Dodaj do ulubionych

Blaski i cienie

29.05.05, 12:29
Tutaj bedzie o blaskach i cieniach roznych sytuacji i rzeczy. Bede Was
molestowac spostrzezeniami i przamysleniami, oraz prosze o zwrotne
molestowanie na temat i obok tematu.

Na pierwszy rzut pojdzie Czesc 1, za chwile. (a co, Czesc ostatnia ma isc na pierwszy rzut, czy jak?? ;-)))))
Obserwuj wątek
    • jutka1 Czesc 1 -- Blaski i cienie zycia na prowincji 29.05.05, 12:33
      Czesc 1: zycie na prowincji vs. duzym miescie

      Z gory zaznaczam, ze pod pojeciem ?prowincja? niekoniecznie rozumiem polska prowincje, a pod pojeciem ?wielkie miasto? ? niekoniecznie Paryz, LA, DC czy Warszawe. Chociaz swoje spostrzezenia bazuje na ww., mysle, ze te pojecia sa bardziej uniwersalne...

      Po pierwsze, jednostka a otoczenie. Prowincja oznacza sie oczywiscie wieksza
      wiezia z innymi ludzmi, albo naciskami na blizsze wiezi. Normalne, biorac pod
      uwage liczbe osob, ich bez- lub posrednie powiazania i powtarzajace sie
      kontakty.

      Taka sytuacja ma swoje plusy: nie jest sie do konca anonimowym, czesciej na
      ulicy wpada sie na kogos znajomego (co bywa mile), czlowiek w jakis sposob
      czuje sie czescia wiekszego ?organizmu?... Na taka sytuacje np. w Paryzu
      trzeba pracowac latami, zeby w knajpie rozpoznawali, pamietali co lubie, etc.

      Latwiej tez na prowincji dawac sobie rade z roznymi, praktycznymi, aspektami
      zycia codziennego.

      Przyklady? Slusarza do krat w garazu polecil szef firmy, ktora remontowala
      zolty dom. Dzieki temu traktuja mnie jak kogos z ?wewnatrz?, nie nabieraja,
      robia w terminie itp. Kolega z klasy z liceum jest inspektorem weterynarii.
      Jeden telefon, i juz wiem, do ktorych weterynarzy nie nalezy kotki zabierac.
      Wlasciciel kamienicy, w ktorej bede wynajmowac biuro okazal sie kolega siostry
      z lat szkolnych, i rozmowa byla juz zupelnie inna... W mojej ulubionej knajpce
      ludzie moga mi zostawiac wiadomosci, jesli inaczej nie moga sie skontaktowac,
      itp itd.

      Minusy sa oczywiste: czasem chcialoby sie byc bardziej anonimowym, bo na
      prowincji wszyscy wszystko wiedza, a rodzaje informacji o innych wymieniane w
      rozmowach towarzyskich bywaja hmmm... raczej prywatne.

      W sumie jestem rozdarta, jesli chodzi o ten aspekt. Z jednej strony lubie ten
      komfort bycia ?u siebie? i posiadania calego networku, pardon anglicyzm, ludzi
      gotowych pomoc w kazdej chwili. Z drugiej strony szlag mnie trafia, jak
      taksowkarz po dowiezieniu mnie do domu mowi ?aaaaaa, to pani!? i nastepuje
      wyliczanka kto do mnie przyjezdza czy jakie zakupy zamawiam.... Albo jak pani
      w sklepie z winem wie gdzie ja mieszkam, bo kiedys przejezdzajac mnie zoczyla
      w ogrodzie. Albo jak sasiedzi obserwuja bacznie moje ruchy.... (no ale tacy
      sasiedzi to skarb, z punktu widzenia bezpieczenstwa....)

      CDN
      • luiza-w-ogrodzie W suburbiach tez jest podobnie 29.05.05, 12:50
        Niekoniecznie prowincja - w suburbiach tez jest podobnie (kazda dzielnica jest
        jak male masteczko). Wpada sie na sasiadow i znajomych w lokalnych knajpkach i
        sklepach, kibicujac dzieciakom na boisku i siedzac w kolejce u fryzjera.
        Wymiana informacji kwitnie... moje szczescie ze ja nietutejsza i bez powiazan
        rodzinnych, ale jak w lokalnej gazecie pojawil sie wywiad ze mna i z moim
        zdjeciem to ciezko bylo sie opedzic od komentarzy. Ale ogolnie lubie zycie na
        prowincji.

        Pozdrawiam
        Luiza-w-Ogrodzie

        ><((((º>`·.¸¸.·´¯`·.¸¸><((((º>
        .·´¯`·.. ><((((º>`·.¸¸.·´¯`·.¸¸><((((º>
        • don2 Re: W suburbiach tez jest podobnie 29.05.05, 13:21
          Roznie w roznych krajach.na mojej wsi nie ma absolutnie nic tak wspanialego jak
          wasz opis.rezerwa graniczaca z wrogoscia wobec cudzoziemcow.Absurdalna sytuacja
          w ktorej caly biznes handlowy maja cudzoziemcy w reku,z wylaczeniem
          fryzjerki.bez nich wies by nie miala zadnego sewisu.Miejscowi dawno zrezygnowali
          z roznych powodow.Osobiscie po 3 artykulach w prasie w tym jednym dosc
          kontrowersyjnym,nawet pies sasiada nie podnosi glowy na moj widok.Miejscowi sa
          od " zawsze " w swoich kregach zainteresowan,politycznych,sportowych itp .Obcym
          wstep wzbroniony.W miastach wyglada podobnie z tym ,ze polityczna poprawnosci
          i sportowa sprawnosc cudzoziemcow powoduje wiekszy udzial emigrantow w zyciu
          miejscowej spolecznosci.
          Oczywiscie dodam ,ze w mojej hiszpanskiej wiosce mam zupelnie inny obraz tam
          jestem " swoj" towarzysko itp.Sa narody i narody.
          • jutka1 Re: W suburbiach tez jest podobnie 29.05.05, 19:40
            moze sie rozbija o to, ze tu na prowincji jestem w domu?

            i moze latwiej jest byc cudzoziemcem w wielkim miescie?
            • don2 Re: W suburbiach tez jest podobnie 29.05.05, 20:02
              Ty nie tylko jestes w domu ale Polka w Polsce.Roznica miedzy nami emigrantami a
              Toba.Pozostale ,to juz zalezy od czlowieka samego.jego kregu znajomych ,pracy
              itd.


