Gość: bbombel
IP: *.szaf / 217.153.79.*
10.03.04, 17:38
Cos ciekawego o PO:
Platforma kameleonów
Platforma Obywatelska jest jaskrawym przykładem swoistego pospolitego
ruszenia różnych, najczęściej nieźle zgranych polityków z Unii Wolności, SKL-
u i AWS dla kolejnego dopchania się do Sejmu. Mogliby sobie za motto wziąć
słynny kuplet ze „Słówek" Boya o galicyjskim polityku:
Żadnych politycznych
Nie zna on przesądóiu,
Każda Partia dobra,
Byle dojść do rządóiu!
Przerażający jest fakt, jak dzięki nagłośnieniu medialnemu można było zwieść
tak wielu ludzi co do charakteru i celów tego bardzo nieciekawego zbioru
kameleonów i karierowiczów różnych maści. Przedstawiano jako rzekomo
nowoczesną formację mogącą radykalnie przyspieszyć rozwój Polski grupę
politykierów, którzy już z niejednego pieca chleb jedli, zostawiając po
swoich niedokonaniach głównie wiele niesmaku. Osobną grupę w Platformie, dziś
coraz bardziej w konflikcie z nią stanowili starzy gracze z SKL-u typu Artura
Balazsa. Dla tych ostatnich wejście do Platformy Obywatelskiej było tylko
udanym zabiegiem socjo-technicznym przed dostaniem się do Sejmu. Jak wyznał
potem szczerze, a cynicznie, jeden z liderów SKL Krzysztof Oksiuta: Nigdy
nas, SKL, nie łączyły żadne wspólne idee. Przyznam szczerze, że to była
jedynie metoda na dostanie się do parlamentu. Dziś PO przeżywa wyraźny kryzys
i pierwszy rozłam, odejście części polityków z SKL. Uzyskała znacznie niższy
wynik niż prorokowano jej w mediach i sondażach, bo bardzo wielkie pieniądze
na reklamę nie mogły wyrównać słabości cechującej PO ogromnej pustki
programowej. Początkowo wielce komplementująca PO profesor Jadwiga Staniszkis
przyznała na temat Platformy: (...) zrobiła kiepską kampanię, a jej przywódcy
okazali się paradoksalnie niemedialni. Telewizja wycliwytuje to, że nie ma
się nic do powiedzenia. Można milczeć znacząco, ale takie milczenie jest
nieznośne na dłuższą metę.
O słabości Platformy Obywatelskiej w niemałej mierze zadecydował
najsłynniejszy jej lider, bardzo nie lubiący się przepracowywać Olechow-ski.
Po wrześniowych wyborach, które przyniosły Platformie wynik znacznie słabszy
od oczekiwanego, Olechowski wyraźnie jakby stracił do niej serce i mało jest
widoczny, w sytuacji wymagającej wysiłków dla rozwijania nowej partii. Prawdą
jest to, że z góry przy tworzeniu Platformy powiedział jasno, że przystępuje
do całej inicjatywy, daje nam twarz i iwzwisko oraz wyborczy kapitał, ale od
ciężkiej pracy ma być kto inny. On tego nie lubi (według zwierzeń anonimowego
liberała z PO odnotowanych w „Nowym Państwie" już 19 stycznia 2001 r.).
Przedstawiam niżej dość szeroko portrety czołowych postaci Platformy
Obywatelskiej, by tym lepiej uwidocznić, zgodnie ze słowami szwedzkiego XVH-
wiecznego kanclerza Axela Oxenstierny, jak małą mądrością rządzony jest ten
świat. Jeśli politycy tego pokroju mogli oszukać w tych wyborach aż tylu
ludzi. Jeśli człowiek taki, jak Olechowski zdobył drugie miejsce w wyborach
prezydenckich i choć jest kandydatem oligarchii pozyskał nawet dużą część tak
radykalnego socjalnie ROP-u. Przykro pisać i mówić!
"Ślizgacz" Olechowski
Andrzej Olechowski jest jednym z najbardziej typowych przykładów
koniunkturalistów, którzy porobili w latach 90. świetne kariery dzięki
wyjątkowej wprost umiejętności zmieniania poglądów zależnie od sytuacji. A
zaczynał tak niewinnie jako typ człowieka zabawowego, niechętnego do jakiegoś
zdyscyplinowania. Miał niezłe zadatki na wiecznego studenta - studiował na
SGPiS-ie 7 lat. Szybko za to dał się poznać jako spec od rozrywki. Był disc
jockeyem w „Stodole", pisał piosenki, zakładał klub rockowy (wraz z
Wojciechem Mannem). Pracował jako prezenter muzyczny w Polskim Radiu, został
nawet menadżerem zespołu „Trzy Korony".
Dość szybko wkroczył jednak na zupełnie odmienne ścieżki. Nawiązał współpracę
z PRL-owskim wywiadem (kryptonim „Must"), co zapewniło mu dostatnie życie i
określone przywileje, choćby możliwość dobrze płatnych pobytów na Zachodzie.
Pracował w genewskiej agendzie ONZ UNCTAD, później w Banku Światowym i pilnie
słał odpowiednie raporty do PRL-owskiej centrali wywiadowczej. Nieprzypadkowo
też przy „okrągłym stole" reprezentował stronę komunistyczną.
Polityka „grubej kreski" ułatwiła mu szybkie awansowanie i po czerwcu 1989 r.
zostaje wiceprezesem Narodowego Banku Polskiego i wiceministrem w
Ministerstwie Współpracy Gospodarczej z Zagranicą.
Adam Glapiński, który był szefem Olechowskiego w Ministerstwie Współpracy
Gospodarczej z Zagranicą w 1992 r. (Olechowski był tam wiceministrem)
wspominał później, że wyraźnie niepokoił go nazbyt optymistyczny stosunek
swego zastępcy do kapitału zagranicznego. Mówił o Olechowskim: Uchodził wśród
zagranicznych partnerów za bardzo dobrego negocjatora i to zawsze budziło mój
niepokój. Mówi się przecież, że najlepszy negocjator to ten, którego nie
lubią jego partnerzy. Dość paradoksalnie Olechowski, były agent wywiadu,
właśnie Olszewskiemu zawdzięczał swój pierwszy wielki awans ministerialny,
zostając wiosną 1992 r. ministrem finansów w jego rządzie. Na tym stanowisku
podpisał nader niekorzystną dla polskiej strony umowę z włoskim Fiatem.
Sam tekst (tajnej!) umowy z Fiatem został wyciągnięty w trzy lata po jej
zawarciu przez lewicową „Politykę", ostro krytykującej Olechowskiego za całą
sprawę. Zarzuty podjęto też w innych pismach. Marcin Dominik Zdort
przypomniał w „Rzeczpospolitej" z 12 lipca 1995 r., że Ole-chowskiemu
zarzucano pójście na zbyt duże ustępstwa wobec Fiata, które w praktyce oddały
tej firmie monopol na produkcję samochodów małolitrażowych w Polsce.
Dość wcześnie, bo już 3 maja 1992 r. pisano we „Wprost": W kuluarach
sejmowych mówiono (...), że Olechowski to „zręczny ślizgacz" (...) że jest
facetem „z predyspozycjami paraestradowymi", który opanował umiejętność
sprzedania własnego wizerunku i takiego operowania słowem, by wiele mówiąc
mało powiedzieć, nikogo nie urazić, a wszystkim dać nadzieję. Nie był długo
członkiem rządu Olszewskiego - po trzech miesiącach podał się do dymisji pod
niezbyt istotnym pretekstem (przypuszczalnie na życzenie Wałęsy, który dążył
do obalenia rządu Olszewskiego).
Oportunizm i umiejętności przystosowywania się Olechowskiego szybko zyskały
mu zaufanie Wałęsy. Już wiosną 1992 r. Wałęsa zachwalał Olechowskiego jako
kandydata na premiera w dość szczególnej, typowej dla siebie stylistyce,
mówiąc, że spełnia ona zuarunki teoretyczne, praktyczne i fizjologiczne
(podkr. J.R.N.), niezbędne do przeprowadzenia reform. W tamtych latach przy
każdej okazji, jak mógł wysławiał Wałęsę w najbardziej wymyślnym
panegirycznym stylu. Można powiedzieć, że był jednym z najgorliwszych
rzeczników tak popularnej wśród polskich karierowiczów zasady „Dzień bez
pochlebstwa jest dniem straconym"! Dziś mało pamięta się, jak bardzo ten
akcentujący swój pragmatyzm i nowoczesność polityk, był w swoim czasie zdolny
do najgłupszych, najbardziej absurdalnych nawet publicznych pochlebstw pod
adresem swego głównego protektora Lecha Wałęsy. „Wsławił się" m.in.
powiedzeniem: Jeśli ktoś za kilkaset lat pokusi się o napisanie krótkiej
historii świata, to jedynym Polakiem, który ma szansę się w niej znaleźć jest
właśnie Lech Wałęsa. Nie będzie w niej ani Kopernika, ani Chopina.
Te tak lizusowskie dywagacje Olechowskiego o Wałęsie najostrzej skomentował
Gustaw Herling-Grudziński w paryskiej „Kulturze" z listopada 1993 r., pisząc,
że po takiej wypowiedzi wolno niestety zastanawiać się czy aby nasza „scena
polityczna" nie zmierza wielkimi krokami do przeistoczenia się w ośrodek
psychopatologii politycznej.
W wywiadzie dla „Wprost" z 12 września 1993 r. Olechowski wysławiał
Wachowskiego mówiąc m.in.: świehue mi się współpracuje z ministrem
Wachoiuskim i bardzo sobie tę współpracę cenię (...) mogę poiuiedzieć, że
jest