Dodaj do ulubionych

Jak wszystkim wiadomo

IP: *.icpnet.pl 10.12.03, 13:58
Niemcy za nic mieli rozkazy swych przełożonych !:Rozkaz Heydricha
Według Sławomira Radonia, autor "Sąsiadów" zbyt łatwo zrezygnował z kwerendy
archiwalnej. To, że poszukiwania takie należy podjąć, wskazują m.in. ważne
dokumenty opublikowane przez prof. Tomasza Szarotę w aneksie jego książki "U
progu zagłady". Z zamieszczonych tam rozkazów szefa SD Reinharda Heydricha,
wydanych pod koniec czerwca i na początku lipca 1941 r., jasno wynika, że
zadaniem tzw. Einsatzgruppen i Einsatzkommandos było organizowanie lokalnych
pogromów na obszarach zajętych, w toku ofensywy przeciwko Związkowi
Sowieckiemu. Oddziały niemieckie otrzymały rozkaz, aby w toku takich "akcji
samooczyszczających" nie pozostawiać jakichkolwiek śladów, w postaci np.
urzędowych poleceń, na które mogliby powoływać się ich miejscowi wykonawcy.
Szczególnie wymowny jest, zamieszczony w tymże aneksie, raport Brigadeführera
Waltera Stahleckera. Czytamy tam: "Na zewnątrz musiano pokazać, że to ludność
miejscowa sama z siebie podjęła pierwsze kroki w naturalnej reakcji przeciw
trwającemu przez dziesięciolecia uciskowi ze strony Żydów oraz terrorowi
komunistycznemu z minionego okresu". [podkreslenie moje - WK.]

I dlatego taka szuja może powiedzieć "zrobili to Polacy"
"
Obserwuj wątek
    • Gość: Kiedy Re: Jak wszystkim wiadomo IP: *.icpnet.pl 10.12.03, 14:32
      Parę słów prawdy :
      Pani Leokadia Błajszczak z domu Lusińska, córka Franciszka i Zofii, urodzona
      24 listopada 1930 r. w Jedwabnem, w czasie okupacji niemieckiej i sowieckiej
      łączniczka Narodowych Sił Zbrojnych, ekonomistka z wykształcenia. Od 50 lat
      mieszka z mężem w Warszawie, nigdy jednak nie zapomina o miasteczku, w którym
      przyszła na świat, spędziła dzieciństwo i w którym znajduje się grób jej matki.
      Miała 11 lat, kiedy Niemcy dokonali mordu na Żydach w Jedwabnem. Po
      przeczytaniu książki Grossa na ten temat, oburzona stekiem kłamstw w niej
      zawartych, sama zgłosiła się jako naoczny świadek wydarzenia, ponieważ - jak
      powiedziała: "Nie pozwolę nikomu oczerniać Jedwabnego!"

      W tych dniach miałam sposobność spotkać się z panią Błajszczak na rozmowie o
      tamtej - jednej z wielu - hitlerowskiej zbrodni. Kiedy opowiadam, że na
      konferencji prasowej w Żydowskim Instytucie Historycznym prof. Jan Tomasz Gross
      oświadczył: "Połowa mieszkańców Jedwabnego - Polaków, wymordowała połowę
      mieszkańców Jedwabnego - Żydów", pani Leokadia zdecydowanie protestuje. - Po
      pierwsze, Żydów wymordowali Niemcy a nie Polacy - stwierdza kategorycznie. - Po
      drugie, wiele stwierdzeń i liczb podawanych przez Grossa nie jest prawdziwych.


      Polacy nie rozróżniali kto Żyd, a kto nie


      - W tamtym czasie - mówi pani Leokadia - Jedwabne było małym miasteczkiem,
      składającym się z 12 ulic i dwóch rynków. Przeważała ludność polska. Moja
      ulica, 11 Listopada, obecnie Sadowa, należała do ulic średniej wielkości i
      mieszkało na niej osiemnaście rodzin. W sumie 72 osoby. Biorąc średnio dwa razy
      więcej na każdą ulicę, tj. 144 osoby razy 14, otrzymamy 2016 mieszkańców
      Jedwabnego. W tym Polaków: 65 proc. (1310 osób); Żydów 34 proc. (685 osób),
      innych 1 proc. Byli to przeważnie rzemieślnicy różnych zawodów i sklepikarze,
      inteligencję stanowili: ksiądz, aptekarz, felczer, kierownik szkoły, kilku
      nauczycieli i akuszerka. Polacy z Żydami żyli zgodnie, bez konfliktów. Po
      prostu nikt nie rozróżniał, kto jest kim. Polacy świętowali w niedzielę, Żydzi
      w sobotę. Dzieci polskie i żydowskie chodziły do jednej szkoły, razem się
      bawiły. Mój ojciec był mistrzem kowalskim. Zawodu nauczył się w 5. Pułku
      Ułanów. Oprócz wyrabiania podków, podkuwania, a nawet leczenia koni, które
      bardzo kochał, zajmował się kowalstwem artystycznym. A do jakiego stopnia był
      dobry w swoim fachu, świadczy choćby fakt, iż w czasie okupacji niemieckiej i
      sowieckiej razem z moim starszym bratem wyrabiali broń dla partyzantów NSZ.
      Przed naszym domem był skwer pełen lip, brzóz, na którym stał ogromny kamień.
      Dzieci polskie i żydowskie bawiły się tam w palanta, w chowanego; wspinały się
      na drzewa.

      Po wejściu Niemców do Jedwabnego większość mężczyzn i wyrostków uciekła z
      miasteczka. Żydzi wpadli w panikę. Wkrótce jednak wkroczyli Sowieci, którzy
      zawarli z Niemcami zdradziecki pakt Ribbentrop - Mołotow i Żydzi powitali ich
      jak zbawców. Na ulicy, udekorowanej transparentami i chorągiewkami, ustawili
      stół nakryty czerwonym płótnem, na nim chleb i sól na talerzu. Rosjanie pili na
      umór i śpiewali rewolucyjne pienia, Żydzi im usługiwali. Polscy mężczyźni
      wrócili do Jedwabnego, ale szybko okazało się, iż wpadli w łapy nie mniej
      groźnego okupanta. Żydzi z czerwonymi opaskami na rękawach objęli władzę w
      milicji i urzędach. Również w NKWD mieli zdecydowaną przewagę. Pościągali swoje
      rodziny - żony, dzieci z Rosji, gdzie panowała wówczas (podobnie jak u nas)
      straszna zima do minus 30 stopni.

      - Przyjeżdżało to bractwo wygłodniałe, brudne, zawszone. Rozmieszczono ich u
      Polaków po domach. U nas była Żydówka Masza. Mama kupiła jej środek przeciw
      wszom. Udostępniła osobny, czysty, przytulny pokój. "Co zrobić - mówiła - jest
      wojna, trzeba sobie pomagać". Kiedy otwarto ruską szkołę, Masza uczyła w niej -
      opowiada pani Leokadia.


      Żydzi zajmowali polskie domy i dobytek

      Jednak po transporcie przybyszów z Rosji, w domach zrobiło się tłoczno. Żydzi
      temu zaradzili. Dostarczyli Sowietom listy z nazwiskami "wrogów ludu" -
      przedwojennych policjantów, wojskowych, najbogatszych i najinteligentniejszych
      ludzi, którzy wysyłani byli do łagrów, lub od razu zabijani, a Żydzi zajmowali
      ich domy i dobytek. W dowód wdzięczności bolszewikom, wznieśli na skwerze
      wielki cementowy pomnik Lenina. Stał tyłem do domu pani Leokadii. Ogrodzili
      skwer siatką i już dzieciaki nie miały się gdzie bawić.

      Wyłapywanie Polaków na zsyłkę odbywało się w ten sposób, że o świcie do
      mieszkania wchodzili: Sowiet z karabinem i Żyd z karabinem. "Ubierać się, tylko
      szybko, szybko!" - poganiali, zostawiając na to 15 minut. Przed domem stały,
      zamówione i wymuszone na gospodarzach, podwody, sanie. Zesłańców wieziono 20
      kilometrów na stację do Łomży i pakowano do bydlęcych wagonów. Większość
      umierała w transporcie z zimna, chorób i głodu.

      Po wygaśnięciu sowiecko-niemieckiej "miłości" i napaści Niemców na Rosję
      czerwonoarmiści oraz wielu Żydów-komunistów uciekło z Jedwabnego, a na ich
      miejsce znów przyszli Niemcy. Żony dwóch enkawudzistów, bojąc się niemieckich
      tortur, utopiły w stawie dzieci i mimo prób ratowania ich przez Polaków, same
      również popełniły samobójstwo.

      Na posterunku żandarmerii niemieckiej, w którym było 9 żandarmów, rozpanoszył
      się doskonałe znający niemiecki volksdeutsch Karol Bardon, który zatrudnił się
      w Jedwabnem w 1935 r. jako mechanik we młynie. On właśnie kierował żandarmów z
      końmi do ojca małej Leokadii jako doskonałego fachowca.

      - Pewnego dnia przyszedł i oznajmił: "Franek, jutro kucie, szykuj podkowy" -
      mówi pani Leokadia. - Ojciec był po kieliszku, roześmiał się więc i
      odparował: "E... jutro, to nie będę kuł koni, jutro Hitler kaput!" Bardon
      zrobił w tył zwrot i wyszedł bez słowa.

      Za pół godziny przyszli po Franciszka i zabrali go na żandarmerię. Pierwszy
      wymierzył mu policzek Bardon, a potem został tak skatowany, że był cały czarny.
      Bezwładnego, pokrwawionego wrzucili do lochu na kartofle. Rano Leokadia z mamą
      wyszły szukać ojca. Nagle wśród zwałów śniegu dostrzegły coś, jakby
      czołgającego się psa. To był ojciec, który na czworaka, metr po metrze, posuwał
      się w kierunku domu. Pluł krwią jeszcze przez trzy tygodnie.

      Zresztą i tak miał szczęście, bo żandarmi nie wiedzieli, czym się dodatkowo
      zajmuje, razem ze starszym synem, członkiem organizacji NSZ ps. "Rydz Śmigły".
      Za kuźnią była długa oficyna i szopa na narzędzia, w której stolarz dorabiał do
      żelaznych części drewniane. Zarówno w czasie sowieckiej, jak i niemieckiej
      okupacji przychodzili tam od zaplecza warsztatu partyzanci NSZ, z lasu lub z
      kwater, przynosili koła, kawałki pługa, niby do naprawy, a zabierali wykonaną w
      warsztacie broń. Cała rodzina działała w konspiracji. Matka Zofia z córką
      Leokadią "Jagną" również złożyły przysięgę NSZ. Przygotowywały m.in. paczki z
      żywnością oraz lekami i opatrunkami dla chłopców z lasu, zamawianymi u
      zaufanego aptekarza pana Jałowszewskiego. Wszyscy narażali swoje życie,
      ale... "tak trzeba było". Leokadia chodziła po lekarstwa albo jako łączniczka
      jeździła rowerem lub chodziła na piechotę na cmentarz, z wiaderkiem, szczotką,
      szmatą, niby do sprzątania grobów i zostawiała w zawalonym grobowcu ulotki,
      rozkazy, listy itp. Zresztą, ani wtedy, ani teraz nie wie dokładnie, co
      przenosiła pod bluzką, kto to przynosił i kto zabierał.


      O szóstej rano przyjechały ciężarówki z gestapowcami


      - Razem z mamą chodziłyśmy rano o godz. 6.00 na Mszę św. Potem kupowałyśmy
      chlebek w piekarni i do domu. Mama zajmowała się swoimi pracami. My, dzieci,
      chodziłyśmy na tajne komplety, gdzie uczyli Edmund Przestrzelski i ks.
      Kębliński, albo pomagaliśmy jej i ojcu. Nikt w naszym domu ani u sąsiadów nie
      wiedział, co się szykuje. Jednak 10 lipca 1941 r., gdy jak codziennie wyszłam z
      mamą do kościoła, zobaczyłyśmy, że pod posterunek, który był naprzeciwko,
      podjechały dwie ciężarówk

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka