xurek
29.09.03, 14:37
Wiec bylismy na party urodzinowym u mojej przyjaciolki. Ona teraz ma nowego
przyjaciela, ktory mieszka na koncu swiata w glebokim lesie na przeciwko
elektrowni w ostatnim domku przed polem ogrodzonym siatka na ktorym nie
wiadomo co jest i tam bylo owo party.
W pewnym momencie znkiknely prawie wszystkie dzieci a Piranha przyszla sie
poskarzyc, ze nie ma. Usilowalam zapytac solenizantke, gdzie sa, ale ona tez
zniknela – jej nowy przyjaciel (ojciec dwojga zniknietych dziewczynek)
wytlumaczyl, ze poszla z dziecmi ogladac owce. Zapytalam gdzie te owce, on ze
z domu w lewo, tam na to ogrodzone pole i one tam sa.
Ostatnie samotne dzieci, Piranha i Jurek (jego tata Szwajcar i mama Dunka
doszli do wniosku, ze bardzo ladne imie) plus samotny Saksofonista –
Amerykanin przypisany do mnie i meza bo nikt inny po angielsku i panna-
ksiegowa-co-chce-zostac-slawna-piosenkarka poszlismy razem z dwoma rowerkami
w lewo. Jest pole, jest furtka, ale nie ma ani dzieci, ani owiec, za to
furtka da sie otworzyc. My na pole, pchamy rowery, owiec niet, ale nie widac,
co jest za winklem, wiec moze tam sa. Za winklem nie ma, ale jest dlugi pas
ogrodzonego pola i nastepny winkiel, wiec moze tam sa. Idziemy, dochodzimy za
winkiel i teraz zaczyna sie prawdziwy horror o szybkiej akcji mrozacej krew w
zylach (opisuje w zwolnionym tempie):
Widzimy owce i widzimy, ze tylko my i owce jestesmy wewnatrz pola, pozostale
znalezione dzieci i solenizantka sa po drugiej stronie plota na koncu pola
(szybko przebiega mi przez mysl, ze powinismy byli pojsc w prawo i nie wlazic
za furtke). Jedna owca, bardzo duuuuza, natychmiast odlacza sie od stata i
idzie szybkim, zdecydowanym krokiem w naszym kierunku (dziwie sie, skad taka
odwazna owca). Panna-ksiegowa-co-chce-spiewac orientuje sie jako pierwsza i
krzyczy “pozostac na miejscach, nie ruszac sie, to jest BARAN!!!”. Baran
zrozumial chyba jako pierwszy, bo stanal. Patrze nizej i rzeczywiscie, jaja
jak wymiona – BARAN! Ale nie ma rogow, wiec mylse, ze nie taki grozny,
chowam Piranhe za siebie a siebie za rowerek Piranhi. Tatus Jurka chowa Jurka
za siebie a siebie za wysoko w rece podniesiony rowerek, Saksofonista nic nie
zrozumial i posuwa sie dalej do przodu. Baran natychmiast udaje sie, tym
razem szybciej, w jego kierunku. Saksofonista, stwor chyba asocjalny, szybko
ucieka i przeskakuje przez plot, idzie mu latwo, bo ma ze 2 metry wzrostu i w
ogole robi wysportowane wrazenie i nic nie pil i nie palil. Mnie krzyk wyrywa
sie z pluc, co zwraca uwage Barana na mnie, Jurek placze, Piranha trzyma sie
moich nogawek. I tutaj zaczyna sie czesc bohaterska. Panna ksiegowa-od-
spiewania zdecydowanym krokiem staje miedzy mna i baranem, posuwa sie w jego
kierunku jakostak do przodu wymachujac rekami. Baran nabiera rozpedu i uderza
ja glowa (bez rogow niech bogu beda dzieki) w brzuch, dziewczyna sie zwija,
zaraz wstaje i ciagnie potwora za uszy (jakos tak w bok i do tylu) krzyczac,
ze saksofonista ma nam wszystkim pomoc przez plot. Saksofonista przytomnieje,
najpierw dzieci, potem rowery, potem my. Panna-ksiegowo-spiewajaca ciagnie
barana za uszy do plotu, potem puszcza i przeskakuje przez plot. Otrzepujac
spodnie i wciaz nieco sie zwijajac mowi, ze wychowala sie w gospodarstwie
rolnym….
Stoimy po drugiej stronie plota ze znalezionymi dziecmi i karmimy owce. Nagle
w miejscu, skad tak szczesliwie ucieklismy pojawia sie….. moj maz. Ryczymy
wszyscy na raz “uciekaj, nie zblizaj sie, baran”, najglosniej krzyczy
Piranha “daddy, run away, BARAK, BARAAAKKKK!!!”. Maz patrzy oglupialy, przez
co nie zauwaza barana, ktory bierze rozbieg. Zauwaza go sekundy przed
zderzeniem, robi w tyl zwrot, biegnie do plotu i przeskakuje go z latwoscia o
ktora nikogo nie posadzalam smiejac sie glosno. Potem pyta, dlaczego go tak
wystraszylismy – nie baran, tylko MY!. Dodaje, ze wychowal sie wsrod
mieszaniny baranow i kozlow i gdyby nie nasza panika, to spokojnie wyszedlby
furtka. Jestesmy oburzeni ta niewdziecznoscia w obliczu uratowanego zycia. A
on zamiast przeprosic wskakuje Z POWROTEM, podchodzi z wiazka trawy caly czas
cos mamroczac do potwora, glaszcze go po lbie, prowadzi to furtki i
wychodzi…..
Wracamy na party z odnalezionymi dziecmi, Piranha zadowolona idzie sie bawic,
ja nalewam sobie wina, zapalam papierosa i patrze na meza jak na fakira badz
zaklinacza wezy badz inna mistyczna postac z telewizji. A potem patrze na
panne-ksiegowa-co-chce-spiewac, taka malenka i filigranowa i mylse sobie ze
to prawdziwa bohaterka albo inna Matka Teresa. Czuje gleboka wdziecznosc,
jeszcze glebszy podziw i odrobine zazdrosci, ze nie wychowalam sie wsrod
baranow……
Pewnie nikt mi nie uwierzy, ale jest to historia naprawde prawdziwa z
ostatniej soboty.
A baran wg. panny-ksiegowo-spiewajacej nie mial rogow, bo rogi sie “wypala”
jagnietom – male rozki (przy znieczuleniu) zostaja potraktowane czyms na
ksztalt lutownicy i juz wiecej nie rosna. To tak na wypadek, gdyby ktos byl
rownie dociekliwy jak ja :).
Xurek wciaz pod wrazeniem bohaterstwa szarych ludzi :).