cepekolodziej
09.04.10, 20:58
Czytałem kiedyś, może jakieś trzydzieści lat temu, książkę,
wspomnienia brytyjskiego oficera działającego podczas drugiej wojny
światowej w jednej z komórek wywiadowczych rozlokowanych wzdłuż
granicy asamsko-birmańskiej. Nie pamiętam ani tytułu ani nazwiska
autora, ale zrobił na mnie wówczas duże wrażenie pewien fragment, w
którym główną rolę odegrał plan Londynu.
W wysuniętej placówce brytyjskiej pojawia się żołnierz, Gurkha,
wynędzniały i skrajnie wyczerpany. W trakcie przesłuchania stwierdza,
że jest jedynym ocalałym z batalionu Gurkhów rozbitego doszczętnie
przez Japończyków gdzieś w środkowej Birmie. Zapytany, jak udało mu
się przebyć taki szmat drogi, omijając japońskie placówki i patrole,
poprzez skrajnie trudne obszary górskie, odpowiada, że miał mapę, i
że to dzięki niej udało mu się dotrzeć do Asamu.
Dla przesłuchujących to sensacja. Gdyby żołnierz potrafił pokazać na
mapie, którędy szedł, może udałoby się ustalić nowe, bezpieczniejsze
od dotychczasowych trasy przerzutu ludzi i broni dla pro-brytyjskiej
partyzantki. Żołnierz wyciąga z zawiniątka pieczołowicie złożoną
mapę, rozwija ją i zaczyna tłumaczyć, którymi ścieżkami szedł, które
rozwidlenia dróg omijał, których szlaków (oznaczonych kolorami)
unikał.
Przesłuchujący biorą od niego bezcenną mapę. To wydarty z jakiegoś
bedekera plan Londynu, z oznaczonymi różnymi barwami trasami metra.