              > i moze latwiej jest byc cudzoziemcem w wielkim miescie?

              nigdzie nie jest latwo byc cudzoziemcem,no moze z wyjatkiem USA,Canady I AU.
              Ale i tam sa problemy w te pierwsze lata. Poczytamy co nam inni napisza.moze
              byc ciekawie.Ta codziennosc,to jest ciekawe a nie teoretyczne rozwazania.
              • szfedka Re: W suburbiach tez jest podobnie 29.05.05, 20:37
                Don, tak dlugo Ty tam nie mieszkasz aby traktowali Cie jak tubylca.Szwedzi tez
                narzekaja ze pewnych miejscach trudno "wsiaknac". Sa takie miejsca w Uppland
                np. Österbybruk gdzie podobno dopiero w ktorejs tam generacji za swojego Cie
                maja.
                A Szwedzi na to mowia ze nawet ptaki jak przelatuja tam to sie odwracaja na
                plecy aby "slippa se skitet" znaczy zeby gowna nie widziec.
                Jasne ze nie sa tak otwarci jak Hiszpanie (sadze bo nigdy nie zylam w
                Hiszpanii) ale mozna na nich liczyc gdy potrzeba pomocy.
                Mieszkam tu 22 lata, w tej samej czesci U-li i wszedzie (podobnie jak Luiza)
                wpadam na jakis tam ludzi ktorych gdzies kiedys poznalam i wiesz jak te
                spotkania sie koncza. Musimy sie spotkac na kawe i pogadac. No to sie zdzwonimy
                prawda. I czas leci...i znowu za jakis czas spotykamy sie na ulicy czy w
                sklepie. Ale wiem...ze gdybym potrzebowala czegos to moge zadzwonic.
                Ale...moze mnie za "swoja" juz uwazaja?
                • chris-joe Re: W suburbiach tez jest podobnie 29.05.05, 21:00
                  Uciekalem z Vancouver po trochu aby oszyskac status obcego. Lubie byc obcy-
                  status ten narzuca blogoslawiony dystans, ogladnictwo przez szybke, poze
                  obserwatora.
                  No i mam za swoje. Jako anglo w QC, badz po prostu jako pies z innego stada,
                  QC's po czterech juz spedzonych tu latach patrza na mnie jak na raroga. Gdy w
                  windzie ich pozdrawiam, to patrza spode lba.

                  Padlem ofiara apartheidu- mozecie lzy ronic.
                  • jutka1 Re: W suburbiach tez jest podobnie 29.05.05, 21:27
                    Niniejszym ronie lzy :-)))
                  • xurek Re: W suburbiach tez jest podobnie 30.05.05, 09:56
                    Ze wsi i miasta zrobilo sie dodatkowo „swoi i obcy“. Moj obraz bardzo sie rozni
                    od pozostalych, ale nie bardzo umiem go sprezcyzowac.

                    “Wies” albo w naszym przypadku raczej przedmiescie (przez wies rozumiem
                    strukture stara i “zasiedziala”, nasze “domowisko” ma dopiero 10 lat a domow
                    starych zasiedzialych jest chyba z 5 obok) ma dla mnie takie minusy, jak to co
                    Jutka opinala jako plusy. Bardzo nie lubie “byc zintegrowana” w srodowisko
                    sasiedzkie i bronie sie przed tym na ile nie naruszajac grzecznosci i nie
                    raniac uczuc sasiedzkich jest to mozliwe. Skrzetnie omijam moje trzy pobliskie
                    knajpy, fryzjera za rogiem i sklepik w najblizszym miescie, wlasnie po to, by
                    nie byc “znana”. Plusem jest duzo zieleni i “swiety spokoj”, co szczegolnie
                    majac male dziecko bardzo sobie cenie. Innym wielkim plusem mojego zadupia jest
                    to, ze w ciagu 20 minut jestem w Luzernie badz Zugu a do Zurychu jest 40. Gdyby
                    nie ta bliskosc duzych miast, dostalabym chyba kota. Dla mnie rozwiazanie
                    optymalne wyglada “duze anonimowe miasto do pracy / rozrywek i spokojna zielona
                    anonimowa spalnia w jego poblizu”. Wole miec znajomych “z wyboru” niz “z adresu
                    i koniecznosci”.

                    Integracje tez widze tutaj inaczej. Znacznie latwiej zintegrowac sie w dziurze
                    niz w duzym miescie, pod warunkiem, ze sie chce. Szwajcarzy przywiazuja
                    niesamowita wage do “aktywnego ksztaltowania i decydowania” o swym najblizszym
                    otoczeniu, przez co automatycznie pojawia sie koniecznosci rozmow, wspolnych
                    rozwazan na temat wysokosci krzakow, koloru kwiatkow, “tak lub nie” na temat
                    nowego domu w sasiedztwie itd itp. A juz takie “ogrodkowe mieszkanie” w lecie
                    to tak jakby sie siedzialo w kawiarni. Ciagle ktos przechodzi, przystanie,
                    zagada itd. Czesto organizowane sa przerozne “grill parties” na ktore nie pojsc
                    w zaszadzie ne mozna, wiec jest nastepny powod do spotkania.
                    Czy jestesmy traktowani jak “obcy”? Z jednej strony z pewnoscia tak, z drugiej
                    nie i to glownie z racji dziecka. Piranha jest traktowana jak “autochton” a z
                    racji “wspolnej drogi zyciowej” z innym dziecmi typu przedszkole, szkola,
                    zajecia dodatkowe itd my zostajemy automatycznie wciagnieci w
                    wiele “tubylczych” tematow i spraw. Poza tym dzieci z sasiedztwa uwielbiaja
                    mojego meza, co dodatkowo “zaciesnia petle sasiedzka na mojej szyi” :).

                    W Zurychu jest juz zupelnie inaczej i moi tam mieszkajacy cudzoziemscy znajomi,
                    nawet majac dzieci nie czuja sie w cokolwiek “wciagnieci i zintegrowani”. Ja
                    mieszkajac w Zurychu tez czulam sie w duzej mierze pozostawiona samej sobie.
                    Mialam kilku dobrych znajomych, z ktorymi umawianie sie bylo znacznie mniej
                    problematyczne (badz lepiej skomplikowane) niz z Niemcami, ale z sasiadow nie
                    znalam dokladnie nikogo.

                    PS: przeczytalam jeszcze raz co napisalam i koryguje: wydaje mi sie, ze taka
                    integracja i “wrosniecie w krajobraz” jest chyba mozliwa tylko na takich nowych
                    malych przedmiesciach, gdzie rowniez mieszkajacy tam Szwajcarzy sa w pewnym
                    stopniu “nowi” – nie mieszkalam co prawda na zadnej “starej wsi” ale nie jestem
                    pewna, czy wygladaloby tam podobnie.

                    Xurek
                    • don2 Re: W suburbiach tez jest podobnie 30.05.05, 10:14
                      zadziwiajace,ale tak wlasnie sobie wyobrazalem Xurkowo-cukierkowe opowiadanie.
                      Juz od jakiegos czasu zazdroszcze Xurkowi zycia w Milkalandzie.juz kilka razy
                      moi przyjaciele Czesi,zyjacy w CH od 1968 r pukali sie w glowe,gdy opowiadalem
                      o Xurkowych opisach zycia w CH.Ja jednak wiem swoje i zazdroszcze zycia w tak
                      tolerancyjnym i przyjaznym spoleczenstwie.I model:zyc na wsi pracowac w miescie
                      jest chyba najlepszym.
                      • xurek do Dona 30.05.05, 10:48
                        Don, napisz konkretnie, czym sie to „straszne zycie“ Twoich znajomych od mojego
                        rozni, to mozna bedzie podyskutowac skad sie te roznice biora. No chyba, ze
                        jestes zdania, ze zmyslam, to nie musimy dalej dyskutowac.
                        Milkaland to to nie jest, gdyz Milka jest czekolada z mleka Alp bawarskich –
                        tutaj nie tylko, ze nie ma fioletowych, to nawet nie ma laciatych krow, tylko
                        takie bezowo-brazowe. Ale moze w Szwajcarii Twoich znajomych jest inaczej.

                        I naprawde nie widze w Szwajcarach mojego otoczenia niczego nieprzyjaznego ani
                        nietolerancyjnego. O ile dobrze pamietam Szwajcaria ma najwyzszy procentowy
                        wskaznik cudzoziemcow w Europie a mimo to „wizualnie“ jest tutaj zdecydowanie
                        mniej „cudzoziemskich ghett“ niz np. w Niemczech badz Francji (innych krajow
                        nie widzialam na tyle dobrze, by moc sie wypowiedziec).

                        W naszym przedmiesciu (jezeli te 30 domow zasluguje na taka nazwe) mieszkaja
                        oprocz Szwajcarow Amerykanka, Hindus, Tajka, Portugalczycy, Niemcy, Szwedzi i
                        Anglicy. Najdluzej w Szwajcarii Hindus i Amerykanka, oni sa tez jedynymi,
                        ktorzy mowia Schweizerdeutsch i maja obywatelstwo. Hindus ma nawet jakas
                        funkcje „partyjno – administracyjna“, gdyz wlasnie on „koordynuje opinie wsi o
                        planowanych zmianach“. Jedynym, ktory sie skarzy na „brak integracji“ jest
                        Anglik, ktory caly dzien jest w pracy a wieczorem na placsu zabaw nadaje takim
                        slangiem, ze nawet Amerykanka zwierzyla mi sie, ze go nie rozumie.

                        Dla mnie to nie jest „cukierek“, bo ja tych sasiedzkich „smalltalkow“ nie
                        lubie, wiec w dni tak upalne jak wczoraj czuje sie osaczona i uciekam z ogrodka
                        do mieszkania szczelnie zaslaniajac firanki. Tym niemniej takie sa moje i tych
                        paru innych w naszej wsi realia, wiec taka Szwajcaria rowniez istnieje. Nie,
                        masz racje, to jest cukierek, bo cukierkow tez nie lubie.

                        Takiego „od 1968“ poznalam jednego w parku nad jeziorem i powiem szczerze, ze
                        ja tez, chociaz „krajanka“, nie mialam najmniejszej ochoty na integracje. Moze
                        to jeden z Twoich znajomych :)? Pracuje w drukarni a oprocz tego prowadzi „klub
                        z Ukrainkami“. Czy to ten sam?

                        Xurek
                        • jutka1 tak sobie mysle... 30.05.05, 11:15
                          ... czytajac Wasze wpisy, ze zycie na prowincji jest ok, jesli sie jest
                          insajderem, pardon anglicyzm.

                          Gdybym przeprowadzila sie gdzie indziej, a nie w okolice rodzinnego miasta,
                          mialabym pewnie zupelnie inne odczucia i wrazenia.

                          Czyli, w sumie, moze moim glownym tematem sa korzenie?...

                          J.
                        • don2 Re: do Dona 30.05.05, 11:16
                          Milkaland w znaczeniu slodkosci i sielankowosci.Nie, moi znajomi czesi nie maja
                          klubow z ukrainkami.jeden ma wytwornie precyzyjnych detali metalowych,Jedna
                          jest szefem kontroli Swissair,2 pracownikow tych samych linii juz na emeryturze
                          i ten pozostaly dentysta.I wszyscy juz mieszkaja jak przystalo na pracowitych
                          czecho-szwajcarow na przedmiesciu.Dzieci ich urodzone w CH,sa wszystkie po
                          studiach (w Niemczech)a jedno po jakiejs handlowo ekonomicznej i robi w jakims
                          finans instytucie.Mlodzi ludzie mowia doskonale po czesku i traktuja nas jak
                          zabytki muzealne.I jak zwykle zle interpretujesz to co pisze.powtarzam jeszcze
                          raz,ze zazdroszcze ci zycia w kraju tak tolerancyjnym i przyjaznym
                          dla "odmiennych" z czym nie zawsze zgadzaja sie moi znajomi Czesi.Sami tez
                          stwierdzili ,ze atmosfera miasta lepiej im odpowiadala,ale zyja przyjemniej na
                          prawie wsi.bedac na twoim i meza miejscu,nawet bym nie myslal o zmianie miejsca
                          zamieszkania kiedykolwiek.Wyglada na to ,ze znalezliscie nieomalze raj na
                          ziemi.Co daje doskonale prognozy zyciowe i dla waszego dziecka.W moim kraju
                          pobytu,dzieci cudzoziemcow urodzone w szwecji ,lub przybyle tu w wieku do 6 lat
                          maja ok 18% szanse na dostanie pracy majac rownorzedne wyksztalcenie jak
                          dzieci szwedzkie,przybyle pozniej ok 11%,"kolorowe" ok7-9%.tak mowia ostatnie
                          badania na ten temat. Ale to juz inny temat.
                          • xurek Re: do Dona 30.05.05, 11:46
                            „I jak zwykle zle interpretujesz to co pisze.powtarzam jeszcze raz,ze
                            zazdroszcze ci zycia w kraju tak tolerancyjnym i przyjaznym dla "odmiennych" z
                            czym nie zawsze zgadzaja sie moi znajomi Czesi.“

                            Nie wydaje mi sie, ze „ogolnie“ zle interpretuje, to raczej Ty
                            zbyt „radykalnie“ wyrazasz swe poglady“:

                            „moi przyjaciele Czesi,zyjacy w CH od 1968 r pukali sie w glowe,gdy opowiadalem
                            o Xurkowych opisach zycia w CH”

                            Moja najblizsza przyjaciolka jest urodzona tutaj Czeszka. Znam tez jej mame
                            (ojciec juz nie zyje), braci i pare osob z dalszej rodziny. Dziwi mnie co
                            piszesz o swoich znajomych, bo ci znani mi Czesi sa bardzo zadowoleni ze
                            swojego tutejszego zycia i moim zdaniem dobrze zintegrowani. Mama przyjaciolki
                            ma teraz przyjaciela Szwajcara, ktory bardzo “wciagnal sie w jej czeska klike”,
                            jego corka rowniez. Moja przyjaciolka to swego rodzaju ewenement – jest moim
                            zdaniem bardzo “szwajcarska”, sama siebie uwazala natomiast za “stuprocentowa
                            Czeszke”. Zdanie zmienila dopiero po 3-letnim pobycie jako nauczycielka w
                            Pradze i zamazpojsciu za “Czecha z Chech” (rozwod w toku :)). W jej konkretnym
                            przypadku mam wrazenie, iz w wieku dorastania napietnowanym tym, ze kazdy z nas
                            czuje sie w pewien sposob “jednorazowy, obcy i niezrozumiany” pomylily jej sie
                            pojecia poczucia “obcym” z racji ksztaltowania sie osobowosci z poczuciem
                            bycia obcym jako cudzoziemiec.

                            “bedac na twoim i meza miejscu,nawet bym nie myslal o zmianie miejsca
                            zamieszkania kiedykolwiek.Wyglada na to ,ze znalezliscie nieomalze raj na
                            ziemi.Co daje doskonale prognozy zyciowe i dla waszego dziecka.”

                            Widzimy to bardzo podobnie a maz nawet kiedys tak samo sformuowal :). Wczoraj
                            (uciekajac od sasiadow :) wlaczalam przypadkiem jeden z moich ulubionych
                            programow na SF 1 (panstwowa stacja) – “Sternstunde Philosophie”. Powazny
                            program, z powazna moderacja. Wlaczylam i dwa razy przetarlam okulary –
                            moderator byl Murzynem!!! Z pewnoscia tutaj albo w Niemczech urodzonym, bo
                            mowil bez akcentu. Milo mi sie zrobilo widzac, ze nie tylko w “prymitywnych
                            talshowach” tudziez audycjach muzycznych dla nastolatkow lecz rowniez w
                            powaznym dziennikarstwie ludzie wygladajacy inaczej moga w tym kraju do czegosc
                            dojsc.

                            Smutne to, co piszesz o Szwecji, tym bardziej, ze zupelnie nie pokrywa sie z
                            tym powierzchownym obrazem, ktory mam na podstawie paru statystyk i
                            telewizyjnych przekazow (Szwecja jako wzorzec socjalnej rownosci i postepu).

                            Jest taki szwedzki autor, Henning Mankell, ktory pisze kryminaly i ksiazki o
                            Afryce. Lubie te jego szwedzko – afrykanskie ksiazki, bo sa jednymi z
                            nielicznych, ktore fabularnie oddaja obraz Afryki z perspektywy bialego, ktory
                            jest dla mnie wiarygodny. Dlatego tez przeczytalam pare jego “czysto
                            szwedzkich” kryminalow. Za kazdym razem, kiedy koncze jakas ksiazke Mankella
                            odczuwam gleboka potrzebe przeczytania dla rownowagi jakiegos “kiczu z happy
                            endem”, poniewaz jego lektura jest niesamowicie przygnebiajaca. Czesto sklania
                            mnie ona do rozwazan, jaka naprawde jest ta “Szwecja od podszewki”……

                            Xurek
                            • szfedka Re: do Xurka 30.05.05, 12:35
                              Polecam ksiazke "Szwecja od srodka" napisana przez Jacka Kubitzkiego.
                              Dal popalic Szwedom konkretnie w 12? rozdzialach a w ostatnim wszystko odwrocil
                              do gory nogami. Ciekawam dlaczego...

                              Czasem sie zastanawiam jakby bylo gdybym byla tu z mezem Polakiem.
                              Rozmawialibysmy w domu po polsku, spotykalibysmy inne polskie pary na
                              imieninkach, urodzinkach itp.
                              Czy tak samo bym odbierala Szwecje? Czy bym bywala w szwedzkich domach? Czy
                              wogole doszlabym do tego co doszlam w pracy? Nie wiem.
                              Mam znajoma Polke (maz Polak) wyzsze techniczne wyksztalcenie. Pracuje w
                              technice. Mowi po szwedzku ale...slychac ten polski akcent i nie gramatycznie.
                              W jej oddziale pracuja ludzie z roznych narodowosci, byl nawet o tym artykul w
                              prasie. Nie wiedza nic o sobie nawzajem, nic. Nawet czy zonaci, czy maja dzieci
                              i jak spedzaja czas wolny.
                              Znajomi tylko Polacy, polskie pary. Spotykaja sie i gadaja o niczym...
                              Takie powierzchowne ecie, pecie. Mowila mi ze jak jej matka zmarla to nawet nie
                              miala z kim o tym pogadac (oprocz meza) mimo rozleglego zycia towarzyskiego, bo
                              o niczym osobistym oni nie rozmawiaja.
                              Znam ja od niedawna mimo ze mieszkalysmy na tej samej ulicy ok.10 lat hehehe
                              • xurek Re: do Xurka 30.05.05, 12:51
                                Nie sadze, ze zycie w polskim malzenstwie determinuje brak integracji. Mysle,
                                ze zalezy to od jednostek, ktore albo chca/potrafia sie znalezc w nowym swiecie
                                albo nie. Ja zylam dlugo w polskim zwiaku i ani nie mialam wielu polskich
                                znajomych ani moj albo ex niemiecki na tym nie cierpial. Nasze zycie toczylo
                                sie jak zycie wielu innych – wokol pracy i „rozrywek“. Poznani ludzie mieli
                                zwiazek albo z jednym albo z drugim a jako ze Niemcy w wiekszosci zamieszkale
                                za przez Niemcow, tak tez wygladal nasz krag znajomych i zainteresowan. Takich
                                polskich par znam kilka, wiec chyba nie mozna generalizowac.

                                Mankell nie opisjue sytuacji socjo- politycznej w Szwecji, tylko jednostkowe
                                losy wyimaginowanych bohaterow. Przygnebiajace nie sa te losy, tylko „profli
                                psychiczny“ owych jednostek. Prawie wszystkie robia melancholijno-depresyjne
                                wrazenie, ludzie przeladowani „ciezkimi myslami“, niesamowicie skomplikowani i
                                jakby pesymistyczni w swej naturze. Moze byc, ze Mankell i zdeterminowane jego
                                charakterem postacie sa wyjatkiem i nie reprezetuja „natury przecietnego
                                Szweda“, z drugiej strony takie np. dramaty Ibsena tez nie dzialaja na
                                mnie „optymistycznie“.

                                Xurek
                                • szfedka Re: do Xurka 30.05.05, 13:06
                                  xurek napisała:

                                  > Nie sadze, ze zycie w polskim malzenstwie determinuje brak integracji. Mysle,
                                  > ze zalezy to od jednostek, ktore albo chca/potrafia sie znalezc w nowym
                                  swiecie
                                  >
                                  > albo nie. Ja zylam dlugo w polskim zwiaku i ani nie mialam wielu polskich
                                  > znajomych ani moj albo ex niemiecki na tym nie cierpial. Nasze zycie toczylo
                                  > sie jak zycie wielu innych – wokol pracy i „rozrywek“. Poznan
                                  > i ludzie mieli
                                  > zwiazek albo z jednym albo z drugim a jako ze Niemcy w wiekszosci zamieszkale
                                  > za przez Niemcow, tak tez wygladal nasz krag znajomych i zainteresowan.
                                  Takich
                                  > polskich par znam kilka, wiec chyba nie mozna generalizowac.

