nczas.com
18.09.02, 21:35
www.nczas.com/?a=show_article&id=687
Podlizucha orwellowska
Już starożytni Rzymianie wierzyli, że istnieje tzw. genius loci, czyli duch
miejsca, kształtujący sposób myślenia i postępowania wszystkich, którzy
znaleźli się w obrębie jego wpływów. Dzisiaj świat zdominowany jest przez
racjonalistów i pewnie dlatego tak świetnie prosperują rozmaici wróżowie,
terapeuci używający promieni kosmicznych i specjaliści od transcendentalnych
medytacji, ale i Rzymianie też nie byli w ciemię bici i coś tam musieli
wiedzieć. Żeby się o tym przekonać, wystarczyło popatrzeć 11 września na
ekran telewizora czy posłuchać radia. Z tym geniusem loci coś musi być na
rzeczy. Tego dnia przypadała, jak wiadomo, rocznica ataku terrorystów na Nowy
Jork i Waszyngton, który spowodował śmierć ponad 3 tysięcy ludzi i duże
zniszczenia. Dla każdego było oczywiste, że wypada uczcić pamięć niewinnych
ofiar, tym bardziej że zaatakowane zostały Stany Zjednoczone, państwo, z
którym Polska się przyjaźni i któremu się podlizuje, bo wiele od niego
zależy. Przemawiała za tym więc i racja stanu, i sentyment, i przyzwoitość.
Niestety, polskim mediom jak zwykle zabrakło umiaru w podlizywaniu i w
rezultacie przekształciły tę rocznicę w jakąś ponurą groteskę, zupełnie
podobną do imprez organizowanych w okresie "propagandy sukcesu" za Leonida
Breżniewa. Tamte imprezy, spektakle i widowiska telewizyjne na skutek
lizusowskiej przesady wywoływały efekty zupełnie odwrotne od zamierzonych,
najczęściej odruchy wymiotne. Podobnie było i 11 września. Czym to wyjaśnić,
jeśli nie obecnością owego ducha miejsca, który najwyraźniej oddziaływuje po
swojemu, mimo upływu czasu i zmiany pokoleniowej?
Żeby było jasne, nie dotyczy to tylko telewizji rządowej, o której szkoda w
ogóle gadać, ale i telewizji tzw. komercyjnej, np. TVN. Jeden z dziennikarzy
tej stacji rozwodził się nad dzielnością mieszkańców Nowego Jorku, że to mimo
ubiegłorocznego zamachu żyją jak gdyby nigdy nic i w ogóle nie myślą wyć po
nocach do księżyca ani nawet popełnić zbiorowego harakiri. Czy być może?
Naprawdę żaden nawet nie moczy się w nocy w łóżku? I takie rzeczy wygaduje
polski dziennikarz, w mieście, którego mieszkańcy niespełna 60 lat temu
zostali wyrżnięci, niedobitki wypędzone, a ono samo obrócone w kupę gruzów!
Że starzy wyjadacze recytują takie teksty jak z nut, to w końcu nic dziwnego;
trening z czasów Breżniewa przydaje się, jak widać, i za demokracji, ale
młodzi? Są tylko dwie możliwości: albo genius loci, albo wysysają lizusowskie
skłonności z przyrodzenia oficerów prowadzących, ewentualnie P.T.
prezesów. "Posadę przecie mam w tej firmie kłamstwa, żelaza i papieru. Kiedy
ją stracę, kto mnie przyjmie?". Wreszcie, diabli wiedzą, może naprawdę myślą,
że właśnie tak trzeba?
Inna sprawa, że i sama Ameryka dziwnie się zachowuje. Prezydent Bush sprawia
chwilami wrażenie, jakby znakomicie się bawił doprowadzaniem do sytuacji
żywcem wyjętych z książki Jerzego Orwella "Rok 1984". Jego opowieści o
złowrogim Osamie bin Ladenie stają się coraz bardziej podobne do produktów
Ministerstwa Prawdy, przygotowywanych na Godzinę Nienawiści: "Emanuel
Goldstein był renegatem, odstępcą, który ongiś dawno temu [jak dawno nikt
właściwie nie wiedział] - był jedną z czołowych osobistości Partii, niemal na
równi z Wielkim Bratem, a potem dał się wciągnąć w działalność
antyrewolucyjną. Skazany na śmierć zdołał zbiec w tajemniczy sposób i zniknął
z horyzontu. (...) Wróg Ludu był jednocześnie wodzem wielkiej armii cieni,
podziemnej organizacji konspiratorskiej, której zadaniem miało być obalenie
państwa. Organizacja ta miała jakoby nosić miano "Braterstwo". Krążyły
również szeptane opowieści o pewnej okropnej książce Goldsteina, będącej
esencją wszystkich jego herezji. Książka ta nie miała tytułu i podobno
przechodziła z rąk do rąk w najgłębszej tajemnicy pod nazwą "Księgi", ale o
tym wszystkim wiedziało się tylko z niejasnych pogłosek". Nic dziwnego, że w
cztery godziny po ataku na Amerykę, podczas narady służb odpowiedzialnych za
bezpieczeństwo państwa z najwyższymi władzami Polski, szef wywiadu UOP, pan
gen. Bogdan Libera nie miał wątpliwości: "Atak to dzieło Al-Qaidy Osamy bin
Ladena. Jesteśmy pewni. (...) Zaatakowane obiekty układają się w kształt
półksiężyca". Niewiarygodne, ale to podobno prawda; tak w każdym razie
twierdzi pani red. Bernadeta Waszkielewicz. Nawet tak trzeźwy, zdawałoby się,
dziennikarz, jak pan red. Jan Skórzyński pisze, że "wiemy też, że rozkaz
wydał Osama bin Laden". No, skoro "wiemy", to już nie ma rady. Warto jednak
pamiętać, że i w czasach stalinowskich ludzie "wiedzieli", ba - nawet
widywali rozmaite rzeczy, najczęściej amerykańskie samoloty rozsiewające
stonkę na pola spółdzielni produkcyjnych. Jan Brzechwa napisał nawet o tym
poemat dla dzieci pt. "Stonka i Bronka". Jak widać, niesamowite opowieści i
pozostałe instrumentarium na Godziny Nienawiści jest już przygotowane, więc
tylko patrzeć, jak staną się one zwyczajnym elementem naszego życia.
Warto przypomnieć, co o tym pisał Orwell: "najstraszniejszą
stroną "Nienawiści" było nie to, że trzeba się było zgrywać, lecz przeciwnie,
że wykluczone było wyłamać się z ogólnego transu szaleństwa. (...) Potworna
ekstaza strachu i okrucieństwa, żądzy zabijania i zadawania tortur, walenia w
mordę i druzgotania kości - zdawała się porażać zgromadzonych jak prąd
elektryczny, zamieniając człowieka, nawet wbrew napiętej w proteście woli, w
rozwrzeszczanego, zapienionego szaleńca". Przyczyny, dla których tak się
dzieje, dość dokładnie przedstawił William Golding we "Władcy much". Ma się
rozumieć, w każdym szaleństwie jest metoda. W tym według wszelkiego
prawdopodobieństwa chodzi o to, by wprowadziwszy społeczeństwa w stan
histerii, narzucić im faszystowskie prawa. Faszystowskie albo socjalistyczne,
to wszystko jedno. Wygląda na to, że Sowiecki Sojuz, umierając, wycisnął w
ramach konwergencji pocałunek Almanzora na Stanach Zjednoczonych. W Sowietach
komunizm wyglądał strasznie, ale w demokratycznej Ameryce może być jeszcze
straszniejszy. Żeby jakoś w tej desperacji się pocieszyć, poczytałem sobie
w "Rzeczpospolitej" rozważania pana prof. Geremka o problemie irackim. Pan
profesor twierdzi, że najtrudniejszą kwestią jest odpowiedź na pytanie: co po
Saddamie? Domyślam się, że modestia nie pozwala mu na udzielenie odpowiedzi,
ale wszystko przecież jest jasne: po Saddamie wicekrólem Iraku powinien
zostać pan prof. Geremek! Nie powiodło mu się w ONZ, a i Papież też nie chce
abdykować, więc nie ma rady - trzeba uderzyć na Irak, sprzątnąć Saddama,
uratować ludzkość od zagłady, a przy okazji rozwiązać również i ten
nabrzmiewający problem.
Tymczasem w kraju wybuchła afera wokół inwestycji w Białej Podlaskiej. Doszło
nawet do tego, że pan premier nakazał UB zbadać, czy Turek ma pieniądze.
Podobno nie ma, ale być może tylko w tych bankach, co to układają się w
kształt półksiężyca. Gdyby tak poszukać w innych bankach, ot, na przykład w
tych, do których PZPR co najmniej od 1972 do 1990 roku przekazywała uciułane
w Peweksie na wódce i innych rarytasach dewizy, to kto wie - może znalazłoby
się nawet więcej niż 6 miliardów dolarów? Oczywiście nie ulega wątpliwości,
że pan min. Barcikowski ich nie znajdzie, bo inaczej - "dałaby świekra
ruletkę mu!". Więc gdyby nawet znalazł, to zachowałby się pewnie tak, jak
mąż, który zastał w szafie kochanka żony gołego, ale z pistoletem w ręku: "i
tu go nie ma!".
Stanisław Michalkiewicz