Gość: Dla Was
IP: *.ne.client2.attbi.com
29.05.02, 03:57
Artykół z The New York Times zatytułowany "Is the Pope Catholic?."
Przedrukowany i przełożony na język polski w Tygodniku Forum.
KOŚCIÓŁ Z KRZYŻA ZDJĘTY
Postępowanie papieża przypomina zachowania dawnych komunistycznych sekretarzy
KC. Czy Watykan to Kreml, a Kościół katolicki to nomenklatura w sowieckim
wydaniu?
Jan Paweł II kończy w tym miesiącu 82 lata i z każdym dniem staje się coraz
bardziej jasne, że jest śmiertelnikiem. Dwa tygodnie temu w czasie pozowania do
zdjęć z amerykańskimi kardynałami był tak zniedołężniały i mówił tak
niewyraźnie, że chciało się odwrócić oczy z litości. Ale nie powinniśmy tego
czynić. Niewygodna i na ogół nieartykułowana otwarcie prawda jest taka, że
obecny zamęt w Kościele katolickim nie jest tylko smutnym dopiskiem do życia
ukochanej postaci. Ten kryzys jest dziełem papieża.
Retoryczne Meandry
I nie chodzi mi o to, że jakoby papież jest skłonny wybaczać molestowanie
dzieci, choć jego zapał w zwalczaniu zjawiska jest równie wielki jak -
powiedzmy - kardynała Law, pasterza archidiecezji bostońskiej chroniącego
pedofilów. Wbrew temu, co się pisało, papież za nic nie przepraszał ani nie
przyznał, że było coś niegodziwego w trwającym dziesięciolecia postępowaniu
hierarchów (czy, jak to ujął, w sposobie, w jaki przywódcy "Kościoła wydawało
się, że postępowali"). Fakt, że rzucona mimochodem papieska wzmianka o
gwałceniu dzieci jako "zbrodni" została potraktowana jak przypływ boskiego
objawienia, świadczy tylko o tym, jak bardzo chcemy uwolnić go od kłopotu.
Teraz już powinno być jasne, że istota obecnego skandalu nie tkwi w zmuszaniu
nieletnich do seksu. Nie ma żadnych dowodów, że wśród księży jest więcej
lubieżników niż wśród nauczycieli, lekarzy czy dziennikarzy. Sednem skandalu
jest niezdolność hierarchii do zrozumienia wagi problemu i wzięcia pod opiekę
ofiar. Amerykańska organizacja skautów, której nikt przecież nie podejrzewa o
awangardowe poglądy na wychowanie seksualne, już 19 lat temu przyjęła jasne
zasady ochrony dzieci przed molestowaniem. Tymczasem biskupi katoliccy i ich
zwierzchnicy w Watykanie szlifują retoryczne meandry nawoływań do zera
tolerancji - co w najlepszym razie jest pustym sloganem (znacie kogoś, kto
wolałby 10 procent tolerancji?), a najgorszym - uchylaniem się od
odpowiedzialności.
Papież uskarżał się, że skandal z nadużywaniem dzieci nadwyręża zaufanie do
Kościoła. Jest to jednak skarga poniewczasie. Przecież amerykańscy katolicy
zareagowali tak wybuchowo na tę haniebną aferę właśnie dlatego, że już dawno
nie mają wielkiego zaufania. Nieufność to spuścizna pontyfikatu Jana Pawła II.
Wzorce Prosto z Partii
To jeden z paradoksów polskiego papieża: wprawdzie słusznie podziwiany za
zasługi w obaleniu bezbożnego komunizmu powielił w Kościele stare wzorce rodem
z partii komunistycznej. Karol Wojtyła ukształtował hierarchię, która nie
toleruje odmienności zdań, nie ponosi odpowiedzialności wobec członków
Kościoła, jest skrajnie tajemnicza i świadomie nie liczy się z tym, jak żyją
zwykli ludzie. Komuniści mieli zwyczaj międlić hasła o "sprawiedliwości
społecznej" i rządach klasy robotniczej, jednocześnie tworząc skorumpowaną
dyktaturę biurokratów. Rosjanie mieli takie cyniczne powiedzenie: my udajemy,
że pracujemy, oni udają, że nam płacą. W przypadku amerykańskich katolików
powinno to brzmieć: oni udają, że nas prowadzą, my udajemy, że jesteśmy im
posłuszni.
Podobnie jak partia komunistyczna za Breżniewa, Watykan istnieje przede
wszystkim po to, by zachować swoją władzę. To rozczarowuje tych licznych
lojalnych katolików, którzy mają nadzieję, że kryzys doprowadzi do odrodzenia
Kościoła. Nikt tego nie mówi wprost, ale jednym z powodów, dla których katolicy
uważają, że sytuacja dojrzała do reform, jest to, że obecny papież jest u kresu
swoich sił. Liczą oni, że wkrótce pojawi się nowy, energiczny przywódca.
Żadnej Głasnosti
Może tak, może nie. Tak jak komuniści, Jan Paweł II starannie zbudował swoisty
Kreml wielce nieprzychylny dla jakiegoś reformatora. Wzmocnił watykański
odpowiednik komitetu centralnego, zwany kurią i obsadził go reakcjonistami.
Nałożył pieczęć papieskiej nieomylności na kwestię kapłaństwa kobiet, co
znacznie utrudni jego następcy ponowne zmierzenie się z tą sprawą. Wpoił
biskupom przekonanie, że warunkiem awansu jest bezwzględne posłuszeństwo. Jak
twierdzi historyk z jezuickiego Uniwersytetu Notre Dame, papież - zaniepokojony
przypadkami księży, którzy wykazywali zbyt wiele populistycznego zrozumienia
dla parafian - przemienił seminaria w kuźnie konformizmu, wypuszczające
pokolenia usztywnionych mentalnie księży nie mających pojęcia o tym, jak
rozmawiać z katolikami z krwi i kości.
W czerwcu, po latach oporów Kościół amerykański zacznie wymagać od teologów
wykładających na uniwersytetach katolickich, by składali przed biskupami
przysięgę na wierność ortodoksji. Amerykańscy biskupi obawiają się, że to zdusi
intelektualną debatę, ale Ojciec Święty nalegał.
Papież nie ma też zamiaru dopuścić, by amerykański laikat wykorzystał obecny
kryzys do uzyskania większego wpływu na sprawy, które go dotyczą. Amerykańską
politykę wobec nadużyć seksualnych nadal ma dyktować Rzym. Podczas gdy
większość katolików domaga się, by hierarchowie, którzy kryli lubieżnych
księży, zrezygnowali. Watykan ani myśli rozważać kwestii winy biskupów. Wydaje
się obecnie jasne, że papież nie pozwolił kardynałowi Law na dymisję, bo
obawiał się, że dałoby to świeckim podstawę do przypuszczeń, iż ich zdanie
miało jakąś wagę. Law szybko powrócił do Bostonu i zdusił starania niepokornych
katolików chcących zorganizować porozumienie rad parafialnych. Czyż to nie jest
czysto sowieckie?
Pozostawiam katolikom, którym na tym bardziej zależy ode mnie, rozważanie, na
czym miałaby polegać reforma Kościoła. Jestem, jak to nazywa mój
przyjaciel, "oklapniętym katolikiem" i nie domagam się głosu w sporach, kogo
Kościół ma wyświęcać, jak nakazuje się modlić albo co nazywa grzechem. Ale
walka w łonie Kościoła jest interesująca jako część szerszej walki w łonie rasy
ludzkiej, między siłami tolerancji a absolutyzmu. Ta walka zrodziła wielkie
migracje (w tym tę, która legła u podstaw tego kraju) i wielkie wojny (w tym
tę, jaką obecnie toczymy przeciw najbardziej zjadliwej odmianie nietolerancji).
Przez stulecia Kościół katolicki nie był ostoją zwyczajnych katolickich
wartości, które rozumiem jako kierowanie się współczuciem i wyrozumiałością,
jako postawę liberalną. To Kościół, w rzeczy samej, dał nam krucjaty i
inkwizycję. Wydawało się, że to się zmieni po II Soborze Watykańskim w latach
1962-1965; poluzowano wtedy uścisk papieskiego aparatu władzy i wzmocniono
znaczenie jednostkowego sumienia. Soborowy duch otwierającego się Kościoła
wzmocnił poparcie amerykańskich katolików dla praw człowieka i innych
liberalnych postulatów. Ale wkrótce potem Kościół znalazł się w ogniu rewolucji
seksualnej.
Prawdopodobnie żadnej instytucji rządzonej przez bractwo podstarzałych
celibatariuszy nie byłoby całkiem po drodze z ruchem na rzecz równości płci,
prawa do przerywania ciąży i emancypacji gejów. Ale można by sobie wyobrazić
przywódców Kościoła, którzy przynajmniej by próbowali. W istocie, Paweł VI
wykazywał pewną skłonność do zliberalizowania zaleceń w sprawie kontroli
urodzin; zebrał nawet komisję prominentnych katolików, która poparła ten pomysł
niemal jednogłośnie. Papież długo walczył z sobą i w końcu zdumiał wiernych,
podtrzymując stary zakaz. - Jeśli ktoś chciałby szukać momentu, kiedy Kościół
utracił wiarygodność w sprawie ludzkiej seksualności, to właśnie wtedy - uważa
William D'Antonio, socjolog z Catholic University w Waszyngtonie.
Są powody, żeby przypuszczać, że człowiekiem, który wpłynął na zmianę
stanowiska Pawła VI na temat kontroli urodzin, był ów polski kardynał, który
miał zostać później jego