                                  Mowiac cokolwiek o jakiejs nacji, grupie generalizuje sie.
                                  Nie ma dwoch takich samych ludzi, a tym bardziej kilka milionow.
                                  Z mojej strony byly tylko mysli.
                                  Jasne ze wszystko zalezy od jednostki, od checi.
                                  Z drugiej strony widac tu w Szwecji ze ludzie z malzenstw mieszanych latwiej i
                                  czesciej "integruja" sie.
                                  I to by bylo na tyle, popracowac musze...
                • don2 Re: W suburbiach tez jest podobnie 29.05.05, 21:17
                  Szfedka,pozwolisz ,ze twoj wpis okresle jako bla bla bla,po pierwsze piszesz o
                  absolutnie nieistotnych przykladach jak ten z jakiejs szwedzkiej dziury.i to
                  co mowia szwedzi o szwedach ,nie ma nic tu do rzeczy.po drugie to moja wioska
                  liczy 900 mieszkancow,oba moje biznesy sa polozone centralnie.I ten czas w
                  ktorym tu jestem i rodzaj kontaktow ,na calym swiecie stwarza jakas atmosfere
                  znajomosci itp.Po trzecie moze napiszesz kiedy mozesz liczyc na swoich
                  znajomych ,ktorych spotykasz w sklepie lub tp.I nie rob porownan miedzy zyciem
                  w AU i mentalnoscia.PS do kogo obcego tak sobie mozesz zadzwonic i co za bzdury
                  wypisujesz,

                  Ale...moze mnie za "swoja" juz uwazaja?

                  Ty to powaznie napisalas,te zdanie ,czy masz zludzenia ? Widac ,ze za dlugo juz
                  mieszkasz w tej krainie obludy i falszu i zatracilas poczucie realiow ,albo
                  koniecznie chcesz pisac innaczej jak prawie 100% wypowiadajacych sie
                  cudzoziemcow.
                  • szfedka Re: W suburbiach tez jest podobnie 29.05.05, 21:30
                    Jezeli mam inne doswiadczenia to pisze inaczej niz 100% wypowiadajacych sie
                    cudzoziemcow.
                    Ja tu jestem 22 lata Don, obracam sie wsrod Szwedow i mieszkalam ze Szwedem.
                    Czy do obcych moge dzwonic? A gdzie sie do obcych dzwoni? Do znajomych, moze co
                    sie nie ma juz regularnego kontaktu ale kiedys byly, wiem ze moge zadzwonic.
                    Nie robie porownan do zycia w AU. Nie kazdy musi myslec jak Ty, nie kazdy ma
                    Twoje doswiadczenia.
                    Tak, mam znajomych Polakow ktorzy tak dobrze czuja sie na prowincji w malej
                    dziurze upplandskiej ze do Polski wogole nie jezdza i Polakow prawie nie
                    spotykaja.
                    Obluda, falsz...uwazasz ze w Polsce jej nie ma?
                    • ani-ta Re: W suburbiach tez jest podobnie 29.05.05, 21:45
                      ja sie tylko przygladam dyskusji...
                      i tak sobie mysle, ze zeby wsiaknac gdzies trzeba miec oprocz pewnych
                      predyspozycji (naszych i srodowiska)... kupe szczescia do ... ludzi.

                      a oblude i falsz - znajdziemy absolutbnie wszedzie... bo to ludzkie takie cechy:P
                      i akurat PL nie bedzie tu lepszym czy gorszym przykladem:)
                    • don2 Re: W suburbiach tez jest podobnie 29.05.05, 21:50
                      I o to mi chodzilo.O zycie w malej dziurze lub w miescie.I nie kazdy musi
                      myslec jak ja.Tylko co tu myslenie ma do realnych sytuacji? I nie kazdy to fakt
                      ma moje doswiadczenia.Ale i nie kazdy ma Twoje.Innaczej sie w szwecji
                      znalezlismy i ja obecnie tylko miedzy szwedami sie "obracam" I ja tez Polakow
                      nie spotykam ,jak ci twoi znajomi.I nie rozumie ,jak mozna sie czuc az tak
                      dobrze by nie jechac do kraju z ktorego sie przyjechalo,ale kazdy ma swoje
                      powody i to zaden przyklad.I nie usiluje Tobie wmawiac ,ze Szwecja jest
                      specyficznym krajem dla cudzoziemcow,sama wiesz to dobrze.I ciesze sie ,ze
                      czujesz sie szwedka,czyli swoja jak sama napisalas.Co ma w tym byc dobrego nie
                      mam pojecia.I zgadzam sie z Toba ,ze obluda i falsz jest wszedzie ale ten kraj
                      bije na glowe wszystkie inne w dwulicowosci i zaklamaniu.I ty tez to dobrze
                      wiesz.I ja pracowalem w szwecji rownie dlugo jak ty tu jestes i moge tez cos o
                      tym powiedziec.nasze spojrzenia na ten kraj i zycie w nim,zalezy od tego ,ze ty
                      tylko zylas w PL i w szwecji i nie masz porownania do zycia w innych krajach
                      i ludziach.Ja ich klika zaliczylem i wiem co pisze.
                      • don2 Re: W suburbiach tez jest podobnie 29.05.05, 22:02
                        Anito ,to jest normalne ,ze falsz i obluda jest w kazdym kraju.W tym kraju to
                        jest odgornie zalecane.Poprawne politycznie zachowanie.A do tego dochodzi
                        tzw,tutaj w ich jezyku i tradycji:Krolewska szwedzka zawisc.I oczywiscie zycie
                        miedzy ludzmi zalezy od nas samych i innych czynnikow.I na wsi oraz malym
                        miasteczku jest sie bardziej na widelcu i sa mozliwosci jako takiej obiektywnej
                        oceny przez sasiadow.Natomiast w miescie duzym,a jest ich tu raptem 3 :))
                        jako cudzoziemiec jest sie jednym z tych pogardzanych przybyszow i nie ma tu
                        zadnej dyskusji,tak jest.Mozna sobie wmawiac co tylko sie chce.zawsze znajdzie
                        sie powod bys uslyszala jakas uwage w zamaskowanej formie,obrazliwa dla nas.
                        Mozna udawac ,ze deszcz pada i uwazac sie za super szweda i tak maja nas w
                        dupie.
                      • szfedka Re: W suburbiach tez jest podobnie 29.05.05, 22:03
                        Nigdzie nie napisalam ze czuje sie szwedka. I nigdy sie tak nie poczuje. I tak
                        tez Szwedom mowia gdy sie mnie o to pytaja. Zreszta samo pytanie "czujes sie
                        Polka czy Szwedka" uwazam za durne.
                        To nie znaczy ze miedzy Szwedami czuje sie zupelnie obco.
                        Napisalam przecie ze nie sa tak otwarci bo nie sa. Nie sa wylewni jak inni
                        ale...jak sie zaprzyjaznisz ze Szwedem to mozesz na nim polegac.
                        Duzo zawdzieczam Szwedom ktorzy mi pomogli w ciezkich chwilach, bardziej niz
                        Polacy. O ile sie spotkamy kiedys to Ci opowiem, zbyt osobiste aby na forum
                        pisac.
                        Bylam dzis z moja matka u znajomej Szwedki. Byl tez jej ojciec. I wiesz ten
                        starszy facet powiedzial do mojej matki ze jesli by potrzebowala jakiejkolwiek
                        pomocy to ma do niego dzwonic.

                        Do Anity! Nie czytaj mnie wyrywkowo. O falszu i obludzie nie ja pierwsza
                        napisalam.
                        • ani-ta Re: W suburbiach tez jest podobnie 29.05.05, 22:09
                          szwedziu - czytam wszystko:)
                          przepraszam, ale po czasie zrozumialam porownanie z Pl... wot innego rownie
                          dobrego brak.
                        • don2 Re: W suburbiach tez jest podobnie 29.05.05, 22:12
                          Jak bys potrzebowala pomocy to zadzwon,mam nadzieje ,ze nie bedziesz
                          potrzebowala :))))))))))))))))))
                          a taki frazes mowie czesto i ja oraz tez to slysze.i mam nadzieje ,ze nigdy nie
                          bede potrzebowal i ,ze nigdy nikt do mnie nie zadzwoni z prosba o pomoc.
                          ta pomoc ostatnim razem kosztuje mnie 25 000 i musze sie prosic o zwrot:))))))
                          a pomoglem !!! A teraz kto mnie pomoze w skutkach pomocy?
                          • szfedka Don... 29.05.05, 22:15
                            wez se walerianki ;-)

                            to nie frazes, znam go zbyt dobrze (22 lata) i nalezy do tych ktorzy mi
                            pomogli...
                            • don2 Re: Don... 29.05.05, 22:25
                              Szfedka,teoretyczne pytanie: gdybys wiedzac o szwecji tyle co teraz,i majac do
                              wyboru inny kraj,gdzie bys miala zagwarantowane podobne warunki
                              ekonomiczne.wybrala bys inny kraj wyjezdzajac z polski.Pomijajac powody twojego
                              wyjazdu.
                              • jutka1 Re: Don... qrna 29.05.05, 22:33
                                nie scurviac mi watku, Skandynawy przebrzydle!!! ;-)))))))))
                                • don2 Re: Don... qrna 29.05.05, 23:30
                                  ja nie skurviam wateku,ja pisze o zyciu na prowincji lub w miescie ,gdzie
                                  poczte donosza do adresata a nie do ulubionej knajpy.Tutaj nie film amerykanski
                                  a skandynavia i przepisy nie pozwalaja ,zostawiac poczte byle gdzie.:))))))))
                                  • jutka1 Re: Don... qrna 29.05.05, 23:38
                                    poczte tutaj tez do adresata (skrzynka na listy 100 metrow od domu :-)))
                                    w knajpie notatki typu "ty ruda swinio gdzie jestes???" zostawiaja
                              • szfedka Re: Don... 29.05.05, 22:35
                                Tak, wybralabym inny kraj.
                                • szfedka Re: Don... 29.05.05, 22:41
                                  szfedka napisała:

                                  > Tak, wybralabym inny kraj.
                                  >

                                  Z krotsza zima.
                          • szfedka pomoc 29.05.05, 22:19
                            don2 napisał:

                            > Jak bys potrzebowala pomocy to zadzwon,mam nadzieje ,ze nie bedziesz
                            > potrzebowala :))))))))))))))))))
                            > a taki frazes mowie czesto i ja oraz tez to slysze.i mam nadzieje ,ze nigdy
                            nie
                            >
                            > bede potrzebowal i ,ze nigdy nikt do mnie nie zadzwoni z prosba o pomoc.
                            > ta pomoc ostatnim razem kosztuje mnie 25 000 i musze sie prosic o zwrot:))))))
                            > a pomoglem !!! A teraz kto mnie pomoze w skutkach pomocy?

                            Mam nadzieje ze to nie byla ta pomoc o ktora ja Cie prosilam dla WR?
                            Widzisz, tam pomogles bez marudzenia :)
                          • ani-ta don dla jasnosci.... 29.05.05, 23:08
                            te 25000 to czego bylo?:)
                            bo jak korony szwedzkie to pol biedy.... gorzej jak euro:)

                            ale i tak - dobry uczynek zostanie ci policzony i wynagrodzony... za czas
                            jakis... dalszy:)
                            • don2 Re: don dla jasnosci.... 29.05.05, 23:30
                              koron i to nie pol biedy a cale k...stwo.
    • luiza-w-ogrodzie Prawdziwa prowincja 30.05.05, 00:17
      To co napisalam wczesniej odnosi sie do suburbiow w wielkim miescie. Na
      prawdziwej prowincji podobno ciagle sie izoluje przybyszow, niezaleznie od tego
      czy sa cudzoziemcami czy nie. Znajoma Australijka, ktora rzucila wielkie miasto
      dla malego miasteczka, zeby poczuc sie blizej natury mowila mi" "Jak zaczelam
      mowic entuzjastycznie o "naszym" miescie, to pewna starsza pani zmierzyla mnie
      spojrzeniem i powiedziala "Twoje to ono bedzie jak bedziesz miala przodkow na
      tutejszym cmentarzu"".

      Im bardziej w glab Australii sie jedzie tym mniejszy jest procent obcokrajowcow
      i ludzi, ktorzy przeniesli sie z wiekszych miast. Male spolecznosci, jednoczace
      sie w walce o przetrwanie w ciezkim pustynnym albo tropikalnym klimacie,
      niechetnie wpuszczaja "greenhornow".

      Pozdrawiam
      Luiza-w-Ogrodzie

      ><((((º>`·.¸¸.·´¯`·.¸¸><((((º>
      .·´¯`·.. ><((((º>`·.¸¸.·´¯`·.¸¸><((((º>
      • kan_z_oz Re: Prawdziwa prowincja 30.05.05, 04:31
        Potwierdzam co mowi Luiza; spedzilismy prawie 5 lat na prowincji NSW w
        miejscowosci o nazwie Jindabyne; prosze poszukac Gore Kosciuszki na mapie; u
        podnoza. Miescowosc jest zamieszkiwana przez miejscowych i naplywowych;
        Miejscowi - 100-150 lat zyja na farmach i nie rozmawiaja z naplywowymi. Nawet
        gdyby czlowiek chcial pogadac to zapewniam was byloby trudno; zainteresowania
        bydlo, rodeo, football i lokalny pub; Jezyk tak rozny od potocznego
        australijskiego-miastowego, ze zajelo mi ponad rok by cokolwiek zrozumiec.
        Bardzo maly i zamkniety krag ludzi - nie okreslilabym ich jednak jako wrogich.
        Naplywowi-miejscowi; 10lat i wiecej. Wiecej mielismy z nimi kontaktu glownie z
        powodu zainteresowan. Byli wiec ci zyczliwi, ktorzy bardzo nam pomogli i ci,
        ktorzy nas zdecydowanie nie lubili. W malych miejscowosciach - na prowincji
        jest znacznie trudniej tym, ktorzy maja 'tall poppy syndrome', czyli 'wystaja'
        z jakiego powodu. Z tego wzgledu zdecydowanie bardziej lubie duze miasta, gdyz
        latwiej 'wystawac' i nie dostawac po glowie przy tak wielu okazjach jak w
        mniejszej miescowosci.
        Najwieksza prowincja na jakiej mieszkalam i czulam sie nieswojo; byla w Polsce.
        W sumie jest to bardzo rozne doswiadczenie do tego z miasta.
        Nie dziwie sie wiec temu co mowi Don; majac dwa biznesy i bedzac naplywowym;
        przystwarza to tyle samo przyjaciol co wrogow, mam na mysli sam
        fakt 'posiadania'. Wymagane jest w takiej sytuacji duzo wiecej cierpliwosci i
        wyrozumialosci. Duzo wiecej niz w duzym miejcie; tam ginie sie w 'tlumie'.
        Kan
        • lucja7 Metropolia a prowincja 30.05.05, 12:57
          Zylam w kilku krajach i zawsze mieszkalam w metropolii, w wielkim miescie.
          Jestem dzieckiem duzego miasta i potrzebuje go do zycia.
          Uwazam ze zycie w wielkim miescie pozwala znalezc przez kolege dobrego
          hydraulika ktory nie oszukuje (podany tu przyklad zalet zycia prowincji) i jesc
          obiad z tymi samymi ludzmi z wielkomiejskigo village z jednej strony i miec
          codzienny kontakt z ludzmi operujacymi w skali zycia np zawodowego, z drugiej
          strony. W wielkim miescie moge byc anonimowa i moge byc podgladana.
          No i prowincja z zalozenia jes podporzadkowana metropolii, chociazby
          etymologicznie rzecz biorac.
          Prowincja to zadupie. Ze swoimi skrystalizowanymi hierarchiami, miejscowymi
          notablami, powtarzajacym sie do smierci rytmem "ewenementow".

          Wiec ja odpowiadam na mecz metropolia/prowincja, a nie np miasto czy wies.
          Zreszta wsi tez nie lubie, a raczej nie znam.
          Komary tez mnie nie lubia.
          • jutka1 Re: Metropolia a prowincja 30.05.05, 13:22
            Prowincja, na ktorej jestem teraz jest dosc dynamiczna, nie wyglada tak, jak
            opisujesz: "Ze swoimi skrystalizowanymi hierarchiami, miejscowymi
            > notablami, powtarzajacym sie do smierci rytmem "ewenementow"."

            Jak juz pisalam gdzies wyzej, ja jestem rozdarta. Z jednej strony od skonczenia
            liceum mieszkalam zawsze w duzych miastach, i bardzo te wielkomiejskosc lubie.
            Z drugiej strony cenie sobie komfort psychiczny bycia tu, gdzie jestem, spokoj,
            wolniejsze tempo, czyste powietrze.

            "Moja" wies tez nie jest typowa wsia z rolnikami etc. Owszem, sa jeszcze
            rolnicy, ale coraz ich mniej. Coraz wiecej natomiast tzw. miastowych, ktorzy
            kupili tu domy lub sie pobudowali, a kawalki pola za domem przerobili - jak ja
            - na ogrody.

            Zdaje sobie tez sprawe, ze we wsi jestem i pozostane "obca". W miescie
            rodzinnym - nie.

            Poza tym sadze, ze prowincja w sensie pejoratywnym to "state of mind", a nie
            geograficzne polozenie :-))))
          • don2 Re: Metropolia a prowincja 30.05.05, 19:08
            imponujace.miasto nie wystarczy,musi byc metropolia !No coz kazdy ma swoja
            miare.nie wies a prowincja,niech bedzie.Co prawda wies np
            toskanska,bretonska,galicyjska,polska i niemiecka ,moga byc bardzo urokliwe.A
            komary,to nie moskity a i malarii tez nie roznosza.
          • xurek prawdziwe zadupie :)). 31.05.05, 14:35
            W piatek po pracy maz zapowiedzial, ze jestesmy zaproszeni na grila do kucharza
            z jego szkoly, ktory mieszka “troszke powyzej Oberägeri”. To juz powinno bylo
            nas ostrzec, ale co tam, opis wygladal na normalny, wiec ok. siodmej wieczorem
            udalismy sie na to party.
            Po ok. godzinnej jezdzie coraz bardziej w gore coraz wezsza droga coraz mocniej
            trzymajac sie kierownicy (maz ma lek wysokosci, ha ha) dojechalismy do “mostka
            w przebudowie”, gdzie pozostalosc drogi byla dokladnie tak szeroka jak nasze
            auto a po obu stronach dosc glebokie dziury. Mozliwosci zawrocenia samochodu
            zadnej. Maz omal sie nie rozplakal, zadzwonilismy do tego typa, maz wrzeszczal
            w telefon ze nikt mu nie powiedzial ze to bedzie gorzej niz na drogach Atlasu w
            Maroku a facet ze spokojnie, mamy juz tylko dwa zakrety i jestesmy na miejscu.
            Maz kwadrans przymierzal sie do tego mostka, w koncu postawil auto tak, ze na
            pewno przejedzie przez ten mostek i przejechal po nim…. zamykajac oczy. A potem
            sie okazalo, ze te pozostale dwa zakrety to caly czas “po zewnetrznej nad
            przepascia”, wiec jechal pocac sie w tepie wolniejszym od objuczonego osla a
            tamten facet zadzwonil chyba ze cztery razy pytajac, gdzie my jestesmy i czy
            aby mowimy o tej samej gorce.

            W koncu dojechalismy, byl szeroki parking, wiec odetchnelismy gleboko, tym
            bardziej, ze z powrotem bedzie “po wewnetrznej i po ciemku”. Wyciagnelismy
            torbe z prowiantem i spiaca Pirahne z auta, maz powiedzial do kucharza, ze
            Piranhii nie trzeba budzic, on ja wniesie. Tamten zrobil troche glupia mine,
            zapytal czy maz jest pewny, ze wniesie i wskazal reka na…. Co najmniej dwiescie
            stromych schodow do nieba, ktore byly jedyna droga do tego domu. Pirahna
            zostala natychmiast obudzona i postawiona na nogi, torba z prowiantem oddana
            kucharzowi do tachania, skoro tak glupio mieszka a ja zadyszalam sie tak, ze
            przez dziesiec minut nie moglam nikomu powiedziec dzien dobry.

            Dom na stromym stoku, zadnego plaskiego kawalka, taras bez barierki, pod nim z
            dobre piec metrow w dol kamienie, dzieci biegajace, popychajace sie i my
            przezywajacy jeden zawal serca na minute, bo Pirahnii te przepychanki nad
            przepascia bardzo sie spodobaly. Jak go spuscilismy z oczu na piec minut (bylo
            juz przyciemnawo) to nam zniknal z reszta dzieci. Ich mieszkajacy w tym domu
            rodzice ze nie trzeba sie przejmowac, tutaj jest bezpiecznie (????) a my jak
            glupi na dol szukac, czy gdzies nie lezy. Potem wrzeszczelismy na caly glos,
            moze sie odezwie, ale niestety nie. Wiec „miejscowy tatus“ i maz w te ciemne
            gorki szukac dzieci. Znalezli, byly w lesie „na wycieczce“, Pirahna wyla, ze
            nie chce z nami na te party bo wlasnie od Hansi dostala lasso na lapanie krow i
            teraz ich szukaja po lesie z latarka...

            Po trzech godzinach tortury i jednej dodatkowej jazdy w dol klnac, ze juz nigdy
            tych ludzi nie odwiedzimy i ze jak mozna bez ostrzezenia itd itp i sluchajac
            wycia Pirahnii, ze w ogole nie jestesmy cool wrocilismy na plaskie i padlismy.

            Dodac nalezy, ze kucharz z zona zamieszkuja te gorska pustelnie z 8-miesieczna
            coreczka, kazde wyjscie z domu to tachanie wozka i malej po tych schodach do
            nieba, kazde zakupy, wynoszenie smieci, wyjscie do knajpy, do pracy to schody w
            dol i w gore.

            Kucharz powiedzial „ten widok wynagradza nam wszystko“ (fakt, ze niesamowity,
            na gory, jeziora, lasy itp) a zona, ze stara sie wychodzic jak najrzadziej.....

            W zyciu nie chcialabym mieszkac w takim miejscu.

            PS: Jutka, zapodaj temat nastepnej czesci, bo ta sie juz chyba wyczerpala :).

            Xurek
    • jutka1 Czesc 2 -- Blaski i cienie dlugoletnich zwiazkow 09.06.05, 08:01
      Zanim wylicze pierwsze blaski i cienie, slow kilka w temacie definicji.
      Dlugoletni zwiazek, o jakim bedzie mowa, to taki, gdzie sie mieszkalo
      razem, zadne tam dlugoletnie spotykanie sie na miescie czy dochodzenie.

      Ile lat stanowi o dlugoletnosci? Dla kazdego co innego, ale umowmy sie, ze
      dluzej niz 5 lat, ok?

      Za chwile zapodam moje propozycje listy blaskow i cieni, ale za zadne skarby
      nie bedzie ona wyczerpujaca
      • jutka1 Wieloletnie zwiazki -- blaski 09.06.05, 08:52
        W pierwszych slowach mego listu ;-) przepraszam, za uzycie blednego slowa.
        Wieloletnie, nie dlugoletnie mialo byc.

        Jakie blaski?
        - jest sie z kims, kogo sie bardzo dobrze zna (to moze tez byc minus, ale
        na razie po stronie plusow wpisze). Rozne reakcje i zachowania mozna przewidziec z duza dokladnoscia, mniejsze jest prawdopodobienstwo zranienia,
        bo slabe punkty sie zna (no, chyba, ze chce sie zranic);
        - mozna na drugiego liczyc, a przynajmniej tak sie nam wydaje, co samo w sobie
        jest fajnym uczuciem;
        - ma sie wiele lat wspolnych wspomnien, punkty odniesienia niezrozumiale dla
        "reszty swiata", kody, slowa, gesty..
        - ma sie ustalony wszechswiat ludzi i rzeczy, wiadomo kto z kim, jak i dlaczego
        - ma sie rutyny, ktore pomagaja funkcjonowac w jednej przestrzeni, bez
        wchodzenia sobie w droge i irytowania (nie ma jak poczatki mieszkania razem,
        szczegolnie jesli sie zamieszka razem w wieku ilustam lat... ;-)
        - i ogolnie, wespol w zespol, jest fajowo...

        To po stronie plusow. O minusach troche pozniej.

        Jestem pewna, ze wiele plusow przeoczylam, dodawajcie wiec :-)
        • don2 Re: Wieloletnie zwiazki -- blaski 09.06.05, 18:24
          Plusem jest ,ze bedac singel nie trzeba patrzec w TV na to co chce partnerka
          tak jak np teraz na Puls-Niewolnica Isaura.To juz wole patrzec na mango jak
          pokazuja kosmo disc.
        • xurek Re: Wieloletnie zwiazki -- blaski 10.06.05, 09:24
          Jezeli istnieja w zwiazku dzieci to wieloletnia obecnosc partnera ma pod tym
          wzgledem same plusy. W dwojke wychowuje sie znacznie latwiej pod kazdym
          wzgledem.

          Dla mnie wielkim plusem jest dzielenie wspolnego domu z dobrze znana osoba. Ja
          z trudnoscia znosze „fizyczna samotnosc“, nawet jezeli robie cos sama to
          swiadomosc, ze ktos jest obok badz ze za okreslony czas wroci stwarza dla mnie
          zupelnie inna atmosfere, niz samotne mieszkanie.

          Im dluzej obcuje z ta sama osoba tym latwiej mi jest zachowywac sie tak, jak
          wtedy, gdy jestem sama. Ja mam niesamowity „drang“ do kontrolowania siebie:
          zachowan, emocji itd., co przy dlugim przebywaniu „w obcym terenie“ staje sie
          uciazliwe, bo sama sobie nie pozwalam na „oddech“. Po „przyzwyczajeniu“ sie do
          partnera latwiej mi zrezygnowac z tej permanentnej samokontroli i np. poryczec
          sie przy jakims „wyciskaczu lez“ w kinie miast koncentrowac uwage
          na „zachowaniu kamiennej twarzy“.

          Spanie. Pod tym wzgledem mam swira. Z jednej strony zupelnie nie trawie „ciala
          obcego w tym samym lozku“ i nie potrafie zasnac, z drugiej bardzo nie lubie
          pustego lozka. Z „cialem znanym jak wlasne“ obok sypiam optymalnie.

          Poczucie bycia rodzina. Nie wiem, czy to moje przyzwyczajenie z dziecinstwa czy
          moj charakter ale wazne dla mnie jest poczucie bycia “integralna czescia
          grupy”, to wrazenie, ze jest ktos, kto w duzej mierze kieruje sie tymi samymi
          interesami i z ktorym ma sie wspolne cele i (prawie) wszystko dzieli.

          Xurek
          • lucja7 Re: Wieloletnie zwiazki -- blaski 10.06.05, 12:15
            Nie zgadzam sie z opinia ze zwiazek zerwany mozna uznac za udany. Gdy ten
            zwiazek zaczynamy dajemy mu jakis limit czasowy? Nie. Oprocz Ptaka, ale on nie
            zyje w zwiazku, wiec sie nie liczy w tym watku.
            W dlugim zwiazku wszystko sie zmienia z czasem. A zeby moc nazwac go udanym
            wymaga to duzo pracy, uwagi i wrazliwosci. Nie jest to latwe, nie przychodzi
            samo, ale dla mnie jest to chyba najpiekniejsza lekcja zycia.
            Sadze ze czesto latwiej sie rozstac niz pracowac nad soba i mysle ze nie jest
            to moja droga. Lubie moj dlugi zwiazek i lubie jego ciagla ewolucje ktora lubie
            obserwowac. Dla mnie sa to blaski.

            • jutka1 Re: Wieloletnie zwiazki -- blaski 10.06.05, 13:52
              lucja7 napisała:

              Sadze ze czesto latwiej sie rozstac niz pracowac nad soba i mysle ze nie jest
              to moja droga. Lubie moj dlugi zwiazek i lubie jego ciagla ewolucje ktora lubie
              obserwowac. Dla mnie sa to blaski.
              ***********
              Merci, Eloise...
              :-))))
              • don2 Re: Wieloletnie zwiazki -- blaski 10.06.05, 13:58
                ha ha ha ha ha ha ,oplulem klawiature. PS Eloise wspaniale pasuje do sygnaturki
                Potwornie wytwornie :))))
                • lucja7 Re: Wieloletnie zwiazki -- blaski 10.06.05, 14:04
                  Widze ze nie znasz historii.
                  A ta nowojorska szafe znam z widzenia.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka