobnie, szanował moje przekonania i potrzeby, a ja w zamian uszanuję jego. I to da nam płaszczyznę porozumienia, na której coś zbudujemy. Coś, co sprawi, że nasza samotność będzie bardziej znośna. Bo każdy tak naprawdę jest sam. Można tylko sprawić, żeby było łatwiej ten garb nieść. I za tym tęsknię. Ale z drugiej strony nie umiem, nie wierzę już w to, że życie może się zmienić. Nigdy nie zaklinałam rzeczywistości, ale gdzieś tam pod skórą siedzą mi słowa, że dostajesz to, na co jesteś gotowy. Czyli ja nie dostanę nic. NIC. Jak żyć z takim dualizmem? Jak sobie przetłumaczyć, że ileś tam lat (tego nie wiem, ale statystycznie) trzeba będzie przeżyć bez jakiejkolwiek bliskości, czułości, współodczuwania z drugą osobą? Wczoraj miałam taki potworny dół. Patrzę na swoje życie i widzę przegraną osobę. A co, jeśli znowu tam na górze oleją moje plany i przyjdzie mi pożyć ze 20 lat albo i dłużej? Recepty potrzebuję. Poważnie. Albo żeby mnie ktoś kopnął w 4 litery. Albo sama nie wiem czego. Ale jeśli doczytałeś to do końca, to już jesteś wielki.