Dodaj do ulubionych

Blagierski Spielberg

IP: *.212.132.191.Dial1.LosAngeles1.Level3.net 14.04.02, 09:48
Str. 1 z 4

RATOWANIE PUBLICZNYCH MITÓW

„Saving Private Ryan” („Ratowanie szeregowca Ryana”wink
reżyserii Stevena Spielberga

Recenzja Michaela A. Hoffmana II. (redagowane tłumaczenie z angielskiego)

Czym nie jest to ostatnie zarachowanie szpielbergowego kanonu? Ono nie jest
kinem o „holocauście” i o „komorach gazowych”, ale tylko i wyłącznie o walce na
zachodnim froncie w Drugiej Wojnie Światowej i jeszcze o honorze i współczuciu
amerykańskiego rządu dla Żołnierza Amerykańskiego.

Hohoho! Tak by się zdawało! Przesłanka tego najbardziej dydaktycznego cudownego
dziecka holywudu oczywiście tam jest. Tylko podsunięta chytrze, albo, jak kto
woli, subtelnie, niewidocznie dla niewprawnego oka.

(Oczywiście jest też i chęć zysku – chęć wyciągnięciu z wojennego teatru
superstudia „Dream Works” setek milionów dolarów. Ich następny projekt to film
animowany o czarnym Mojżeszu wychowanym przez czarnego faraona Ramzesa!)

W kinie Żydów istnieją dobre wojny i – Yahwe, o dzięki! – Druga Wojna Świa-towa
jest taką dobrą wojną! Powodzenie kasowe „Saving Private Ryan-a” to potwierdza.
Po 54 latach żydowskie mity Aliantów trzymają się mocno! Hip, hip, hurra!
Spielberg zaciera ręce, to była „dobra wojna”, ona była największą bratobójczą
rzezią gojów w wieku białego bratobójstwa.

W 1998 roku goje z macierzy, z „bread basket belt”, są desperacko zmęczeni
chorobą duszy, co dotknęła Amerykę, oni chcą widzieć bohaterów i coś, w co mogą
wierzyć, wierzyć znowu. Voila! Spielberg przybywa na pomoc! Możecie zapomnieć o
odcieniach szarości moralności, albo o egzystencjalnym samo-zwątpieniu, które
musiałes oglądać w filmach o walkach w Korei i Wietnamie. To były złe wojny,
zwalczaliśmy komunistów. Za te wojny amerykańscy wete-rani wojenni winni
odpokutować nigdy nie kończącą się żałobą, dopasowując się do zbiorowego
rozstroju nerwowego, za to że w ogóle brali udział. Ich
walory jak patriotyzm, bohaterstwo i ślepa wiara w gerałów różnią się o włos
od „zbrodni wojennych”. Natomiast tutaj, przeciwko Niemcom patriotyzm
Amerykanów, ich bohaterstwo i ślepa wiara w gerałów są poparte alianckim prawem
zwycięzcy i uzasadnione pół wiekiem tam-tamów holywudu.

Toteż reżyser używa sobie. Wystawia przynętę dla widowni, np. te na zwolnionym
ruchu miłosne karesy kamer z pornografią brutalności. Spielberg zrobił to nie
perwszy raz. Już w „Amistad” pokazał hi-tech dramat orgii przemocy białych
wobec czarnych na pokładzie okrętu z niewolnikami. Tym razem zagrał głównie na
sentymentach roczników poborowych zapełniających ciemnice kinowe, naiwniaków
tego samego typu, co dali zawieżć się do Omaha Beach na pewne stracenie.

Co za szkoła uczuć! Niemiecki żołdak wbija „Żydowi” sztylet w brzuch z prawie
miłosnym, psychoterapeutycznym współczyciem. To blagierstwo przypomina
blagierstwa innego Żyda, Freuda, ale masowa publika to kupuje - już rzymskie
masy zapełniały Coloseum żądne okrucieństwa na arenie. Spielberg odwołuje się
do naszych najniższych instynktów, żeby zaszczepić nienawiść rasową do Niemców
i... zarazem zbić kasę.

