Gość: V.C.
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
23.12.03, 14:00
Strachliwy rząd, twarde czasy
Prof. Karol Modzelewski
Rozmawiał Robert Walenciak
- Jak pan ocenia odchodzący właśnie rok 2003?
- Z umiarem.
- Czy nie był to rok trochę dziwny? Działy się w nim ważne rzeczy, a
rozmawiało się o mniej ważnych...
- U nas tak jest zawsze. Zawsze jest dym, za którym nie widać rzeczy ważnych.
- Do spraw, które przykryły rzeczy istotne, zaliczyłbym aferę Rywina.
- To samo mam na myśli. Aczkolwiek sprawa Rywina niesie ze sobą wątki ważne,
o których w ogóle się nie mówi. Najważniejszy jest tu spór o telewizję
publiczną i jej miejsce w życiu kraju. Dziś ten spór jest toczony wyłącznie
w kategoriach bieżącej polityki, w kategoriach politykierskich. Kto? Który
obóz? Kto ma większy wpływ? Czy telewizja publiczna jest bardziej stronnicza
niż prywatne media, czy mniej? Moim zdaniem, mniej, ale to inna sprawa...
Tymczasem poza bieżącą polityką toczy się życie narodu. To jest rzecz
ważniejsza.
Okno na świat
- Czyli...
- Jak się spędziło całe życie w Warszawie, można sobie wyobrażać, że
telewizja to sprawa warszawskich układów, gry interesów politycznych albo
finansowych. Ale jak się widziało Polskę poza Warszawą... Tym wszystkim,
którzy w związku ze sporem o telewizję deklamują o wolności słowa, chciałbym
poradzić, żeby pomieszkali przez kilka lat, tak jak ja, w miasteczku
liczącym 3-4 tys. mieszkańców. W Sobótce, w pół drogi między Wrocławiem a
Świdnicą. Może zobaczą coś, co ich skłoni do zastanowienia. W Sobótce, nie
mówiąc już o okolicznych wsiach, najważniejszym ośrodkiem życia umysłowego
była szkoła podstawowa. A jedynym kontaktem z kulturą wyższą był telewizor.
- A gdy w telewizorze wyższej kultury nie będzie...
- Wszystko zależy od tego, czy telewizja publiczna zachowa swoją dominującą
pozycję na rynku, także na rynku reklam. Bo ona z tego żyje. Niech mi nikt
nie opowiada, że powinna żyć z abonamentu czy z dotacji państwowych. Dotacji
państwowych na kulturę, w tym stanie, w jakim są nasz budżet, nasza
gospodarka i nasze państwo, będzie coraz mniej. Telewizja publiczna musi
więc żyć z reklam. Jeśli zachowa dominującą pozycję medialną, to coś z
wyższej kultury trafi do ludzi, którzy dzisiaj na skutek naszej świetnej
reformatorskiej polityki zostali odepchnięci od wykształcenia, od szansy na
awans. Proszę się zastanowić, ile młodzieży chłopskiej szło na wyższe
uczelnie, a choćby i do szkół średnich, przed rokiem 1989, a ile idzie
teraz. Ja wiem to najlepiej - na egzaminach wstępnych nie pojawiają się w
ogóle kandydaci ze wsi i z małych miasteczek, w których nie ma szkół
licealnych. Po prostu ze względów ekonomicznych, dlatego że dojazd do szkół
jest zbyt drogi jak na możliwości ich rodzin; więc nie mają matur, nie mogą
zdawać na wyższe uczelnie. Dla tych ludzi problem, czy będą oglądali Teatr
Telewizji, czy będą mieli możność obejrzeć telewizję edukacyjną, czy też
będą mieli wybór wyłącznie między programem "Bar" a "Big Brother", jest
problemem cywilizacyjnym. Nikt o tym nie mówi.
- A kto ma mówić? Telewizja publiczna się boi, a telewizje prywatne nie
chcą, bo ta dyskusja nie leży w ich interesie.
- Oczywiście, one rządzą się mechanizmem biznesu, zysku. Myślę więc, że
sytuacja najbardziej poszkodowanej części polskiego społeczeństwa, jeśli
chodzi o dostęp do edukacji, do kultury wyższej, jest zbyt dramatyczna, żeby
móc ryzykować destrukcję telewizji publicznej. Bo to jedyny kanał łączności
tej gorszej połowy Polski z kulturą, ze światem. Jeżeli dopuścimy do
marginalizacji telewizji publicznej, dopuścimy do znijaczenia kulturalnego
Polaków. A to jest istotniejsze i dużo gorsze od afery Rywina.
- A co do afery...
- A co do afery - jeżeli mamy do czynienia z oligarchizacją życia
politycznego, oligarchizacją państwa, z zakulisowym lobbingiem, który
kształtuje decyzje polityczne, oczywiste jest, że na tym gruncie rodzi się
korupcja.
Unia: czas egoizmów
- Jak pan ocenia proces naszego wchodzenia do Unii Europejskiej? I
zachowanie premiera w Brukseli? Twarde, nieprzejednane.
- Nie mam podstaw, by sądzić, że w tej sprawie premier się myli. Nasz ciężar
gatunkowy przy podejmowaniu decyzji w Unii Europejskiej jest sprawą ważną.
Mam więc ten komfort, że przynajmniej w sporze o Niceę popieram rząd mojego
kraju. Ale dla mnie sprawą ważniejszą od Nicei i liczenia głosów jest sprawa
już przesądzona, negatywnie - prawo Polaków do pracy w czołowych państwach
europejskich. W tej sprawie doszło do nierównorzędnego rozstrzygnięcia.
Zgodziliśmy się na wolny przepływ towarów, ale nie dostaliśmy zgody na wolny
przepływ siły roboczej. Gdy z powodu bardziej konkurencyjnego importu będzie
wzrastać bezrobocie w Polsce, tych bezrobotnych odesłać na Zachód się nie
da. To jest najsłabszy punkt naszej akcesji.
- Nie czuje się pan rozczarowany postawą liderów europejskich wobec Polski?
- Rozczarowani niech się czują ci, którzy mieli złudzenia. Ja ich nie
miałem. Polityka europejska, światowa, jest krótkowzroczna i egoistyczna. Że
jest egoistyczna, to nie dziwota, my też jesteśmy egoistyczni, broniliśmy
swego interesu. Gorzej, że jest krótkowzroczna. Takie są mechanizmy w
polityce światowej, takie są mechanizmy światowego biznesu. Biznes nie ma
mózgu. A właściwie ma tyle mózgu, co komputer. Który potrafi bardzo szybko
liczyć, ale myśleć już nie...
RPP I CIT: czego bał się rząd
- W mijającym roku taką krótkowzroczną postawę zaprezentował nasz wielki
biznes. Który potrafił wymusić na rządzie obniżkę podatku CIT, mimo że grozi
to perturbacjami budżetowymi.
- Obniżka podatku CIT miałaby sens ekonomiczny jako działanie prorozwojowe,
pod warunkiem że stworzyłoby się taką sytuację na rynku finansowym, w której
opłaca się inwestować w produkcję i tworzenie miejsc pracy, a nie w
spekulacje finansowe. Póki banki, bo one są głównym korzystającym z obniżki
CIT, zarobią lepiej na spekulacjach finansowych niż na kredytowaniu
inwestycji, póty trudno się spodziewać większych korzyści dla rozwoju
gospodarczego. Czyli - obniżone też powinny być stopy procentowe.
- Gdy rozmawialiśmy rok temu, mówił pan, że to, jak sobie rząd poradzi z
Radą Polityki Pieniężnej i stopami, będzie papierkiem lakmusowym, który
pokaże jego siłę.
- No i sobie nie poradził. Nie wchodzę w to, jakie były tego przyczyny,
czego rząd się przestraszył. Ten rząd wielu rzeczy się bał, przez całą swoją
kadencję był przestraszony w różnych sprawach. Skoro bał się RPP, skoro
sobie z nią nie poradził, to rezultatem była niemożność prowadzenia polityki
społecznej odpowiadającej oczekiwaniom wyborców lewicy. Rozumiem przy tym,
że SLD w lewicowe buty został ubrany przez historię, a nie z własnego wyboru.
- W 1989 r.?
- I w latach następnych. Dlatego że wszyscy ci, którzy poczuli, że tracą to,
co mieli w PRL, nie mam tu na myśli nomenklatury, tylko zwykłych ludzi,
tych, którzy wcześniej byli gotowi popierać "Solidarność", a którzy zostali
pokrzywdzeni w nowej Polsce, zwrócili swoje nadzieje do partii postrzeganej
jako dziedziczka PRL. W ten sposób wzmacniając zapotrzebowanie na lewicową
konfekcję dla tej partii.
- Bo inne ubrania były zajęte...
- To prawda. Ale dziś ten elektorat czuje się zawiedziony. Ponieważ
wicepremierowi Hausnerowi, skoro nie udało się prowadzić polityki
gospodarczej pozwalającej na lewicową politykę społeczną, pozostaje już
tylko wypisywać rachunek za tę politykę gospodarczą, która jest prowadzona
od lat 14. I to jest rachunek dla lewicy zabójczy.
- Hausner mówi, że inaczej nie można.
- To nieprawda, że nie było alternatywy. Zrezygnowano z niej w momencie, w
którym zrezygnowano ze zmiany strategii gospodarczej, a nawet pozbyto się
narzędzi pozwalających taką zmianę zrealizować. Sprawa RPP była tego
probierzem. Jej rozstrzygnięcie pokazało, czy rząd lewicowy chce i potrafi
odzyskać instrumenty interwencjonizmu ekonomicznego. A ten rząd zrobił rzecz
na