Niestety, rankiem nie jestem śliczna, liryczna, ni apetyczna. I tak, jak do
Gurui - lepiej się wtedy do mnie nie odzywać. Tak mniej więcej do 10.00,
potem już można. Od dziecka tak mam i mimo licznych prób przestawienia się z
trybu sowiego na skowronkowatość, problem istnieje i pewnie umrze razem ze
mną. Jakim cudem udało mi się skończyć jakieś dzienne szkoły, wychować
dziecko i nie wylecieć z żadnej pracy, naprawdę nie wiem. Ale ile mnie to
zdrowia kosztuje, to żadne słowo tego nie wypowie. Parę razy w życiu udało mi
się wyskoczyć z łóżka lekka, radosna, jak ptaszę i od razu gotowa do
działania, ale to wyjątki potwierdzające regułę, że normalna sowa wita świt z
zamkniętymi oczami. Ewentualnie - z przyjemnością ogląda go od drugiej
strony, czyli przed zaśnięciem. Co to ja chciałam... Aha, a jak u Was z
poranną aktywnością? Wiem, wiem, wstajecie, bo praca, obowiązki itp., ale czy
z wiecznym uczuciem przymusu i poczuciem gwałtu na swoim organizmie, jak ja,
czy może na odwrót - bladym świtem oczy same Wam się otwierają i wyrzuca Was
z pościeli, z werwą oraz radosnym okrzykiem na ustach: "witaj dniu!"? Tak
pytam, z ciekawości. Zawsze to milej wiedzieć, że komuś też nie jest obcy
upiorny brak radości o poranku. Właśnie kończę drugą kawę i powoli zaczynam
dostrzegać otoczenie... Pozdrawiam wszystkich sowopodobnych