Zaczyna się to lądowaniem piechoty US na skrwawione plaże Normandii, gdzie te
niemieckie sukins..., ci „zbrodniarze wojenni” mają czelność strzelać do inwa-
dujących Amerykanów. Obesesyjna kawalkada scen śmierci i rzezi – chyba naj-
bardziej podniecająca i fascynująca od igrzysk w Rzymie za Nerona – z miejsca
urzeka sadystów videowych cyrkiem digitalnych rzezaczy w „wirtualnym boju”.

W oficjalnej przesłance film ma nas przekonać, że rząd/Roosevelt dbał o
podstawową komórkę społeczną Ameryki - o rodzinę. A mianowicie, czterech braci
pomaszerowało na wojnę, żeby zrobić świat bezpiecznym dla komunistów i
komunizmu. Trzech z nich zginęło.Trzeba więc uratować tego czwartego. Nie
bardzo jest jasne dlaczego i właśnie tego, gdyż takich tragedii w wojnie była
masa, ale to jest świat fikcjny Spielberga, tym pytaniem nie psujmy jemu zabawy
w kota myszkę. Sam generał Marshall, pomnikowo upostaciowany na surową męskość,
interesuje się tym czwartym bratem, szeregowcem Ryanem, osobiście. Może dla
precedencu, może dla wyjątku z reguły, może dla reklamy, dla własnej
popularności? Nieważne, przecież to fikcja. W docudramie dba się
o propagandę, a nie o historię. I „Marshall”, żeby rozsentymentalnić
publikę „mądrością strategów”, recytuje słowa Lincolna z pamięci... Kto zna
bucowa-tość Marshalla, ten się śmieje ze scenarzysty.

Szeregowiec Ryan, desantowy skoczek spadochronowy wylądował zniesiony
z kursu w okupowanej przez „wroga” Francji. Marshall wyznacza specjalną drużynę
komandosów do uratowania go w środku wojny, w regionie chaotycz-nych,
piekielnych walk ulicznych, gdzie co chwila przerywana jest łączność i walczący
są zdani na siebie indywidualnie.
Drużyna ratownicza składa się umyślnie z wielokolorowych Amerykanów.
(Takie clichés były w filmach B-klasy i komiksach Marvela.) Jest tam głupkowa-
ty Włoch, popychany Żyd, wielki Arjanin z Brooklynu, straszliwy jajogłowy i typ
z Południa, sierżant York. Gromada ta jest tak smagła, że z początku ona przypo-
mina oddział portorykańskiej Gwardii Narodowej, czym zrazu odwraca naszą uwagę
i wytrąca nas z akcji na ekranie. Zauważamy, że siedzimy w kinie i trzeba
chwili, zebyśmy wrócili do poddania się konwencji przeżycia kinowego.
Koniec str. 1 z 4
c. d. poniżej

-
Obserwuj wątek
    • Gość: Genia Re: Blagierski Spielberg IP: *.212.132.191.Dial1.LosAngeles1.Level3.net 14.04.02, 09:49
      Str. 2 z 4
      c.d. - RATOWANIE PUBLICZNYCH MITÓW,
      recenzja filmu: „Ratowanie szeregowca Ryana”

      „Żyd” powiewa swoim naszyjnikiem z „Gwiazdą Dawida” do niemieckich
      jeńców i przedrzeźnia ich, pokrzykując: „Juden, Juden!”. Ale, o dziwo,
      Spielberg nie kazał „Niemcom” chrząkać i spluwać na żydowską świętość i też
      nie uderzył w strunę „holocaustu”. Dlaczego? Musimy się domyślać: „holohoax-
      owe” melodramy przechodzą coraz bardziej z przymrużeniem oka, a poświęcanie się
      Amerykanów za tych, co mordują Palestyńczyków, nie jest popularne, zwłaszcza
      wśród Amerykanów. Żydowski reżyser wybrał więc wstrzyknięcie swojej rasowej
      nienawiści do Niemców tam, gdzie publiczność najmniej się tego spodziewa.

      Na przykład, kiedy „wszyscy” widzieli, że koniecznie trzeba rozstrzelać niemiec-
      kich jeńców wojennych, to tylko ten głupi kapitan nie zgodził się zamordować
      jeńców. W konsekwencji jego „słabości” jeden żydowski żołnierz ginie. Co za
      głupota! Należało ubić germańców! Oni są – jak widać na ekranie - bezwzględ-
      ni, to my też będziemy. Oko za oko.

      Papierowa jest postać sierżanta Yorka, protestanta „fundamentalisty” z
      Południa, co zawzięcie nienawidzi Niemców. (Dlaczego tak zawzięcie? Nie
      wiadomo). Kiedy jeniec niemiecki mówi do sierżanta Yorka po niemiecku, on
      wybucha wściekle: ”Zamknij tą brudną świńską łacinę!”
      Łacinę? Świńską? Niemiecki, jest językiem szczytowych europejskich osiągnięć w
      filozofii, literaturze, teatrze, językoznawstwie itd., Posłuchajcie że tego
      rasowego lżenia potomka kazarskiej nacji o niemieckim nazwisku: Spielberg!
      Adrenalina zamroczyła go z nienawiści i sadzi się na Niemców swoją lepszością.
      Przecież jego krajanie przodkowie przywędrowali do Europy w 1017 roku goli i
      nadzy po rozbiciu Królestwa Kazarskiego przez Kijowian. Mówili oni językiem
      kazarskim czagataisz, a niektórzy z nich także kaleczyli innymi językami. O
      hebrajskim nie mieli pojęcia, bo Żydami jak nie są tak i nie byli, a językiem
      Judajczyków i Izrealitów nie mówili.
      W Niemczech oni zwulgaryzowali wysoko rozwinięty język niemiecki na jidisz
      dajcz [jűdisch Deutsch], szwargocząc nim w swoich gminach, sztetlach i getach.
      Tym niechlujnym żargonem mówiły ich masy w całej Europie wschodniej i Rosji.
      Kiedy z końcem lat 1200-ych Kazarów eksmitowano tam skąd przyszli, na wschód,
      oni zabrali z sobą nazwiska niemieckie, bo własnych, kazarskich, nie mieli. W
      Polsce mówili kaleczonym niemieckim z akcentem jidisz, który Polacy naśladowali
      przedrzeźniając, gdy chcieli kogoś ośmieszyć lub poniżyć. „Żydzi” nie mieli
      własnej kultury. Nie wykształcili własnego malarstwa, sztuk pięknych, muzyki,
      czy literatury - nic. Drobnego Żyda zainteresowaniem bowiem było „handełe” i
      lichwa, tudzież zbieranie podatków dla książąt, przemyt i potajemne intrygi dla
      osaczenia gojów. Elita żydowska zajmowała się monopolem handlu i finansów,
      oraz brudną robotą polityczną na dworach. Typowego Żyda nie interesowało nic
      poza pieniędzmi i pasożytniczą inwazją gojów, którzy dorobili się na
      przedsiębiorczości, rozwijaniu nauk i technik, oraz wydobywaniu plonów z ziemi.
      Dlatego tych kilka kawałków klezmerskich, które oni nazywają ich folklorem to
      pojękiwanie skrzypek i klarnetu imitujących czardasze węgierskie. Wszystko co
      mają, to tylko ich udział w kulturze gojów. Z literatury niczego nie mają poza
      Talmudem, księgą uczącą nienawiści do inowierców, ale Kazar kinowy Spielberg
      nazwał język niemiecki „świńską łaciną”. Liczył na ignorancję gojów i ich
      niemożność obronienia się, bo nacja kazarska zmonopolizowała środki przekazu
      informacji w całym świecie, gdzie głos protestu gojów rugują różni
      Spielbergowie.
      (W Polsce zawiaduje ich monopolem Adam Michnik-Szechter, który jest z
      kazarskiej rodziny morderców Polaków. Jego brat uciekł do Szwecji, gdzie się
      ukrywa przed ekstradycją nakazaną listem gończym Interpolu, ponieważ jako
      młodociany, 27-letni „sędzia” skazał na śmierć polskich patriotów. Zbrodnicza
      działalność ojca Michnika-Szechtera, Osjasza, w PRL-u dotąd nie została
      opublikowana. Matka Michnika-Szechtera pisała Podręczniki Agitatora i
      instrukcje dla UB i wydziałow rad narodowych d/s religii jak zwalczać
      katolicyzm i polski Kościół i prowadziła instruktaże dla żydowskich dywersantów
      ideologicznych. To pasożytnicze sprzysiężenie wzajemnej adoracji doszła do
      władzy z powodu przegrania wojny przez Niemcy.
      Żydzi zawdzięczają Hitlerowi i Niemcom powojennym powstanie szowinistycz-nego i
      rasistowskiego państwa, miliardy datków w gotówce i wyposażenie na ziemi
      Palestyńczyków, oraz datki na „Wiedergutmachen” prawdziwym i fałszy-wym ofiarom
      żydowskim w całym świecie. Żydzi, co pokończyli niemieckie uni-wersytety,
      założyli najlepsze amerykańskie uniwersytety po Wojnie i na tej bazie oparli
      niszczycielskie żydowładztwo w innych kulturach itd.)

      Do niedawna słownik angielski Stanisławskiego rzetelnie tłumaczył
      czasownik: „to jew” = „oszukiwać, ograbić”, w znaczeniu używanym zgodnie z
      doświadcze-niem pokoleń Anglików i Amerykanów. Pod naciskiem strukturalnego
      terroru „politycznej poprawności” w nowych nakładach tego „zapomniano”. Gdy
      dziś nazwiesz Żyda Żydem, to ten się obrazi, ponieważ nazwałeś go wyzwiskiem.

      Oglądając ten agitprop, niejeden uwierzy temu reżyserowi ( może z powodu jego
      niemieckiego nazwiska?) i będzie dziwił się czy to możebne aby te „krauty”
      podbiły Europę, Północną Afrykę i zapędziły Armię Czerwoną pod Moskwę? Bo
      przecież w tym filmie oni walczą z tępą głupotą, jak statyści filmowi w starych
      serialiach telewizyjnych: „Combat” z lat 60-tych. Jak tylko znajdą się w polu
      widzenia Amerykanów, to ino: puk! i „kraut” leży. Podczas gdy żołnierze
      amerykańscy biegną przed linią karabinów i ckm-ów i biegną, a żadnego kula
      nawet nie draśnie. Cud, cud, ale kino!

      c.d. poniżej

      -
    • Gość: Zenia Re: Blagierski Spielberg IP: *.212.132.191.Dial1.LosAngeles1.Level3.net 14.04.02, 09:49
      c.d. - RATOWANIE PUBLICZNYCH MITÓW
      recenzja filmu: „Ratowanie szeregowca Ryana”

      „Niemcy” walczą tylko dopóty dopóki mają przewagę, chowając się w bunkrze,
      gnieździe ckm-u, albo w „Tygrysie”. Ale jak tylko fortuna się odwróci, to oni
      rzucają swoją broń i mamroczą histerycznie zastrachani i błagają.

      Dlaczego obsada jest tak uboga? Amerykańskiego oficera gra aktor filmów
      mafijnych Dennis Farina, toteż ta postać wychodzi nieprzekonywująco.
      Telewizyjny Ted Danson otrzymał szczodrze cameo, krótkie wystąpienie, jako inny
      oficer. Ale czegoś tu brakuje. A, właśnie! Tego cameo á la Hitchcock,
      wystąpienia samego reżysera, Spielberga z pejsami.

      Tylko jedną swastykę widać w całym filmie, graffiti namalowane na Wale
      Atlantyckim i nawet SS-mański dowódca czołgu występuje bez monoklu
      i opaski na ramieniu. Reżyser musiał uniknąć shoah-biznesowego szlajerowania i
      dlatego użył lżejszego antyniemieckiego tuszu tam gdzie potrafił.

      Aby nakłonić nas do pokochania amerykańskich wojskowych użył on rutyniarskiego,
      starego jak świat triku (pewnie z Podręcznika Agitatora matki Adama Michnika-
      Szechtera), pokazując ich narzekających, żartujących, szlochających, hazardowo
      grających w karty, nawet „Żyd” się „wychyla”. Bierzemy udział w historiach ich
      życia, ich tarapatach i przez to „identyfikujemy się” z nimi i scalamy z ich
      losem. Oni nie są robotami, chwytają za serce slangiem, nazywaniem braku
      kompetencji rządu żargonowym wyrażeniem: „foobar”. Żydowski reżyser poszedł
      nawet na ustępstwa ideologiczne w scenariuszu dla uzyskania
      większego „realizmu” tych piechurów i mówi o absurdalnościach wysokiego
      dowództwa, inkompetencji rządu pomimo całego tego jego współczucia i dobroci.

      Niemcy w jego docudramie są cyframi. On nigdy nie zabiera nas do ich ogniska
      obozowego, a trzyma nas zdala od posłuchania ich piosenek i historii
      rodzinnych. Nigdzie nie widzimy ich człowieczeństwa. On po prostu zabrania nam
      zbliżać się do Niemców i pokazuje tylko to co chce, bo kasę filmu trzymają
      Żydzi, a nie goje. Żadnego niemieckiego słowa nie tłumaczy, nawet w napisach,
      niemiecki staje się nieczytelnym bełkotem – „świńską łaciną”.

      Najbliżej przedstawieniu człowieczeństwa niemieckich żołnierzy dochodzi w
      krótkiej przerwie w walce, kiedy Amerykaninowi i Niemcowi zabrakło amunicji i
      obaj ciskają jeden w drugiego swoje hełmy. W szybkiej migawce Niemiec robi
      pośpieszny gest przypominający przeżegnanie się. Mrugnij oczami, a to
      przegapisz! Jednak te 15 sekund nie może ożywić papierowych kukiełek w prawie
      trzygodzinnym filmie. On wstawił te skąpe ścinki, jakby chciał wcisnąć puentę
      na marginesie: Niemcy może są ludźmi, może, ale nie dorównują szlachetnym i
      kochanym Amerykanom.

      Coś takiego nie przeszłoby w w filmie wojennym o Korei albo Wietnamie w latach
      90-tych. Azjatyckich przeciwnków filmowiec musi malować jako szla-chetnych i
      kochanych, inaczej naraziłby się, zostałby nazwany rasistą i na tym skończyłaby
      się jego kariera. Zaś Niemcy Spielberga to kupa „krautów”.
      Ktoś może się uprze i będzie bronił takie portretowanie i powie, że on jednak
      upodobnił Niemców do ludzi, w jednej scenie – gdzie niemiecki jeniec wojenny
      mamrze coś o „Betty Boop” i „Steamboat Willy”. A właśnie że nie, mamrotanie
      jego jest groteskowe, niewyraźne. Reżyser-Żyd nie chciał humanizować postaci
      Niemców, ale chciał nam pokazać, że „hitlerowski nadczłowiek” rozbrojony jest
      tchórzliwy. Morał: rozbroić Niemca!

      Nie ma ani jednego dobrego niemieckiego żołnierza w „Saving Private Ryan”, tak
      jak i nie ma wśród setek niemieckich żołnierzy przedstawianych w „Schindler’s
      List”. Tylko mordujące roboty. Cieszymy się, kiedy niemieccy chłopcy umierają,
      a jeszcze więcej gdy amerykańscy cudem nie padają. Czy mamy też śmiać się,
      kiedy „wieśniak” za każdym trafieniem Niemca ze snajperskiego karabinu mruczy
      psalm?
      (Był w PRL-u Żyd Stanisław Wohl, co prowadził w telewizji warszawskiej
      program „Klub Blagierów”. W latach 60-tych zrobił on film o leśniczym. Krytyk
      filmowy Gazda ośmieszył film Wohla artykułem: „Blagierska psychologia”. Po tym
      filmowcy śmiali się z Wohla i on już nie zrobił więcej filmów. Tytuł artykułu
      pasuje także do tego tu Żyda z tym, że on będzie robił jeszcze wiele filmów.)

      c.d. poniżej
      -
    • Gość: Renia Re: Blagierski Spielberg IP: *.212.132.191.Dial1.LosAngeles1.Level3.net 14.04.02, 09:50
      Str. 4 z 4
      c.d. - RATOWANIE PUBLICZNYCH MITÓW
      recenzja filmu: „Ratowanie szeregowca Ryana”


      Przy końcu filmu Spielberg potyka się znowu i depcze po tym, co zbudował i film
      wychodzi na propagandową partaninę podstępnego wroga gojów. Jego kamery wracają
      do Narodowego Cmentarza Arlington. (Miejsce odpowiednie dla jego nekrofilnej
      obsesji wybrał on za żydowskim sentymentalistą Frankem Caprą, jako że zbijanie
      interesu na tragedii jest pospólnym ich plemieniu zajęciem od wieków). „Listę
      Schindlera” zakończył on podobnie, makabryczną wycieczką do żydowskiego
      kircholu. W scenie skalkulowanej na „wyciskacza łez” dla najbardziej
      zahartowanych amerykańskich weteranów wojny, albo legionistów, stary wiarus
      trzęsący się na nogach wykonuje tableau patriotyzmu, a kamery panoramują przez
      cmentarz i widzimy tysiące, tysiące krzyży znaczących groby tych biednych
      chłopców, którzy padli w bratobójczej wojnie za oceanem w Europie. Spośród tych
      niezliczonych tysięcy tylko jeden grób oznaczony jest gwiazdą Dawida.

      Spielberg ostentacyjnie reklamuje tę dysproporcję: kiedy „my Amerykanie”
      idziemy na wojnę, to na tysiące gojów ginie tylko jeden „Żyd”. Wy, goje,
      urodziliście się po to, by umrzeć za naszych pobratymców. Talmud uczy, że tylko
      śmierć za Wybranych daje gojowi szansę oczyszczenia się z winy bycia gojem.
      Śmierć jego jest chwalebna wtedy, kiedy jest ofiarą dla ocalenia chłopców
      wyznającychYahwe i uchylających się od służby w U.S. Army.

      HOMILIA SPIELBERGA

      Do następnej generacji mięsa armatniego z Ameryki:

      Hej, dzieci [gojów] !
      Nie bałamućcie się aurą „punków” i „refusenic-ów” zanadto, bo potrzebujemy was.
      Wcześniej czy później przyjdzie na was kolej umrzeć za Wybranych w następnej,
      okrytej fałszywą glorią krucjacie przeciwko „tyranii”. Pokazuję wam krew i
      zniszczenie, nie ukrywam przed wami żadnej okropności wojny, ale wiedz synku,
      że będziesz prawdziwym mężczyzną dopiero wtedy, kiedy ukatrupisz wrogów naszego
      rządu „naszych” i świętego syjonizmu. Tymczasem zaś słodkich marzeń, dzieci...
      brodato-pejsaty misio, wujcio Stefcio Spielberg, „skarbnica żydowskiego ciepła
      i mądrości”, przygotował dla was „patriotyczną” prasówkę w ciemnicy. Pola rzezi
      czekają na was, wstrząśnijcie poduszeczki w szpitalach, przygotujcie szczudełka
      i wózeczki inwalidzkie, przyśpieszcie produkcję „body-bags”...



      Michael A. Hoffman II. jest byłym reporterem nowojorskiego biura A.P.
      i redaktorem periodyku „Revisionist History”.
      Jego oryginalna recenzja ukazała się w ”Washington Post” w pierwszych dniach
      dystrybucji filmu w USA. Prócz niej wszystkie inne „recenzje” chwaliły film pod
      niebiosa za sceny batalistyczne itd., ale nikt nie zajął się zawartą w nim
      nienawiścią rasową Żyda o niemieckim nazwisku. Wspominając Hoffmana gazety
      pisały tylko, że jemu film się nie spodobał, czyli nie przypadł mu do jego
      gustu.

      -
      • Gość: Edziak Re: Blagierski Spielberg IP: 62.49.255.* 14.04.02, 14:28
        Skad ten napad na Spielberga teraz tyle lat po premierze. Moze by tak o czyms
        innym, kims innym? Facet robi filmy po to zeby je ludzie ogladali i dyskotowali
        o nich jak ktos chce to moze zrobic inny z innego punktu widzenia albo zrobic
        lepszy.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka