Dodaj do ulubionych

Wzgórze nadziei

IP: *.lshtm.ac.uk / *.lshtm.ac.uk 23.01.04, 17:04
wiem ze ostatnio bylo kilka tasiemcowych i malo konstruktywnych takich
watkow - ALE NIECH MI KTOS POWIE KOMU BY PRZESZKADZALA 'CHLODNA GORA'???????
ale nie, gdzie tam - musi byc pompatycznie i podniosle - wzgorze nadziei. co
prawda, tytul odpowiednio dupiasty jako i film...
Obserwuj wątek
    • Gość: o. Wzgórze nadziei - w miasteczku Zimna Gora. IP: *.ip.nd.e-wro.net.pl 31.01.04, 11:00
      Anthony Minghella stara sie ,poczatek jest swietny potem troche slabiej.
      Historia ktorom opowiada jest w stylu hasla - wiara , nadzieja i milosc.
      Co by nie pisac o filmie , to zwraca on uwage swietnym aktorstwem.
      Jest to dramat , i jest tu bohatera oraz te trzy slowa niczym sen. Moja
      ocena 4.5/6 - prawie wybitny. ocena swiatowa: 3.8/5 no i te nominacje
      oraz nag. ZG dla Renee.
      • orbulon Re: Wzgórze nadziei - w miasteczku Zimna Gora. 02.02.04, 09:08
        Nie będę się rozpisywał o filmie ponieważ jescze go nie widziałem. Książkę
        czytałem dwa razy {pt. "Zimna Góra"}. Naprawdę kapitalne dzieło literackie.

        Polski tytuł nie po raz pierwszy jest schrzaniony i nie sądzę aby narzekania
        tutaj coś pomogły.

