Zainspirowaliście mnie

Niestety, krócej się tego opowiedzieć nie
dało.
Na swej kanapie goniąc spojrzeniem
Smutna usiadła Alicja
Pierś rozedmała ciężkim westchnieniem,
A nad nią sterczy policja.
„Edka szpikulcem zaciukał zbrodzień,
Więc niech nam pani odpowie,
Azali były w pani ogrodzie
Osoby mrowie a mrowie?”
„Był tu – Alicja na to życzliwie,
Świecący sprzęt oblewany,
Tabuny gości, bardzo ruchliwe
I Edek w trupa pijany.”
Gliniarz, lingwistów wszelkich ozdoba,
Rzecze, iż wieść by się zdała,
Azali jego jaka osoba
Zanadto nie miłowała?
Tak się zaczęły zbrodnie szalone
W domostwie pod Kopenhagą,
Gdzie wkrótce wszystko było czerwone,
Co stwierdzam z całą powagą.
Sprawę tych zbrodni prowadził pilnie
Policjant – polszczyzny chluba,
Co się jej uczył z Biblii rodzinnej
W przekładzie Wujka Jakuba.
Główną postacią całej afery
Jako ofiara niewinna
Była Alicja o sercu szczerym
I wstrząsająco gościnna.
Raz winogrona nabyły rankiem
Zosia z Joanną szlachetnie
Więc obiecują jej niespodziankę
Którą z rozkoszą niech wetnie.
Wchodzi Alicja w progi salonu
I w podziw wpada głęboki,
Bo nie przewidział nikt w całym domu
Że niespodzianką są zwłoki.
Nieszczęsny Kazio, oferma rzadka,
W krzakach z miłości się chował
I mógł w tej sprawie robić za świadka -
Widział, kto Edka mordował.
A zbrodniarz, idąc Lukrecji śladem
Równie przebiegły jak ona
Otruł go za to okrutnym jadem,
Który się krył w winogronach.
Kazio w szpitalu, bo jednak przeżył,
Choć ledwie znak życia dawał
A tu dopiero – choć nikt nie wierzy,
Się rozpoczyna zabawa.
Wnet nowi goście siedli do stołu
I rwetes rozległ się dziki
Kiedy Alicja z Włodziem pospołu
Kłócili się o guziki.
Nieszczęsny Włodzio kawę popija
Śmiertelne płyną minuty
Szpilka po szpilce Alicji wbija
A jest już prawie otruty.
Co potem było, nikt nie wypowie,
Nocka - i było po balu
I przyjechało znów pogotowie,
Znów dwie ofiary w szpitalu.
Gość nowy w domu – ruszają panie
Cioci szykować piernaty,
Tylko Alicję gnębi pytanie
„Czym z nią na pani, czy na ty?!”
Sędziwa dama chyża jak zając
Za stara nawet na ciotkę -
Dziesiąty krzyżyk na karku mając
Ruszała się kurcgalopkiem.
Zbrodniarz wziął młotek... nie uwierzycie
Gdy krwawa zmyła się sieczka -
Cioci zegarek ocalił życie
I truskawkowa maseczka.
Wnet pogotowie cioteczkę niesie
W szpitalu zgoją się rany
Lecz zostawiła Alicję w stresie
Z problemem nierozwiązanym.
Lecz wszystko głupstwo, gdy klątwą bogów
W domu otwartym się mieszka –
Bo się zjawiła jak duch na progu
Sponiewierana Agnieszka.
Aż strach powiedzieć, co było potem
Cudem nie padła bez życia -
Podły morderca znów złapał młotek,
W pralni podłoga do mycia.
Nowa ofiara... Wszyscy zdumieni,
Jakiż ten łotr pracowity!
Wkrótce on tylko będzie na Ziemi,
Alicja i pasożyty.
Choć do profesji swojej wszelako
Mógł podejśc z większym dystansem...
Po cóż odwalał normę na akord
I trzasnąć chciał panią Hansen?
Wszak to nie była Alicja sama
Ani osoba jej bliska –
Zwykła sprzątaczka, nie żadna dama,
Biedna ofiara nazwiska.
W takiej to chwili, rzecz oczywista
(trudno użerać się z losem)
Zjawił się Bobuś i Biała Glista
Z wieczną skarpetką pod nosem.
„Cóż za bałagan, Alicjo droga,
Wszędzie walają się trupy,
Mogłabyś kiedyś wreszcie, na Boga,
Zebrać swój śmietnik do kupy!”
Biedna Alicja poczuła właśnie
Że się jej miarka przebiera:
„Niech się wynoszą, bo bluzgać zacznę
Albo mnie weźmie cholera!
Gościnna jestem, ale pomału
Mam dość obojga po równo
I choćby mieli dostać zawału,
Zamiast koniaczku dam gówno!”
W tej chwili wystrzał rozległ się nowy
(rura od puszki z parówek)
I byłby Bobuś stracił pół głowy -
Na szczęście był to półgłówek.
Dzwoni telefon – zbrodnicze dzieło
Złowrogim cieniem się kładzie:
Auto Alicji właśnie rąbnęło
W cysternę na autostradzie.
Thorsten się lekko potłukł, bo upadł,
Za to maszyna spalona,
A w środku facet w postaci trupa -
Zewłoka zawęgielniona.
Wtem wpada Ewa, bez tchu, bez siły,
We łzach i z włosem rozwianym
Bo się objawił dawny jej miły,
Przystojny Józio Grassani.
Więc czy mężowi płakać w sweterek
Czule wzdychając „jam twoja!”,
Czy też się związać z tym hohsztaplerem,
I dom porzucić, i Roja?
„Połóż się – rzecze Alicja mile
Na tej kanapie i zaśnij,
Ja jutro z Rojem piwo wypiję,
I tak się wszystko wyjaśni!”
Nazajutrz nowe strachu tortury
Na myśl o świeżej mogile –
Bo Ewa leży zadkiem do góry,
A z pleców sterczy jej sztylet.
Wściekła Alicja syczy z odrazą,
Joannę chwyta w swe szpony:
„Po coś pisała, podła zarazo,
Że serce mam z prawej strony?”
„Nie napisałam, żeś głupia baba,
Chociaż mnie swędział atrament!
Morderca Ewę ledwie udziabał -
Ciebie by zabił na ament!”
I znów morderstwo z kiepskim wynikiem -
Ewa zaledwie draśnięta,
Roj przy niej ćwiczy akrobatykę
Gdy ją całuje po piętach.
Tak to spędzali długie godziny
Po dniach czuwając i nocach,
W domu strzeżonym przez duńskie gliny
Co nie siedziały na oczach.
Aż raz wieczorem myśli te zacne
Przyszły Pawłowi do głowy
By na zbrodniarza zrobić zasadzkę
Z farby i naczyń stołowych.
Gdy księżyc srebrem dachy przystrajał
Przez okno ciut uchylone
Joanna wlazła w cały ten fajans
I wszystko było czerwone.
Wysmarowała odrzwia i ściany
Wszędzie miotając się z krzykiem
Rezultat - salon perfumowany
Bigosem z rozpuszczalnikiem.
Gdy noc minęła, calutki dzionek
Przez te zamachy i strachy.
W domu szalało wszystko czerwone
Oraz cudowne zapachy.
Ale ktoś przecież nim dzień ów minął
Dobrym wykazał się gustem -
Herbert, gdy przyszedł ze swą hrabiną
Upojnie wąchał kapustę.
Wkrótce wieść nowa pobiegła w eter,
Że zbrodniarz znów chybił celu:
Pragnąc przejechać autem Elżbietę
Tylko jej zrzucił kapelusz.
I kiedy wszyscy mieli już dosyć,
Tydzień się miał ku niedzieli
Przyszedł pan Muldgaard aby ogłosić,
Że już aferę zgryzieli.
Winna Anita - nieszczęsna flama
Ciemnolicego gangstera,
Co się bał strasznie zdemaskowania,
A w środkach nie zwykł przebierać.
Biedna Anita snadź go kochała
Tak jak nikogo na świecie:
Dla niego knuła i napadała
Oraz powiła mu dziecię.
Ma dziś pan Muldgaard dług u Joanny,
Dług wcale nie byle jaki,
Dzięki dowodom z Polski przysłanym
Wsadził huncwota do paki.
Duński sąd karę wyegzekwował
Za te zamachy i zbrodnie –
Zamknął Anitę do wariatkowa
Na całe cztery tygodnie.