meduza7
02.06.07, 23:04
Linoskoczek
Nowy pojawił się znienacka którejś nocy, nie wiadomo skąd. Sam tego nigdy nie
powiedział, a oni nie pytali. Zresztą w ogóle mówił niewiele i kiedy stary
Łuka wychodząc rano za potrzebą prawie potknął się o niego, śpiącego przy
wygasłym ognisku, obojętnie zniósł potok klątw, jakie to zdarzenie wyrwało z
ust starego. Po prostu otrząsnął się i wstał, a gdy z wozu wychynął
zaintrygowany wrzaskami kudłaty łeb Rina, lekko zacinając się powiedział, że
chciałby do nich dołączyć. I tyle. Żadnych opowieści, kim jest i jak znalazł
się na ich drodze w tej zapadłej głuszy. Usiadł i w milczeniu czekał na
odpowiedź.
Łuka, wciąż wściekle mamrocząc, załomotał tymczasem w ścianę wozu. Renę w
ogóle trudno było dobudzić, a gdy nie występowali, miała zwyczaj spać do
południa. Na wrzaski zasadniczo nie reagowała. Teraz jednakże we wnętrzu budy
dał się słyszeć jakiś ruch i po chwili czarna, rozczochrana głowa Reny,
bliźniaczki Rina, pojawiła się na zewnątrz.
- Jeść byś zrobiła - zaburczał stary. - Ogień wygasł. Przyszedł jakiś.
Rzucił jej wściekłe spojrzenie, jakby jej winą było zarówno wygaśnięcie
ognia, jak i pojawienie się obcego. Dziewczyna obrzuciła nowoprzybyłego
uważnym spojrzeniem. Szczupły i drobny, w wytartym, czarnym kubraku, nieco
połatanych nogawicach i zniszczonych butach. Jasne włosy opadały w
nieporządnych kosmykach na oczy. Przy pasie nóż w solidnej skórzanej pochwie.
Rękojeść z ciemnego drewna o czerwonawym połysku. Drogi nóż. Na drogich
rzeczach Rena znała się dość dobrze, choć rzadko miała okazję oglądać je z
bliska.
- Czego chce? - rzuciła pytanie nie wiadomo komu, ni to ojcu, ni nowemu.
Stary wzruszył ramionami. Obcy nie odezwał się. Siedział, pozornie obojętny i
rozluźniony, w istocie jednak wyczuwało się w nim jakieś napięcie - jak u
czającego się kota. I, podobnie jak kot, obrzucał od czasu do czasu
wszystkich krótkim, skupionym błyskiem spod półprzymkniętych powiek.
Rena zniknęła ponownie we wnętrzu wozu i po kilku chwilach pojawiła się
ponownie, ubrana dość porządnie jak na nią i nawet jakby nieco przyczesana.
Prawdę mówiąc, niewiele dawało się zrobić z jej czarnymi, gęstymi, kręconymi
włosami. Najwyżej, jak teraz, związać je kawałkiem wstążki, która kiedyś,
zanim przeszła przez ręce tuzina domokrążców, prawdopodobnie była czerwona.
Tymczasem Rino już wracał znad rzeki z wiadrem wody. Dwa chude konie
spokojnie szczypały trawę na uboczu. Było prawie jak co dzień, niemal
zwyczajnie. Obcy ruszył się i pomógł rozdmuchać ogień spod popiołu Zachowywał
się, jakby już był jednym z nich, jakby znali się i wędrowali razem wiele lat.
Odezwał się jednak dopiero po śniadaniu. Owszem, przyjął pajdę chleba ze
smalcem od wciąż patrzącego nań podejrzliwie Łuki, podziękował nawet
grzecznie, lecz na tym poprzestał, do chwili, gdy zniecierpliwiony stary
zdecydował nie czekać, aż nieznajomy raczy wreszcie sam z siebie udzielić
jakichś wyjaśnień.
- No dobra - burknął, spoglądając wokół spode łba. - Zjadł, wypił, to niech
teraz mówi. Kto on jest i czego chce. My tu jezdeśmy porządne ludzie, nikomu
się nie naprzykrzamy i żadnych kłopotów też nie chcemy. Bo to nie wiadomo,
kto się tera włóczy. No, niech gada! - ponaglił obcego.
Nowy potrząsnął jasną głową, jakby się nad czymś zastanawiał. Jest akrobatą,
żonglerem i linoskoczkiem, wyjaśnił. Wędruje po wsiach i występuje. Sam.
Usłyszał o nich tydzień temu, w osadzie bednarzy i od tej pory rozpytywał,
chcąc do nich dołączyć. Samemu ciężko.