Dodaj do ulubionych

Historia etiopskiej cywilizacji chrześcijańskiej.

10.12.07, 20:44

Etiopia, to daleki kraj, który kojarzy nam się z klęskami głodu,
wojnami domowymi, suszami, korupcją, nędzą i chorobami. Kraj
zapomniany, słabo widoczny, o którym przypominamy sobie tylko
oglądając na ekranach TV (z reguły przy spożywaniu kolacji) pół-
szkielety etiopskich dzieci umierających na oczach świata lub z
kolejnego komunikatu prasowego o jakiejś wojnie, rewolucji czy innym
przewrocie w tym kraju. Ale tak naprawdę to nikt nie wie o co
chodzi. Tymczasem teren dzisiejszej Etiopii (zwanej również
Abisynią) była widownią bardzo ciekawych wydarzeń. Już w
starożytności (ok. VIII wieku p.n.e. – zastrzegam, że wszystkie
podane w moim tekście daty, poza paroma wyjątkami, należy traktować
bardzo, bardzo umownie) na terenie ówczesnej Etiopii (obejmującej
poza obszarami Wyżyny Abisyńskiej poważny kawał wybrzeża Morza
Czerwonego – element bardzo ważny dla dalszego przebiegu zdarzeń)
wytworzyło się centralistyczne państwo ze stolicą w Aksum, kierowane
przez władcę zwanego „Nygus Neget”, czyli „król królów”, po naszemu
cesarz.

Było to bogate państwo, bogactwo pochodziło z rolnictwa (ziemiom tym
zawdzięczamy kawę i pszenicę) oraz z zysków czerpanych z
pośrednictwa handlowego między basenem Morza Śródziemnego a Indiami.
Lud etiopski uważał się za wyjątkowy w Afryce z racji wysokiej
kultury materialnej i wysokiego poziomu intelektualnego. Bardzo żywe
były kontakty z Palestyną (skąd przywędrowała do Etiopii pewna
odmiana judaizmu przyjęta przez lud etiopski zwany Falaszami) oraz
państwami hellenistycznymi powstałymi na gruzach Imperium Aleksandra
Wielkiego. Ślady tych kontaktów widoczne są w Nowym Testamencie (Dz.
A. 8,27-38) oraz w tytulaturze monarszej obowiązującej do końca
monarchii (połowa lat 70’ XX wieku). Nygusem Neget mógł zostać tylko
ten, kto w prostej linii pochodził od Menelika I, domniemanego syna
króla Salomona i królowej z Saby (uwaga: Saba to nie imię własne ale
nazwa królestwa por. 1Kr 10, 1n).

Chrześcijaństwo dotarło do Etiopii na przełomie II i III wieku.
Ciekawym jest, że w przeciwieństwie do tego co miało miejsce w
innych krajach chrześcijańskich, nowa religia rozpowszechniła się
najpierw wśród ludu. Pod wpływem poddanych na początku V wieku
cesarz Eznan i jego otoczenie przyjęli chrzest. Etiopia jako trzecie
w kolejności państwo, po Armenii i Cesarstwie Rzymskim ogłosiła
chrześcijaństwo swoją jedyną i oficjalną religią. Szczyt potęgi
Etiopii przypadł na pierwszą połowę VI wiek. Rozwinęła się potężna
kultura materialna i duchowa.

Etiopczycy w sojuszu z Bizancjum, które udostępniło flotę, zajmują
tereny dzisiejszego Jemenu i południowo-wschodniej Arabii
Saudyjskiej monopolizując handel indyjski. Potem stopniowo karta się
odwracała. Sukcesy na Półwyspie Arabskim przyciągnęły uwagę innej,
wrogiej Bizancjum potęgi, Persji. Cesarz bizantyjski Herakliusz
stanął do śmiertelnego boju z Persją, wygrał ale cesarstwo wyszło
tak osłabione, że już nigdy nie podniosło się. Przez następne 900
lat, aż do swojego końca było w geopolitycznej defensywie. Etiopski
sojusznik musiał bronić się sam. Na skutek kryzysu gospodarczego w
Indiach w połowie VI wieku handel zamarł, wybrzeże Morza Czerwonego
opustoszały. Na domiar złego ok. roku 540 wybuchła, właśnie na
terenach Etiopii, największa w dotychczasowej historii ludzkości
zaraza (zdystansuje ją dopiero sławetna „czarna śmierć” z XVI
wieku). Jest to pierwsza pandemia, buszująca po wszystkich
kontynentach. Szybko przerzuciła się do Egiptu, Konstantynopola i na
cały ówczesny cywilizowany świat zabijając, jak się dziś ocenia,
prawie połowę ówczesnej ludzkości.

Etiopczycy wycofali się z Arabii, wycofali się potem z wybrzeża
Morza Czerwonego na terytoria trudno dostępnej, górskiej Wyżyny
Abisyńskiej, gdzie mieszkają do dziś. Stopniowo zamierały ich
kontakty ze światem, szczególnie z Bizancjum, Bliskim Wschodem i
Basenem Morza Śródziemnego. Ich Kościół wyznający zasady
monoteletyzmu i monofizytyzmu (wiara w jedną Boską naturę i wolę
Jezusa), został był uznany, wraz z Kościołem koptyjskim (od którego
przyszło do Etiopii chrześcijaństwo, a któremu był formalnie
podporządkowany do czasów nowożytnych) na Soborze Chalcedońskim
(451) za heretycki i odcięty od Kościoła katolickiego (na
marginesie: w trakcie obecnie prowadzonego dialogu ekumenicznego
okazuje się, że tak naprawdę poglądy stron na Soborze Chalcedońskim
nie były tak bardzo odległe od siebie, problem polegał głównie na
braku wspólnego języka, chęci porozumienia i konfliktach
politycznych bardziej niż na różnicach teologicznych). Dodatkowo, w
krótkim czasie tereny otaczające Etiopię zostają opanowane przez
islam. Jedyna nić łącząca Etiopię z chrześcijańską Europą jaką były
kontakty z patriarchatem Aleksandrii zostaje, jeśli nie odcięta, to
bardzo nadwątlona.

W tych warunkach miała miejsce postępująca izolacja kraju ale i jego
wewnętrzna integracja. Chrześcijaństwo etiopskie, zmuszone zostało
do poszukiwania własnych, niezależnych od Rzymu czy Konstantynopola
form wyrazu religijnego, stało się prawdziwym bastionem ortodoksji i
niezwykle pieczołowitego przenoszenia obyczaju chrześcijańskiego z
przełomu II i III wieku, a więc z samego początku. Rodziła się
niezwykła kultura religijna, bogate piśmiennictwo (przede wszystkim
religijne, do dziś czerpiemy wiele z apokryfów spisanych po
etiopsku), osobny kalendarz, inne pismo, oryginalna architektura
(słynne światynie w kształcie krzyża greckiego wykute z jednolitej
skały).

Ostoją chrześcijaństwa były monastery, będące jednocześnie centrami
społecznymi (w Afryce równikowej do czasów kolonizacji europejskiej
nie było miast w naszym rozumieniu tego słowa). Klasztory-
dochodziły od ogromnej potęgi nie tylko religijnej, gromadząc
skarby, utrzymując prywatne armie, a nawet prowadząc wojny między
sobą.

W plemionach etiopskich rosło poczucie więzi narodowej, pojawiła się
nawet koncepcja „narodu wybranego”. Etiopia nie prowadziła ekspansji
zewnętrznej. Nie wynikało to z jej słabości. Nie była bowiem słaba.
Gdy w IX wieku muzułmańscy władcy Egiptu szykowali się „islamizacji”
Etiopii ogniem i mieczem, cesarz etiopski zagroził im, że odwróci
bieg Nilu Błękitnego i pozbawi Egipt wody. Nie przypuszczam, żeby
dysponował technicznymi możliwościami ku temu ale wystarczyło, że
Egipcjanie byli przekonani, że tak potężny władca jest w stanie to
zrobić. Islam zostawił Etiopię w spokoju.

Etiopczycy nie chrystianizowali sąsiadów, nie atakowali islamu.
Wyznawali bowiem zasadę, że chrześcijanami mogą być tylko i
wyłącznie Etiopczycy. Nawracanie innych, sąsiadów nie mieściło się w
ich kategoriach myślowych. Zaś akt apostazji chrześcijanina był
nieodwracalny, jego konsekwencją mogła być tylko śmierć (i to
haniebna) odstępcy od wiary. Nie oznacza to, że współżycie etiopsko-
islamskie układało się bez konfliktów. Pograniczne sułtanaty,
szczególnie te, które powstały na opuszczonych przez Etiopczyków
wybrzeżach Morza Czerwonego, organizowały od czasu do czasu
łupieżcze wyprawy do bogatego królestwa, chcąc zagarnąć skarby
klasztorne i niewolników. Konsekwencją tych wypadów były ekspedycje
armii cesarskiej, która w reakcji przywoływała szczególnie
dokuczliwy sułtanat do porządku. Z reguły nie podbijano sułtanatu,
nie niszczono go, nie wyganiano ludności. Polityka ta miała, jak
zobaczymy później, zemścić się na Etiopii.


Ci historycy, którzy twierdzą, że feudalizm jest pochodną
chrześcijaństwa i bez niego nie mógłby powstać, mogą swoje tezy
udowodnić na przykładzie średniowiecznej Etiopii. Zaiste
zadziwiające jest bowiem, że mimo nieistnienia żadnych kontaktów
feudalną Europą a afrykańską Etiopią, to niemal równolegle rozwijały
się bardzo podobne systemy społeczne, polityczne i kościelne.

Etiopia ulegała, tak
Obserwuj wątek
    • qwardian Cywilizacja chrześcijańska zaatakowana przez wroga 10.12.07, 20:49
      DŻIHAD

      Owo „później” nastąpiło w latach dwudziestych XVI wieku. W 1517
      Turcy osmańscy podbili ostatecznie Egipt. Rządzący dotychczas w nim
      mamelucy zostali wypędzeni. Byli to zawodowi żołnierze, świetnie
      wyszkoleni oficerowi o silnym „esprit de corps”. Trafiali oni na
      służbę różnych muzułmańskich władców. A wraz z nimi nowe techniki
      wojenne, nowe sposoby organizacji armijnej, nowe taktyki i co
      najważniejsze: nowe bronie, przede wszystkim palne, rusznice i
      artyleria. Były to bronie bardzo prymitywne (nawet w porównaniu z
      tym co wytwarzano w ówczesnej Turcji dla armii sułtańskiej -
      obowiązywał tam surowy zakaz eksportu tak technologii produkcji jak
      i gotowych słynnych rusznic janczarskich, a nawet janczarskich
      łuków – siłą rzeczy musiano w ziemiach ościennych zadowolić
      się „podróbkami”wink ale dające ogromną na polu walki ogromną przewagę
      nad przeciwnikiem jej pozbawionym.

      Jedna z grup mameluckich trafiła do pewnego graniczącego z Etiopią
      sułtanatu (znajdującego się w okolicach dzisiejszej miasta Harar w
      Etiopii, przy granicy z północno-zachodnią Somalią. W sułtanacie
      miał wcześniej miejsce pałacowy zamach stanu. Jeden z wojskowych
      dowódców Ahmed ibn Ibrahim al-Gazi (znany jako „Grani”
      czyli „Mańkut”wink zamordował sułtana i ogłosił się władcą.

      Nie byłoby w tym nic dziwnego, takie rzeczy działy się zawsze i
      pewnie jeszcze nie prędko się skończą, ale on ogłosił się imamem.
      Imam (arab. „przewodnik”wink to nie tylko uczony teolog, święty czy
      opiekun meczetu (takie jest dzisjesze znaczenie tego słowa) ale
      przede wszystkim to ten, który przewodzi wiernym w świętej wojnie,
      poprowadzi dżihad.

      Imam Grani zerwał z dotychczasową polityką charakterystyczną dla
      przygranicznych sułtanatów. Żadnych wypraw łupieżczych, żadnych
      napadów na cesarstwo, żadnych bijatyk i niezorganizowanych łowów
      niewolników. Koniec z rozdrabnianiem się. Grani miał sformułowany
      jasny i jednoznaczny cel. Całkowita likwidacja chrześcijańskiej
      Etiopii, zabicie cesarza i eksterminacja chrześcijańskiej ludności,
      a przede wszystkim duchowieństwa, nieodwracalne zniszczenie
      jakiegokolwiek śladu po chrześcijaństwie na Wyżynie Abisyńskiej.
      Rabunek dóbr doczesnych i handel niewolnikami interesował go tylko
      tyle, o ile miał przynieść mu środki do realizacji swojego planu.


      Warto jeszcze poświęcić parę słów owemu planowi Graniego, bez niego
      nie można zrozumieć historii, którą zamierzam opowiedzieć. Był to
      plan na wskroś ludobójczy, zadziwiający swoją prostotą i diabelską
      genialnością. Wyprzedził on wszystko to, co było wcześniej i to co
      było później aż do podobnych planów realizowanych w rewolucyjnej
      Francji końca XVIII wieku.

      Jedno trzeba przyznać: był to pierwszy ale nie ostatni ludobójczy
      plan (który wdrożono w życie) w niełatwych i często krwawych
      stosunkach islamsko-chrześcijańskich. Drugim było, równie
      zapomniane, ludobójstwo Ormian w Turcji, którego okrągłą
      dziewięćdziesiątą rocznicę właśnie obchodzimy (czy można coś na ten
      temat gdziekolwiek przeczytać, usłyszeć, obejrzeć? Zginęło przecież
      lekko licząc 2 miliony ludzi).

      Okrutne i bezwzględne bywały postępki krzyżowców w Jerozolimie,
      straszne były prześladowania muzułmanów w arcykatolickiej Hiszpanii,
      bezwzględną była armia lorda Kitchenera walcząca z mahdystami w
      Sudanie. Nigdy jednak „krzyżowcy” nie posunęli się do postulowania i
      wdrażania w życie stricte ludobójczych pomysłów w stosunku do swoich
      islamskich wrogów. Pamiętajmy o tym.

      Wyprzedziwszy trochę przebieg wydarzeń należy stwierdzić, że plan
      Graniego był niewykonalny już w swoich założeniach. Grani był bowiem
      prekursorem ideologicznego, zorganizowanego ludobójstwa jakiego był
      świadkiem XX wiek, tymczasem w XV wieku nikt nie prowadził wojen w
      celach czysto ideologicznych, nikt nie walczył tylko dla idei.
      Podkomendni Graniego mieli cele zupełnie inne niż ich wódz. Ich
      interesowały podboje, skarby klasztorne, rabunki, nowe ziemie, nowe
      kobiety, nowe zaszczyty i nowi poddani. Dla tych poddanych byłoby (z
      punktu widzenia ich panów) lepiej nie być muzułmanami. Po co ich
      nawracać na islam, skoro jako nie muzułmanie musieli płacić wyższe
      podatki i w razie czego zawsze można było ich sprzedać dalej (islam
      ograniczał możliwości handlu muzułmanami)?


      Póki co, Grani w oparciu o wzory mameluckie organizował siły do
      wyprawy na Etiopię. Zebrał wokół siebie nie tylko wszystkie
      sąsiednie sułtanaty ale i animistyczne plemiona murzyńskie, ich
      pogaństwo nie przeszkadzało mu, liczył się cel a nie środki. Z
      pozoru jego poczynania wyglądały na szaleństwo. To tak jakby
      dzisiejszy Luksemburg (bez obrazy dla pokojowo nastawionych
      Luksemburczyków) szykował się na podbój sąsiednich Francji lub
      Niemiec, albo obu krajów na raz.

      Grani był szaleńcem, dowiódł tego nie tylko w swojej ideologii ale
      wielokrotnie później na polu walki. Ale w szaleństwie Graniego była
      Metoda. Tak jakby był uczniem Clausewitza, jasno sformułował
      polityczny cel wojny (czego na przykład zabrakło np. Amerykanom w
      wojnie irackiej), zebrał adekwatne środki (przede wszystkim
      zdyscyplinowaną armię którą dowodzili oficerowie dobrani tylko i
      wyłącznie na podstawie kryterium posłuszeństwa imamowi) oraz
      przystąpił z żelazną konsekwencją do realizacji planu. W roku 1529
      ruszył do walki przeciwko cesarzowi Lybne Dyngyal, po to by zabić
      cesarza.

      Armia islamska, w porównaniu z etiopską była mikroskopijna ale była
      świetnie uzbrojona, wykonująca bez szemrania rozkazy wodza i
      walcząca w sposób bardzo nowoczesny (atakowano zwartym szykiem i
      kolumnami w najsłabsze miejsce przeciwnika, tak jak to potem robił
      Napoleon). Armia, dzięki wykorzystaniu owych
      emigrantów „podatkowych”, świetnie orientowała się w terenie,
      omijając wszelkie przeszkody naturalne i samej organizując zasadzki
      na korpusy cesarskie na ich własnym terenie.

      Nie tracąc z widoku celu głównego Grani zdawał sobie doskonale
      sprawę, że nie rozbije Etiopii w jednym uderzeniu. Orientując się w
      sytuacji politycznej cesarstwa prowadził dwutorową politykę. Z
      jednej strony starał się podbijać prowincję po prowincji, nim dotrą
      do niej główne siły cesarskie a z drugiej strony dobierał sobie
      sojuszników spośród wszystkich etiopskich sił odśrodkowych (np.
      Falaszów). Podbiwszy prowincję przystawał na jej (czasową
      przynajmniej) islamizację przy zachowaniu etiopskiego etnicznie
      charakteru. Rządził nią, tak jak poprzednio, władca etiopski
      (nawrócony na islam), nadzorowany przez gubernatora, którego głównym
      celem było ściąganie podatków (do finansowania dalszej wojny) i
      pilnowanie ogólnego porządku.

      Bardzo nowatorskie były pomysły Graniego z pogranicza wojny i
      finansów. I tak wyruszając na pierwszą kampanię ustanowił prawo
      nakazujące przekazanie wszystkich zysków płynących z wyprawy (łupy,
      dochody z transakcji kupców-markietanów, dochody z handlu
      niewolnikami itd.) do wspólnego „dżihadowego” skarbca, z którego
      miały być finansowane dalsze wyprawy (miał świadomość że wojna
      będzie długa i kosztowna). Mimo tego, że wszyscy jego podkomendni
      byli ludźmi żyjącymi z łupów i zysków wojennych, dzięki ogromnemu
      autorytetowi władcy udało się prawo to przeforsować i zrealizować
      (co prawda, pod warunkiem, że zyski z następnych wypraw będą szły w
      całości do kieszeni uczestników, zwyczajowo mieli prawo jedynie do
      ok. 1/3 łupów, reszta przypadała władcy).

      Innym świetnym posunięciem była dumpingowa sprzedaż niewolników
      etiopskich, których zdobyto na pierwszej wyprawie. Obowiązywała
      zasada, z pozoru paradoksalna i nieekonomiczna: im odleglejszy był
      rynek sprzedaży niewolników, tym niższa była cena. Muszę przyznać,
      że to było naprawdę genialne. Mechanizm był prosty: pojawiły się
      błyskawicznie duże pieniądze zasilające kasę „dżihadową”, na rynkac
      • qwardian Wróg zwycięża z cywilizacją chrześcijańską. 10.12.07, 20:54
        Innym świetnym posunięciem była dumpingowa sprzedaż niewolników
        etiopskich, których zdobyto na pierwszej wyprawie. Obowiązywała
        zasada, z pozoru paradoksalna i nieekonomiczna: im odleglejszy był
        rynek sprzedaży niewolników, tym niższa była cena. Muszę przyznać,
        że to było naprawdę genialne. Mechanizm był prosty: pojawiły się
        błyskawicznie duże pieniądze zasilające kasę „dżihadową”, na rynkach
        niewolników powstało wrażenie, że na niewolnikach etiopskich można
        zarobić krocie, w stronę Harar ruszyły oddziały finansowane przez
        handlarzy niewolników z najdalszych krajów islamskich aby pomóc
        Graniemu w jego „zbożnym" dziele (no i zarobić owe krocie).

        Grani tymczasem poprowadził następną kampanię, po niej kolejne.
        Gromił w nich, bitwa po bitwie wojska cesarskie. W szaleńczych
        atakach osobiście prowadził swoje wojska (często sam nie miał
        żadnego uzbrojenia tylko Koran, który miał go chronić przed razami
        Etiopczyków) przeciwko wielokrotnie liczniejszym armiom
        chrześcijańskim.

        Trzeba przyznać, że wielokrotnie sprzyjało mu szczęście. Wiele było
        bitew, w których na czele małych oddziałów stawał przeciwko tysiącom
        i wychodził zwycięskim bez szwanku. Wielokrotnie wydawało się, że
        już, już jego armia będzie rozbita i zgnieciona ale zawsze, w
        ostatniej chwili, udawało się pokonać wroga. Widomym znakiem tego,
        że sprzyja mu Bóg było to, że w całym okresie prowadzonych przez
        niego wojen nie wybuchły susze, plagi czy inne zjawiska mogące
        zatrzymać jego zwycięski pochód. Wręcz przeciwnie, zbiory były
        bardzo dobre, pogoda wyśmienita. Rosła jego sława jako
        niezwyciężonego wodza, nieśmiertelnego wojownika i proroka islamu.

        On konsekwentnie dążył do obranych celów. Wiedział, że cesarza może
        pokonać tylko w walnej bitwie. Nie gonił armii cesarskiej, nie
        tracił sił na wędrówki po ogromnych obszarach, czekał aż ofiara
        przyjdzie do niego. Prowokował ją atakując obiekty sakralne,
        klasztory, kościoły i sanktuaria. Armia cesarska spieszyła im na
        pomoc, on ją rozbijał. Niszczył wszystko co chrześcijańskie:
        kościoły, księgozbiory, klasztory, obrazy. Bez wyjątku eksterminował
        wszystkich mnichów, którzy wpadli w jego ręce. Legenda ludowa
        motywowała to tym, że ponoć sam imam był owocem gwałtu jaki uczynił
        na jego matce mnich chrześcijański (los dziecka poczętego w takich
        okolicznościach jest godny pożałowania w dzisiejszym islamie a co
        dopiero w XV wieku). Nie wiem czy to prawda, ale prawdą jest, że ten
        przewidujący władca zdawał sobie sprawę, że w rozsypującej się pod
        ciosami jego armii Etiopii tylko Kościół (oparty na klasztorach)
        jest w stanie odrodzić państwo i kierować narodem. Jak okazało się
        później, nie mylił się.

        Do roku 1531 rozprawił się z armią cesarską, podporządkował sobie
        zasadniczą część terytorium Etiopii i zajmował się (do roku 1540)
        polowaniem na samego cesarza, który z resztkami armii błąkał się po
        kraju. Grani, przekonany w swoim szaleństwie o tym, że jest
        wcieleniem Boga, rozkazał stopniowe wymordowanie całej ludności
        etiopskiej, która znalazła się w zasięgu jego władzy. Nie udało się
        mu spełnić jednak wszystkich celów. Nie zlikwidował chrześcijaństwa,
        nie zabił cesarza, nie był w stanie podporządkować sobie całości
        ogromnego terytorium. Etiopczycy uciekali na terytoria, niezajęte
        przez Graniego. Gromadzili się wokół Kościoła, cesarza i jego wojsk.

        Dowódcy wojsk Graniego mieli dość już jego szaleństw. Jakoś tam
        ułożyli sobie stosunki z Etiopczykami, zaczęli czerpać poważne zyski
        ze handlu i rolnictwa na nowo podbitych ziemiach i ani w głowie im
        było mordowanie ludzi, którzy na nich pracowali. Mimo, że Grani
        karał najmniejszą niesubordynację śmiercią, jego otoczenie werbalnie
        przytakując imamowi, w rzeczywistości sabotowało jego rozkazy. Także
        po stronie etiopskiej zmieniła się sytuacja. Pobita ale nie podbita
        (a tym bardziej zniszczona według planu Graniego) Etiopia po latach
        klęsk i upokorzeń dojrzewała powoli do kontrofensywy. Jej potencjał
        był ciągle ogromny.
        • qwardian Pod krzyżem cyw. chrześcijańska kontraatakuje. 10.12.07, 20:57
          Analiza wydarzeń zdawała się wskazywać na to, że koniec Etiopii
          chrześcijańskiej jest tylko kwestią krótkiego czasu. Ale życie jest
          lepsze od wszelkich analiz. W Etiopii, jej Kościele oraz otoczeniu
          międzynarodowym doszło do zmian, które odwróciły nieubłagany, jak
          się wydawało, bieg zdarzeń.


          Armia etiopska dotychczas bita niemiłosiernie i ponosząca klęskę za
          klęską nie dała się jednak do końca pobić. Zmieniała swoją taktykę,
          przechodząc z walki w szyku luźnym (każdy walczył na swoją rękę) do
          walki w szyku zwartym, wprowadzono pierwsze egzemplarze broni
          palnej, wykupywano z niewoli muzułmańskiej Europejczyków z
          doświadczeniem wojskowym, którzy uczyli Etiopczyków sztuki
          fortyfikacji i organizacji walki na nowy sposób.

          Od dowodzenia armią powoli ale skutecznie odsuwano cesarza i na jej
          czele stanął prawdziwy, charyzmatyczny wódz Vesen Segeda. Człowiek
          stary (w Afryce po dziś dzień obowiązuje kult ludzi starych jako
          mądrzejszych i mocniejszych od reszty społeczeństwa) zreorganizował
          armię, przekształcając ją z luźnej federacji oddziałów magnatów (coś
          takiego funkcjonowało w Rzeczpospolitej w czasie wojen kozackich,
          wiadomo z jakim skutkiem) w zdyscyplinowaną armię złożoną z
          oddziałów plemiennych walczących o swoją ziemię i swoją rodzinę (w
          oddziałach tych obowiązywała zasada, że wojownik zabierał ze sobą
          żonę i dzieci, tak aby nie padli oni łupem muzułmanów na zapleczu, w
          przypadku klęski ginął nie tylko wojownik ale i cała jego rodzina,
          było więc o co walczyć do upadłego i nie było dokąd uciekać;
          możnowładca zabierał ze sobą liczną świtę, w przypadku klęski
          uciekał „na z góry upatrzone pozycje” ).

          W oddziałach tych pojawili się, co było absolutnym novum w Etiopii,
          duchowni pełniący nie tylko funkcję kapelanów wspierających morale
          żołnierzy ale, gdy trzeba było, także i dowódcze (tradycja wojen
          mnisich wyszła na dobre). Vesen Segeda przeniósł wojnę na terytorium
          wroga, zaatakował jego stolicę. Niestety atak nie udał się,
          częściowo na skutek zdrady arystokratów etiopskich, którzy
          niezadowoleni z reform Vesena donieśli o jego planach imamowi.

          W zaciętej bitwie pod górą Busaf (lato 1531), dokąd armia
          chrześcijańska dotarła m.in. na łodziach skonstruowanych przez owych
          europejskich inżynierów-wyzwoleńców o mało co nie wygrała. Etiopska
          armia poniosła porażkę (ale nie klęskę) tylko na skutek
          nieszczęśliwego upadku wodza z konia, sam wódz padł w walce ale
          droga została pokazana. Gdy w 1540 zmarł cesarz Lybne, władzę w
          Etiopii uzyskało plemię Tigraj (z którego pochodziła matka następcy
          tronu, Klaudiusza), którego przywódcy wzięli sprawę w swoje ręce.
          Delikatnie (lub mniej delikatnie, jak to w polityce bywa) odsuwali
          od władzy starą „grupę trzymającą władzę”, tj możnowładców i cesarza
          (tego ostatniego zostawili jednak na tronie) oraz konsekwentnie
          poprowadzili Etiopczyków do śmiertelnej walki przeciwko Graniemu.


          Etiopczycy nie byli tymi sami Etiopczykami co przed inwazją
          islamską. To już nie były luźne watahy ale plemiona coraz bardziej
          świadome swojej wspólnoty kulturowej i przede wszystkim religijnej
          oraz odrębności od ludów islamskich. Może to jeszcze nie był naród w
          takich kategoriach jakimi my dziś operujmy ale wszystko zmierzało w
          tym kierunku. Nie mogąc stawić czoła w polu stanęli do walki
          partyzanckiej przeciwko wrogowi, przede wszystkim etiopskim
          arystokratom, którzy porzucili wiarę chrześcijańską i poszli na
          służbę imama.

          Ludy poszczególnych prowincji zaczęły się buntować przeciwko swoim
          władcom, rozpowszechniła się wojna podjazdowa. Pojawiły się
          grupy „komandosów”-asasynów, świetnie wyszkolonych samobójców,
          którzy wykonywali wyroki śmierci na kolaborantach. Większość z
          asasynów była mnichami lub osobami związanymi z klasztorami. Doszło
          do sytuacji, że część magnatów-neomahometan wróciła pod władzę
          cesarza i wyrzekła się islamu, w obawie przed buntami własnych
          poddanych. Co ciekawe, cesarz odstąpił od tradycyjnej w Etiopii kary
          śmierci dla apostatów. W ówczesnej sytuacji nie można było sobie
          pozwolić na utratę żadnego sojusznika.

          Obok regularnej i zreformowanej armii etiopskiej do walki z
          muzułmanami przystąpiły małe ale bardzo sprawne i mobilne oddziały
          partyzanckie. Atakowały one szlaki zaopatrzenia, karawany pędzące
          niewolników, uderzały w podstawy gospodarcze sułtanatów. Szczególną
          rolę odgrywały oddziały „szyftów” – ludzi żyjących poza prawem (co
          nie znaczy, że przestępców, raczej wolnych kozaków lub hajduków
          walczących w XVI i XVII wieku z Turkami i Tatarami), o silnej
          motywacji religijnej (byli pod dużym wpływem klasztorów, którym
          służyli w czasie „wojen mnisich”wink, dobrze zorganizowanych,
          zdyscyplinowanych, odpornych na głód i świetnych biegaczy zdolnych
          do przemieszczania się na ogromnych obszarach w sposób porównywalny
          z kawalerią (szyftowie funkcjonują w Etiopii po dziś, a kraj ten
          jest światową potęgą w biegach długodystansowych i maratośkich).


          Kościół etiopski był jednak obszarem największych zmian, które w
          moim odczuciu przesądziły o ostatecznym przebiegu zdarzeń. Kościół
          przeszedł, w trakcie opisywanych wydarzeń, metamorfozę, nie tyle
          organizacyjną co teologiczną.

          Na skutek bezlitosnej i krwawej islamskiej inwazji porzucił swoją
          dotychczasową postawę pacyfizmu i nieudzielania się bezpośrednio w
          sprawach państwa. Przed inwazją pozycja Kościoła była podobna do
          tej, która charakteryzowała Kościół Bizancjum. Delikatna równowaga
          na osi państwo-Kościoł (różnie to w różnych okresach bywało ale
          generalnie rzecz ujmując: nie mieszanie się do bieżącej polityki
          państwowej na rzecz nie mieszania się państwa do teologii i religii,
          duża autonomia kościelno-majątkowa, szczególna rola klasztorów,
          cesarz jako obrońca i gwarant wiary i tak dalej) ustąpiła
          zdecydowanemu poparciu linii politycznej rodu Tigraj, porzucenie
          idei pacyfizmu i bezpośrednie zaangażowanie się duchownych w walkę
          zbrojną (rzecz nie do pomyślenia w Europie).

          Poza opisanymi wcześniej kapelanami oraz mnichami-asasynami powstały
          organizacje odpowiadające europejskim zakonom rycerskim (znów
          zadziwiające podobieństwo z Europą). Bitne i fanatyczne oddziały
          złożone z samych mnichów, którzy nie mieli nic do stracenia (życia,
          rodziny, majątku) oprócz wiary w Chrystusa.

