leje-sie
24.10.04, 13:21
Mile polskiemu uchu sa opowiesci o dobrach rodzinnych, z ktorych rzad carski
wydziedziczyl prawowitych wlascicieli za udzial w powstaniu styczniowym,
jeszcze jednym z przegranych i niepotrzebnych.
Rzeczywistosc byla bardziej przyziemna – hipoteka – weksel – protest –
prolongata – sekwestr – licytacja - parcelacja.
A z parcelacji powstawaly wsie-kolonie, zasiedlane przez chlopow, ktorzy
uwolnienie z panszczyzny wykorzystali na gromadzenie majatku, kazdy grosz
wyrywajac z ziemi i pazernie dokladajac morge do morgi.
Jedna z takich kolonii powstala stulecie temu w poblizu miasta X. dumnego z
tytulu stolicy gubernii, tak naprawde sennej i zapyzialej dziury.
Obejscia we wsi rozrzucone byly luzno, wystawiane na pokaz na pagorach, ale
domy mieszkalne budowane bez przepychu – izba, kuchnia i komora – to
wszystko. Wazniejsze byly murowana obora, obszerna stodola, zasobny spichrz
by gospodarnoscia i majatkiem sasiadom na zazdrosc sie pochwalic.
Gospodarstwa byly duze, na dwie wloki, za pieniadze zgromadzone i pozyczone w
bankach, ktore lubily miec wyplacalnych i solidnych klientow. Jak okiem
siegnac wlasne pole i oko tym cieszyc.
Ze nie bylo komu jatrzyc i szerzyc ducha narodowego, gospodarze zas bardziej
mysleli o pomanazaniu majatku w handlu z Zydami i wprowadzaniu nowinek
podpatrzonych u niemieckich kolonistow, zgoda wiec panowala. Kazdy sie tylko
w ziemie pazurami wczepial, patrzyl by z niej dochodu praca i przemyslem
wiecej wyciagnac. W Niemcach i Zydach sasiadow jeno widzial, a kto byl
filozoficznie nastrojony to wiekszy, naturalny, boski wrecz porzadek w stanie
rzeczy upatrywal.
Zamiast ducha narodowego gospodarze woleli kultywowac cnoty obywatelskie na
miare wiejska. Bylo miejsce na dbanie o interes wlasny, uczciwe i godne i
troske o sprawy wspolne,
Szkole pietrowa wspolnie wystawili dla wlasnych dzieci los lepszy w nauce
upatrujac, co roku wiosna na szarwark sie zwolywali, by droga przejezdna byla
i by przed sasiadami z okolicznych wsi wstydu nie bylo. A i po wiekszych
deszczach rozmyte drogi bez namowy naprawiali.
Nowinki cywilizacji zas sobie z namyslem lecz chetnie przyswajali.
Pierwsz radio krysztalkowe bylo u bezzennych braci Paciorkow. Pociegowie w
ambicji bycia najprzedniejszymi gospodarzami pierwsi sprowadzili separator do
mleka o egzotycznej nazwie Alfa Laval do produkcji smietany i serow, ktore
Pociegowa o czwartej rano pakowala w plachty, zarzucala na plecy i dobra mile
szla miedzami do miasta by je rankiem u stalych klientek rozprowadzic.
U Pociegow bylo piecioro dzieci, wkrotce tez pojawil sie patefon na korbke, a
dom zawsze pelen byl bawiacej sie wesolej mlodziezy. Tuba patefonu dlugo
jeszcze po wojnie walala sie w rupieciarni, az wreszcie gdzies przepadla.
Baranski mieszkal osobno, nad laka, w zaglebieniu i wilgoci i sam byl tez
osobny.
Dume czerpal z nazwiska, rzekomo szlacheckiego. Wywyzszal sie nad sasiadow
dajac im do zrozumienia, ze gdyby tylko zechcial zacmilby ich we wszystkim.
Krowy dawaly (wedlug przechwalek) mu najwiecej mleka, pola najwiecej pszenicy
rodzily.
Rodzine, zone i troje podrastajacych dzieci, trzymal krotko, wyganial w pole
do pracy najwczesniej i najpozniej pozwalal schodzic, klosy rozsypane jeszcze
zbierac w drodze do domu kazal.
Mial corke na wydaniu i dwoch mlodszych synow. Dla corki juz narzeczonego
upatrzyl, jedynaka starszych rodzicow z duzym majatkiem.
Wieczorami siadal przy stole i w swietle lampy naftowej rozrysowywal dzialy,
co ktoremu z dzieci mialo przypasc. Synowie mieli sie pobudowac na nowym i
dokupionym, corka z zieciem przy rodzicach mieli zostac.
Na ktoryms z wieczorkow u pociegowskiej mlodziezy zjawil sie muzykant weselny
z sasiedniej wsi. Biale zeby blyskaly mu spod czarnego, rowno przystrzyzonego
wasika gdy sie smial, a smial sie czesto, chetnie i zarazliwie. Czarne wlosy
zaczesywal do tylu a gdy z Zuzia Baranska rozmawial od niechcenia jakby
palcami je jeszcze przeczesywal.
Coraz czesciej tak na boku ze soba rozmawiali o sprawach tylko im wiadomych,
ona skromnie, on puszac sie i rozkladajac szeroko ramiona, jakby nie tylko
Zuzie ale cala wies chcial wziac w mocne objecia.
Wkrotce mlodzi zaczeli spotykac sie potajemnie, plany dzikie snuc, tulic sie
do siebie, ona ze strachem, on pewniejszy siebie na pozor.
Zuzia chciala rozmowe w domu powazna rozpoczac, uciszona zostala szybko.
- Tak jest postanowione – powiedzial stary Baranski i taki byl koniec rozmow.
W same zniwa Zuzia przepadla z domu.
Baranski rodzine w pole jak zwykle wypedzil, sam powolnym krokiem zaczal
krazyc po obejsciu. Wyniosl z obory lancuchy do wiazania krow, ze spichrza
konopne postronki, zaprzagl konie do wozu drabiniastego, jakby snopki z pola
mial zamiar zwozic i ruszyl w droge.
Po dwoch godzinach dotarl do Jazowa, odleglej o ponad mile wsi gminnej, gdzie
starsza siostra wiejskiego muzykanta mieszkala, zajechal pod brame, otworzyl
furtke, przeszedl przez podworze prosto do domu, nie ogladajac sie na boki i
do nikogo nie odzywajac.
W kuchni Zuzia na widok ojca wstala i tak stala bezwolna w bezruchu. Ojciec
wzial ja za ramie i popychajac przed soba za brame wyprowadzil. Tam
lancuchami i postronkami oplatal i do wozu przywiazal.
I tak posuwali sie karawana w spiekocie poludniowej droga przez wsie
okoliczne, by kazdy mogl zobaczyc, co corke nieposluszna ma spotkac.
Wesele wkrotce sie odbylo, malo wesole choc huczne.
Wraz z zieciem do domu zawitala smierc. Zuzia zdawaloby sie ze smutku sile i
radosc stracila, nie jej nie smakowalo, milczac zasiadala w kacie i zapadala
w mysli sobie tylko znane. Wkrotce zaczela pokaslywac, goraczkowac, z sil
zupelnie opadla, tylko na twarzy rumience nie wiadomo czego jej wykwitaly.
Chorowala tak z pol roku, moze rok i umarla. Wkrotce choroba na starszego
brata i na wdowca po Zuzi sie rzucila. Nie pomogly wizyty u lekarza w samej
Warszawie – stwierdzil gruzlice i rozlozyl bezradnie rece, nie pomogly
zamawiania zielarki-czarownicy. A juz i Baranska i tuz po niej Baranskiego
niemoc zmogla.
Tylko najmlodszy syn na gospodarstwie zostal, pokaslujac brata, szwagra a po
nich rodzicow pogrzebal. Zdazyl sie jeszcze ozenic i nawet dwojka dzieci mu
sie urodzila, gdy i on tez umarl.
Wdowa po ostatnim Baranskim poraz drugi za maz wyszla i za mezem ze wsi sie
wyprowadzila. Dwoje dzieci najmlodszego Baranskiego nie dozylo, jak mowia,
doroslego wieku.
Pola sasiad kupil, do obejscia jednak sie nie wprowadzil. Zapadaja sie w
ziemie budynki gospodarskie, ktos ze stodoly desek wzial, z obory cegiel.
Dom patrzy oknami bez szyb. Tylko w studni plytkiej woda oleista i smrodliwa
jeszcze stoi.