chris-joe
06.09.04, 22:35
Pojechalismy wczoraj na wies- ledwo godzine za miasto, w region Lanaudiere tuz
u podnozy gor Sw. Wawrzynca, czyli Laurentides.
Bukolika, wacpanstwo! O ile Montreal jest brudny i zaniedbany, to wies jest
slicznosci, wymuskana, trawa podcieta, domostwa chlopow dolizane i
przystrzyzone, nawet drogi porzadne.
I w przeciwienstwie do Brytyjskiej Kolumbii, gdzie godzinami mozna pruc
samochodem nie napotkawszy zadnej osady, gdzie lecac noca samolotem rzadko
migna w dole swiatla ludzkich chudob, tu wies prawie jak w Europie
(Europejczycy wybacza mi to szalenie zarozumiale porownanie :)
Co chwila mija sie wioski i osiedla, dookola pola, mucza krowy rude i bezowe,
konie sie wypasaja na rozleglych lakach, kukurydza prawie gotowa do skoszenia,
zyto i pszenica prawie juz dojrzale, a poki co jedynie pola kalafiorowe i
brokoliczne czekaja juz na zaoranie.
Szosa wije sie wsrod wzgorzy i dolin, gdzieniegdzie rzeka, strumien, most,
wieza kosciola pojawia sie w oddali i znika zaraz za lasem, smrod lajna i
gnojowki zmieszany z zapachem dymu palonych roslinnych resztowek.
Zlazilismy pare lak i lasow. Zapuscilismy sie nad rzeke niedaleko Ste-Beartix
w powiecie Joliette, by poogladac lokalne szumy i rzeczne wawozy.
Braz nadal niezwyczajny lasow polnocy z instynktownym lekiem zapuszczal sie za
mna w nadrzeczna trzcine i trawy lak. Bo rzeczywiscie, na poludniu w trawe
sie nie wchodzi, tam tylko mieszkaja jadowite weze i inna dzicz tropikalna
nieustannie czychajaca na ofiare, zjadajaca sie wzajemnie w spoconej duchocie.
A tu tylko zaby rechocza, pasikonie uskakuja spod stop, od muchy opedzic sie
trzeba i isc spokojnie, powoli, leniwie, by nie sploszyc jesiennej juz prawie
euforii mieszczuchow na niedzielnej ekskursji.
Jeszcze zielono, ale lyska juz niekiedy zolc drzewa, czasem karmin
niewielkiego krzaka- zapowiedz krotkiego szalenstwa kolorow akadyjskiej
jesieni, nim wszystko to szlag trafi.
(garsc zdjec w galerii)