chris-joe
30.10.03, 23:13
Post o starej Warszawie przywiodl mnie do mojego dzisiejszego miasta,
Montrealu, gdzie mieszkam -jak wiecie- od lat dwoch, udawszy sie tu na
dobrowolne wygnanie po 15 latach spedzonych w Vancouver.
Koty za ploty: nie znosze tego miasta!
To znaczy, ciesze sie, ze tu sie przenioslem, bo strrrrasznie potrzebowalem
zmiany. Do Vancouver z pewnoscia nie powroce, co potwierdzila moja tam
wizyta wiosna. Vancouver zjadlem juz caly, przelknalem i przetrawilem, nie
ma w nim juz dla mnie zadnych wartosci odzywczych.
Ale: Vancouver jest mlody i nowoczesny, jest nieslychanie uprzejmy,
czysciutki i wypieszczony. Gdy postawisz stope na jezdni, ruch zamiera i
wszyscy kierowcy rozplywajac sie w usmiechach czekaja az przejdziesz przez
ulice, mimo ze masz czerwone swiatlo i nie jestes nawet na przejscu dla
pieszych.
Gdy myszka zrani nozke na chodniku, cale miasto wpada w poploch, natychmiast
dzwoni po SPCA, ktore z kolei natychmiast wysyla samochod, by ratowac nozke
szarej myszce.
Jesli rzucisz w Vancouver papierek po cukierku na ulice, nikt cie nie
zbeszta, ale spojrza na ciebie takim wzrokiem, ze natychmiast padniesz na
kolana, podniesiesz papierek i wszystkie inne smieci w okolicy i ze wstydu
nie zmruzysz oka przez przepisowe trzy noce.
Vancouverianie lubia swe miasto, ale z pewna niesmialoscia i zaklopotaniem- w
modzie jest na nie ponarzekac zachwalajac inne metropolie.
Montreal jest makabrycznie brudny. Gdy mamusia podaje dziecku cukierka,
papierek rzuca nonszalancko pod nogi, przekonujac dziecko od kolebki, ze taki
jest naturalny lad swiata. Sklepikarze wymiataja brudy na chodnik.
Gdy usilujesz przejsc przez jezdnie na zielonym swietle dla pieszych musisz
walczyc o pierwszenstwo z samochodami. Tutaj nie obowiazuja zadne prawa,
kazdy olewa kazdego, staje mu na odcisku, szczy pod nogi, smieci wrzuca przez
okno, a jak sie sprzeciwisz, to wyleje ci na leb kubel przeklenstw.
Miasto sie sypie. Okres swietnosci przezywalo w latach 40,50,60 i to widac.
Nowego jak na lekarstwo. Stare od dawna juz nie dziala i wymaga naprawy.
Naprawa trwa tak dlugo i jest takiej jakosci jak za dobrych czasow w PRLu.
Stadion olimpijski z igrzysk 76 roku nigdy nie zostal ukonczony! Lata sie go
do dzis, cos tam wiecznie sie psuje, obsuwa, spada i murszeje. Mimo, ze
koczuja tam permanentnie od lat 70 coraz nowe pokolenia ekip budowlano-
naprawczo-remontowych. Rok jest 2003.
Montrealczycy lubia swe miasto. Co ja plote?! Oni je adoruja! Tu jest
centrum wszechswiata, tutaj prowadza wszystkie drogi, tutaj lsni gwiazda
polarna i sra sie zlotem. Montralczyk nie zaakceptuje najdelikatniejszej
krytyki swego gniazda, zruga cie i wysmieje, gdy sie na nia odwazysz.
Jak ten taksowkarz, co wyl z wscieklosci na wspolkierowcow za
nieprzestrzeganie przepisow rownoczesnie lamiac kazde mozliwe prawo ruchu i
uprzejmosci, po czym zapytal mnie, jak mi sie tu podoba- odparlem, ze milo,
ze lubie, ze ladnie itd. (moj nos siegal juz przedniej szyby...), tylko
troche tu brudno, wie pan, troche zaniedbane... On az zatrzymal
samochod!: "Prosze pana! Ja zjechalem caly swiat, i Londyn, i Paryz, i Nowy
Jork, i nigdzie, prosze pana, NIGDZIE nie jest tak ladnie jak u nas!!!
Montreal jest naj-piek-niej-szym miastem SWIATA, prosze pana!!!" (koniec
cytatu).
Po czym zapuscil motor i uprzejmie zawiozl mnie do celu zabawiajac,
uprzejmie, rozmowa o pogodzie. Ja potakiwalem tylko i kiwalem gorliwie glowa.
Ach! W Vancouver zalatwianie formalnosci w biurach roznej masci jest
niemalze rozrywka. Tutaj jest jak w Meksyku cum PRLu. Z okienka do
okienka, "nie mozna, prosze pana", "Niech pan przyjdzie jutro", "Nie, to nie
ten adres", "ta pani juz poszla do domu, jest na chorobowym, umarla, wlasnie
sie rodzi prosze pana, prosze nie zawracac glowy noworodkowi, serca pan nie
ma!", "Tylko we czwartki", "Co z tego, ze jest czwartek, przeciez mowilam
panu dwa lata temu, ze tylko we czwartki kwadrans po drugiej!".
Dzis na ulicy, przed restauracja, znalazlem rannego golebia. Czolgal sie po
chodniku podpierajac jednym skrzydlem, przewracal, tarzal sie w bezradnosci.
Przygladali sie temu coraz to nowi przechodnie i odchodzili. Jakis pan
sprobowal go podniesc. Wlasciciel restauracji skrzyczal nieszczesnika, ze
chorobska bedzie roznosil i noga przesunal ptaka na bok. Spytalem, czy
dzwonil juz ktos po SPCA... Restaurator rzucil sie tym razem na mnie: a po
co? w miescie jest tysiace golebi! Gapie usuneli sie w poplochu. Wtedy ja
wybuchlem. Rugalem go dobrych pare minut, a wlasciwie Montreal. Obok byl
sklep dla zwierzat, dali mi numer do SPCA, zadzwonilem z komorki przed twarza
restauratora, podalem adres restauracji, facet nagle stal sie pomocny, "tak,
Rue Mont Royal, miedzy Mentana i St.Andre."
Toz samo sie dzieje z Brazylijczykiem. Czasem idziemy na piwo, a wlasciwie
by dac upust antymontralskim frustracjom.
Nie brzmi to zdrowo, wiem.
Ale ja sie nie dam wykurzyc. Po moim trupie!
Uff, juz mi lepiej... o czym to bylo?
A jak Wy? Uwielbiacie swe miasta? Nie znosicie? Ujdzie w tloku?