nika139
26.11.09, 20:18
Wczoraj wieczorem jechałam ul. Okrzei w stronę ul. Zgorzeleckiej,
mniej więcej za PKS-em skończyło się uliczne oświetlenie (nie
świeciła żadna lampa) i było ciemno jak diabli. Jadę więc sobie i
nagle w światłach widzę siedzące na środku mojego pasa ruchu
dziecko. W jednym momencie przeleciały mi przez głowę różne możliwe
scenariusze, dotyczące tego, w jaki sposób to dziecko się tam
znalazło. Noga na hamulec, samochód się zatrzymał ok. 1 m od tego
dziecka, patrzę jeszcze raz, a to duża lalka. Szlag mnie trafił, ale
włączyłam awaryjne i wyszłam z samochodu, odłożyłam lalkę na trawnik
miedzy jezdnią a chodnikiem i pojechałam dalej. Nie mogłam się
zdecydować, czy zadzwonić na policję, ale akurat na Zgorzeleckiej
spotkałam policyjny patrol i opowiedziałm swoją przygodę. Młody,
sympatyczny policjant zaczął się śmiać i stwierdził, że mam
szczęście, że to tylko lalka, bo ostatnio stał tam bałwan, ale
obiecał przyjrzeć się sprawie. Dzisiaj rano sprawdziłam numer
kamienicy, obok której miało miejsce zdarzenie. To nr 92. Nie
wiem czy to było "dzieło" kogoś z tej kamienicy, ale przypuszczam,
że tak. I ciągle zadaję sobie pytanie : co byłoby, gdyby na moim
miejscu znalazł się ktoś z chorym sercem? Zawał murowany! A gdyby
ktoś uderzył w tył mojego gwałtownie hamującego samochodu? Jakie
mogłyby być konsekwencje?
Te i inne pytania daję pod rozwagę owemu "żartownisiowi" bez
wyobraźni.
Potrzebowałam sporo czasu, aby uspokoić się po tej przygodzie. Dziś
to może jest śmieszne, ale wczoraj zaprawdę nie było mi do śmiechu.