hugo_w2
21.03.08, 11:33
Sytuacja w społeczeństwie amerykańskim przypomina zachowania
na "Titanicu": okręt tonie, a orkiestra gra.
Metafora przesadzona, ale w jakimś sensie oddaje nastroje: media
informują o trudnym stanie gospodarki USA, zaś publiczność nie chce
o tym słyszeć, jakby to jej nie dotyczyło. Wciąż żąda sensacji i
rozrywki, niepomna na nadciągający kryzys.
Być może amerykańska gospodarka zdoła się jeszcze z kłopotów
wywikłać, a mogą się tu okazać pomocne śmiałe (dla wielu - zbyt
agresywne) interwencje władz federalnych. Waszyngton dąży do
odgórnego uregulowania rynku nieruchomościowego; kryzys tutaj
ujawnił lawinę słabości całego systemu finansowego Stanów
Zjednoczonych. Wykup wielkiej firmy inwestycyjnej Bear Stearn przez
JPMorgan także był gwarantowany przez Fed.
Być może stoimy w obliczu wielkiej zmiany politycznej w USA -
przejścia ku większemu państwowemu interwencjonizmowi. Od czasów
wielkiego kryzysu z lat dwudziestych i trzydziestych zapanowało
przekonanie, że rynek kapitalistyczny, jeśli niekontrolowany,
wyrodnieje, bowiem w pogoni za zyskiem przedsiębiorcy i inwestorzy
nie zawahają się przed żadnymi niegodziwościami. Musi istnieć
rządowa kontrola nad manipulacjami kapitalistów, kontrola w imię
interesów ludzi pracy.
Dogmat ten przetrwał w Ameryce do lat osiemdziesiątych. W znacznie
silniejszym stopniu obowiązuje do dziś w państwach europejskich,
gdzie władzę państwową uważa się za mediatora między światem pracy a
prywatnym biznesem, instytucję łagodzącą ekscesy wolnego rynku, do
którego od czasów Karola Marksa intelektualiści żywią podejrzenia.
Wielki demontaż tego układu, czyli odłączania państwa od gospodarki,
rozpoczął się wraz z rządami Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii i
Ronalda Reagana w USA. Sukces tej polityki, która przyniosła
gwałtowny wzrost zamożności społeczeństw, udane naśladownictwa w
wielu państwach świata, a także klęska obozu komunistycznego
wzmocniły przekonanie w zbawczą moc "niewidzialnej ręki" wolnego
rynku.
Teraz może nastąpić powrót do dawnej polityki gospodarczej, tym
bardziej że dwoje kandydatów na prezydenta z ramienia Partii
Demokratycznej lansuje model protekcjonistyczny państwa, z rządem
federalnym jako głównym kontrolerem poczynań wielkiego kapitału oraz
instytucją interweniującą w gospodarkę w razie konieczności. O ile
kapitaliści kierują się głównie myślą o zysku, o tyle państwo ma na
względzie przede wszystkim koszty społeczne - np. utrzymuje
nierentowne przedsiębiorstwa, ale dające zatrudnienie dużej grupie
ludzi, nie pozwala upaść firmom, bo spowodowałoby to zbyt duże
perturbacje na rynku.
Jeśli kryzys pogłębi się, zwiększy to szanse demokratycznego
kandydata na zwycięstwo w listopadowych wyborach, a zarazem wzmocni
oczekiwania na politykę nowego "nowego ładu" gospodarczego.
Quelle PDN-NY(CK)