wuster
02.09.05, 12:10
Głos Pomorza 02.09.2005
Telewizyjna klapa
Rodzina państwa Dymeckich z Czaplinka tylko na początku śledziła z
uwagą "Miasto marzeń”. - Program udał im się na słabą czwórkę - ocenia Jan
Dymecki.
Po pięciu miesiącach i 50 odcinkach telenowela "Miasto marzeń” o Czaplinku i
Lesku dobiega końca. Nikt po niej płakać nie będzie.
W sobotę telewizyjna Jedynka pokaże ostatni odcinek "Miasta marzeń”. -
Właściwie przedostatni, bo jeszcze w listopadzie, po wyborach, planujemy
podsumowanie projektu - informuje Andrzej Godlewski, szef publicystyki w TVP
1.
Koncepcja "Miasta marzeń” zmieniała się od samego początku. Najpierw miało to
być połączenie reality show w rodzaju Big Brothera z telenowelą dokumentalną,
poradami ekspertów i coniedzielnym programem rozrywkowym. Z tej siermiężnej
audycji z udziałem delegacji obu miejscowości w rodzaju telewizyjnego
turnieju miast wycofano się nardzo szybko. Potem, zamiast trzech odcinków
tygodniowo w paśmie wysokiej oglądalności, ograniczono emisję "Miasta” do
jednego w sobotnie, wakacyjne południe, gdy ludzie bardziej myślą o plaży niż
o oglądaniu telewizji.
Cicho też o dokonaniach rady ekspertów, która miała pomagać mieszkańcom w
realizacji ich planów i podsuwać im ciekawe projekty. No, może poza
ustaleniem strategii marketingowej dla Czaplinka przez uznanego fachowca z
branży reklamowej.
Spadła na łeb, szyję
Wyrok na "Miasto marzeń” "wydały” wyniki oglądalności. Spadały one do marca,
czyli od chwili kiedy program wystartował. Z danych podanych przez "Gazetę
Wyborczą” wynika, że w marcu - po intensywnej kampanii reklamowej -
odcinki "Miasta” oglądało średnio 2,7 miliona widzów. Miesiąc wcześniej przed
ekranami Jedynki zasiadało prawie dwa razy więcej osób. Telewizja oficjalnie
podaje dane tylko do końca czerwca, gdy program przesunięto na sobotę, gdy
odcinek "Miasta Marzeń” oglądało średnio blisko 1,5 miliona widzów.
Nieoficjalnie wiadomo, że ostatnie odcinki oglądało po około 750 tysięcy
osób. Godlewski pociesza się:
- Jeśli chodzi o udziały (odsetek widzów powyżej 4 lat oglądających wszystkie
stacje telewizyjne) w tym czasie to były one na poziomie "Pod Napięciem”
(TVN), "Kuba Wojewódzki” (Polsat) i wyższe niż "Co z tą Polską?” (Polsat) -
informuje.
- Jest to więc wynik dobry, ale nie rekordowy - na co liczyliśmy.
W telewizji komercyjnej taki program zostałby szybko zdjęty z anteny, w TVP,
która utopiła w projekcie kilka milionów złotych, trudno się komuś przyznać
do błędów.
Nudne, ale turystów przyciąga
- Nie chcę upubliczniać swoich gustów, bo każdy ma indywidualne -
dyplomatycznie kluczy Zbigniew Bartosiak, wiceburmistrz Czaplinka, gdy pytamy
o opinię o "Mieście marzeń”.
- Program miał swoje plusy, i minusy, czasami był ciekawy, a czasami wiał
nudą i myślę, że kiepska oglądalność jest tego miarą.
Burmistrz narzeka też, że gmina nie mogła zaprezentować swoich walorów tak
jak chciała. - Mogliśmy lepiej wypaść, ale telewizja pokazywała nas tak jak
pokazywała, bo widać taką miała koncepcję - mówi Bartosiak.
Z Janem Dymeckim i jego rodziną z Czaplinka od początku śledzimy losy
bohaterów "Miasta marzeń”. - Warszawka chciała nas uszczęśliwić na siłę, bo
nie zna naszych pragnień i naszego, co tu dużo gadać, prowincjonalnego
sposobu na życie - mówi pan Jan, zapalony kolarz i właściciel sklepu
rowerowego, który ze dwa razy przewinął się przez ekran. - I dlatego program
im wyszedł, taki jaki wyszedł. Czaplinecki kolarz najwięcej żalu ma do
telewizji, że pokazała za dużo marazmu i nieporadności, a za mało ludzi
aktywnych.
- To co, że mamy tu ponad 30 procent bezrobocia, ale ludzie starają się jak
mogą - dodaje. A tak gwoździem programu stały się zmagania z kalectwem małej
Agnieszki, która urodziła się bez nóżek i rączek. Dziewczynka, jej bliscy i
budowa domu dla rodziny, w którą zaangażowała się TVP szukając sponsorów, to
na pewno temat na wyciskacz łez. Na program rozrywkowy na pewno nie.
Opinie wśród właścicieli ośrodków turystycznych w okolicach Czaplinka są
jednak entuzjastyczne. - Takiego sezonu nie mieliśmy przynajmniej od
dziesięciu lat - cieszy się jeden z nich.
- Z ubiegłym rokiem nie ma nawet co porównywać, obroty są kilka razy wyższe.
Turyści masowo ciągnący nad jeziora - w tym ci wpadający na dzień, dwa -
zostawili więcej pieniędzy w sklepach spożywczych, wypożyczalniach sprzętu
pływającego, w gospodarstwach agroturystycznych. Na dokładane wyliczenia
przyjdzie jeszcze czas, ale nie ulega jednak wątpliwości, że najazd letników
to wynik promocji przed ogólnopolską widownią.
Rajmund Wełnic
02. Września 2005 10:44