hugo_w2
22.03.07, 09:05
.... powstał kolejny konflikt, tym razem między koncernem Viacom a YouTube,
który jest także własnością Google. Konglomerat telewizyjny pozwał do sądu
YouTube, domagając się miliarda dolarów odszkodowania za straty spowodowane
pirackim wykorzystaniem przez młodocianych użytkowników internetu
wideoklipów, do których prawa własności ma Viacom.
Rzadkim gościom strony YouTube przypomnieć należy, iż obejrzeć tam można
(także po polsku) tysiące filmików przedstawiających wymiotującego kota,
babcię przewracającą się na bananie albo bijatykę między nieletnimi. Między
nimi zaś znajdują się fragmenty z filmów i programów telewizyjnych, ale
dosłownie szczątki - jeden dowcip opowiedziany przez komika, wybuch wulkanu
albo ryk komputerowo wykreowanego dinozaura. Filmiki te przekazywane z
komputera do komputera, powielane w milionach egzemplarzy naruszają prawa
własności Viacom. YouTube - twierdzą przedstawiciele firmy - powinien założyć
specjalne filtry (a się nie spieszy z tym) odsiewające obrazy stanowiące
cudzą własność.
Według litery obecnego prawa Viacom ma rację. Problem polega na samym prawie,
które nie odpowiada dzisiejszym czasom. I nie mamy tu do czynienia z jakimiś
przestarzałymi przepisami. Przeciwnie, wraz z postępem technologii
elektronicznej wydawnictwa i przedsiębiorstwa rozrywkowe, studia filmowe i
muzyczne rozciągają prawa własności - obecnie regułą już jest okres
ponadstuletni. Im bardziej sieć internetowa stara się ułatwić wymianę
poglądów, ruch idei oraz przepływ obrazów - szeroko i za darmo, tym silniej
zaciska się prawnicza pętla na sposobie użycia materiału dostępnego w
internecie.
Toczy się wielka batalia: żywiołem internetu jest maksymalny dostęp za darmo
do wszelkiego reprodukowalnego materiału - drukowanego, dźwiękowego i
obrazowego. Przemysł rozrywkowy stara się ten proces powstrzymać, ująć w
jakieś formy, uporządkować, nadać mu rygor; działa więc wbrew naturze sieci.
Spór między tymi dwoma przedsiębiorstwami ujawnia istotę sprawy. Dawni
odbiorcy książek, niedawni słuchacze muzyki, a ostatnio - programów
wizualnych nie chcą całości oferowanego im produktu (książki, płyty, filmu),
ale tylko jego fragmentu; pragną swobodnego posłużenia się
materiałem "wyjściowym", który twórca traktuje jako efekt końcowy. Dziś
jednak odbiorca wybiera z całości cytat, piosenkę czy jej fragment, scenę z
obrazu filmowego.
Koncepcja "biernego konsumenta" skończyła się. Niezależnie od tego, jak
zakończą się wspomniane procesy, rzeczywistość wymusi nowe podejście do
materiału rozrywkowego i sposobu korzystania zeń. Wszelkie więc próby
utrzymania status quo zdane są na niepowodzenie.
Quelle PDN-NY(CK)