Str. 1 z 4
RATOWANIE PUBLICZNYCH MITÓW
„Saving Private Ryan” („Ratowanie szeregowca Ryana”

reżyserii Stevena Spielberga
Recenzja Michaela A. Hoffmana II. (redagowane tłumaczenie z angielskiego)
Czym nie jest to ostatnie zarachowanie szpielbergowego kanonu? Ono nie jest
kinem o „holocauście” i o „komorach gazowych”, ale tylko i wyłącznie o walce na
zachodnim froncie w Drugiej Wojnie Światowej i jeszcze o honorze i współczuciu
amerykańskiego rządu dla Żołnierza Amerykańskiego.
Hohoho! Tak by się zdawało! Przesłanka tego najbardziej dydaktycznego cudownego
dziecka holywudu oczywiście tam jest. Tylko podsunięta chytrze, albo, jak kto
woli, subtelnie, niewidocznie dla niewprawnego oka.
(Oczywiście jest też i chęć zysku – chęć wyciągnięciu z wojennego teatru
superstudia „Dream Works” setek milionów dolarów. Ich następny projekt to film
animowany o czarnym Mojżeszu wychowanym przez czarnego faraona Ramzesa!)
W kinie Żydów istnieją dobre wojny i – Yahwe, o dzięki! – Druga Wojna Świa-towa
jest taką dobrą wojną! Powodzenie kasowe „Saving Private Ryan-a” to potwierdza.
Po 54 latach żydowskie mity Aliantów trzymają się mocno! Hip, hip, hurra!
Spielberg zaciera ręce, to była „dobra wojna”, ona była największą bratobójczą
rzezią gojów w wieku białego bratobójstwa.
W 1998 roku goje z macierzy, z „bread basket belt”, są desperacko zmęczeni
chorobą duszy, co dotknęła Amerykę, oni chcą widzieć bohaterów i coś, w co mogą
wierzyć, wierzyć znowu. Voila! Spielberg przybywa na pomoc! Możecie zapomnieć o
odcieniach szarości moralności, albo o egzystencjalnym samo-zwątpieniu, które
musiałes oglądać w filmach o walkach w Korei i Wietnamie. To były złe wojny,
zwalczaliśmy komunistów. Za te wojny amerykańscy wete-rani wojenni winni
odpokutować nigdy nie kończącą się żałobą, dopasowując się do zbiorowego
rozstroju nerwowego, za to że w ogóle brali udział. Ich
walory jak patriotyzm, bohaterstwo i ślepa wiara w gerałów różnią się o włos
od „zbrodni wojennych”. Natomiast tutaj, przeciwko Niemcom patriotyzm
Amerykanów, ich bohaterstwo i ślepa wiara w gerałów są poparte alianckim prawem
zwycięzcy i uzasadnione pół wiekiem tam-tamów holywudu.
Toteż reżyser używa sobie. Wystawia przynętę dla widowni, np. te na zwolnionym
ruchu miłosne karesy kamer z pornografią brutalności. Spielberg zrobił to nie
perwszy raz. Już w „Amistad” pokazał hi-tech dramat orgii przemocy białych
wobec czarnych na pokładzie okrętu z niewolnikami. Tym razem zagrał głównie na
sentymentach roczników poborowych zapełniających ciemnice kinowe, naiwniaków
tego samego typu, co dali zawieżć się do Omaha Beach na pewne stracenie.
Co za szkoła uczuć! Niemiecki żołdak wbija „Żydowi” sztylet w brzuch z prawie
miłosnym, psychoterapeutycznym współczyciem. To blagierstwo przypomina
blagierstwa innego Żyda, Freuda, ale masowa publika to kupuje - już rzymskie
masy zapełniały Coloseum żądne okrucieństwa na arenie. Spielberg odwołuje się
do naszych najniższych instynktów, żeby zaszczepić nienawiść rasową do Niemców
i... zarazem zbić kasę.
Zaczyna się to lądowaniem piechoty US na skrwawione plaże Normandii, gdzie te
niemieckie sukins..., ci „zbrodniarze wojenni” mają czelność strzelać do inwa-
dujących Amerykanów. Obesesyjna kawalkada scen śmierci i rzezi – chyba naj-
bardziej podniecająca i fascynująca od igrzysk w Rzymie za Nerona – z miejsca
urzeka sadystów videowych cyrkiem digitalnych rzezaczy w „wirtualnym boju”.
W oficjalnej przesłance film ma nas przekonać, że rząd/Roosevelt dbał o
podstawową komórkę społeczną Ameryki - o rodzinę. A mianowicie, czterech braci
pomaszerowało na wojnę, żeby zrobić świat bezpiecznym dla komunistów i
komunizmu. Trzech z nich zginęło.Trzeba więc uratować tego czwartego. Nie
bardzo jest jasne dlaczego i właśnie tego, gdyż takich tragedii w wojnie była
masa, ale to jest świat fikcjny Spielberga, tym pytaniem nie psujmy jemu zabawy
w kota myszkę. Sam generał Marshall, pomnikowo upostaciowany na surową męskość,
interesuje się tym czwartym bratem, szeregowcem Ryanem, osobiście. Może dla
precedencu, może dla wyjątku z reguły, może dla reklamy, dla własnej
popularności? Nieważne, przecież to fikcja. W docudramie dba się
o propagandę, a nie o historię. I „Marshall”, żeby rozsentymentalnić
publikę „mądrością strategów”, recytuje słowa Lincolna z pamięci... Kto zna
bucowa-tość Marshalla, ten się śmieje ze scenarzysty.
Szeregowiec Ryan, desantowy skoczek spadochronowy wylądował zniesiony
z kursu w okupowanej przez „wroga” Francji. Marshall wyznacza specjalną drużynę
komandosów do uratowania go w środku wojny, w regionie chaotycz-nych,
piekielnych walk ulicznych, gdzie co chwila przerywana jest łączność i walczący
są zdani na siebie indywidualnie.
Drużyna ratownicza składa się umyślnie z wielokolorowych Amerykanów.
(Takie clichés były w filmach B-klasy i komiksach Marvela.) Jest tam głupkowa-
ty Włoch, popychany Żyd, wielki Arjanin z Brooklynu, straszliwy jajogłowy i typ
z Południa, sierżant York. Gromada ta jest tak smagła, że z początku ona przypo-
mina oddział portorykańskiej Gwardii Narodowej, czym zrazu odwraca naszą uwagę
i wytrąca nas z akcji na ekranie. Zauważamy, że siedzimy w kinie i trzeba
chwili, zebyśmy wrócili do poddania się konwencji przeżycia kinowego.
Koniec str. 1 z 4
c. d. poniżej
-