Gość: Lechu
IP: *.dip.t-dialin.net
11.03.03, 00:51
Niedawno obejrzałem.
Od wielu lat reprezentuję pogląd, że kino to zabawa jarmarczna. Nigdy nie wyrosła tak, by nazwać ją sztuką.
Filmy przeładowane znaczeniami ulegały na ogół kolapsowi i stawały się po prostu niestrawne.
Dlatego do kina chodzę bardzo często, ale nie mam wielkich oczekiwań intelektualnych. Ot, rozrywka.
Trudno mnie też jakoś zaskoczyć.
Tymczasem ten film powalił mnie na ziemię. Przykuł do ekranu na ponad dwie godziny. Potem rozpętał w mojej głowie burzę, która nie ustaje od paru dni.
Bo ten film nie jest onirycznym bełkotem, to rozegrana z żelazną konsekwencją łamigłówka. Wyzwanie dla intelektu i erudycji. Wszystko się tam trzyma kupy. Ale reżyser założył poprzeczkę bardzo wysoko: aby zrozumieć wszystko, nic nie może ujść uwagi widza. To trudne, wiele boczny wątków ucieka mi.
Czy ktoś dysponuje jakimś wyczerpującym, możliwie pełnym rozwiązaniem pytania, "co wydarzyło się na Mulholland drive"?