        pzdr
    • Gość: o. Krytyk ces na*** !!! IP: *.ip.nd.e-wro.net.pl 05.02.04, 12:56
      Mozna czasem dokonac i blednej analizy faktow , To ze film Cold Mountain zdobyl
      tylko Jednego ZG - wcale nieoznacza ze z filmem tym jest zle. Bo juz same
      nominacje sa nagrodom , sa one wyznacznikiem poziomu filmu .To raczej szanowne
      grono pismakow ma dziecinne umysly z lat 70-tych.Pozatym jesli pana/i sie
      nudzi to moze lepiej by bylo ocenic i obejrzec -"To wlasnie milosc" ***** od
      pmoss.Widac przecie jakie jest nastawienie pana/i do tego filmu , ale czy to
      powino wplywac na rzeczywistom ocene ? .Te 3 gwiazdki ,to po prostu
      nieporozumienie !
      • Gość: anka Re: Krytyk ces na*** !!! IP: *.autocom.pl 05.02.04, 21:45
        filmu nie komentuje, bo nie widzialam i pewnie nie zobacze, ale polecam
        recenzje w "przekroju"
        • Gość: Alojss Re: Krytyk ces na*** !!! IP: *.citysat.com.pl / 80.48.70.* 08.02.04, 15:33
          To po co się "odzywasz" skoro nie widziałeś na forum o filmie.
      • Gość: Marko Re: Krytyk ces na*** !!! IP: *.topole.waw.pl 07.02.04, 00:56
        fakt, *** to nieporozumienie, zdaje się, że gość napisał tą recenzję jeszcze
        przed obejrzeniem filmu, co to niby znaczy "pseudoepicki"? Film jest świetnie
        zagrany, wyreżyserowany a całe love story jest całkiem interesujące. Co do
        tytułu, to może Oziębły Wzgórek spowodował by większą frekwencję;)
    • Gość: WOLA WIECEJ NIZ *** NIE DAJE IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.02.04, 10:41
      film widzialam, historia jest dennie rozwleczona, aktorstwo straszne, natalie
      portman jako wdowa z dzieckiem kiepawa, nicole z rozwianym wlosem, jedynie
      renee robi dobra robote. szkoda czasu i pieniedzy
    • Gość: N Re: Wzgórze nadziei IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.02.04, 18:41
      Bardzo ładny film,perfekcyjne aktorstwo i wiele emocji.Wiadomo,ma swoje
      niedociągnięcia,ale który film nie ma?Pan Mossakowski natomiast już dawno
      udowodnił,że jest bardzo skostniały w swoich recenzjach i pozbawiony choćby
      odrobiny romantyzmu.
    • Gość: gruszka film dla kur domowych... IP: *.siec.pl 07.02.04, 11:50
      Prosta historyjka, a każda scenka była jeszcze wyjaśniana pseudofilozoficznym
      dialogiem (względnie monologiem), w stylu "moje serce pokryte jest lodem...",
      choć szczyt wszystkiego stanowi chyba wypowiedź głównego bohatera
      stwierdzającego z dużą dozą samokrytyki zresztą, iż: "zabiłem wielu wrogów,
      ale wróg nigdy mnie nie zabił...". Generalnie, przez cały dłużący się film
      przewija się irytujący symbolizm, wydaniu dla sześciolatków (tzn. taki, żeby
      każdy idiota zrozumiał o co chodzi (np. biały gołabek, krwawa smuga na
      śnieżnobiałym prześcieradle, bądź wiadomość o secesji zastająca mieszkańców
      Clod Mountain w kościele).
      Historyjka do bólu naiwna i prosta, nie wymagająca myślenia w rzadnym momencie
      filmu, i nic oczywiście nie wnosząca. Swoiste połączenie "Przeminęło z
      wiatrem" z "Titaniciem" (pierwsze ze względu na epokę, drugie z uwagi na wątek
      miłosny, prosty jak świński ogon).
      Denerwujące są też szczegóły (mające też coś z kukiełkowego Titanica), tzn.
      niezależnie od sytuacji (np. długi pobyt na froncie, czy kilkutygodniowa
      tyłaczka po Stanach, bez podstawowych środków higieny) główny bohater (po
      pobieżnym ogoleniu) wygląda jak wycięty z obrazka model (patrz L. Di Caprio w
      Titanicu). To samo dotyczy się oczywiście głównych bohaterek. Szczytem
      wszystkiego jest scena, w której bohater żyga krwią (przepraszam za zbyt
      dosłowny opis) a już po chwili w scenie pocałunku jest schludny i czysty (w
      innym wypadku żeńska połowa sali kinowej która w tym momencie płacze, zaczęła
      by chyba "haftować").
      Jeżeli z jakiegoś powodu inteligentny kinopman miał by obejrzeć ten film, to
      może głównie z powodu drugoplanowej roli Rene Zellweger, murowanej moim
      zdaniem kandydatki do oskara w tej kategorii (nagrodzona zresztą Złotym
      Globem).
      A recenzje mówiące o fantastycznej scenie batalistycznej na początku filmu,
      jak też mówiące i pokazaniu okrucieństw wojny są mocno przesadzone. Wszystkie
      postacie są streotypowe i perzekolorowane, jest tylko dobro i zło, nie ma
      szarości... No ale czego można się spodziewać po hollywoodzkiej produkcji dla
      amerykańskich kur domowych (dzięki którym zresztą książka będąca pierwowzorem
      scenariusza znajdowała się przez kilka tygodni na pierwszej liście
      bestsellerów)?
      • Gość: alka23 B. dobry IP: *.lama.net.pl / 195.150.172.* 07.02.04, 13:09
        A mnie film zachwycił, właśnie swoim akademiozmem, staroświeckością, której(na
        szczęście i w odróżnieniu od innych ) się nie wstydzi. Jednocześnie okrutny i
        jawnie melodramatyczny. Nie ma mrugania okiem do widza, jest powolne, świetne
        kino; ale przyznaję- trzeba wiedzieć czego się oczekuje. To film o uczuciach i
        okrucieństwie wojny. Tylko tyle i aż tyle
        • Gość: gruszka o jakim okrucieństwie wojny? IP: *.siec.pl 07.02.04, 15:38
          O okrucieństwie wojny to był "Szeregowiec Ryan" a ten film ma wątek
          batalistyczny tylko po to, żeby mężczyznom nie nudziło się w kinie chociaż
          przez 30 sec. filmu. Ale wiadomo, a jak ktoś lubi płakać, to polacam Bamviego,
          jest tam wszystko, uczucia i okrucieństwo. I nawet pożar lasu! Tylko tyle i aż
          tyle...
          • Gość: minutka Re: o jakim okrucieństwie wojny? IP: *.krakow.sdi.tpnet.pl 08.02.04, 00:23
            Troche to stereotypowe...czy mężczyzni musza sie nudzic na filmie o uczuciach??
            Moj sie na tym nie nudził...
            • recherche Re: o jakim okrucieństwie wojny? 08.02.04, 01:58
              no niestety ale beznadziejny film... Nicole nie wiadomo z jakich powodów - bo
              na ogól przecież bdb - tutaj jest drewniana jak kukła i zupełnie
              nieprzekonująca (pod koniec odrobinkę się rozkręca, ale przez cały film jest
              trudna do wytrzymania), a do tego mówi głosem zdepniętego kaczatka. Jude Law -
              taki sobie, jednak zbyt sentymentalny jak na faceta (nawiasem mówiąc przy jego
              wzniosłych tekstach męska część widowni zgodnie rechotała, tak były
              nienaturalne;). Renee - świetna, co przyznaję, chociaż jej nie lubię i jest dla
              mnie ciężka do strawienia - tutaj jednak dała popis.
              Poza tym wątki batalistyczne przydługawe i męczące; wątek miłosny z kolei -
              czysta sztampa, właściwie każdy kolejny etap do przewidzenia na długo przedtem;
              seria wytartych klisz i rutynowych rozwiązań. Przewidywalne niemal do ostatniej
              sceny :/ Według mnie żenujący poziom. Jedyna rzecz, dla jakiej warto iść na ten
              film, to piękne rumuńskie krajobrazy. I tyle. (Tekst "Zawsze zabijałem wroga, a
              on mnie nigdy" - zgadzam się, pierwsza klasa, hehe :D Zresztą więcej tam takich
              było...)
              • Gość: Aneta Re: o jakim okrucieństwie wojny? IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 08.02.04, 15:17
                Ja się z Tobę generalnie zgadzam, z małym wyjątkiem: gra Kidman jest OK. Ta
                postać WŁAŚNIE TAKA MIAŁA BYĆ: z początku sztywna i lalkowata, "rozkręcająca
                się" z biegiem akcji. To jeszcze jeden dowód na to, że Kidman jest aktorką
                uniwersalną - potrafi zagrać dosłownie wszystko: od secesyjnej "kukły" w
                długiej sukni, poprzez mroczną matronę ("Inni")aż po prymitywną sprzątaczkę
                ("Piętno" - nota bene, polecam !) czy schizofreniczną pisarkę ("Godziny")
                I chwała jej zresztą za to.
                Ale oscarowa tu jest rzeczywiście tylko Zelweger - Kidman tym razem nie miała
                po prostu pola do rozwinięcia skrzydeł (swoją drogą jak powalający efekt
                mógłby powstać, gdyby zamienić je rolami ! Ale warunki fizyczne niestety to
                raczej wykluczają. Chociaż - przy dzisiejszej charakteryzacji ...)
          • Gość: masterfilon Re: o jakim okrucieństwie wojny? IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 29.02.04, 21:18
            Jak ktos pisze "okrocienstwo wojny", to nie koniecznie ma na mysli pokazywanie krwawych jatek na polu bitwy. Ten film (tak jak ksiazka, w ktorej zrobione jest to o wiele lepiej) mial m.in. na celu wyjasnienie, dlaczego ludzie tak chetnie szli na tamta wojne (w koncu nie lezala w ich interesach) i generalnie, co tak ludzi pociaga w tak watpliwej moralnie i ideologicznie sprawie. I film, i ksiazka sa rowniez glosem przeciwko wszelkim przejawom wojny, ktora w filmie pokazana jest glownie za frontem - jak dotyka cywilow i zmienia zycie codzienne. No i, wydaje mi sie, ze to sie w ksiazce bardzo dobrze udalo - a w filmie - jakos tak sie rozmywa - to na co natrafia po drodze glowny bohter wydaje sie pozbawione glebszego sensu, celu i logicznego powiazania. Tak czesto bywa z adaptacjami ksiazek - scenarzysta wybiera sobie jakas ciekawa scene, ale pozbawia ja jej podtekstu i spojnosci z caloscia.
            Ogolnie film dobry, glownie dzieki Zellweeger i Law'owi.
        • Gość: Pestka Re: B. dobry IP: 198.36.86.* 11.02.04, 11:22
          Mądrze powiedziane........ja pójdę chyba jeszcze raz!
      • Gość: Magdalena Re: film dla kur domowych... IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 08.02.04, 15:25
        Generalnie się z Tobą zgadzam (tzn. mój zdrowy rozsądek się zgadza). Film
        rzeczywiście sztampowy i nienadzwyczajny, chociaż aktorsko zagrany całkiem
        przyzwoicie (Zelweger-rewelacyjna, Kidman-też dzielnie wybrnęła z nieciekawej
        roli, jaka jej przypadła).
        Jednakże ta moja druga, kobieca strona duszy lubi czasem "doładować się"
        podobnymi produkcjami. Do pełnego szczęścia brakuje mi tu tylko happy endu - w
        końcu scenarzysta powinien być konsekwentny i do ckliwej akcji dołożyć ckliwe
        i szczęśliwe zakończenie (pal sześć książkowy oryginał).
        Reasumując - to zdecydowanie babskie filmidło (takie do popłakania w poduchę),
        facetom nie polecam, bo znudzi.
        • Gość: a Re: film dla kur domowych... IP: 193.19.140.* 28.03.04, 22:36
          no właśnie, czy Jude Law musiał na końcu zginąć???? ;)
      • Gość: zażenowana Re: film dla kur domowych... IP: *.pop.e / *.pop.e-wro.pl 09.02.04, 00:49
        "żadne" piszemy przez "ż" a świński ogon jest zakręcony - czego oczywiście nie
        zobaczymy oglądając poporcjowane świnki w lodówkach; "rzygać" piszemy
        przez "rz"
        polecam słownik, bo tak napisana recenzja jest żenująca przez duże "ż"
      • Gość: czytelniczka Re: film dla kur domowych... IP: 156.17.123.* 09.02.04, 11:10
        Swiński ogon wcale nie jest prosty, tylko rozkosznie zkręcony;-)
      • harriet_makepeace Re: film dla kur domowych... - bingo 11.02.04, 14:03
        gruszka - zgadzam sie z toba i dorzuce swoje 3 gorrsze

        ten film trwa za dlugo i od poczatku wiadomo jak sie skonczy, no juz szczytem
        byla dla mnie jedna milosna noc (tez ni przypial ni przylatal) zakonczona
        oczywiscie poczeciem. Boze! No spodziewalam sie jednak chociaz odrobiny
        orginalnosci a tu schemat goni schemat. jude law jest piekny jak marzenie, ale
        czemu mam wrazenie ze jest niedorozwiniety umyslowo?
        no wszystko w tym filmie jest wylozone jak ta kawa na lawie.
        jak mawial moj ojciec - siekiera zawieszona w pierwszym akcie musi sie pojawic
        w trzecim.
        jak ogladam takie filmy to mam skojarzenie z filmami animowanymi lub grami
        komputerowymi-przygotowkami - tlo jest jednowymiarowe i dopracowane, a
        przedmioty/ludzie ktore/ktorzy sie poruszaja, ktore mozna wziac, uzyc maja
        inny koloryt i sa przedstawione w uproszczony sposob.
        wkurzylam sie wczoraj na tym filmie strasznie...
        • Gość: alka23 Re: film dla kur domowych... - bingo IP: *.lama.net.pl / *.lama.net.pl 11.02.04, 14:41
          Strzelba na ścianie w pierwszym akcie, musi wystrzelić w trzecim- to Czechow.
          Zasady dramaturgii.
          • harriet_makepeace Re: film dla kur domowych... - bingo 13.02.04, 12:51
            moj ojciec to sparafrazowal na siekiere i teraz widze ze z pospiechu zle to
            przytoczylam "siekiera zawieszona w pierwszym akcie musi spasc w trzecim" - tak
            papa mawial.
        • Gość: Miranda Re: film dla kur domowych... - bingo IP: 198.36.86.* 12.02.04, 11:51
          sama jesteś kurą domową!!!!!! a gruszka KOKOCHĄ!!!!! Film jest super,no chyba,
          że Ty wolisz produkcje w stylu: "Psy"; "Psy_2" itd. Wiesz czemumasz wrazenie,
          ze Jud jest niedorozinięty umysłowo? Bo nie znasz ni w ząb angielskiego i nie
          wiesz, że mówi z charakterystycznym akcentem południowca!!!!!! Podobnie jak
          Ruby, czyli Renee Zelweger. Pójdź Laluniu najpierw do szkoły, a potem sobie
          ogadamy....maybe in english?
          • harriet_makepeace Re: film dla kur domowych... - bingo 13.02.04, 12:59
            po co się tak unosić? przecież o gustach się w zasadzie nie dyskutuje, nie? ok -
            zrobiłam błąd zostawiając temat gruszki z tymi kurami domowymi - bo to
            sugeruje, że źle oceniam osoby którym się ten film podobał - no więc nie
            oceniam ich w ogóle. Wszystkie kury i ptactwo domowe a takze dzikie
            przepraszam ;)))))))
            _Mnie_ się nie podobał i tyle, dla _mnie_ byl schematyczny i nie mial w sobie
            zadnej sceny, ktorej bym sie nie spodziewala.
            Co do mojej znajomosci angielskiego - dogadam sie ale anglistka nie jestem,
            niemniej jednak rozrozniam akcenty - w tym poludniowy.
    • Gość: Aneta Polecam tylko kobietom IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 08.02.04, 13:17
      Film stricte kobiecy, facetów może znudzić (nawet krwawe sceny wojenne nie
      zatuszują ckliwego romantyzmu fabuły). Scenariusz niezbyt odkrywczy (główny
      wątek jest oczywiście miłosny), świetne aktorstwo (Zelweger - rewelacja !) i
      charakteryzacje. Ale generalnie - naprawdę nie wiem skąd aż siedem nominacji
      do Oscarów, bo są znacznie lepsze produkcje.
      UWAGA: Nie polecam zbyt wrażliwym paniom, bo nie ma happy endu i mogą się czuć
      nieco rozczarowane.
    • roody102 Re: Wzgórze nadziei 10.02.04, 02:59
      Jeśli z jakiegoś powodu warto zobaczyć ten film i to w kinie, nie w domu, to
      ze względu na otwierającą go scenę bitwy pod Petersburgiem (w Virginii, nie w
      Rosji), zwaną „bitwą o krater”. 30 lipca 1864 roku wojska Unii wysadziły
      pozycje konfederatów, podkopując się pod nie z ogromnymi minami. Zadały
      przeciwnikowi ogromne straty, ale same sobie wykopały grób – szturm ugrzązł w
      kraterze po wybuchu, część żołnierzy została dosłownie zadeptana, resztę
      wystrzelali z góry Konfederaci. Zginęło ponad 6 tysięcy ludzi.
      Naturalistycznie pokazana w filmie, robi kolosalne wrażenie. Błoto, krew, huk
      i krzyk deptanych ludzi pozostają w pamięci. Bez dwóch zdań, jedna z lepszych
      scen batalistycznych w historii kina.

      Po niej następują niestety dwie godziny filmu, który nie robi większego
      wrażenia. Inman (Jude Law), ranny w kolejnej bitwie żołnierz Konfederacji
      ucieka ze szpitala. Za dezercję grozi kula, mimo to postanawia przebyć z górą
      trzysta mil, by w rodzinnym Blue Ridge Mountains spotkać się z ukochaną Adą.

      Ada Monroe (Nicole Kidman) przyjechała do miasteczka z ojcem, pastorem (Donald
      Shuterland). Wychowana w mieście nie bardzo umiała odnaleźć się wśród farm.
      Zakochała się w Inmanie, ale ich uczucie nie zdążyło rozkwitnąć, przez wojnę.
      Przez wojnę, która niszczy w tym filmie wszystko i wszystkich.

      Niedługo potem umarł jej ojciec. I tak, równolegle z losami Inmana,
      obserwujemy jak Ada samotnie próbuje sobie dać radę z pracą na farmie. Pomaga
      jej w tym równie samotna dziewczyna z miasteczka, Ruby Thewes (Renee
      Zellweger). Razem walczą z przeciwnościami losu i opierają się opryszkowi
      Teague (Ray Winstone), dowódcy Home Guard, której zadaniem jest „pilnowanie
      porządku”, co w praktyce sprowadza się do okradania ludzi z żywności i
      zabijania dezerterów, czy tych, którzy im pomagają.

      Inman wędruje napotykając po drodze maruderów i dezerterów obu armii tak samo
      dla niego groźnych, łowców nagród, uwolnionych niewolników i gwardię. Jest
      skazany na siebie, zaszczuty, z rzadka spotyka się ze szczerą sympatią i
      pomocą, i tylko ze strony samotnych kobiet (w roli jednej z nich Natalie
      Portman). Wszyscy ludzie w tym filmie są zaszczuci, zniszczeni, poranieni i
      wykończeni wojną. Wojną złą, odartą z romantyzmu, wojną, w której żadna ze
      stron nie budzi sympatii, każda wstręt. Samotni, poturbowani, poranieni,
      pozbawieni zasad mężczyźni i samotne, zmęczone, zgwałcone kobiety. Jeśli coś w
      tym filmie wypada przekonująco, to właśnie ten odrzucający obraz wojny. Nie ma
      tu miejsca na patriotyczne uniesienia, nie ma dumy pod powiewającym,
      gwiaździstym sztandarem.

      To jest naprawdę piękna, epicka historia, choć porównywanie jej do Odysei jest
      lekką przesadą. Piękna, tylko nie bardzo wiem, do kogo adresowana. Dla
      publiczności lubiącej wzruszające historie miłosne z wojną w tle, wojna jest
      tu pokazana zbyt dosadnie i zbyt brutalnie. Dla miłośników batalistyki film
      kończy się po 30 minutach. Jedyne, co potem zwraca uwagę to potraktowana z
      lekkim dystansem postać Ruby, doskonale zagrana przez Zellweger. Law i Kidman
      nie pokazują wielkiego aktorstwa, są tak poprawni, jak schematyczne są ich
      role.

      Pierwowzorem scenariusza była książka Charlesa Fraizera. Nie opisywała ona
      bitwy, a samą tylko historię wędrówki Inmana i tęsknotę Ady. Domyślam się
      więc, jaka publiczność zadecydowała o jej sukcesie i o tym, że przez wiele
      tygodni utrzymywała się na listach bestsellerów. Dodanie naturalistycznego
      obrazu wojny secesyjnej, antywojennego w swej wymowie, miało za pewne uczynić
      rzecz nieco bardziej uniwersalną, ale to się udało w bardzo małym stopniu.
      Wyszedł z tego film powtarzający po troszę schematy z „Przeminęło z wiatrem”
      czy „Północ – Południe”.

      Ciekawostką jest fakt, że ani w USA, ani nawet w Kanadzie nie udało się
      znaleźć dziewiczych plenerów. Rzecz została sfilmowana w rumuńskich Karpatach.
      Zdjęcia plenerowe są przy tym naprawdę udane. Zadbano też o inne szczegóły –
      budowle, stroje, broń – wszystko zostało przygotowane bardzo dokładnie.
      Skomponowano sugestywną, nastrojową muzykę. Wszystko to tworzy atmosferę, ale
      nie pokrywa niedostatków fabuły. Bohaterowie są płascy, ewolucja ich postaw
      niezbyt wyraźna, relacje zarysowane chaotycznie i nieprzekonująco. Mimo, że
      film jest koszmarnie długi, pozostawia wrażenie, że i tak zabrakło czasu na
      pokazanie tych relacji. Zasugerowano je środkami schematycznymi, prostymi,
      wziętymi z kina familijnego i zaprzepaszczono dobrą szansę na dramat
      pokroju „Wichrów namiętności”.
      __________________________
      Roody102

      "Dostęp do Internetu powinien być prawnie reglamentowany, najlepiej wydawany
      po okazaniu świadectwa lekarskiego i za zgodą rodziców."
      Jerzy Pilch
    • Gość: Pestka Re: Wzgórze nadziei IP: 198.36.86.* 11.02.04, 11:20
      ja nie uważam się za kurę domową, a mimo to jestem zdania iż "Wzgórze nadziei"
      jest jednym z lepszych filmów, jakie widziałam w ciągu ostatnich lat.
      Oczywiście nie musi się podobac wszystkim i każdy ma prawo do własnego zdania,
      ale jak już ktoś ma odwagę opisac swoje zdanie, to niech przynajmniej używa
      cenzuralnych słów. Łatwo jest nazwac coś "dupiastym" jak nie ma się o niczym
      pojęcia. Żeby taki film zrozumiec, to trzeba najpierw trochę poczytac, zajrzec
      do historii, przeczytac "Cold Mountain" (najlepiej w oryginale)i
      konstruktywnie dyskutowac na dany temat. Trzeba też przede wszytskim trochę
      pożyc na świecie aby móc się wczuc w akcję, zrozumiec uczucia, dopatrzec sie
      sensu, a ponad wszystko docenic grę aktorów.
      W scenie erotcznej, która moim zdaniem swoją delikatnością i subtelnością
      zachwyciła na pewno nie tylko mnie, spojrzenie głównego bohatera wyraża
      wszystko to, co każda kobieta chciałaby zobaczyc w oczach kochającego ją
      mężczyzny.
      Moim zdaniem bardzo dobry film, świetnie zagrany, warty obejrzenia. Dziękuję.
      • Gość: OLO I Re: Wzgórze nadziei IP: *.internetdsl.tpnet.pl 12.02.04, 13:41
        Poślubiam cię, Poślubiam cię, Poślubiam cię - wiadomo że gościu zginie tylko
        kiedy, zresztą to jest pewne prawie od początku. Są czarne charaktery Home
        Guard z teaguem na czele i obleśnym blondynem, więc kończy się pojedynkiem bad
        guya z good guyem. Pan I. wędruje sobie i spotyka różnych ludków: staruszkę,
        klechę, judasza i dziwki, dziewczynę z dzieckiem i ratuje dobrych a złych
        zabija. I sobie idzie i idzie. Panienka z dobrego domu kopie ziemniaki i
        wzdycha. Happy end i wszyscy, którzy przeżyli śpiewają piosenki. Zresztą śmierć
        bohatera jest celowa - przez to że ginie można powiedzieć Amerykanom, że to
        ambitny film :)Inaczej była by to produkcja klasy B. Film ratują dobre zdjęcia
        i Zellweger. Takie filmy to w środę na TVP idą
        • orbulon Re: Wzgórze nadziei 21.02.04, 10:19
          Powiem jedno. Film jest kapitalny!
    • anutka1 Wzgórze nadziei 21.02.04, 16:17
      Właśnie obejrzałam....popłakałam się...
    • Gość: Farys Re: Wzgórze nadziei IP: *.11thav01.fl.comcast.net 22.02.04, 02:35
      Wspanialy film. Bardzo dobra gra aktorow.Nie zgadzam sie tylko z polskim
      przekladem tytulu, poniewaz nie odzwierciedla prawdziwego przeslania filmu.
      • orbulon Film,który jest godny zapamiętania 23.02.04, 12:31
        Doprawdy ten film podobał mi się bardziej niż "Pan i Władca". Aktorzy grają
        dobrze {może poza N.Kidman, która wydała mi się dosyć senna}.

        Nie głupi był pomysł kręcenia tego filmu w Rumunii. Bitwa pod Petersburgiem
        pokazana jest wystrzałowo!

        Dobrze, że Mignella odważył się sięgnąć po tematykę wojny secesyjnej i to ze
        strony południa {w dzisiejszych czasach to rzecz odważna}.
        • agaagnes Re: Film,który jest godny zapamiętania 28.02.04, 23:09
          Bitwa pod Petersburgiem???? , pod jakim Petersburgiem człowieku. Petersburg
          jest w Rosji.
          • Gość: Kleopatra Re: Film,który jest godny zapamiętania IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 29.02.04, 09:05
            No coz... nie tylko w Rosji. Warto najpierw sprawdzic w atlasie czy w
            encyklopedii niz kompromitowac sie swoja niewiedza publicznie.
            Poza tym bitwa pod Petersburgiem ( tym amerykanskim ) mocno sie zaznaczyla w
            historii wojny secesyjnej...
    • Gość: mistrz_przmeyslaw Re: Wzgórze nadziei IP: *.torun.mm.pl 27.02.04, 22:41
      hejka
      weldug mnie film super.
      i wcale sie nie zgadzam ze w ym filmie ktos gral sztucznie. Ja od razu
      zauwazylem iskre miedzy kidman a tym kolesiem(ihman?). W kazdym razie uwazam ze
      to jeden z lepszych filmow tego gatunku i mimo ze sie nie skonczyl happy endem(
      na co liczylem:)) to jest moj jeden z ulubionych filmow obecnie. Hejka i
      pozdrawiam
    • agaagnes Re: Wzgórze nadziei 28.02.04, 23:10
      Film jest po prostu nudny, 2,5 h czekania az Jude Law zostanie zabity to
      koszmar.Renne świetna.Dostanie Oskara!!!
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka