swiatlo
01.06.04, 21:57
Jakaś japońska firma właśnie ogłosiła monitory telewizyjne cienkie jak folia.
Można to wieszać na ścianie albo zwijać w rulonik.
Jeszcze gdzie indziej jakaś grupa naukowców na uniwersytecie amerykańskim
(czyli za moje własne podatkowe pieniądze) ogłosiła wyniki swojej pracy na
temat związku wzrostu człowieka, długością jego członka a rozmiarem jego
buta.
Podobne grupy naukowe wydają bardzo duże pieniądze (ponownie moje własne) na
badania na temat zapładniania bez udziału człowieka, na temat związku
otyłości człowieka a jego zainteresowaniami telewizyjnymi, roli feminizmu w
społeczeństwie, oraz wielu wielu innych.
Ludzie, czy to już koniec?
Przeczytałem że ilość ogólnej sumy danych, czyli tzw. "wiedzy", rośnie
wykładniczo. Jednocześnie człowiek jako istota przyrodnicza przestał już
ewoluować. Po prostu ewolucja człowieka się już raz na zawsze zakończyła.
Ewolucja jest oparta na doborze naturalnym, czyli słabi i głupi odpadają,
natomiast mądrzy i inteligentni zostają. Ten proces już od dawna się nie
dokonuje. Żyją i rozmnażają sie wszyscy. Powtarzam: WSZYSCY. Kalecy, głupi,
słabi. Z moralnego punktu widzenia to ogromne osiągnięcie, z ewolucyjnego
natomiast, to koniec rozwoju człowieka jako istoty biologicznej.
Znaczy to że za lat milion będziemy identyczni jacy jesteśmy obecnie.
Podobnie za sto milionów. Jeżeli będziemy, oczywiście. Czyli tacy sami jak
obecnie, ograniczeni, glupi, obsesyjni i coraz bardziej chorowici.
Wobec ilości danych od jakich jesteśmy jako cywilizacja zależni, ten system
zwany ludzkością przestaje już funkcjonować. Zaczyna się poważnie zacinać.
Mówiąc komputerowo: zawieszać.
Na przykład jeden lek na jedną chorobę powoduje w dalekiej perspektywie
rozwój chorób o wiele straszniejszych niż choroba oryginalna.
My już nie wiemy co sami robimy.
Upadek Starożytnego Rzymu jest przykładem zrebootowania systemu który
przerósł sam siebie. Powrotem do fundamentów, do budowania z patyków.
Siedzę właśnie i wyglądam przez okno z mojego biura. Na wietrze kołyszą sie
liście, za nimi widać sylwetki samochodów na pobliskiej autostradzie. Na
ścianach mojego pokoiku wiszą zdjęcia mojej rodziny, dzieci, żony. Obok nich
zdjęcia himalajskich szczytów. To mój świat.
Jest nas sześć miliardów. Wyobraźcie sobie sześć bloków sześciennych, każdy o
wymiarze metr na metr na metr. Potem podzielcie te bloki na milimetry
sześcienne. Czyli każdy blok to taka metr na metr na metr siatka milimetrowa.
To jest cała ludzkość. Jeden z tych milimetrów to ja. Włącznie z tymi
zdjęciami na ścianie, wspomnieniami ze szkoły i widokiem samochodów na
autostradzie za oknem.
Są w fizyce cząstki wirtualne. Czyli nagle na zasadzie losowej pojawia się
cząstka i jej antycząstka. Pojawiają się na krótki okres czasu i znikają
całkowicie. Bez najmniejszego śladu. Czyli praktycznie mówiąc nie istniały
nigdy, bowiem po ich istnieniu nie ma dosłownie żadnego śladu. Żadnego. Swym
krótkim istnieniem nie spowodowały żadnej zmiany w Kosmosie. Nawet w swojej
własnej lokalnej skali, nawet w swojej własnej skali kwantowej.
A jednak istniały. Nawet jeśli Kosmos byłby zupełnie identyczny i bez nich,
jednak one były. I być może z ich punktu widzenia ich istnienie to była cała
nieskończoność.
Komplikacja systemu w jakim żyjemy powoduje że zawalenie się dwóch wieżowców
w Nowym Yorku o tysiące mil ode mnie ma fundamentalny wpływ na całe moje
istnienie. Na to czy jestem w stanie spłacić swój dom, czy mam za co kupić
kamerę cyfrową, czy mój syn będzie mógł chodzić do klubu sportowego, czy
będzie mnie stać na chodzenie do kina na "The Day After Tomorrow" i inne
filmy kilka razy w miesiącu. Czy mogę się wykąpać pod gorącym prysznicem dwa
razy dziennie oraz oglądać moje ulubione kanały na ekranie cienkim jak folia.
Czyli wszystko to, bez czego moje życie się całkowicie zawali w proszek.
A jednocześnie jest to system, którego istnienie jest całkowicie wirtualne,
podobnie jak istnienie owej cząstki elementarnej. ..I jak moje własne.
Można na zasadzie dekadencji puścić się w tany i korzystać z życia
wołając: "a co mnie to obchodzi!". I to zresztą robię bo jest napisane abym
tak robił.
I tak trzeba: dane nam jest wirtualne życie, więc trzeba wirtualnie żyć..
Czasami wydaje mi się że moje życie byłoby bardziej realne jakbym przestał
produkować dzieci, przestał pisać programy i kopać ogródek, a zamiast tego
się odizolował na wyspie i zaczął samotnie studiować księgi religijne. Być
może wtedy bym bardziej wniknął w realność świata niż wychowując dzieci i
płacąc rachunki za elektryczność.
A jednak tego nie robię. Wolę wirtualnie tańczyć.