hm czy Janusz to po angielsku Jonatan?

z jakiegoś koszmaru!
Rozdział XXVI
--------------------------------------------------------------------------------
Kto wpadł na ten genialny pomysł?
- Hura! Hura! - zawołał, ile sił w płucach, jakiś człowiek. Wystraszeni emeryci
ze zdumieniem spojrzeli na nieoczekiwanego gościa. Intruz był bardzo wytwornie
ubrany i, jak na dżentelmena przystało, nosił starannie przystrzyżone wąsiki.
Towarzyszyło mu kilku mężczyzn w ciemnych garniturach, którzy płaszczyli się
przed nim, jakby był panem ich życia i śmierci. Wyelegantowany dżentelmen
podszedł do stołu, by wziąć filiżankę kawy, ruchem ręki opędzając się od
reszty, niczym od natrętnych much. Mężczyźni w garniturach, potulni jak
owieczki, ustawili się w kącie i zamarli w cierpliwym wyczekiwaniu.
- Gratulacje - odezwał się Jonatan - gratuluję, chociaż nie wiem jeszcze czego.
Czuł się w obowiązku nalać temu elegantowi kawy, przyglądając się jednocześnie
wzorowo wyprasowanym kantom spodni mężczyzny.
- Zechciałby pan powiadomić mnie, co stało się przyczyną takiej radości?
- Mogę to uczynić - odparł z dumą tamten. - Dziękuję za kawę. Oj, ależ tu upał -
dżentelmen odstawił filiżankę i wyciągnął dłoń do Jonatana. - Nazywam się
Artur Hatch. A ty?
- Jonatan. Jonatan Poczciwy. Bardzo mi miło.
- Jonatanie, od dziś mam pewność, że będę opływał w dostatek - mężczyzna
uścisnął mocno dłoń młodzieńca. - Wygrałem głosowanie w sprawie swojego
wynalazku, w sprawie ostrometalokija.
- Jakie głosowanie?
- Otóż sąd minimalną większością głosów przyznał mi list patentowy.
- a co to jest list patentowy? - zapytał Jonatan.
- To najbardziej wartościowa kartka papieru na tej wyspie - napuszył się
Artur. - To list od Rady Lordów, przyznający mi wyłączność na wykorzystywanie
rewolucyjnej metody ścinania drzewa. Nikomu nie wolno używać ostrometalokija
bez mojego pozwolenia. Będę nieprzyzwoicie bogaty!
- Kiedy pan go wynalazł? - Jonatan przypomniał sobie nagle kobietę, którą
spotkał tuż po przybyciu na Korrumpo.
- Ach, pomysł nie jest mój. Wpadł nań ten biedny dureń Charlie, po czym złożył
potrzebne dokumenty w Biurze Nadzoru Idei. Zapłaciłem mu symboliczną sumę za
prawa do jego pomysłu i sadzę, że inwestycja wkrótce zwróci się z nawiązką!
Charliego nigdy w życiu nie byłoby stać na wynajęcie takiej zgrai prawników -
Artur skinął głową w kierunku swoich towarzyszy.
- a kto przegrał w tym sporze?
- No faktycznie, spór był nielichy. Setki innych gości utrzymywało, że wpadli
na ten sam pomysł jeszcze przede mną... to jest przed Charliem. Niektórzy
twierdzili, że jest to po prostu kolejny, logiczny krok po wynalezieniu
kamieniokija. Ba, nawet babka Charliego zgłosiła swoje pretensje, argumentując,
iż to dzięki niej wnuczek stał się tym, kim jest dzisiaj. Do żłobu chciał się
jeszcze dopchać jakiś pisarz, twierdząc, że Charlie ukradł mu pomysł.
Tu Artur Hatch pociągnął łyk kawy i mówił dalej:
- Ale ostatnie głosowanie szło najciężej. Powódka powiedziała, że ona już dawno
nałożyła kawałek metalu na kawałek drewna. Nawet nie pamiętam, jak się
nazywała. Zresztą nieważne. Powołała ponad czterdziestu świadków. Mówiła, że
kierowała nią ciekawość, że chciała sobie ulżyć w pracy. Usiłowała wywołać
litość u sędziów twierdząc, iż jest zwykłą drwalką, która nigdy w życiu nie
mogłaby sobie pozwolić na opłaty patentowe. Życie jest ciężkie.
- Ciężkie? - powtórzył Jonatan.
- Sądzę, że chciała przejść do historii, a teraz przepadnie w otchłani
zapomnienia.
Artur wsparł się o ścianę i zaczął przyglądać się swoim wypielęgnowanym
paznokciom prawej dłoni, najwyraźniej smakując niedawne chwile tryumfu.
- Każda ze spraw miała w sobie coś szczególnego - podjął. - Niektórzy z moich
rywali twierdzili, że nie sposób zawładnąć myślą. Lecz sąd rozstrzygnął, że to
ja nią zawładnąłem! Na całe siedemnaście lat. Uczciwie na to zapracowałem.
- Na siedemnaście lat? Czemu akurat siedemnaście?
- Skąd ja mam wiedzieć? - zachichotał. - Może to jakaś magiczna liczba.
- Ale skoro jest pan właścicielem pomysłu, to dlaczego tylko na siedemnaście
lat? Czy po tym okresie traci pan też prawo do reszty swojej własności?
- Hmm - Artur zamilkł, wziął filiżankę i zaczął nerwowo mieszać kawę. - No to
zabiłeś mi ćwieka. Z reguły prawa własności nie są ograniczone czasowo, chyba
że Rada odbiera komuś majątek z uwagi na wyższe względy społeczne. Chwileczkę! -
uniósł rękę i z miejsca podbiegł do niego jeden ze stojących w rogu ludzi,
który biegał wokół Artura jak merdający ogonem piesek.
- Czym mogę służyć?
- Paul, wytłumacz proszę temu młodemu człowiekowi, czemu nie mogę być
posiadaczem listu patentowego dłużej niż siedemnaście lat.
- Tak jest proszę pana. A więc w dawnych czasach listem patentowym król dzielił
się swoimi regaliami z przyjaciółmi i zausznikami. Z kolei dziś celem takich
listów - ciągnął Paul monotonnym głosem rasowego prawnika - jest zachęcenie
wynalazców do nie ustawania w wysiłkach. W minionym wieku pewien przesądny
wynalazca zdołał przekonać Radę Lordów, że w ciągu siedemnastu lat można się
wystarczająco wzbogacić.
- Proszę mnie poprawić, jeżeli coś pokręciłem - powiedział Jonatan, ze
wszystkich sił starając się pojąć istotę problemu. - Czy to znaczy, że
wynalazcom tak zależy na listach patentowych, bo chcą się dorobić, nie
dopuszczając innych do wykorzystywania swoich pomysłów?
- a mogą być jakieś inne powody? - Paul i Artur spojrzeli na siebie osłupiałym
ze zdziwienia wzrokiem.
- Czyli każdy producent ostrometalokijów musi wam zapłacić? - Jonatana
przygnębiał brak wyobraźni tych ludzi.
- Hmm - chrząknął Paul, zerkając z ukosa na Artura - to zależy od pana Hatcha.
Może będzie chciał wyrabiać je sam... jak nakazuje ostrożność. Z kolei jest
również możliwe, że drwale przedstawią mu tak lukratywną propozycję, iż przez
te siedemnaście lat powstrzyma się od produkcji narzędzi. - Paul spojrzał
Arturowi prosto w oczy i dodał:
- Nasi ludzie już się nad tym głowią, proszę pana. Jak pan pamięta, najpierw
musimy coś zrobić z tą uciążliwą Kartą Drwala. Na dzień dzisiejszy mamy w
planach kolejne spotkanie z panią de Flanelle. Ona jest w stanie załatwić nam
jakieś ulgi i zwolnienia.
Zwrócił się ponownie do młodzieńca:
- Drwale hołdują dziwnemu, ale prastaremu przekonaniu, iż ich metoda ścinania
drzew zwykłymi kijami winna być chroniona przed napływem nowych pomysłów.
- Ta Karta Drwala hamuje postęp - odezwał się Artur z zadumą. - Mam nadzieję,
Paul, że mogę na ciebie liczyć. Ty zawsze potrafisz coś wykombinować.
- a co by pan zrobił - zapytał Jonatan - gdyby przegrał pan sprawę w sądzie?
Artur oparł ręce na ramionach Jonatana i Paula, obracając ich w stronę drzwi i
zaczął prowadzić ku wyjściu, jakby na znak, że rozmowa dobiegła końca.
- Możesz być pewien, młody człowieku, że gdyby głosowanie nie było dla mnie
pomyślne, nie traciłbym teraz czasu na pogawędki z tobą. Najpierw musiałbym
nakłonić panią de Flanelle do zniesienia Karty Drwala, a zaraz potem wróciłbym
do fabryki i zaczął wyrabiać ostrometalokije, żeby nie dać się dogonić
konkurencji. A mój przyjaciel Paul musiałby znaleźć sobie inne zajęcie. Dobrze
mówię, Paul? Może zająłbyś się produkcją, marketingiem, a może badaniami
naukowymi? Każdy nowy ostrometalokij musiałby być ulepszoną wersją
poprzedniego, żeby zdążyć przed rywalami depczącymi nam po piętach.
- Przerażająca wizja! - zaśmiał się drwiąco Paul.
Na widok zmierzającego ku drzwiom Artura reszta mężczyzn w kącie wzięła
dyplomatki, zabierając się do wyjścia.
- Słuchaj, Paul - kontynuował Artur - wytłumacz mi proszę raz jeszcze tę
kwestię odpowiedzialności.
Szli korytarzem, przy czym Artur cały czas trzymał ręce na ramionach Paula i
Jonatana.
- Bo widzi pan - zaczął Paul - kawałek metalu może się oderwać od kija i
ud