morgana_le_fay
08.07.08, 17:16
Moje wiejskie kosy mieszkają w dziupli starej lipy na przeciwko ganku. Szczególnie wiosną, kiedy ulistnienie jeszcze nie tak bujne i gęste mam darmowe seanse "national geographic" lub "animal planet" na żywo. Imponująca częstotliwość z jaką latają do dziupli, najpierw porządkując ją po przylocie, przybiera na sile gdy jedno karmi wysiadującego partnera i osiąga absolutne apogeum kiedy latają by nakarmić wiecznie głodną gromadę młodych. Nie obywa się bez przygód rodem z horroru. Zdarzają się napaści na gniazdo, boje na dzioby, a także przeraźliwe czerwone alarmy ostrzegające przed sójką, sroką i innym nieciekawym elementem pojawiającym się w pobliżu.
Kilka lat temu lipa przeżyła prawdopodobnie uderzenie pioruna, bo wiosną zastaliśmy ją pękniętą wzdłuż do wysokości ok.5m. Po jakimś czasie zainteresowały się tą szczeliną szerszenie. To towarzystwo nie podobało się ani nam, bo regularne późnowieczorne wizyty tych owadów w domu nie należą do przyjemności, ani lipie, bo zaczęła schnąc i umierać, ani chyba kosom, bo tego roku były wyjątkowo niewidoczne. Po interwencji strażaków, jesienią używając monstrualnej drabiny zakleiliśmy wyłom cementem, gruzem i pianą budowlaną. Trzy razy jeździliśmy do sklepu dokupić materiałów. Dziura była ogromna. Następnej wiosny lipa ożyła, wróciły kosy, a my spowrotem spokojnie wysiadujemy wieczorami na ganku sącząc własnej roboty wino jabłkowe.
Ale to nie wszystko o kosach. To, że w tym roku są wyjątkowo tłuste i dorodne bardzo mnie cieszy. To, o czym już wspominałam że jak reszta moich ptaków coraz mniej płochliwe - tym bardziej. Czasem jednak śmieszy, czasem do szału doprowadza coś innego. Koski (bo to chyba one)z zapałem uczą się naszych dźwięków. Opanowały już piszczenie psa, ileż to razy stara nasza suka została zbesztana za niewinność jakoby "mendziła" bez powodu takim charakterystycznym tonem znudzonego kundla jęczącego i napraszającego się atencji. Opanowały dźwięk poprzedniej komórki znanej fińskiej marki, zarówno dźwięk dzwonka jak i niestety budzika, który to kilkakrotnie zerwał nas skutecznie na równe nogi o kilka godzin za wcześnie. Ostatnio nauczyły się już pierwszych taktów nowego, polifonicznego dzwonka o zdecydowanie bardziej skomplikowanej dźwiękowej konstrukcji.
Mam szczęście do kosów. Kiedy jestem w mieście tęsknię za moimi ogrodowymi lokatorami. Żadne gołębie, wróble, nawet inteligentne kawki, czy wrony nie zastąpią ich towarzystwa. Jakież było moje zdziwienie gdy wczesną wiosną tego roku parka pojawiła się na naszym warszawskim podwórku. Radość tym większa, że na punkt obserwacyjny i scenę śpiewaczą wybrały kalenicę daszku najbliższych sąsiadów vis a vis naszego okna i koncertują (właściwie koncertuje prawdopodobnie tylko samiec)regularnie. Od tej pory także w mieście mogę je obserwować na wyciągnięcie ręki.