          Ci duchowni, którzy nie przystąpili bezpośrednio do walki z bronią w
          ręku stali się „żołnierzami frontu ideologicznego” prowadzącymi
          propagandę ideowo-religijną wśród wojska i ludności cywilnej.
          Etiopczycy stawali się coraz bardziej świadomi tego, z kim walczą, o
          co walczą i co grozi im jak walkę przegrają. W sytuacji
          zagrożenia „ostatecznym rozwiązaniem kwestii” etiopskiej w
          islamskiej Afryce, Kościół Etiopii stanął na czele ludu swojego. Bez
          kompromisów i jednoznacznie. Sięgając do środków dziś dla nas
          szokujących. Ale działał w sytuacji ekstremalnej. Jego przeciwnikiem
          nie byli sułtani osmańscy propagujący ideę „miliyet” (w dużym
          skrócie: chrześcijanie funkcjonowali w imperium osmańskim w oparciu
          o zasadę autonomii i pod kierownictwem swoich hierarchów
          religijnych, którzy odpowiadali przed władcą za zachowanie się całej
          wspólnoty). Wrogiem Etiopii i jej Kościoła był bowiem szalony
          ludobójca, fanatyczny morderca, z którym nie można było zawrzeć
          kompromisu, ustanowić pokoju, którego właśni poddani nie rozumieli i
          nie podzielali jego planów. Krucjata była odpowiedzią Kościoła
          Etiopii na dżihad Graniego.

          Europa, która od VII wieku praktycznie nie utrzymywała kontaktów z
          Etiopią (wyjątkiem były lata panowania krzyżowców w Palestynie ale
          nic z nich praktycznie nie wyniknęło), nic o Etiopii nie wiedziała
          (poza wiedzą wyrażoną w kanonach chalcedońskich), nie interesowała
          się wcześniej jej losem, w połowie XVI wieku aktywnie przystąpiła do
          obrony swoich dalekich c
          • qwardian Cywilizacja chrześcijańska otrzymuje pomoc. 10.12.07, 21:03
            Europa, która od VII wieku praktycznie nie utrzymywała kontaktów z
            Etiopią (wyjątkiem były lata panowania krzyżowców w Palestynie ale
            nic z nich praktycznie nie wyniknęło), nic o Etiopii nie wiedziała
            (poza wiedzą wyrażoną w kanonach chalcedońskich), nie interesowała
            się wcześniej jej losem, w połowie XVI wieku aktywnie przystąpiła do
            obrony swoich dalekich chrześcijańskich braci. Był to bowiem czas
            (vide mój artykuł na temat Basilikosa opublikowany jakiś czas temu),
            kiedy wydawało się, że Europa pod wodzą cesarza Karola V przystąpi
            do zdecydowanej ofensywy przeciwko islamowi. Wojska cesarza
            rzymskiego pojawiły się nawet w Grecji, budząc nadzieje ludów
            bałkańskich.

            Realna pomoc dla Etiopii napłynęła jednak zupełnie z innej strony, a
            mianowicie z … Indii. A konkretnie z Goa, portugalskiej posiadłości
            na terenie Indii. Portugalczycy opanowali po roku 1498 szlak
            handlowy wiodący z Półwyspu Iberyjskiego, wokół Afryki, do Indii.
            Czerpali niewyobrażalne korzyści z handlu przyprawami, metalami
            szlachetnymi i kamieniami drogocennymi. Byli to możliwe dzięki
            istnieniu na owym szlaku szeregu kolonii-baz wojskowo-handlowych
            (zwanych faktoriami) będących pod władaniem Korony Portugalii.

            Portugalczycy świetnie orientowali się w sytuacji Rogu Afryki. Byli
            to ludzie praktyczni i zadali sobie praktyczne pytanie: „dokąd, po
            ostatecznym podboju Etiopii i podporządkowaniu jej zasobów, pójdą
            sobie oddziały dowodzone przez niezwyciężonego mańkuta? gdzie będą
            szukać chrześcijan, których wymordowania żądał ich szalony wódz?”
            Ponieważ tak się składało, że chrześcijanie ci byli niemal „pod
            ręką” w bogatych wschodnio-afrykańskich faktoriach portugalskich,
            nie należało się spodziewać, aby żądni łupów wojownicy sabotowali w
            tym przypadku rozkazy wodza.

            Wspólnota interesów portugalsko-etiopskich była oczywista. Dodatkowo
            przeplatały się wzajemne interesy handlowe, umacniały się więzi
            stricte dyplomatyczne. W 1518 w Portugalii pojawił się, budząc
            ogromną sensację, ambasador etiopski. Dwa lata później dyplomaci
            portugalscy akredytowali się przy dworze nygusa. Doszło do ciekawej
            próby przywrócenia unii kościelnej (dyplomaci obu stron byli w dużym
            procencie duchownymi), niezbyt udanej ale to osobny temat. Tak czy
            owak więzi umacniały się, a Portugalczycy doskonale zdawali sobie
            sprawy z braków ogromnej armii etiopskiej.

            9 sierpnia 1541 w porcie Arniko wylądował nieliczny, bo raptem 400
            osobowy oddział doskonałej piechoty portugalskiej, zaopatrzony w 10
            armat i „wunderwaffe” ówczesnych czasów: muszkiety, których celność,
            siła rażenia i zasięg przewyższała o całą klasę to, co mogły
            osiągnąć rusznice muzułmanów. Dodatkową zaletą tych oddziałów było
            to, że pochodziły one z Indii. Umiały więc funkcjonować w warunkach
            tropikalnych oraz współżyć w miarę bezkonfliktowo z egzotyczną
            ludnością tubylczą. Korpus ten mógł być w miarę bezpiecznie i szybko
            zaopatrywany z niedalekich baz portugalskich, bez konieczności
            dowozu uzupełnień z Europy.

            Mimo, że z przyczyn obiektywnych (pokonanie ogromnych odległości
            afrykańskich dla regularnej europejskiej piechoty graniczyło z
            cudem) oddział przyłączył się do walk dopiero po prawie roku to jego
            rola była nie tyle decydująca, co nieoceniona. Po pierwsze: sama
            obecność takiego sojusznika wpłynęła niesamowicie na rosnące morale
            Etiopczyków, dodała im ducha. Po drugie: niwelowała przewagę armii
            muzułmańskiej w broni palnej i artylerii, której Etiopczycy nie
            mogli sami z siebie sprostać. Po trzecie: Portugalczycy w żadnych
            okolicznościach nie uciekali z pola walki, nie mieli po prostu dokąd.

            Szalony imam zorientował się już po pierwszych starciach, że ma do
            czynienia z przeciwnikiem, którego nie pokona. Jego oddziały
            ponosiły już nie porażki ale prawdziwe klęski. Sposób walki etiopski
            i europejski uzupełniały się idealnie.
            Portugalczycy „rozstrzeliwali” islamską artylerię i strzelców, a
            wojująca po nowemu piechota etiopska roznosiła jazdę i piechotę
            wroga, kawaleria zaś odcinała pobitym wrogom drogi ucieczki. Tylko
            dzięki legendarnej szaleńczej odwadze udawało się imamowi uchodzić z
            pola walki. Dochodziło do tego, że jego osoba budziła tak zabobonny
            strach Etiopczyków wierzących w jego nieśmiertelność, że nawet nie
            starali się go gonić lub dobić. Jak okazało się później i ta bariera
            raz a skutecznie została pokonana.

            Grani zmuszony został do wycofania się z terytorium Etiopii ale nie
            pogodził się z przegraną i porzuceniem swoich planów. Znów zabrał
            się metodycznie do dzieła. Słusznie doszedł do wniosku, że
            niezwyciężonym Portugalczykom mogą sprostać tylko równi im.
            Wykorzystując to, że armia etiopsko-portugalska po ostatecznym
            wygnaniu jego wojsk z Etiopii zostawiła go w spokoju zajmując się
            zwalczaniem „wroga wewnętrznego”: Falaszów i tych etiopskich
            prowincji, których władcy przyjęli islam, zebrał pieniądze i wysłał
            swoich emisariuszy aby zwerbowali najlepszą piechotę ówczesnego
            świata: tureckich janczarów.

            Sułtan nie pozwolił jednak aby jego najbardziej elitarne jednostki
            wykrwawiały się w konflikcie, który go nie interesował. Potrzebni mu
            byli w spodziewanej walce z cesarzem rzymskim. Wracając do domu
            emisariusze niejako „po drodze” zwerbowali w Jemenie wielki odział
            jemeńskiej piechoty (ponad tysiąc żołnierzy, doskonale wyćwiczonych
            i uzbrojonych, m.in. w 10 nowoczesnych armat). Nie byli to żołnierze
            klasy janczarów ale mieli jedną ważną cechę: byli zawodowcami,
            typowymi dla swoich czasów zaciężnymi wojakami, którzy stanowili
            trzon armii walczących na wszystkich teatrach ówczesnych wojen: od
            Brazylii po Morze Japońskie. Im było wszystko jedno z kim walczą, o
            co walczą. Ważne było za ile walczą. Podobnie jak włoscy kondotierzy
            przystępowali do walki w oparciu o pewnego rodzaju kontrakt.
            Walczyli dzielnie ale zgodnie z pewnymi regułami. W regułach tych
            nie mieściły się szaleńcze ataki, śmierć za wiarę, walka do upadłego
            i wiara w ochronną moc Koranu, czyli to co było normalnością armii
            Graniego.

            W pewnej (wygranej zresztą) bitwie w lecie 1542 roku, najemnikom tym
            imam wydał szaleńczego nocnego ataku na obóz wroga. Atak się
            powiódł, obóz zdobyto, korpus etiopski uciekł. Ale straty po stronie
            islamskiej były dużo większe niż po stronie etiopskiej. Najemnicy
            nie chcąc służyć szaleńcowi wypowiedzieli kontrakt i następnego dni
            po bitwie zabrali swoje działa i odeszli do domu, w ich ślady
            podążyły także niektóre oddziały imama dotychczas mu wierne. Wkrótce
            potem do walki przystąpiły główne siły cesarskie ze wzmocnionym
            korpusem portugalskim (Portugalczycy otrzymali uzupełnienia i nową,
            silniejszą artylerię). Armia islamska poszła w rozsypkę, imamowi z
            częścią sił udało się ujść z pola tylko dlatego, że ariergarda
            bohatersko stawiła opór siłom etiopsko-portugalskim, ginąc w całości
            w bronionej przez siebie fortecy.

            Szalony imam wierzył w swoje przeznaczenie nowego proroka i swoją
            boskość. Zebrał znów nową armię i ruszył na spotkanie wojsk
            cesarskich. 22. lipca 1543 u podnóży góry Feget doszło do kolejnego
            starcia sił głównych. Tym razem sprawy potoczyły się inaczej niż
            zwykle. Grani, jakby przeczuwając, że gra idzie o wszystko, rzucił
            na samym początku swoje siły do szaleńczego ataku frontalnego. Jak
            zwykle prowadził go osobiście. Pierwszy wystrzał muszkietu
            portugalskiego oddany w tej bitwie trafił muzułmańskiego wodza
            zabijając go na miejscu.

            Widok padającego „nieśmiertelnego” zachęcił Etiopczyków, zdeprymował
            muzułmanów, których armia poszła w rozsypkę. Nikt nie był w stanie
            go zastąpić. Arystokracja muzułmańska dość miała szaleńczych walk,
            rzezi, chciała normalnie żyć, handlować, gospodarzyć. Nie paliła się
            do walki, gdy nad ich głową przestała im wisieć szabla imama.
            Pojedynczy wezyrowie próbowali jeszcze wal
            • qwardian Szczęśliwe zakończenie, ale nie do końca. 10.12.07, 21:15
              Pojedynczy wezyrowie próbowali jeszcze walk ale nie byli w stanie
              przeciwstawić się coraz liczniejszej, lepiej uzbrojonej i coraz
              sprawniejszej armii zjednoczonych pod znakiem krzyża Etiopczyków.
              Nawet odejście Portugalczyków (zagrożenie islamskie zniknęło, nie
              widzieli więc sensu w dalszym prowadzeniu walk przemierzając
              niezmierzone sawanny w pogoni za wrogiem) nie zmieniło sytuacji.

              Kolejne ofensywy etiopskie wyparły muzułman z kraju i, tak jak
              bywało w latach świetności cesarstwa, przeniosły na stałe walkę na
              terytorium wroga. Odcięto resztki zbuntowanych etiopskich sił od ich
              muzułmańskich sojuszników. Strona etiopska, wbrew swojej
              wcześniejszej geopolityce, rozpoczęła systematyczny podbój
              sąsiednich sułtanatów, z jednej strony a z drugiej gromiąc własnych
              buntowników. Wzorując się na metodach Graniego, teraz to Etiopczycy
              zastosowali politykę eksterminacji i spalonej ziemi, niszczenia
              wroga „z korzeniami”.

              Muzułmanie próbowali podejmować jeszcze ofensywy, w trakcie jednej z
              nich, poległ w bitwie 22 marca 1559 roku sam cesarz Klaudiusz ale
              wojna już wygasała. Obie strony nie miały sił walczyć. W latach
              1559 – 1562 terytorium walczących stron nawiedzone zostało przez
              susze i związane z nią klęski głodu. Pisałem wcześniej, że Grani
              przez ponad 20 lat prowadził wojny w sytuacji, gdy sprzyjała mu
              pogoda, nie było tak charakterystycznej dla tej części świata
              długotrwałej i powtarzającej się regularnie suszy. Jego następcom i
              ich przeciwnikom takie szczęście nie sprzyjało. Tak jakby sam
              Najwyższy chciał zakończyć tę trzydziestoletnią bezpardonową walkę w
              prowadzoną Jego imieniu.

              Wojska muzułmańskie opuszczali kolejni sojusznicy, który nie mieli
              motywacji ideologicznej, a których domy nie wymagały obrony przed
              Etiopczykami, bo były daleko poza terenem walk. Same sułtanaty
              wyludniły się, ich gospodarka (oparta głównie na handlu żywym
              towarem i pośrednictwie w obrocie łupami wojennymi) upadła
              definitywnie, ludność uciekła z miast i wsi. Siły etiopskie nie
              miały czego zdobywać i na kim się mścić.

              Sama Etiopia, mimo, że obroniła skutecznie swoją egzystencję,
              również popadła w ruinę. Wojska Graniego zniszczyły infrastrukturę
              najważniejszych regionów kraju, także klasztory, kościoły, księgi,
              uczonych. Po wojnie nie przeprowadzono niezbędnych reform, kraj
              został takim jakim był we wczesnym średniowieczu. Niemal do dziś.
              Tereny walk pozostały do dzisiejszych czasów najbiedniejszym
              regionem świata, targanym głodem, wojnami, suszą, korupcją i
              przemocą.

              Pocieszające jest to, że aż do połowy lat 70’ ubiegłego wieku nie
              doszło tam do poważniejszych wojen chrześcijańsko-muzułmańskich.
              Dopiero wtedy muzułmańska Somalia rządzona przez marksistowski reżim
              Hissena Habre, a popierana przez USA i Chiny, zaatakowała
              chrześcijańską Etiopię rządzoną przez leninowską tyranię Mengistu
              Haile Mariama, za którą stały ZSRR i Kuba. Znów krew, zniszczenie,
              głód i chaos. Ale to inna historia.


              Gdy kończę pisać ten tekst, słyszę w radiu informacje o tym, że w
              egipskim kurorcie nad Morzem Czerwonym wybuchają bomby
              przeciwko „krzyżowcom” (nie znam szczegółów ale jestem niemal
              pewien, że większość ofiar zamachu to pobożni muzułmanie, ale w
              końcu nie środek się liczy a cel), a Oriana Falacci nawołuje gromko
              (rugając ugodowego w jej opinii papieża) do „zrobienia porządku” z
              muzułmanami. Stacja telewizyjna „Al. Dżazira” co jakiś czas powtarza
              na świat wezwania kolejnych „imamów” (własnego z reguły nadania, co
              za podobieństwo do historii!) do dżihadu. Po to napisałem ten długi
              tekst, żeby przypomnieć: nigdy w historii ani dżihad ani krucjaty
              nie osiągnęły celów postawionych przez tych, którzy do nich
              nawoływali. Przyniosły śmierć, spustoszenie i żądzę nieustannego
              rewanżu. Po obu stronach konfliktu. Wystarczy popatrzeć na Etiopię i
              Somalię.
              • marouder.eu Dzieki qwardian 11.12.07, 06:46
                Nie znalem historii tego regonu poza epizodem jemenskim, ktory mnie swego czasu
                zaciekawil.
                Inna rzecz, ze nie moge zgodzic sie z toba, ze dzihad zawsze konczyl sie
                niepowodzeniem.
                Dzisiejszy zasieg islamu jest skutkiem dzihadu z wiekow VII i VIII naszej ery.
                • babariba-babariba jihadnie bywał nigdy w sensie teologicznym... 11.12.07, 17:20

                  • babariba-babariba jihad nie bywał nigdy w sensie teologicznym... 11.12.07, 17:29
                    ...wojną religijną, choćby dlatego, że prorok Issa jest jednym z proroków
                    islamu. Też.
                    Bo Jihad to jest 'święta wojna', reliogijnirmor
              • rycho7 masz ewentualnie jakies rady dla ateistow? 11.12.07, 18:49
                qwardian napisał:

                > Wzorując się na metodach Graniego, teraz to Etiopczycy
                > zastosowali politykę eksterminacji i spalonej ziemi, niszczenia
                > wroga „z korzeniami”.

                Jakie sadzisz sa wzory postepowania przykladowo z katarami?
    • leje-sie Bardzo wybiórcza ta historia 11.12.07, 19:11
      I tak brakuje mi niektórych szczegółów:

      Jednym z rezultatów pomocy portugalskiej w walce z Granim było pojawienie się w
      Etiopii jezuitów. Ci wkrótce tak zaszli za skórę Etiopczykom, że zostali w kraju
      wypędzeni.

      Intensywniejsze kontakty z krajami chrześcijańskiej Europy rozpoczęły się po
      roku 1830. Objawiały się głównie zakusami na integralność terytorialną i próby
      kolonizacji lub wasalizacji.

      Kawałek po kawałku Włochy i Anglia wyrywały sobie co znamienitsze kąski. W ten
      sposób Włochy uzyskały Erytreę.

      Kolonialne apetyty włoskie wzrosły w 20 wieku. Kulminacyjnym punktem była tzw
      Wojna Abisyńska 1935-1936 i inkorporacja Etiopii w skład Włoskiej Afryki
      Wschodniej 1936-1941.

      Doprawdy, miłość i współpraca krajów prawdziwie chrześcijańskich godna jest
      najwyższego podziwu.

      Z drugiej strony mniejszość muzułmańska (ok 1/3 mieszkańców - skądś się chyba
      wzięła?) i chrześcijanie etiopscy żyją w dość przykładnej zgodzie.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka