starypierdola
05.11.04, 08:29
Przy okazji ostatnich wyborow kilka osob wyrazilo sie krytycznie o
amerykanskim systemie politycznym w ktorym prezydentem moze zostac osoba
ktora dostala mniej glosow niz konkurent. Kilka slow wyjasnienia.
W sumie: USA to nie Szwecja, Norwegia, czy nawet Francja. Inny kraj, na to
aby sprawnie dzialac w interesie wszystkich mieszkancow, potrzebuje innego
systemu.
Amerykanski system ma szereg "checks and balances" celowo zaplanowanych tak
aby nikt nie byl pokrzywdzony (albo tylko niewielu). W tym sensie rozni sie
od systemu Westminsterskiego (Britain, etc), od systemu prezydenckiego
(Francja, etc) czy od demokracji typu Polskiego.
System w Ameryce jest zaprojektowany tak aby dac glos WSZYSTKIM Amerykanom,
niezaleznie od regionu, wyznania, koloru czy nawet orientacji seksualnej
(!!). Inne cele to ochrona roznych mniejszosci przed narzucaniem woli przez
wiekszosci, przy jednoczesnym zapewnieniu sprawnego i efektywnego rzadu.
Np. 'wyrownanie' regionow. Kazdy Stan, niezaleznie od liczby ludnosci ma dwu
senatorow; Wyoming z 400,000 mieszkancow i Kalifornia z 35,000,000 maja po
dwu senatorow. Poniewaz senat ma podobne uprawnienia co Izba Reprezentantow,
kilka 'malych' stanow moze zablokowac ustawodawstwo dla nich nieprzychylne.
Czyli jesli Mid-West hoduje kukurydze, albo South hoduje bawelne, rzad
federalny nie jest w stanie kontrolowac cen kukurydzy czy bawelny jesli ich
ceny znacznie wzrosna, ze szkoda dla stanow je hodujacych. W systemie
prezydenckim czy Westminsterskim jest to mozliwe. Np. w Kanadzie, gdzie
wiekszosc ludnosci mieszka w Ontario i Quebec te dwie prowincje sa w stanie
narzucic krajowi kontrole cen ropy gdy jej cena wzrosnie ze szkoda dla
zachodu kraju a z korzyscia dla Ont. & Que, albo kontrolowac ceny zboza jak
cena wzrosnie ze szkoda dla mieszkancow Prerii.
Wiec co z tym Prezydentem? Wybory nie sa bezposrednie. Wyborcy wybieraja
elektorow, ktorzy z kolei wybieraja prezydenta. Podczas gdy liczba ludnosci w
kazdym ze stanow odgrywa wazna role, system jest tak zaprojektowany zeby
wziasc pod uwage nie tylko liczbe ludnosci ale tez i inne czynniki. Kilka z
nich: zapewnienie ze prezydent jest wybrany na czas, ze kilka duzych miast
(duzo ludnosci) mie ma decydujacego glosu, i ze kazdy stan ma cos do
powiedzenia (Stany Zjednoczone ...).
Tak wiec mimo ze Bush mial kolo 4 milionow glosow wiecej, mogl nie zostac
prezydentem gdyby 150,000 wyborcow w Ohio glosowalo inaczej. Podobnie z
Floryda cztery lata temu.
Popatrzcie na Polske. Jeden glos = jeden glos. W efekcie rzad jest czesto
niestabilny, i nie jest w stanie przeprowadzic potrzebnych zmian.
Uff, ale sie napisalem. Mam nadzieje ze to rzuca troche swiatla na polityke w
Ameryce.
SP