Dodaj do ulubionych

Superman ze Strzyzowa

IP: *.gen.twtelecom.net 08.07.03, 00:31
Wielka nadzieja czarnych

O księdzu, co oprócz wyciskania szmalu z wiernych
wyciska stówę na leżąco. Umie zwalić z nóg jednym
ciosem, nie zdejmując koloratki. Wielebny superman.

To opowieść o wolności lokalnych mediów, teorii
wioskowego spisku i heroizmie członków nauczycielskiej
komisji dyscyplinarnej przy eseldowskim wojewodzie w
Lublinie. Bite po głowach i rzucane o podłogę przez
katechetę pakera szczyle wystąpią jedynie w
charakterze tła.

Rzecz dzieje się w Strzyżowie, powiat Hrubieszów,
województwo lubelskie – na kompletnym zadupiu. Granica
z Ukrainą przebiega tuż za rzędem stodół. Głównym
źródłem utrzymania dla kilkuset dusz jest indywidualny
import towarów bez polskich znaków akcyzy, czyli
przemyt fajek i wódy. Z powodu wiejskiej cukrowni
tubylcy nazywani są przez okolicznych zawistników
Melasami.

Dziennikarze wiedzą

W połowie stycznia lokalne dzienniki i tygodniki
zachłysnęły się sensacyjną wiadomością: katecheta ze
Strzyżowa pobił 14-letniego ucznia gimnazjum. Wpierdol
podobno był konkretny. Po bliższych oględzinach
pismacy ustalili, co następuje: Roman K., kawaler, lat
37, z zawodu ksiądz, z powołania katecheta,
zdenerwował się na 14-letniego Łukasza, gimnazjalistę
płci męskiej. Zdenerwowanie wynikło stąd, że chłopak
na lekcji religii oddawał się grzechowi spożywania
chipsów. W krótkich żołnierskich słowach ksiądz kazał
nieznośnemu bachorowi przemyśleć swoje zachowanie poza
klasą. By pomóc mu w opuszczeniu sali, podniósł go do
góry i rzucił o tablicę, a następnie wypchnął za drzwi
tak nieszczęśliwie, że ten walnął łbem o parapet. Na
korytarzu klecha podniósł nieszczęśnika jeszcze raz i
pierdyknął nim o glebę, po czym – już wyluzowany –
wrócił do głoszenia słowa bożego.

Któremu z dziennikarzy chciało się poszperać głębiej,
czyli dać piątaka nudzącym się na przystanku
gówniarzom, mógł dowiedzieć się paru ciekawostek. Na
przykład tego, że ksiądz Roman jest w Strzyżowie od
niedawna, ale poniosło go nie po raz pierwszy. Przed
Łukaszem spuścił manto dwóm innym chłopakom.
Pierwszego solidnie pookładał szkolnym dziennikiem po
zakutym łbie, a drugiego złapał za tzw. szmaty i
walnął pięścią w tył głowy, co nawet na wiejskiej
zabawie jest uznawane za chamski numer. Dziewczynki
też miały z katechetą nielekko, namiętnie bowiem
przypominał im publicznie, że trudne dni nie są
usprawiedliwieniem dla umysłowej drętwoty, co dla 12–
14-letnich siks musiało być nieco krępujące. Łebki
opowiadały także, że klecha trzyma na plebanii małą
siłownię i w związku z tym "ma parę". Para przejawia
się na przykład tym, że wielebny bez problemu "bierze
na klatę" okrągłą stówę i wyciska ją ponad dziesięć
razy. Tężyznę fizyczną Romana K. widać zresztą na
pierwszy rzut oka: prawie dwa metry wzrostu, koloratka
wpijająca się w muskularny kark i przyciasna sutanna
mówią same za siebie.

Kuratorium wie

Gimnazjalista trzymał język za zębami przez trzy dni.
Czwartego wyznał matce, że siniaki, ból głowy i
wymioty są efektem bliższego spotkania z księdzem
Romanem K. W szpitalu w Hrubieszowie okazało się, że
chłopak ma wstrząs mózgu i rozległe stłuczenia.

Matka Łukasza próbowała pogadać z księdzem, ale
rozmowa jakoś się nie kleiła. Dowiedziała się jedynie,
że winę za to, co się stało, ponosi ojciec chłopaka.
Spłodził go i gdzieś przepadł, a nie od dziś wiadomo,
że półsieroty chowają się gorzej i sprawiają problemy
wychowawcze. Z kolei na wywiadówce upierdliwa baba
została zakrzyczana przez nauczycielkę czynnie
działającą w miejscowej radzie parafialnej. Namiastkę
sprawiedliwości znalazła dopiero u dyrektorki
gimnazjum, która na podstawie pisemnej skargi
zawiesiła księdza Romana w czynnościach służbowych i
powiadomiła o sprawie delegaturę kuratorium oświaty w
Zamościu. Kurator wszczął postępowanie dyscyplinarne.

Skutek donosu był natychmiastowy. Do domu matki
Łukasza zawitali "parafialni" z proboszczem parafii
pw. Narodzenia NMP, zwierzchnikiem katechety, na
czele. Nakrzyczeli na nią, że swoimi oszczerstwami
podkopuje autorytet Kościoła na wschodnich rubieżach
RP, przypomnieli także, że papież wybaczył
zamachowcowi, który do niego strzelał, to i ona
wybaczyć powinna.
Na koniec dali do podpisania kwit: "Oświadczam, że
sprawa domniemanego pobicia mojego syna została
wyjaśniona, zobowiązuję się wycofać skargę, jaką
złożyłam u dyrekcji gimnazjum" itp., itd. Zaszczuta
babina w końcu dokument podpisała, czym wywołała u
Romana K. uczucie ulgi. Chłop przestał gadać bez sensu
o swoim odejściu ze szkoły, a zaczął o tym, że Łukasz,
wracając po lekcjach do domu, omal nie zabił się na
oblodzonej jezdni. Stąd właśnie u pokraki wzięły się
siniaki i kłopoty ze zdrowiem.

Biskup miesza

O zajściu w Strzyżowie w ciągu tygodnia napisały trzy
liczące się na Zamojszczyźnie tytuły: "Dziennik
Wschodni", "Tygodnik Zamojski" i "Kronika Tygodnia". Z
publikacji, zasadniczo niewiele się od siebie
różniących, wynikało, że z księdza jest kawał drania.
Tydzień później "Dziennik" i "Tygodnik" poinformowały
czytelników, że sprawą zajęła się Prokuratura Rejonowa
w Hrubieszowie. Najbardziej zaskoczyła
ludzi "Kronika", która opublikowała na pierwszej
stronie artykuł pt. "Ksiądz niewinny?".

Już na pierwszy rzut oka widać było, że w sprawę
Strzyżowa wtrącił się biskup zamojsko-lubaczowski Jan
Śrutwa. Redakcja "Kroniki" odebrała temat
dziennikarzowi, który jako pierwszy zajmował się
sprawą, i przekazała go jego redakcyjnej koleżance.
Drugi artykuł opowiadał głównie o sukcesach Romana K.
na polu wychowania strzyżowskiej młodzieży i kilku
zawistnych Melasach, co się na biedaka uwzięły. Bis-
kupi majestat próbował interweniować także w dwóch
pozostałych redakcjach, ale "sprostowania" nie
wywalczył.

Coś wskórał jednak w kuratorium i szkole w Strzyżowie.
Po pierwsze, Komisja Dyscyplinarna dla Nauczycieli
przy wojewodzie lubelskim (Andrzej Kurowski z SLD –
ten sam, który nie przestraszył się ekscelencji
Życińskiego w sprawie opylenia centrum za symboliczne
grosze nieruchomości w Lublinie, "NIE" nr 24/2003)
cofnęła decyzję dyrektorki gimnazjum o zawieszeniu
księdza w czynnościach służbowych, twierdząc, że była
ona pochopna i sprzeczna z przepisami Karty
Nauczyciela. Dyrektorka mogła odwołać się do MENiS,
ale od ministerialnego rozstrzygnięcia w Warszawie
wolała referendum w Strzyżowie. W marcu zwołała
zebranie rodziców. Z głosowania wyszło, że ksiądz
powinien uczyć dalej.

Kolejnym śladem działalności zamojskiej ekscelencji
był fakt, że Komisja w Lublinie piorunem podjęła
heroiczną decyzję o zawieszeniu postępowania
dyscyplinarnego wobec katechety do czasu zakończenia
dochodzenia w hrubieszowskiej Prokuraturze Rejonowej.
Ten czas już nadszedł, bowiem ponad miesiąc temu do
sądu skierowano akt oskarżenia. Wynika z niego z
grubsza to, co mówiły szczyle z przystanku: ksiądz bił
częściej. Komisja jednak udaje, że nie ma sprawy. W
kuratorium już szepczą, że nauczycielski sąd kapturowy
chyba znów prze-sunie termin do czasu, aż zapadnie
prawomocny wyrok sądowy. Czyli o jakieś pięć do ośmiu
lat.

Nikt nic nie wie

Po co biskup Śrutwa broni pakera ze Strzyżowa? Poza
korporacyjną lojalnością, zwaną jak zawsze w przypadku
takiej lojalności "ochroną autorytetu", biskup ma
jeszcze jeden powód tak prosty, że aż banalny. Roman
K., poza parą w łapach i porywczym charakterem, ma
jeszcze jedną zaletę. Księżulo dał się wcześniej
poznać jako świetny organizator, dlatego bepe posunął
go z Biłgoraja do Strzyżowa, by chłop wreszcie ruszył
z miejsca budowę nowego kościoła, bo stary, drewniany,
jest zupełnie do dupy. Zbieranie datków wśród
zubożałych Melas idzie mu podobno znakomicie i
ekscelencja nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że z
powodu jakiegoś głupiego pobicia mógłby przenieść
wieleb
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka