Dodaj do ulubionych

Rozdiał trzeci...

02.08.02, 13:41
Rozdział 3.

Słońce było już wysoko, a ona dopiero kładła się spać.
Okno wciąż było otwarte, wiatr tańczył w firankach.
Blask słońca odbijał się w oknach domów i szklanych
ścianach wieżowców, wdzierał się jak nieproszony gość
do jej mieszkania. W lekkiej koszuli, nakryta kocem,
leżała w łóżku skulona, twarzą do ściany, próbując
uciec przed światłem. Zaciskała powieki, starając się
zasnąć, szukała wygodnego ułożenia głowy na poduszce.
Wszechobecne słońce próbowało rozjaśnić głęboką,
niebieskawą czerń jej włosów, ona walczyła z nim
zasłaniając się ramieniem. Wtedy zimny wiatr wdzierał
się do mieszkania i przewiewał na wylot koc i jej
koszulę. Ona jednak zbyt była zmęczona, aby zamknąć i
zasłonić okno. Chciała tylko spać...
Dzień. Pora życia. Dla niektórych czas snu.
***
Oparta o samochodową szybę Elisa Maza obserwowała
ulicę. Ludzie mijali ją spiesząc się gdzieś do swojego
normalnego życia. Biegli chodnikami, przechodzili
jezdnię, prowadzili samochody i tłoczyli się w
autobusach. Żyli swoim spokojnym, normalnym i niczego
nieświadomym rytmem. Gdzieś tam mieli swoje prace,
rodziny i drobne tajemnice. Przesypiali noce i
pracowali w dzień. Żyli chwilą, lub robili plany na
przyszłość, byli mniej lub bardziej szczęśliwi. Wszyscy
mijali ją, nie zwracając na nią większej uwagi niż na
wszystkich innych mieszkańców miasta. Mijali ją jak
stały element krajobrazu, bo codziennie siedziała tu o
tej porze, czekając, aż Matt Bluestone kupi wreszcie tą
swoją kawę. Zawsze o tej porze była jeszcze śpiąca i
oczy jej się kleiły.
Następnie wracał Matt z plastikowym kubkiem, pełnym
parującej kawy. Przy wsiadaniu do samochodu wychlapywał
sobie trochę na palce, ale nie dawał po sobie poznać,
że się oparzył. Siadał na swoim miejscu i pociągając
pierwszy łyk wrzącego napoju patrzył na opartą o szybę
Elisę.
- Możemy jechać? - pytał.
- Jasne. - odpowiadała, mrugając zaspanymi oczami i
naciskając pedał gazu.
- Mało sypiasz. - stwierdzał.
- Jasne. - powtarzała, a potem samochód ruszał.
Potem jechali przez miasto a dookoła nich nic się nie
działo. Kolejny zwykły dzień... Czuła, że nic nie
stałoby na przeszkodzie, gdyby przesypiała całe dnie a
nie tylko ranki i popołudnia.
- Znów zarwałaś noc. - stwierdzał zawsze Matt. - Nie
mogłabyś czasem przeprosić ich i wyspać się porządnie?
Będziesz mieć poważne kłopoty ze zdrowiem. Jak długo
już tak żyjesz?
Nie odpowiadała. Czasem rzeczywiście myślała, że
mogłaby darować sobie i wyspać się choć raz, ale siła,
która ciągnęła ja tam co wieczór, była zbyt wielka. A
jak długo już prowadziła taki tryb życia? Mijały trzy
lata... I nic nie wskazywało na to, aby to miało się
zmienić.
Potem przyjechali z powrotem pod posterunek i
zaparkowali samochód. Elisa wysiadła. O tej porze była
już zupełnie rozbudzona, wracała jej potrzebna do życia
energia. Teraz do biura, nieco papierkowej roboty i, o
ile nic się nie stanie, będzie mogła wrócić do domu i
przespać się przed wieczorem.
Planując dalszy dzień wchodziła na schody. Czasem
zastanawiała się, ile razy przechodziła tą drogę i
czemu jej kroki nie wyżłobiły tu jeszcze swoich śladów.
Przecież beton jest o wiele mniej trwały od litego
kamienia.
Ale tego dnia stało się coś odbiegającego od normy.
Otóż wychodząc później z komisariatu, pewna, że tego
dnia nic się już nie stanie, Elisa nagle usłyszała, jak
czyjś głos z dużym entuzjazmem woła jej imię. Odwróciła
się i zobaczyła na schodach tą samą dziewczynkę, którą
spotkała zaledwie wczoraj o świcie. Drobne stworzenie o
niebiesko-zielonych oczach i brązowych włosach spiętych
w dwa kucyki po bokach głowy, zupełnie niepodobne do
Xanatosa.
- Elisa! - powtórzyła dziewczynka. - Cześć!
- Miło cię widzieć, Kathy. - Elisa uśmiechnęła się.
- Nie myślałam, że cię tu spotkam.- mówiła mała,
wbiegając na schody. Matt odwrócił głowę i patrzył na
nie pytającym wzrokiem. - Byłaś tam dziś znowu? Ja
zaspałam. Chciałabym kiedyś zobaczyć wschód słońca z
wieży. Myślisz że będzie mi wolno?
- Katherine Flowel. - wyjaśniła Elisa w odpowiedzi na
pytający wzrok Matta. Mężczyzna od razu pojął o co chodzi.
- Wracam ze szkoły. -powiedziała dziewczynka.
- A ja ? z pracy.
- Pracujesz tu?
- Tak.
- Super! Muszę powiedzieć Kristy. Ale... o co chodziło
z tym spadaniem z dachu?
Elisa roześmiała się. Matt także się uśmiechnął.
- Och, Kathy, to był żart!
- Tak myślę. - rzekła Kathy poważnie. - Gdybyś naprawdę
spadła z dachu, to byśmy się nie znały, prawda? - Elisa
nie odpowiedziała. - Słuchaj, w którą stronę idziesz?
- Obawiam się, że w przeciwną do ciebie.
- Mogę iść naokoło. Nie zgubię się. Mama zawsze mówiła,
że mam wrodzony... ten... no... zmysł orientacji!
- To pięknie Kathy, ale ja się spieszę, muszę zająć się
moim kotem...
- Masz kota? A mogę zobaczyć?
To przesądziło sprawę. Po chwili obie szły ulicą. Gdy
rozmawiały, Elisa zauważyła, że Kathy mimo młodego
wieku jest inteligentną rozmówczynią. Po chwili znała
ją już niemal na wylot i prawie żałowała, że na pytania
o swoje życie nie mogła wiele odpowiedzieć, ale Kathy
wydawała się przyjmować do wiadomości fakt, że Elisa ma
jakieś tajemnice.
Kathy, zgodnie z tym, co zapowiedziała, bardzo
zainteresowała się Cagney. Kotka była z początku trochę
zła i nieufnie nastawiona do obcej osoby, ale
dziewczynka najwyraźniej wiedziała, jak obchodzić się
ze zwierzętami, bo Cagney prędko uspokoiła się i
mruczała jej na rękach. Kathy spokojnie głaskała jej
szare futerko, od głowy aż do ogonka. Obydwie były z
tego bardzo zadowolone.
- Lubi cię. - Zauważyła Elisa.
- A ja ją. Lubię koty. Ale zawsze chciałam mieć psa.
- I nie miałaś?
-Nie... Mama miała dość problemów z utrzymaniem nas
trzech... Jeszcze pies? Dodatkowe wydatki i obowiązki?
Nie miałam psa. David się chyba nie zgodzi.
- David?
- No, mój wujek. Nie chce, żeby go tak nazywać.
- Xanatos.
- Przecież wiem. Chyba nie zgodzi się na psa, a ty jak
myślisz?
Elisa zmarszczyła czoło.
- Nie. - stwierdziła. - Nie zgodzi się. On nie należy
do takich, którzy się na coś ?godzą?.
- Nie lubicie się, prawda? - spytała Kathy, podnosząc
głowę znad puszystego futerka Cagney.
- Cóż, nie przepadamy za sobą.
- Chcesz go wsadzić do więzienia?
- Mam być szczera?
- Strzelaj. Ja się nie przejmę.
- Raz mi się to już udało.
- Aha. - Kathy skinęła głową, nie okazując przejęcia. -
Kristy mówiła mi, że był w więzieniu, i Fox też, ale
skąd miałabym wiedzieć, że to twoja robota? Powiedz,
dlaczego pozwala ci...
Elisa westchnęła i usiadła koło Kathy na kanapie,
kładąc jedną dłoń na grzbiecie Cagney, która spojrzała
na nią zielonymi oczami.
- Widzisz, Kathy, to bardzo skomplikowana sprawa...
Posłuchaj - zmieniła temat. - wiesz, że moi przyjaciele
mają psa?
- Dużego? - dziewczynka wyczuła, że nic od niej nie
wyciągnie.
- I to jeszcze jak! - kobieta roześmiała się. - W życiu
nie widziałam większego!
- Fajnie. Będę mogła go zobaczyć?
- Z tym będą problemy... ale myślę, że kiedyś...
***
Owen popatrzył na nie lodowatym wzrokiem, gdy późnym
popołudniem zjawiły się na zamku.
- Wiesz jaka to pora, Katherine? - spytał.
-Ja wiem. - odpowiedziała mu Elisa.
Służący nie odpowiedział, tylko poprawił duże okulary w
cienkich oprawkach.
Na Xanatosa natknęły się w dużej sali. Patrzył przez
okno ze skupionym i zaniepokojonym wyrazem twarzy. Na
dźwięk ich kroków odwrócił się.
-Widzę, że znalazłaś moją zgubę, detektywie.
-Ty o nikogo nie dbasz. - prychnęła kobieta. - Nie
zauważyłbyś, gdyby nie wróciła. A to bardzo miła
dziewczynka.
- I to mnie martwi... ale nie tylko... poprosiłbym cię
na słówko, jak tylko Katherine wróci do swojego pokoju.
Dziewczynka zmarszczyła nos i popatrzyła Xanatosowi
prosto w oczy.
- Jestem Kathy. - powiedziała z naciskiem. - Elisa ma
rację: nie przejmujesz się mną.
Xanatos nie odpowiedział, popatrzył na nią tylko
dziwnym wzrokiem. Nawet Elisa nie zamierzała
komentować. Położyła Kathy rękę na ramieniu.
- Pójdziemy do twojego pokoju, dobrze? Pokażesz mi, jak
mi
Obserwuj wątek
    • an-nah Re: Rozdiał trzeci... - cd 02.08.02, 13:42
      - Pójdziemy do twojego pokoju, dobrze? Pokażesz mi, jak
      mieszkasz.
      Kathy skinęła głową. Xanatos odprowadzał je lodowatym
      spojrzeniem.
      Sam siedziała w fotelu zajęta czytaniem, Kristy grała na
      komputerze w Mortal Kombat, okropnie się przy tym
      wściekając. Na odgłos otwieranych drzwi jednak obie
      oderwały się od swoich zajęć i ze zdziwieniem popatrzyły
      nie tyle na swoją młodszą siostrę, ile na wysoką
      ciemnowłosą kobietę w czerwonej kurtce stojącą za jej
      plecami.
      - A to kto znowu? - spytała Kristy niezbyt grzecznie,
      mierząc nieznajomą wzrokiem. Na ekranie za jej plecami
      Kintaro wykańczał Sonię. Sam skarciła siostrę, oczywiście
      bez większych efektów.
      - Przepraszam za nią. - powiedziała wstając. - Jestem
      Samantha Flowel.
      Kobieta z uśmiechem uścisnęła jej dłoń.
      - Elisa Maza. A ty? - zwróciła się do Kristy.
      - Kristine. - powiedziała dziewczyna, wpatrując się
      intensywnie w jej twarz.
      Impulsywna. - pomyślała Elisa. - Buntuje się. Kogoś mi
      przypomina... - i uśmiechnęła się na myśl o jednym ze
      swoich przyjaciół.
      - Miło mi cię poznać, Kristy.
      Kristine zrobiła minę, która mogła oznaczać dosłownie
      wszystko.
      - Miło było was spotkać, - powtórzyła Elisa, wycofując
      się za drzwi. - ale muszę już iść. Na razie, Kathy!
      - Kto to jest? - spytała Kristy, gdy kobieta zniknęła w
      korytarzu.
      - Elisa.
      - Tyle wiem. A poza tym?
      - Policjantka.
      - Korupcja się szerzy. - z tymi słowami Kristy wróciła do
      gry.
      Sam starannie zamknęła drzwi.
      - Już późno. - powiedziała.
      Kathy podeszła do jednego z okien. O tej porze niebo
      przybierało barwę oranżu, chmury stawały się żółte a na
      zachodzie czerwone. Potężna zamkowa wieża rzucała długi,
      ponury cień na dziedziniec. Kathy wydało się, że widzi
      jakąś postać biegnącą w stronę murów, postać ubraną w
      czerwoną kurtkę, z długimi, czarnymi włosami falującymi
      na wietrze. Potem Sam zasłoniła okna.
      ***
      - A więc słucham.
      Brunatnowłosy mężczyzna w eleganckim garniturze splótł
      palce i popatrzył na nią spod przymkniętych powiek. Jego
      twarz była niezwykle poważna. To oznaczało kłopoty.
      - Nightstone. - powiedział.
      Kobieta nie powiedziała nic. Przez jej umysł przebiegła
      dziwna mieszanina uczuć: nienawiści, niechęci, strachu...
      może współczucia. Czuła to za każdym razem, przypominając
      sobie o tej czerwonowłosej istocie, której wzrok nie miał
      już w sobie nic ?ludzkiego?.
      - Co tym razem?
      - Dominique Destine podnosi z gruzów swoją korporację...
      Próbuje mnie zniszczyć, na razie to tylko ekonomia, ale
      ta kobieta jest bezwzględna... Uznałem, że powinienem cię
      ostrzec. Z pewnością na tym nie poprzestanie. Nie
      zamierza okazać litości... wobec kogokolwiek.
      - Dziękuję. - Elisa skinęła głową. - Powiem im. -
      spojrzała w stronę okna. Słońce dotykało już horyzontu.
      - Liczę na to. I... detektywie... - rzekł Xanatos,
      widząc, że kobieta zbiera się do odejścia.
      - Tak?
      - Jeśli znowu... jeśli znowu zrobię coś... jeśli znowu
      wybuchnie wojna między nami... Po czyjej stronie staną te
      trzy dziewczynki? Co je czeka?
      - Martwisz się o nie.
      - Tak. To w końcu córki mojej jedynej siostry. Nie
      powinny były tu przyjeżdżać. Tu nie jest bezpiecznie.
      - Może trzeba było powiedzieć im od razu? - zastanawiała
      się Elisa.
      - Myślałem o tym, ale jeśli uda mi się umieścić je u
      mojego ojca, lepiej będzie, jeśli nie będą wiedziały.
      - One się dowiedzą, Xanatos. To tylko kwestia czasu.
      ***
      W ostatnim blasku słońca biegła przez dziedziniec.
      Słyszała, jak jej kroki odbijają się echem od murów.
      Czuła wiatr na twarzy i we włosach.
      Szła wzdłuż rzędu posągów patrzących na miasto kamiennymi
      oczami. Każdy z nich stał nieruchomo, czekając na coś...
      Po chwili była już na schodach wieży i wspinała się na
      górę. Kolejne schody, które znały jej kroki, przecież nie
      było dnia, żeby tu nie przychodziła... Na szczycie wiatr
      wiał mocniej, łopocąc jej włosami i połami kurtki.
      Samotna rzeźba spoglądała w przestrzeń, nagrzana słońcem
      powierzchnia kamienia była ciepła prawie jak skóra żywej
      istoty. Słońce chyliło się ku zachodowi, rzucając
      czerwony blask na zatokę.
      Oparta o blanki Elisa Maza czekała na zapadnięcie zmroku...
    • an-nah ...i czwarty! (zaczyna się coś dziać...) 02.08.02, 16:36
      Rozdział 4.

      Dni mijały, biegnąc własnym zwykłym rytmem. Kathy, Kristy
      i Sam zdążyły się już przyzwyczaić do tego miasta a nawet
      do Zamku Wyvern, do przesiadywania w pokojach od zachodu
      słońca i do Xanatosa, który chyba stał się nieco bardziej
      przyjazny, ale może było to tylko złudzenie.
      Skończył się wrzesień, minął październik i nadszedł
      listopad, pełen ulewnych deszczy, silnych wiatrów i
      mgieł. Ulice były mokre a aleje Central Parku zalegały
      stosy śliskich, brunatnych liści. Gałęzie drzew były
      nagie, niebo przez większą część czasu zasnute chmurami.
      Dni były coraz krótsze, noc zapadała wcześnie. Po zmroku
      nieprzyjemnie było wychodzić gdziekolwiek, ale dziewczęta
      korzystały jak mogły, przesiadując poza domem tak długo,
      jak się dało, najczęściej u koleżanek.
      Sam zawarła znajomość z Julie Allen. Łączyły je ze sobą
      spokojne i romantyczne charaktery, choć w wielu wypadkach
      Samantha stwierdzała, że mimo wszystko ogromnie się
      różnią. Poza nią Sam zdobyła sporą grupę przyjaciół,
      wśród których zdarzały się oryginały, ale i zwykli
      ludzie. Mając takich znajomych, Sam często przebywała
      poza domem i wracała późno.
      Kristy nawiązała szczególne kontakty z Mid. Dziewczyna
      była dziwna, trzeba to było przyznać, ale na dłuższą metę
      sympatyczna.
      Jeśli natomiast chodzi o Katherine, to najmłodsza
      dziewczynka nie znalazła sobie najlepszej przyjaciółki. W
      pewnym sensie jej przyjacielem stawał się każdy, kogo
      spotkała. Podbiła już w ten sposób serce Julie, stając
      się przy okazji przyczyną okropnej kłótni, kiedy
      najlepsza przyjaciółka jej siostry potraktowała ją
      poniżej jej poziomu intelektualnego. Co ciekawe,
      awanturowała się głównie Sam.
      Poza tym Kathy potrafiła skutecznie zagadać każdego, co
      szczególnie skutecznie działało na Elisę i jej partnera,
      Matthew Bluestona. Dziewczynka wciąż słyszała i widziała
      niezwykłe rzeczy, ale nie próbowała prowadzić żadnego
      śledztwa, co Kristy z pewnością zrobiłaby, wiedząc tyle
      co ona. Czekała na rozwój wydarzeń.
      Może powinno było stać się inaczej? Cóż, wiele osób
      zastanawiało się nad tym. Kiedy jednak około czternastego
      listopada przybył do Nowego Yorku przedstawiciel
      Nightstone Unlimited nikt nie spodziewał się takiego
      obrotu wydarzeń.
      Ten jasnowłosy mężczyzna, przedstawiający się jako Arthur
      R. Gelsner, złożył Xanatosowi wizytę w dzień po swoim
      przybyciu. Zaczęło się od przekazania pozdrowień od
      Dominique Destine. Pan Gelsner powiedział to bardzo
      naturalnym głosem, ale Xanatos zauważył, że jego
      przenikliwe niebieskie oczy w dziwny sposób wpatrują się
      w jego twarz, jakby chcąc zbadać reakcję. Od razu
      zorientował się, że oznacza to kłopoty.
      I rzeczywiście. W negocjacjach z Nightstone Unlimited
      Xanatos Enterprises straciło wstępnie ponad tysiąc
      dolarów a miał to być dopiero początek. Xanatos
      zastanawiał się, jak mogło do tego dojść. Czyżby ta
      przeklęta kobieta znalazła jakiś nowy sposób, aby go
      pokonać? Przy obiedzie milczał i nawet Fox nie zebrała
      się na odwagę, aby spytać go o powód. Kathy, Kristy i Sam
      siedziały na swoich miejscach szepcąc do siebie, ale nie
      próbując odezwać się na głos. Jeden tylko Aleksander był
      jak zawsze wesoły, mówiąc coś w swoim osobistym języku i
      machając rączkami.
      - Co robisz po południu? - spytała Kristy półgłosem,
      nachylając się do Samanthy.
      - Uczę się. - odparła jej starsza siostra.
      - A ja idę do Mid. Zaprosiła mnie.
      Kathy w milczeniu grzebała w talerzu. Minę miała
      wyjątkowo niezadowoloną.
      - A tobie co, potworku?
      - Głowa mnie boli... - mruknęła dziewczynka.
      - No tak. - Kristy odsunęła krzesło. - Dziękuję za obiad.
      Wybieram się teraz do koleżanki. Będę przed wieczorem...
      tak sądzę.
      - Dobrze.- zgodziła się Fox. Xanatos kiwnął tylko głową,
      nie zmieniając wyrazu twarzy.
      - Ja też już zjadłam. - oznajmiła Kathy wstając. Wyszła
      na korytarz i oparła się o chłodną kamienną ścianę. Ból
      był niewielki, ale nieustający. Delikatne pulsowanie w
      skroniach, które nie przeszkadzało w funkcjonowaniu, ale
      przypominało ciągle o swoim istnieniu.
      Kilka metrów dalej ktoś głośno się kłócił. Kathy wyraźnie
      słyszała podniesiony głos kobiety i spokojniejszy,
      chłodny ? mężczyzny. Podeszła. Owen stał w poprzek
      korytarza zagradzając drogę Elisie, tym razem wyjątkowo
      ubranej w granatowy sweter i oczywiście swoją nieodłączną
      czerwoną kurtkę.
      - Powiedz mu chociaż, że jeśli jeszcze raz wywinie taki
      numer, to nie będę się wahać! Umowa umową, ale ja mam
      obowiązki! A wieża zegarowa jest odbudowana, jeśli
      rozumiesz, o co mi chodzi!
      - Doskonale rozumiem, detektywie Maza. I nie radzę
      przychodzić tu wieczorem. Pan Xanatos jest wściekły, a
      kiedy mu powiem to, co pani kazała, będzie wściekły
      jeszcze bardziej.
      - Dobra. Powiedz... - urwała w pół słowa, zauważając
      Kathy. - Witaj. Co słychać?
      - Wszystko w porządku. - dziewczynka czuła się niepewnie.
      Miała wrażenie wtargnięcia na jakieś ważne zebranie,
      przeszkodzenia w czymś niezwykle istotnym.
      - To dobrze. Owen, powiedz im, że będę u siebie, jakby
      mnie szukali. Ładna bransoletka, Sam - dodała kobieta,
      zauważając Samanthę stającą za plecami młodszej siostry.
      - bardzo ładna.
      - Co jej się nie podobało w mojej bransoletce? - spytała
      Sam, zdejmując z ramienia grubą, złotą obręcz. Elisa
      dawno już zniknęła w korytarzu. - Kupiłam ją w zeszłym
      roku. Zawsze bardzo mi się podobała...
      - Nie podobała się i już. Kto tam wie, dlaczego... -
      prychnęła Kristy. - Czuję się paskudnie, ile razy ona
      koło mnie przechodzi.
      Kathy popatrzyła na nią wściekłym wzrokiem a potem nagle
      zaczęła biec w stronę wyjścia na dziedziniec. Odgłos jej
      kroków odbijał się echem od ścian, potem trzasnęły
      masywne, drewniane drzwi.
      - Kathy? Kathy? Co ją ugryzło? - Samantha pobiegła za
      siostrą.
      Kathy stała na murze, oparta o blanki. Musiała marznąć w
      listopadowym chłodzie, ale chyba się tym nie przejmowała.
      Wiatr rozwiewał jej spięte po bokach głowy włosy,
      wyrywając pojedyncze kosmyki spod gumek. Pod nią miasto
      żyło pełnią życia, ludzie robili to co zwykle musieli
      robić o tej porze dnia. Kathy patrzyła na nich dosłownie
      z góry, z obrażoną miną, jakby całe miasto ją
      skrzywdziło. Miała ochotę być tu sama, tylko ona, wiatr i
      kamienie.
      Wysoko ponad jej głową wieża tonęła w ołowianych
      chmurach. Ciężkie, nasiąknięte jesiennym deszczem
      przesuwały się powoli znad oceanu, zapowiadając nocne
      opady. Sprawiały, że cały świat stawał się jednostajnie
      szary i melancholijny a niebo ciemne jak wczesnym
      wieczorem. Wiatr świszczał w zakamarkach dziedzińca i
      drobnych szczelinach murów.
      - Psia pogoda. - rzekła Sam, opierając się o mur obok
      siostry. - W nocy będzie okropnie lało. Widzisz te chmury
      nad wieżą? To stratusy. Przynoszą nieprzyjemną mżawkę,
      typowe jesienią.
      - Jakoś niezbyt mnie interesują twoje chmury. Boli mnie
      głowa.
      - Idź się umyć. To zawsze pomaga.
      - Ach, daj mi spokój! - Kathy odsunęła się o kilka
      kroków, stając teraz obok kamiennego ?psa?. Oparła głowę
      o jego bok i przymknęła oczy. Chłodny dotyk kamienia
      wydawał się pomagać jej na ból.
      - Kathy... Wiem że to wszystko przez zmianę pogody i w
      ogóle, ale nie wściekaj się na nas. Każdy ma prawo
      wyrażania własnych poglądów, nawet Kristy, choć bywa
      nietaktowna... Wiem, że to do mnie niepodobne, że jej
      bronę, ale ja też nie ufam tej kobiecie. Nie powinnaś tak
      do niej lgnąć, powinnaś być ostrożniejsza. To naprawdę
      paskudne miejsce i jak widzę to wszystko, to mi ciarki po
      plecach przebiegają. Choć raz w życiu Kristy ma rację,
      przeczuwam że coś okropnego stanie tutaj... się już wkrótce.
      Nie tylko ty... ? pomyślała Kathy, ale coś powstrzymało
      ją od powiedzenia tego na głos. Ścisnęła mocno dłoń Sam.
      Dziewczyna spojrzała na nią zaskoczona. Niebiesko-zielone
      oczy Kathy błyszczały dziwnie.
      - Kathy, czy ty czasem nie masz gorączki?
      - Nie... - dziewczynka puściła jej rękę. - Sam - rzekła,
      kładąc obie dłonie na figurze. - czy te rzeźby mają
      jakieś imiona? Powinny mieć.
      ***
      Szła ulicą, która budziła jej wstręt. Szła powoli,
      chowając głowę w ramionach, jakby obawi
      • an-nah Re: ...i czwarty! (zaczyna się coś dziać...) 02.08.02, 16:37
        Szła ulicą, która budziła jej wstręt. Szła powoli,
        chowając głowę w ramionach, jakby obawiała się być
        zauważona. To bez sensu. - myślała. - Co Mid może robić w
        takim miejscu? Dlaczego nie chciała się ze mną spotkać w
        swoim domu? Chyba... - Kristine zadrżała. - ...nie wciąga
        mnie w jakąś pułapkę? Już miała zamiar zawrócić, kiedy
        wrodzona ciekawość zwyciężyła obawy. Dobra, pójdę tam, i
        niech się dzieje co chce. Muszę wiedzieć, dlaczego mnie
        wzywała.
        Dom, którego adres Mid zapisała jej rano na kartce, był
        starą ruderą o szarych, odrapanych z tynku ścianach z
        zabitymi deskami drzwiami i oknami. W środku zalegał kurz
        i paskudnie pachniało stęchlizną. Na podłodze tu i tam
        leżały jakieś papierki, ale, o dziwo, nie widać było
        żadnych butelek czy innych rzeczy, pozostawionych przez
        ludzi, którzy przeważnie w takich miejscach szukają
        odosobnienia. W jednym z kątów natomiast stał stary fotel
        z wytartym obiciem i wyłażącymi sprężynami, obok niego
        stolik pełen papierów, nad nim półki zawalone dziwnymi
        drobiazgami, czasem mogącymi do czegoś służyć a czasem
        wydającymi się być bezużytecznymi. W innym kącie ktoś
        ustawił kilka plastikowych miseczek pełnych wody, mleka i
        pokarmu dla kotów.
        No i same koty. W pomieszczeniu było ich pełno... Jadły,
        chodziły po podłodze, wylegiwały się na fotelu, stercie
        papieru i prowadzących na piętro schodach. Powietrze
        wibrował od ich głosów. Kilka z nich na widok wchodzącej
        Kristy oderwało się od swoich zajęć i przyszło ją
        przywitać. Wpatrywały się w jej twarz podłużnymi,
        zielonymi oczami, aż dziewczynie ciarki przebiegły po
        plecach. Taka ilość kotów w jednym miejscu wydawała się
        jej czymś nienaturalnym.
        - Cześć! - przywitało Kristy rude stworzenie w swetrze
        jeszcze brudniejszym i bardziej powyciąganym od tego,
        który nosiło na co dzień do szkoły. Oczy Mid były
        zupełnie jak oczy jej futrzastych przyjaciół. - To miło,
        że nie przestraszyłaś się tej okolicy... dość paskudna,
        prawda? Ale ten dom jest bezpieczny, nikt obcy tu nie
        wejdzie. Witamy cię w naszym królestwie, Kristy.
        Ona ma świra. - pomyślała Kristine, zauważając na ścianie
        kalendarz ze zdjęciami kotów, porcelanowe kotki na półce
        i tomik wierszy Eliota wśród papierów.
        - Rozgość się. - rzekła Mid. - Usiądź. Proszę cię,
        Whiteshade - zwróciła się do srebrzystego zwierzęcia,
        wylegującego się w najlepsze na wysłużonym fotelu. -
        mógłbyś zejść? Wiem, że to twoje miejsce, ale Kristy musi
        usiąść.
        Kot przeciągnął się, mruknął i zgrabnie zeskoczył na ziemię.
        - Dobra - powiedziała Kristine, próbując nie usiąść na
        wystającej sprężynie. - po co mnie tu ściągnęłaś?
        - Bo chciałam ci pokazać to miejsce a wiem, że tobie
        można zaufać, bo też masz świra - dziewczyna uśmiechnęła
        się, mrużąc jedno z zielonych oczu. - choć w innym
        sensie. Czy uważasz, że nie można cię lubić? Że jesteś aż
        tak bardzo denerwująca, co? Ja cię lubię. Poza tym jesteś
        odważna, więc może wybrałabyś się do Labiryntu, co?
        - Wybrała gdzie?!?
        - Do Labiryntu. Kilometry korytarzy ciągnących się pod
        miastem. Nie wierzysz pewnie? Byłam tam, ale nigdy nie
        spotkałam nikogo z jego mieszkańców. Trochę za bardzo się
        bałam, że by iść daleko, ale z tobą... Władca Labiryntu
        jest wielkim kotem, ale kiedyś był człowiekiem...
        Zazdroszczę mu...
        - Mid... - Kristy cofnęła się o kilka kroków do tyłu. -
        ty zmyślasz, prawda?
        - Nie, wcale nie. Koty mi opowiedziały. Niektóre z nich
        tam chodzą. Widziały władcę Labiryntu, ale nie chcą mnie
        do niego zaprowadzić. - Pochyliła się i wzięła na ręce
        pręgowaną koteczkę bez ogona. - No dlaczego, Lorinko? -
        spytała zwierzątko. - Dlaczego, co? Bo zrobiłabym coś
        złego? Nieprawda! Mogłybyście mnie tam zaprowadzić.
        - Te wszystkie koty... mają imiona? Jak je rozróżniasz?
        Skąd wzięłaś tyle imion?
        - Powiedziały mi. To jak, pójdziemy do Labiryntu, czy nie?
        Ciekawość Kristine jak zawsze była silniejsza.
        ***
        - Spóźnia się. - rzekła Sam zmartwionym głosem, patrząc,,
        jak niebo powoli przybiera barwę ciemnego granatu. - Co
        ona tam, u licha robi?
        Kathy westchnęła. Ból głowy zelżał, przybrawszy formę
        delikatnych wibracji wewnątrz czaszki. To nie
        przeszkadzało, ale nie było przyjemne.
        - Może pójdziemy komuś powiedzieć? - spytała.
        - Teraz? Zwariowałaś?
        - To zadzwońmy. Masz telefon do Mid?
        - Jasne. - Sam podeszła do ich prywatnego aparatu i
        wykręciła numer. - Halo? Mówi Samantha Flowel. Czy mam
        przyjemność z panem Maycher?
        - Mówi Andrzej Maycher. - odezwał się męski głos mówiący
        z dziwnym, chyba jakimś europejskim, akcentem.
        - Dzień dobry. Jestem siostrą Kristine, koleżanki Mid.
        Czy jest u państwa?
        - Magda poszła gdzieś, nic nie wiem o pani siostrze.
        - Nic? Przecież miała być u niej?
        - Przykro mi, panno Flowel. Pewnie gdzieś poszły.
        - A nie wie pan, kiedy wrócą?
        - Nie.
        - Dziękuję. - powiedziała Sam zdenerwowanym głosem. - Do
        widzenia.
        - Do widzenia. - mężczyzna odłożył słuchawkę.
        - Zbieramy się, Kathy. - rzekła Sam, zawiązując buty. -
        Jedziemy po nią. Użyjesz swojej siły charakteru, żeby
        przekonać wujka.
        Kathy nie powiedziała nic, choć po głowie chodził jej
        ostry komentarz. Ubrała granatową kurtkę z polaru i
        wyjściowe buty. Po chwili szły już korytarzem, niemal
        ciemnym, oświetlonym w zakamarkach lampami, które dawały
        złudzenie blasku pochodni. Kathy przymknęła oczy.
        Wyobrażała sobie, że jest tu wiele setek lat temu w
        czasach średniowiecza. Nagle uświadomiła sobie, że nie
        wie nic o losach tej budowli, nie zna jej historii i
        legend. Otwarła oczy. Między kamieniami krył się mrok,
        noc wlewała się przez małe, romańskie okienka. Kathy
        słyszała własne kroki i przyspieszone bicie serca swojej
        siostry.
        - Boisz się? - spytała, chwytając ramię Sam.
        Dziewczyna nie zdążyła odpowiedzieć. Kathy usłyszała w
        głębi mózgu łomot i poczuła, jak po całym jej ciele
        przebiegają dreszcze. Poczuła strach, ale równocześnie
        była pewna, że ona się nie boi...
        - Boję się, Kathy, ale walczę z tym. - Samantha wysunęła
        rękę z uścisku i wrażenie minęło. Kathy zatrzymała się na
        chwilę oszołomiona, zastanawiając się, co to mogło być.
        Przed oczyma przebiegały jej świetliste okręgi. - Chodź,
        Kathy.
        Sam zapukała do drzwi. Xanatos był sam w gabinecie,
        pochłonięty studiowaniem jakichś dokumentów. Zdziwił na
        widok dziewcząt, odłożył papiery, wstał i podszedł do nich.
        - Co was tu sprowadza? - spytał, o dziwo, bez żadnego
        niezadowolenia czy gniewu w głosie.
        - Ch... chodzi o Kristine. Nie wróciła jeszcze do domu i
        bardzo się martwimy. Chyba... chyba przydałoby się jej
        poszukać...
        Xanatos patrzył na nie, nie mówiąc ani słowa. Jego
        spojrzenie onieśmielało Samanthę i zbijało ją z tropu.
        - Chciałyśmy żebyś pojechał z nami. - uzupełniła Kathy. -
        Albo Owen.
        - Owen... - mruknął Xanatos, marszcząc brwi. - Owen...
        żebym to ja wiedział, gdzie go znowu wymiotło... Owena
        nie ma. Będę musiał jechać sam. - odwrócił się i zerknął
        na papiery. - odpocznę chociaż od roboty.
        - To... to znaczy, że się zgadzasz? - wyjąkała Sam.
        - Jasne. Dlaczego miałbym tego nie zrobić? - popatrzył na
        nią z nietypowym dla siebie uśmiechem. - Chodźmy.
        Zjechali na dół tą samą niesamowicie długą windą, co
        zawsze. Wsiedli do jednego z licznych samochodów a
        Xanatos uruchomił silnik. Drzwi garażu rozsunęły się
        przed nimi i wyjechali na oświetloną rzęsiście ulicę. Był
        jeszcze wczesny wieczór i dookoła było pełno ludzi.
        Miasto nie zamierzało jeszcze kłaść się do snu.
        - Gdzie teraz?
        Sam podała adres mieszkania Mid. Kluczyli dość długo po
        większych i mniejszych ulicach, które w nocy wyglądały
        zupełnie inaczej. Sam czuła że nie potrafiłaby wrócić do
        domu na nogach. Nagle przekonała się, że zupełnie nie zna
        tego miasta i minie jeszcze wiele lat, zanim je pozna.
        Nagle Xanatos gwałtownie skręcił kierownicę. Samochód
        zawrócił o sto osiemdziesiąt stopni i zaczął wracać.
        - Co robisz?! - wrzasnęła Sam.
        - To nie ma sensu. - oznajmił mężczyzna. - Tak jej nie
        znajdziemy. Poślę na poszukiwanie kogoś innego... Już
        najwyższy czas zakończyć tę farsę... Przedstawię wam
        kogoś, mu
        • an-nah Re: ...i czwarty! (zaczyna się coś dziać...) 02.08.02, 16:39
          - To nie ma sensu. - oznajmił mężczyzna. - Tak jej nie
          znajdziemy. Poślę na poszukiwanie kogoś innego... Już
          najwyższy czas zakończyć tę farsę... Przedstawię wam
          kogoś, musicie się tylko uzbroić w sporą dawkę silnych
          nerwów... Zapewniam was, że nie ma się czego...
          Urwał w pół słowa. Coś dużego z łomotem spadło na dach
          samochodu. Blacha sufitu wygięła się, jakby ktoś wbijał w
          nią coś ostrego. Xanatos znów skręcił kierownicę.
          Samochód zaczął zawracać gwałtowne koła w wąskiej
          uliczce, opony piszczały przenikliwie.
          Coś na dachu nie zamierzało spaść. Wbiło w dach wszystkie
          swoje pazury i trzymało się mocno. Samochód zakończył
          szaleńczą karuzelę na kubłach na śmieci, tuż pod schodami
          przeciwpożarowymi jakiegoś domu. Pasy bezpieczeństwa
          powstrzymały Kathy i sam przed uderzeniem w przednie
          siedzenia, ale i tak mocno nimi szarpnęło.
          Xanatos otworzył drzwiczki.
          - Zostańcie w środku! - krzyknął.
          Odskoczył w bok i przeturlał się o parę metrów,
          wyszarpując z kieszeni pistolet. Stworzenie z dachu
          wykonało ogromny sus, lądując dokładnie za jego plecami.
          Kathy przywarła do szyby. W ciemnościach widziała jedynie
          dużą, obdarzoną skrzydłami i ogonem sylwetkę o lśniących
          czerwono oczach. Stwór wylądował na czterech łapach, ale
          po chwili podniósł się na dwie i sięgnął za plecy. W jego
          rękach błysnął metal.
          Xanatos odwrócił się, celując w stworzenie z pistoletu.
          - Wynoś się! - krzyknął zdyszanym głosem. - Będę
          strzelał! Niech cię diabli! Zabiję cię!
          Istota wybuchnęła dzikim śmiechem. Miała kobiecy głos.
          - To ja cię zabiję.
          Rozległ się huk, błysnęło. Sam krzyknęła, ale nikt nie
          był w stanie jej słyszeć. Gdy Kathy mogła już coś
          zobaczyć, stwora nie było. Na ulicy ktoś leżał.
          Samantha, o dziwo, zachowała zimną krew. Jako pierwsza
          wybiegła z samochodu. Powstrzymała odruchy obrzydzenia na
          widok paskudnej, rozległej rany na piersi Xanatosa.
          - Dzwoń po karetkę, Kathy! - wrzasnęła. - Dzwoń na
          policję, do domu!
          Położyła palce na szyi mężczyzny. Ku swojej uldze wyczuła
          słabe tętno. Boże, Boże - modliła się. - Żeby przeżył,
          żeby przeżył, niech tylko dojedzie karetka... Na jej
          dłonie spływała ciepła i lepka krew. Dziewczyna panicznie
          próbowała sobie przypomnieć zasady pierwszej pomocy, lecz
          wbrew temu, czego ją uczono, w kryzysowej sytuacji
          wszystko zaczęło się jej plątać.
          Ktoś, zaciekawiony odgłosem strzału, otworzył okno.
          Ludzie zaczęli się zbiegać, ktoś pobiegł dzwonić na
          pogotowie, choć Sam zapewniała łamiącym się głosem, ze
          już o to zadbała. Stali wokół nich, przyglądając się
          rannemu mężczyźnie i przerażonej, zapłakanej dziewczynie,
          jakby to był kolejny program kryminalny. Sam myślała o
          tym, jak bardzo nienawidzi tego tłumu, ciekawskich
          spojrzeń i głupich komentarzy. Wytrzymaj jeszcze trochę,
          wytrzymaj.
          Potem wróciła Kathy. Przepchała się przez tłum i
          wyciągając niesamowite decybele ze swego małego gardła
          kazała się rozejść. Parę osób posłuchało, ale reszta
          stała nadal. Dziewczynka podeszła do siostry. Sam nie
          zdążyła nawet zabronić jej patrzeć, ale takie środki nie
          okazały się konieczne. Kathy co prawda poczuła strach i
          obrzydzenie, ale nie zemdlała, nie wpadła w panikę i nie
          zaczęła wymiotować. Jak na swój wiek okazała się bardzo
          opanowana, co zdziwiło Samanthę niemniej, niż jej własne
          zachowanie przed chwilą.
          Nie powiedziała nic, bo żadne słowa nie były potrzebne w
          tej okropnej chwili. Po prostu siedziały obie przy tym
          człowieku, którego jeszcze do niedawna bały się,
          trzymając jego i siebie nawzajem, czekając na przybycie
          karetki.
          ***
          Ciemnymi, ociekającymi wodą korytarzami błądziły już
          niemal godzinę. Labirynt okazał się kombinacją kanałów,
          tuneli metra, piwnic, schronów i jeszcze jakichś
          korytarzy, połączonych ze sobą, ale pozbawionych
          cywilizowanych mieszkańców. Nawet Mid straciła już wiarę
          w opowieści o bezdomnych chronionych przez zmutowanych
          ludzi, ale ani ona, ani Kristy nie mówiły już na ten
          temat. Nawet bez legendy eksploracja systemu korytarzy
          była fascynująca.
          Mieszkały tu oczywiście żywe istoty: szczury, pająki,
          dziewczętom udało się nawet, o dziwo, dostrzec węża,
          Kristine dałaby głowę, że to ten wąż był zmutowany.
          Mijały poza tym miejsca, gdzie urzędowały młodzieżowe
          gangi albo takie, w które przychodzili ludzie nie
          pragnący świadków. Przemykały się obok nich szybko i po
          kryjomu, ale i tak docierała do nich przykra woń potu,
          alkoholu i innych nieprzyjemnych substancji. Czasem nawet
          krwi. Na ścianach namalowano coś, co niektórzy mogliby
          określić jako graffiti, jednak obsceniczne rysunki i
          napisy nie miały raczej nic wspólnego z pracochłonnymi
          malowidłami zdobiącymi szare mury. Pasowały po prostu do
          ohydy takich miejsc.
          Kanały omijały, ale i tak całe mokre były od brudnej i
          cuchnącej wody. Mid niemal słyszała, jak chlupie jej w
          butach. Kristy zaczęła zastanawiać się, jak wytłumaczy
          zniszczenie nowych spodni.
          - Wracajmy. - zadecydowała w końcu Mid. - Już pewnie
          ciemno, a ty miałaś być w domu przed zmrokiem.
          Kristy z niechęcią musiała przyznać jej rację. Zawróciły
          i przez jakieś pół godziny szły w kierunku wyjścia przy
          kryjówce Mid. Droga powrotna wydawała się im o wiele
          dłuższa, ale miały przynajmniej pewność, że nie zabłądzą:
          przedtem cały czas skręcały w lewo, teraz wystarczyło po
          prostu trzymać się prawej ściany.
          W pewnym momencie przez kratę kanałów usłyszały hałas:
          ludzkie głosy, wycie syren. Coś działo się na ulicy nad
          nimi. Kristy spojrzała porozumiewawczo na Mid, Mid na
          Kristy. Ostrożnie uniosły właz.
          Na ich szczęście gapie byli zbyt zaabsorbowani czymś, co
          stało się kilka metrów dalej, aby zwrócić uwagę na dwie
          brudne dziewczyny wychodzące z kanałów. Policja natomiast
          była zajęta rozpędzaniem tłumu, którego jednak, tak jak
          wszelkich zbiegowisk, nie dało się odciągnąć. Pośrodku
          pierścienia ludzi, obok paskudnej kałuży krwi, stały dwie
          dziewczynki równie brudne jak Kristy i Mid i o wiele
          bardziej przerażone i zapłakane. Jakiś wysoki i zupełnie
          nie radzący sobie z dziećmi funkcjonariusz próbował
          zadawać im pytania. Kilka metrów dalej sanitariusze
          wkładali do karetki nosze z ciężko rannym mężczyzną.
          - Boże wielki! - niemal krzyknęła Kristine, gdy udało jej
          się pojąć, o co chodzi w całej tej scenie. - Mid -
          powiedziała łamiącym się i okropnie przejętym głosem,
          kładąc dłonie na ramionach przyjaciółki. - Mid, idź do
          domu. Jutro zapewne wszystkiego się dowiesz, ale wtedy
          nikomu ani słowa, że jestem w to wmieszana, rozumiesz?
          - J... jasne. - powiedziała Mid. Mnóstwo pytań cisnęło
          jej się na usta, ale postanowiła zaczekać z nimi do
          następnego dnia. Na razie pobiegła prędko do domu, nie
          oglądając się za siebie.
          - Kathy! Sam! - krzyknęła Kristy, przedzierając się przez
          tłum. Mój Boże - myślała. - to moja wina! - była tego
          niemal pewna. Gdyby nie poszła z Mid do Labiryntu...
          - Kristy... - wyszeptała Samantha, patrząc na siostrę
          zapłakanymi oczyma.
          • an-nah Re: ...i czwarty! (zaczyna się coś dziać...) 02.08.02, 16:40
            - Muszę zadać kilka pytań. - rzekła kobieta, podchodząc
            do wciąż stojących w tym samym miejscu sióstr. -
            Najlepiej... - rozejrzała się dookoła, zauważając
            zbiegowisko. - chodźmy w jakieś spokojniejsze miejsce. I
            rozpędźcie wreszcie tych ludzi, na litość boską! -
            krzyknęła do funkcjonariuszy. - Chodźmy. Chodź, Matt.
            Pozwolisz z nami, Fox?
            Położyła dłoń na ramieniu Kathy. Dziewczynka poczuła, że
            coś w głębi tej dłoni drży. Elisa wiedziała. Tak samo,
            jak Xanatos, zanim skrzydlata istota nacisnęła spust. Jak
            Fox, która patrzyła na detektyw Mazę porozumiewawczym
            wzrokiem...
            - Dobrze. - powiedziała Elisa, gdy po trosze znudzony a
            po trosze zmęczony tłum gapiów zaczął się wreszcie
            rozchodzić a oni znaleźli się we w miarę spokojnym
            miejscu z boku.. - Chciałabym teraz zadać kilka pytań.
            Widziałyście jak to się stało. Musicie dokładnie
            opowiedzieć, co się działo, coście widziały i... nic ci
            nie jest, Sam? - spytała nagle, zauważając rankę na czole
            Samanthy.
            - Nnie... uderzyłam się o klamkę, kiedy samochód zaczął
            skręcać...
            - ...ale najpierw ten potwór wylądował na dachu.
            - ...jechaliśmy szukać Kristy... ktoś wskoczył nam na
            dach. Samochód zaczął się obracać i uderzył w ścianę...
            wujek wyskoczył i wtedy ta osoba...
            - To był potwór! Miał ogon i skrzydła i błyszczące oczy!
            - ...ona strzeliła. Nie wiem, co było dalej, nie
            widziałam, jak odeszła... wybiegłam z samochodu, kazałam
            Kathy dzwonić na policję.
            - To był potwór. - powtórzyła Kathy. - Miał ogon i
            skrzydła...
            - Nie mam pojęcia, kto to był. - przerwała jej Samantha.
            - Było bardzo ciemno, nie widzieliśmy... po głosie
            wnioskuję, że była to kobieta, ale to, co mówi Kathy...
            ja nie wierzę w potwory.
            - Widziałaś! - krzyknęła Kathy. - Przecież widziałaś! Nie
            wolno ci zaprzeczać!
            - Zapisz zeznanie Samanthy, Matt.
            - Przecież ja widziałam! - krzyczała Kathy. - Sam, dlaczego.
            - Rozumiem Sam. - uspokajała ją Kristine. - Jak myślisz,
            kto by ci uwierzył? To jest życie, racjonalizm.
            - Tak. - zgodziła się Kathy, ale równocześnie popatrzyła
            na Matta, Fox i Elisę. Przecież wy wiecie. - pomyślała. -
            Przecież to jasne... to jest...
            - Kathy - Elisa pochyliła się nad dziewczynką. - ja ci
            wierzę, ale są pewne rzeczy, które nie mogą się znaleźć w
            oficjalnym zeznaniu... Po prostu musisz tego potwora
            zostawić dla siebie i dla tych, którym ufasz. Rozumiesz?
            Niech to zostanie między nami.
            - A... a tobie mogę ufać?
            - Zawsze.
            Samochody i ludzie zniknęli i tylko powoli zmywana nocnym
            deszczem plama krwi świadczyła o tragedii, która się tu
            wydarzyła... Xanatos leżał w szpitalu, żywy, ale na
            granicy śmierci. Kathy w swoim pokoju nie mogła zasnąć,
            analizując wszystko, co zapamiętała...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka