meow_meow1
16.06.06, 23:13
Wiem, że to zabrzmi jak hochsztaplerstwo, ale zauważyłem coś niesamowitego.
Otóż wiele lat temu dostałem od koleżanek płytę relaksacyjną "harmonia i
odprężenie". Oczywiście odłożyłem ją na półkę twierdząc, że to głupotka,
gdzie przeleżała kilka dobrych lat, czasem ją włączałem, ale nie zauważyłem
żadnego specjalnego rozprężenia ani harmonii w moim życiu. Aż...
Jakieś parę tygodni temu byłem dość zestresowany i spięty pewnym życiowym
problemem i postanowiłem zrobić sobie sesję. Gdy już położyłem się spać
włączyłem tę muzę przez słuchawki, zamknąłęm oczy, było ciemno, no i tak
pozwoliłem jej sączyć się do mego mózgu. Muzyka jest "taka sobie", da się
słuchać, taka trochę jak soundtrack do filmu.
Najwidoczniej bardzo potrzebowałem głębokiego odprężenia, gdyż czułem się
naprawdę zrelaksowany. Wyobrażałem sobie, że fruwam, latam gdzieś nad
chmurami i między nimi, nad morzem, plażą.
Wstałem rano, poszedłem do pracy i jakoś specjalnie nie czułem różnicy.
Brzuch jak to brzuch, żył własnym życiem, jedyna różnica to to, że gdy było
ze mną źle (mam postać biegunkową, wiecie, ta chwila, kiedy wiemy, że zaraz
trzeba będzie pójść do toalety, mieszanina parcia, lęku, poddenerwowania)
było gorzej niż zwykle, ale.... przechodziło. Nie kończyło się toaletą. To
się naprawdę rzadko zdarzało wcześniej--takie jazdy prawie zawsze kończyły
się w toalecie.
Chcę żeby było jasne--gdy zaangażowałem się w słuchanie tej muzy nie myślałem
w ogóle, że ma mi pomóc w IBS. Myślałem jedynie o tym, że czułem się ogólnie
zmęczony i spięty. Złagodzenie mojego IBS było efektem KOMPLETNIE ubocznym.
Słuchałem muzyki przed spaniem oraz w trakcie spania (spałem z słuchawkami,
budziłem się w nocy i wtedy dopiero je zdejmowałem). Dzień drugi: przed
wyjściem do pracy tylko dwie wizyty w toalecie!!! A potem: normalny człowiek
jedzie do pracy.
Dzień trzeci (środa): w ciągu dnia nieźle, powrót z pracy (byłem po
obiedzie), mały atak, ale kontrolowany. Wieczór: czułem się jak człowiek
zdrowy. Poszedłem na piwo, droga normalnie zajmuje mi 15 minut i jest
nieprzewidywalna (zdarzało się wracanie do domu na przykład): ale tym razem
było wspaniale. Nawet do głowy mi nie przyszło, że musiałbym iść do toalety.
Byłem wniebowzięty! Wypiłem półtora piwa i następnego dnia nic.
Wspaniały weekend. Znów normalny człowiek. Pojechałem na ognisko nad jezioro
(znów byłem po obiedzie), czułem się idealnie (pod względem brzucha). Piłem
piwo, wódkę, jadłem kiełbasy z grilla, wszystko ok.
Tydzień leciał sobie powoli, ale dobrze. Dniem przełomowym, w sensie
negatywnym, był czwartek. Nigdy się przedtem tak dziwnie nie czułem.
Podejrzewam, że miałem fazę zaparciową, miałem gazy (to potworne uczucie,
naprawdę nieciekawe) i straszne napady lękowe. Myślałem, że się nie
opamiętam. Byłem w toalecie, bo do tego jestem przyzwyczajony--a tu nic.
Dopiero po długiej chwili się uspokajałem.
Potem niestety usunięto mi ząb i musiałem brać antybiotyk, przez co zawsze
jestem koszmarnie rozregulowany, nawet jak biorę probiotyki. Moja wiara w
muzę relaks. przygasła wówczas. Bolesne biegunki, ale takie klasyczne. Jednak
z czasem dolegliwości minęły i znów miałem ostatnio parę naprawdę świetnych
dni. Wychodzenie wieczorem po obiedzie, jeżdżenie po mieście, po klubach,
wychodzenie nad ranem bez objawów jakichkolwiek--nawet jeśli takie dni mają
zdarzać się rzadko, to i tak warto. Lepiej rzadko niż wcale. Teraz oczywiście
boję się, że zapeszę, ale co tam, albo coś działa albo nie.
Wczoraj i przedwczoraj nie słuchałem. I teraz za to płacę. Dwa brzydkie dni
ibsowe. Miałem iść ze znajomymi na miasto, ale musiałem zostać. Nic,
słuchawki leżą obok.