Gość: oku
IP: *.chello.pl
01.11.09, 02:17
Miało być coś świeżego a wyszło znów to samo. Tym nowym miał być podobno zamysł przeplatania smutnych raczej historii, kilku pozornie niezwiązanych ze sobą postaci, które jednak coś (fatum?) łączy. Samo w sobie nowością to nie jest (patrz: "To nie jest kraj dla starych ludzi") - ale w wersji "bez umiaru" faktycznie jeszcze chyba nie było pokazywane. Widz ogląda więc w nieskończoność scenę typu: "Pan X wychodząc od pani Y widzi na schodach pana Z, którego wcześniej pan N przepuścił w drzwiach spożywczaka..." I tak od pierwszej do do ostatniej minuty. Jeżeli jesteście gotowi na to wyzwanie - to wiedzcie, że niestety wszyscy państwo A - Z są albo niezrównoważeni albo zboczeni albo zostaną ofiarami kogoś zboczonego bądź niezrównoważonego albo sprowokowanych przez tę grupę przypadków. Już po kilku pierwszych takich zagraniach łatwo niestety przewidzieć kolejne (chyba że jest się kinie tylko w celu zżarcia popcornu) Irytującym tym zdarzeniom towarzyszy niestety typowa ostatnio oprawa: nasze ukochane rynsztokowe słówka w komplecie. Agresja wszystkich względem każdego. Zastępy meneli, dresiarzy i prostytutek na parterze (rewia brudu i chamstwa jak żywego) i grupka ważnych panów od spotkań nieokreślenie-biznesowych i raportów, na piętrze modnego biurowca (rewia mebli, garniturów i drogich aut) Jest nawet znudzony robotą "glina" z kolegami po fachu - ale epizodycznie.
Nie ma na szczęście muzycznych "hiciorów" - za to niezła, surowa jak pokazywane życie, gitarowa spójna ścieżka dźwiękowa. Towarzyszą jej zdjęcia - którym też należy się techniczna pochwała. Film jako teledysk byłby niezły - mroczne 10 minut. Dwie godziny trudno jednak wytrzymać. Jeśli koś sądzi, że mimo wszystko da radę - nich próbuje. Jeśli jednak przyjdzie wam wybrać się do multipleksu i być wśród publiczności reagującej głupkowatym śmiechem na losowo wybrane sceny tego, bądź co bądź, dramatu - szybko dojdziecie do smutnego wniosku, że w życiu jak w filmie więc... po co przepłacać?