karlin
11.08.03, 12:43
Zastanawiam się, dlaczego tak wielu na tym forum, z taką zajadłością usiłuje
udowodnić, że Powstanie Warszawskie było bzdurą, a nawet zbrodniczym
występkiem dowódców AK i polskiego rządu na emigracji?
Pomijam tu osoby, które z zawodowym upodobaniem oddają wszystko, co w nich
najlepsze w kierunku wszystkiego, co polskie. Dla nich PW to nic więcej ponad
jeszcze jeden seans plucia na odległość.
Chodzi mi wyłącznie o tych, którzy zdają się wierzyć, iż niezłomne
powtarzanie, że PW było bzdurą, a nawet zbrodnią na Warszawie i Polakach, ma
jakiś głębszy sens.
Jaki?
Czyżby rzeczywiście wierzyli, że nauki wyciągane z wydarzeń, do których
doprowadził szczególny w historii splot przesłanek (choćby wyzwalanie Polski
przez najeźdźcę) dadzą się kiedyś użyć w jakimś zbożnym celu?
Prawda przede wszystkim, zapewne odpowiedzą. Oczywiście, ich prawda. Bo
prawdą jest również i to, że nie da się wywalić lawiny błota na dowódców AK,
nie obryzgując nimi walczących AK-owców. Bo jak się mają czuć ci, którzy z
poświęceniem życia wykonywali zbrodnicze rozkazy? Rozkazy, o których
zbrodniczości, jak wywodzą obecnie nasi domorośli „historycy”, powinien już
wówczas wiedzieć właściwie każdy.
Podział na oskarżenia wobec dowódców oraz szacunek i podziw dla męstwa
szeregowych żołnierzy, panowie, to bardzo marne tłumaczenie waszej
skłonności. Bowiem taki podział nie istnieje i zbytnio przypomina tępe
powielanie peerelowskiej propagandy.
Wojna, oprócz zwycięstw i klęsk, składa się także z wysiłku, poświęcenia,
determinacji i woli walki. I nigdy, żadnego zwycięstwa ani klęski nie da się
z tych ludzkich emocji wyekstrahować. Polskie powstania nie dlatego są
nieusuwalną, budzącą dumę i budującą cząstką polskiej historii, że co jakiś
czas trzeba się spierać z tymi, dla których to jedynie nie kończący się
korowód polskiej głupoty zamienianej w porażki. Budzą dumę, gdyż są dowodem
nie przemijającej woli walki o Polskę.
Czy fakt istnienia Polski – od ponad 200 lat wciśniętej miedzy dwa mocarstwa –
potwierdza, że tej woli było zbyt wiele, czy zbyt mało?
Czy więcej zyskalibyśmy, zanurzając się w mieszczańskim mnożeniu dóbr i
umiejętności? A może jedynie zachęcilibyśmy najeźdźców do łupieskich wypraw,
a okupantów do bardziej zajadłej walki o łakomy kąsek?
Czy wreszcie polska skłonność do aprobowania historycznej spuścizny „walki
przede wszystkim” to nasz wkład do geopolityki, czy też może na tę
geopolitykę jedyna, możliwa odpowiedź?